czwartek, 20 września 2012

O uczuciu bycia niecałkiem


W wielu dziedzinach zawsze pozostanę dziec­kiem, ale jednym z tych dzieci, które od po­czątku noszą w sobie dorosłego, potworem, który, gdy dorośnie, z kolei nie przestanie nosić w sobie dziecka, co nel mezzo del ca­min daje w wyniku koegzystencję nie zawsze pokojową, opatrzoną co najmniej dwo­ma wylotami na świat. 

Można to rozumieć metaforycznie, ale w każ­dym razie wskazuje to na usposobienie, które nie zrezygnowało z dziecinnego spojrzenia za cenę uzyskania spojrzenia dorosłego, zaś to ze­stawienie (dające poetę, może kryminalistę, na pewno kronopia, a ewentualnie humorystę kwestia dozowania, akcentowania, wyboru: teraz się bawię, teraz zabijam) manifestuje się uczuciem bycia nie całkiem we wszelkich struk­turach, wszystkich pajęczynach, które przędzie życie, a w których jesteśmy równocześnie pa­jąkiem i muchą. 

Wiele z tego, co napisałem, można podcią­gnąć Pod pojęcie ekscentryczności, jako że pomiędzy życiem a pisaniem nigdy właści­wie nie zauważyłem wyraźnej różnicy. Jeżeli w życiu (w moim przypadku) udaje mi się zatuszować ten mój niecałkowity udział - w pi­saniu nie jestem w stanie go ukryć; przecież dlatego właśnie piszę, że mnie nie ma lub że jestem częściowo; piszę przez bankructwo, przez rozpacz. Ale ponieważ piszę „spomiędzy", stale zapraszam innych, by szukali swoich „po­między" i z nich spoglądali na ogród pełen drzew, których owoce mogłyby być na przy­kład drogimi kamieniami. Potworek się nie zmienia. 

Ta ciągła obecność ludyczna tłumaczy, o ile nie usprawiedliwia, wiele z tego, co na­pisałem, jeżeli nie wiele z tego, co przeżyłem. Zarzuca się moim powieściom - tym igraszkom na krawędzi balkonu, tej zapałce obok butelki z benzyną, nabitemu rewolwerowi leżącemu na nocnym stoliku - intelektualne poszukiwa­nie w zakresie samej powieści, które jest jakoby stałym komentarzem akcji, wielokrotnie zaś akcją komentarza. Nudzi mnie dowodzenie a posteriori, że stosując tę magiczną dialektykę mężczyzna-dziecko gra o życie; że tak, że nie, że polega na. A czyż gdy patrzymy z bliska, ta gra nie jest procederem poczynającym się z rozpaczy, ażeby dojść do umieszczenia się, uplasowania: gol, szach-mat, rzut wolny. Czyż nie jest zakończeniem pewnej ceremonii zmie­rzającej do ostatecznego zastygnięcia, które by ją ukoronowało? 

Dzisiejszy człowiek z łatwością wierzy, że jego wiadomości z historii i filozofii wyzwalają go od naiwnego realizmu. Zarówno na wykła­dach uniwersyteckich, jak w kawiarnianych rozmowach chętnie przyznaje, że nie jest tym, na którego wygląda,  zawsze gotów jest twier­dzić, że zmysły zwodzą go, zaś inteligencja stwarza znośny, chociaż niekompletny. obraz świata. Ilekroć zamyśla się metafizycznie, staje się „smutniejszy i mędrszy", ale to zamyślenie jest chwilowe, jest wyjątkiem, podczas gdy ciągłość życia wszystkimi sposobami lokuje go w pozorach, utwierdza je wokół niego, zdobi je w definicje, funkcje, wartości. Ten człowiek jest raczej naiwnym realistą niż realistą naiwnym. Wystarczy obserwować jego stosunek do nie­codzienności, wyjątkowości : albo sprowadza je do zjawiska estetycznego, względnie poetycz­nego („to było zupełnie surrealistyczne, daję ci słowo..."), albo z miejsca rezygnuje z badamy „międzyspojrzenia", które ewentualnie mógł mu dać sen, jakieś niepowodzenie, rzadko spotykana asocjacja słowna lub przyczynowa, niepokojący zbieg okoliczności -jakiekolwiek, choćby migawkowe pęknięcie ciągłości. Jeżeli go zapytać, odpowie, że w ogóle nie wierzy w codzienną rzeczywistość, że akceptuje ją tylko pragmatycznie. Akurat nie wierzy! To jedyna rzecz, w którą wierzy. Jego odczuwanie życia podobne jest do mechanizmu jego spoj­rzenia: czasem miewa efemeryczną świado­mość, że co ileś tam sekund mrugnięcie przerywa widzenie, które jego świadomość postanowiła uznawać za nieprzerwane; ale niemal natych­miast mruganie z powrotem staje się pod­świadome, zaś książka czy też jabłko utrwalają się w pozornie ciągłym trwaniu. Między okolicz­nościami a tymi, którzy tym okolicznościom podlegają, tworzy się coś w rodzaju dżen­telmeńskiej umowy; ty nie wytrącasz mnie z moich zwyczajów, ja cię nie drażnię i nie łaskoczę. Czasem jednak mężczyzna-dziecko nie jest dżentelmenem, czasem jest kronopiem, nie wyznającym się w liniach zbieżnych, które albo stwarzają zadowalającą perspektywę, albo, jak w nieudolnych kolażach, zdradzają swą nieodpowiednią skalę: mrówka nie mieści się w pałacu, a czwórka zawiera trzy lub pięć jednostek. Mnie zdarzają się dosłownie takie rzeczy: raz jestem większy od konia, którego dosiadam, raz wpadam w któryś, z moich pantofli, tłukąc się boleśnie, nie mówiąc o trud­nościach wylezienia zeń, potykaniu się na supełkach sznurowadeł i potwornym odkry­ciu już na samym skraju, że ktoś wsadził bucik do szafy i jestem w gorszej sytuacji niż Edmund Dantes w zamku d'If, bo w moich szafach nie ma żadnego proboszcza. 

