Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem Tomasz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem Tomasz. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

Potrzeba świętego spokoju

Stanisław Lem, 1966

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duzy tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem. 

poniedziałek, 4 marca 2013

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju

Stanisław Lem


Z listów Stanisława Lema do Sławomira Mrożka

kwiecień 1967

Zauważyłem ciekawy fenomen, na sobie samym, który do myślenia daje. Oto bardzo różne są losy moich książek na Wschodzie i na Zachodzie. Na Wschodzie jestem po prostu rodzaj oceanu, otrzymuję z Rosji otchłanne listy, całe duże i czasem niegłupie nawet filozoficzne traktaty, jako ów Mądry Starzec, który wie, jak żyć, a potargane egzemplarze moich polskich edycji służą do nauki naszego języka ojczystego. Polska to casus specjalny, bo nikt nie jest u siebie prorokiem. Ale pewien Czech pisze sobie z powieści mej operę. Różne wysoko uczone osoby zaś z Rosji przysyłają mi swe dzieła z dedykacją itp.

24 listopada 1964

Zapewne, z grubsza biorąc, to jest tak, że gdy kto już jest uznany i ma patent (...) wtedy, w pewnym sensie przynajmniej i w pewnych granicach, może sobie i chały pisać, chociaż raczej nie nazbyt w ich chałowatości klarowne, bo i tak za dzwoniące złoto dukatowe zostanie poczytane. A gdy nie ma patentu ktoś, to też może pisać, co sobie chce, bo jednakowo to zignorowane zostanie; tak zatem, w tym punkcie nierozpoznania, niepostawienia diagnozy "właściwej", produkta oba się ze sobą zejdą i pokryją. Sprawa jednakże samej diagnozy, tego rozpoznania właściwego wartości, jest niewątpliwie interesująca. Mnie się zdaje, że innej, oprócz własnej oceny, być nie może, mnie przynajmniej na innych nie zależy, jako odbiorcy, rozumie się. Cóż na to można poradzić, jeśli mnie się pewne płótna, czy, z branży już, utwory bardzo sławne, nie podobają ani trochę? Wpędzać siebie w kompleksy domniemaniem jakowychś ślepych plam, jakowejś ślepoty lokalnej, własnej? I po co właściwie? Nic prostszego zresztą, niż w podobnej sytuacji ekstrapolować na całość odbiorców, tj. ustalić, powiedzmy, że oni mają wszyscy razem taką ślepą plamkę w odniesieniu do tych czy innych utworów. ale mnie taki punkt widzenia nie odpowiada, ponieważ zakłada on jednak istnienie jakiejś wyższej, ostatecznej, to jest, po prostu, absolutnej skali ocen, takiej, wicie, wszechmocy wprawdzie absolutnie biernej, która palcem nie rusza, ale po eonach czasu jednak sprawiedliwość wymierzy, jednych wzniesie, innych na zapomnienie skaże itd. Jednakże ja się w żadnej mierze na takie stanowisko nie piszę. Uważam, że od wyroków żyjących nie ma w ogóle żadnego apelu, i gadanie o potomności, co się pozna, jest jednakowo bzdurą, czy się pozna, tj. czy zauważy, czy też nie zauważy (się nie pozna). Bo jeżeli my znajdujemy stary nocnik w jakimś grobowcu sprzed 11 000 lat i się tym nocnikiem będziemy szczerze zachwycali, to z tego nie wynika doprawdy, aby on, jako nocnik, był wtedy, gdy do niego faraon kupki sadził, był też takim nadzwyczajnym Dingiem. Po prostu okoliczności, upływ czasu, nasza wiedza o nim itd. itp., wszystko to razem wwindowało nam ów nocnik na odpowiednie wyżyny. A jeżeli ktoś był Norwid i prekursor, to też nie można powiedzieć, że ci, co w dupie go mieli, się głęboko mylili, tacy, wicie, tępi, a my, lepsi, żeśmy się poznali, co i nam, i jemu honor, ale nam większy, przynosi. Tak nie jest. Ja wiem, że tę moją relatywizację posuwam, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, o włos, o krok za daleko, ponieważ niby to nie jest takie proste i są "wartości trwałe", którym się jedna epoka przygląda, bekając z niesmaku, a inna je do serc tuli; wszelako, generalnie, i w pierwszym przybliżeniu, które mi na razie wystarcza, jednak lepiej już uznać, że zarówno uznanie, jak i nieznanie, jest to zjawisko immanentne, bez apelacji, odniesień, skarg i trybunałów w łonie wieczności ukrytych.

[W]: Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s.84-87.

środa, 27 lutego 2013

"Awantury na tle powszechnego ciążenia" - Tomasz Lem

Stanisław Lem jest, już właściwie od czasów dzieciństwa, moim ulubionym polskim pisarzem. Pod względem liczby przeczytanych tytułów jednego autora mogą się z nim jedynie równać Edmund Niziurski oraz Zbigniew Nienacki. Dokładnie pamiętam jak z wypiekami na twarzy pochłaniałem w ciągu jednej nocy „Niezwyciężonego”, podobnie rzecz się miała z „Opowieściami o pilocie Pirxie”. Lektura „Dzienników gwiazdowych”, opisujących przygody Ijona Tichego,  co jakiś czas przerywana była wybuchami śmiechu. Do niektórych z książek Lema powoli dorastałem, dopiero drugie czytanie „Solaris”, kiedy byłem już dorosły, przyniosło mi całkowite zrozumienie i ogromną satysfakcję. To Stanisław Lem i jego książki spowodowały między innymi, że zacząłem się interesować nauką, a biologią i fizyką w szczególności.

Znałem zatem Stanisława Lema jako pisarza, myśliciela, filozofa, guru radzieckich naukowców i kosmonautów, genialnego człowieka o nieprzeciętnej inteligencji. Z „Wysokiego Zamku”,  jego autobiograficznej, wspomnieniowej książki, dowiedziałem się wiele interesujących rzeczy na temat domu rodzinnego, pierwszych, tak ważnych w rozwoju dziecka lat życia, jego dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonych we Lwowie. Przeczytałem także, już jednak dużo później, dwie książki wywiady-rzeki, które przeprowadzili ze Stanisławem Lemem Tomasz Fijałkowski „Świat na krawędzi” oraz Stanisław Bereś „Tako rzecze … Lem”. Wymienione przeze mnie książki zawierają tylko to co Lem sam chciał o sobie powiedzieć, co on uważał za ważne lub stosowne. Miałem jednak trochę niedosyt i cały czas czułem, że nie poznałem jeszcze „całego” Stanisława Lema, nie dowiedziałem się jakim tak na prawdę był człowiekiem. Żył przecież wśród nas i jak każdy obywatel musiał załatwić sobie węgiel na zimę, naprawić gdzieś zepsuty samochód, wyjechać czasem na wakacje. Był czyimś mężem, ojcem, przyjacielem i sąsiadem. Żywym człowiekiem. Czegoś takiego właśnie mi brakowało, dlatego też bardzo chciałem przeczytać wspomnienia o nim napisane przez jego syna Tomasza, a zatytułowane „Awantury na tle powszechnego ciążenia”.

Niełatwa to sprawa opisać tak wszechstronną osobowość. Stanisław Lem był nieprzeciętnym, często myślącym i działającym w niekonwencjonalny sposób człowiekiem, kierującym się w życiu swoistą logiką, pomimo racjonalnego patrzenia na świat. Do rzeczywistości miał jednak często stosunek dosyć luźny, co przysparzało rodzinie sporo kłopotu i sprzyjało zabawnym zdarzeniom. W codziennym pożyciu nie był najłatwiejszym człowiekiem, często zamyślonym i roztargnionym, czasami porywczym i w gorącej wodzie kąpanym. Miłośnik chałwy i marcepanu w czekoladzie, mianowany przez samego siebie „opiekunem słodyczy”. Fascynowały go maszyny i mechaniczne przyrządy, maszyna elektrostatyczna Wimshursta należała do ulubionych, ale także dziecięce zabawki, które kupował pod pretekstem prezentów dla syna. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało posiadał w swoim życiu samochody, jeździł nimi i zmagał się z ich naprawami, gdy się popsuły. Nigdy też nie pytał o drogę, gdy zabłądził w podróży. Podróże samochodem i związane z nimi zabawne sytuacje, to w ogóle osobny rozdział omawianej książki pt. „Potyczki z motoryzacją”. Należy się cieszyć, że wszystko skończyło się dobrze i nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń.