I podoba mi się, i jestem straszliwie szczęśli­wy w moim piekle, i piszę. Żyję i piszę zagrożony ową „bocznością", tą prawdziwą paralaksą, tym byciem zawszy trochę za bardzo na lewo lub za bardzo w głąb od miejsca, w którym nale­żałoby być, ażeby wszystko zsiadło się po­myślnie w jeszcze jeden dzionek bezkonflik­towego życia. Od małego, z zaciśniętymi zęba­mi, przyjąłem ten los, który odróżniał mnie od moich kolegów, jednocześnie pociągając ich ku dziwakowi, ku oryginałowi, ku temu, który pcha paluch w kręcący się wentylator. Ale i ja miałem swoje przyjemności : jedynym warun­kiem było, żeby choć czasem zidentyfikować się z kimś (z kolegą, z ekscentrycznym wujem, z jakąś starą wariatką), z kimś, kto by także nie pasował do swojej matrykuły - co rzecz jasna nie było łatwe. Ale szybko odkryłem koty, w których mogłem doszukiwać się mojej doli, i książki pełne hej po brzegi. W tych latach mogłem był przepowiadać sobie - może apo­kryficzne - wiersze Poego 

From childhood's hour I have not been
As others were; I have not seen
As others saw; I could not bring
My passions from a common spring.  

Ale to, co dla niego było stygmatem (lucy­ferycznym, ale przez to samo - potwornym), który izolował go i skazywał. 

 And all I loved, I loved alone

mnie nie odrywało od tych, z których obłym wszechświatem stykałem się tylko w jednym punkcie. Subtelna hipokryzja, zdolność do wszel­kich mimetyzmów, czułość, która przekraczała granice, ale równocześnie je zacierała, zaskocze­nia i zmartwienia dzieciństwa zabarwiały się uprzejmą ironią. Przypominam sobie, jak mając jedenaście lat pożyczyłem koledze Tajemnicę Wilhelma Storitza, gdzie Verne ofiarowywał mi, jak zawsze, naturalne i serdeczne podejście do rzeczywistości nie całkowicie różnej od normalnej. Kolega zwrócił mi książkę: „Nie doczytałem jej, jest zbyt fantastyczna". Nigdy nie zapomnę zgorszonego zdumienia tej chwili. Niewidoczność człowieka fantastyczna? A więc tylko futbol, poranna kawa i pierwsze zwierze­nia seksualne miałyby nas łączyć? 

Będąc dorastającym chłopcem, jak tylu innych wierzyłem, że moje wyobcowanie jest znakiem zapowiadającym poetę, i w tym okresie życia, w którym wszystkie fary literatury znajdują swoje odbicie w człowieku, pisałem wiersze, jakie wtedy się pisze. Z latami odkryłem, że o ile każdy poeta jest wyobcowany, o tyle nie każdy wyobcowany jest poetą w ogólnie przyjętym znaczeniu tego słowa. Tu wkraczam na teren polemiczny: kto chce, niech podnosi rękawicę. Jeżeli pod słowem poeta teoretycznie rozumiem człowieka piszącego wiersze, powód, dla którego je pisze (me dyskutując ich jakości), bierze się z tego, że jego wyobcowanie, jako takie, zawsze wprawia w ruch mechanizmy chal­lenge and response. Tym sposobem, ilekroć poeta okazuje się wrażliwy na własną „bocz­ność", na własne wyobcowanie w stosunku do rzeczywistości pozornie pozostającej w zgo­dzie z otoczeniem, reaguje poetycko (niemal chciałbym rzec „profesjonalnie", zwłaszcza po­cząwszy od pewnej dojrzałości technicznej). Inaczej mówiąc, pisze wiersze, będące jakby petryfikacją tego wyobcowania, które widzi i czuje zamiast czegoś, obok czegoś, poniżej czegoś, wbrew czemuś, co inni widzą takim, jakim im się wydaje, że jest, bez przesunięć ani autokrytyki. Wątpię, czy istnieje choćby jeden wielki poemat, który by nie był albo rezultatem tego wyobcowania, albo go nie wyrażał. Więcej: który by go nie uczynniał i nie potęgował w przeczuciu, że właśnie to „pomiędzy" jest strefą, którą wiedzie droga. Również i filozof wyobcowuje się i odrywa, dobrowolnie szukając pęknięć w tym, co jest na powierzchni; jego poszukiwanie także bie­rze się z mechanizmu challenge and response. W obu tych wypadkach, jakkolwiek cele są różne, pojawia się odpowiedź robocza, po­dejście techniczne do określonego przedmiotu. 

Ale jak już wiemy, nie wszyscy wyobcowani są poetami czy też zawodowymi filozofami. Prawie wszyscy zawsze zaczynają od tego, że są nimi lub chcą być, lecz nadchodzi dzień, w którym zdają sobie sprawę, że nie mogą ani też nie muszą udzielać tej response niemal z góry przesądzonej, jaką jest wiersz lub filo­zofia wobec challenge'u wyobcowania. Ich po­stawa staje się defensywna, ewentualnie na­wet egoistyczna, jeżeli założyć, że chodzi o zachowanie za wszelką cenę jasności myśli, o przeciwstawienie się podstępnej deformacji, którą skodyfikowana codzienność montuje w świadomości z czynnym udziałem intelektu, środków informacji, hedonizmu, sklerozy, inter alfa małżeństwa. Humoryści, niektórzy anarchi­ści, niemało kryminalistów i wielka ilość po­wieściopisarzy sytuuje się w tym niełatwym do zdefiniowania sektorze, w którym dola wyobcowanego nie zmusza do wypowiedzi o charakterze poetyckim. Ci niezawodowi poeci znoszą swoje wyobcowanie z większą natural­nością, acz z mniejszym blaskiem, i można by niemal powiedzieć, że ich świadomość wy­obcowania jest bardziej ludyczna w porówna­niu do lirycznej czy też tragicznej wypowiedzi poety. Podczas gdy on zawsze podejmuje walkę, ci „po prostu wyobcowani" łączą się w ekscen­tryczności, ale tylko do punktu, w którym wyjątkowość - filozofa czy też poetę pobu­dzająca do challenge'u - staje się ich natural­nym losem, losem, który zaczynają kochać, przy­stosowując swoje zachowanie do tej powolnej akceptacji. Myślę o Jarrym, o tym długim działaniu na zasadzie humoru, ironii, poufa­łości, które w końcu przechyla szalę na stronę wyjątków, anulując skandaliczną różnicę po­między zwykłym a niezwykłym, i pozwala zwyczajnie (już bez konkretnej response, bo już nie ma challenge'u) przejść na plan, który w braku lepszego określenia będziemy nadal nazywać rzeczywistością, lecz nie będącą już ani flatus vocis, ani głupią pociechą, że lepsze to niż nic.

Julio Cortazar "W osiemdziesiąt światów dookoła dnia", przełożyła Zofia Chądzyńska, Czytelnik, Warszawa 1976, s. 33-40.

1 komentarz:

  1. "Ilekroć zamyśla się metafizycznie, staje się „smutniejszy i mędrszy", ale to zamyślenie jest chwilowe, jest wyjątkiem, podczas gdy ciągłość życia wszystkimi sposobami lokuje go w pozorach, utwierdza je wokół niego, zdobi je w definicje, funkcje, wartości." - z tym się zgadzam całkowicie, zresztą nie tylko z tym, bo co jakiś czas wpadam w metafizyczne zamyślenie i robię się od tego smutniejsza, ale wcale nie ,,mędrsza'.
    wyciągają mnie z tego Ciągi Bliżesz, podobnie jak Julia. z Ciągami Dalszymi są zawsze problemy ;-P

    z potrzebą identyfikacji też ma rację, no ale od czegóż mamy koty i książki! :)

    generalnie to wieczne wtykanie palca między drzwi jednej i drugiej rzeczywistości to jakiś nadmiar, bo obie są niepoznawalne.

    a wszystko przez to, że mamy za duże mózgi, ot co ;-))



    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...