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” są, pełną ciepła, czułości i szacunku, opowieścią o ojcu, ale też kimś niezwykłym. Tak jak w twórczości i życiu Stanisława Lema, tak i w tej książce obecna jest duża dawka humoru. Jedynie traumatyczne wspomnienia wojenne ze Lwowa, wydarzenia marcowe 1968 roku, kiedy to Lem poważnie zastanawiał się nad opuszczeniem na zawsze Polski, oraz wprowadzenie stanu wojennego, są poważniejsze i rzucają cień na tę opowieść. Tomasz Lem, często przy pomocy delikatnej ironii, zawsze jednak połączonej z miłością, podziwem i szacunkiem, stara się możliwie wiernie i szczerze, przedstawić nam złożony i fascynujący obraz człowieka jakim był Stanisław Lem. Autor opowiada nie tylko o ojcu, ale również o znacznej części swojego życia. Jest to dla mnie interesujące z innego jeszcze powodu. Tomasz Lem, podobnie jak ja urodzony w 1968 roku (nawiasem mówiąc był to bardzo dobry rocznik) opowiada o życiu w czasach PRL-u, co budzi we mnie wiele wspomnień związanych z dzieciństwem, szkołą, telewizją i brakiem Teleranka w momencie wprowadzenia stanu wojennego.

Należy także koniecznie wspomnieć o Barbarze Lem, żonie Stanisława, a matce Tomasza, której postać obecna jest niemal na każdej stronie książki, a bez której pomocy, śmiem twierdzić, nie powstałyby tak wspaniałe dzieła. Pod względem wielu cech charakteru, stosunku do świata i rzeczywistości, podejścia do życia, Barbara była przeciwieństwem Stanisława Lema. Stanowiła źródło rozsądku we wszelkich pochopnych działaniach, była strażniczką dobrych manier i obyczajów, będąc jednocześnie wysłannikiem i pośrednikiem w kontaktach pisarza ze światem zewnętrznym, zapewniając mu święty spokój, którego tak potrzebował podczas pisania.

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” czyta się szybko, lekko i przyjemnie, głownie za sprawą wszechobecnego humoru oraz licznych anegdot z życia rodzinnego państwa Lemów i nie tylko. Dodatkowym atutem tej książki są zamieszczone w niej liczne fotografie pochodzące z archiwum rodzinnego oraz cytaty z listów Stanisława Lema do przyjaciół i tłumaczy, z wywiadów, a także z dziennika jaki prowadziła w podroży Barbara Lem.

Na koniec kilka fragmentów dla zaostrzenia apetytu:

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

"Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duży tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem.

UFF!!!!!!!!! Rozumieszże Ty mnie, Ściborowa, wewnętrzno-samotnicza, Ascetyczno-Uduchowiona Istoto Bratnia!!!!??

Ten Spokój!"

Fragment listu Stanisława Lema do Sławomira Mrożka

24 listopada 1964 roku

"Co ja teraz robię? Robię dosyć śmieszną, głupawą rzecz: szukam skarbów. A to w ten sposób, że znoszę z wypożyczalni książki stare dosyć, różnych tam Gawalewiczów, Gruszeckich, o których możeś nawet i nie słyszał, bo też i nikt poza historykiem literatury chyba wielu nazwisk takich nie zna.

Czytam więc te stare, lekko spróchniałe książki, romanse itp., wszelako wyznać muszę uczciwie, żem skarbów, jak dotąd, nie znalazł, ani nawet ich śladów; a tylko ramoty nieszczęsne, w poczciwości swej i prostocie szalenie nudne, i nie wiem, długoż mi jeszcze sił starczy, aby dalej ten cmentarz moimi zapędami nekrofilskimi znieważać - bo to jest jakaś nekrofilia, dalipan! ale jedno, co i tak pewno zauważyłeś, a to, styl się, mnie taki trochę od tej starzyzny, nią nasiąkłszy, XIX-wieczny zrobił, z taką patyną swojskiego lichego chowu.

Już ja teraz żadnej prassy twórczej naszej nie czytam, i najdziwniejsze, że braku takowego w ogóle nie postrzegam, ani też w sobie i ni na sobie istotnych dziur w świadomości swojej, które by mnie się miały robić, liczne, z tak wrednej ignorancji. Piszę też, tj. mielę na żarnach, moje rakiety, ot tak sobie, z obowiązku, nie bez znudzenia, i żadnej poza tem nie mam rozrywki, co źle zresztą wyraziłem, pisania tego bowiem, pańszczyzną będącego, żadną miarą nie da się rozrywką nazwać".

Tomasz Lem „Awantury na tle powszechnego ciążenia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 268.