Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proust Marcel. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Proust Marcel. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 kwietnia 2013

Kilkanaście subiektywnych pytań

Marcel Proust

26.04.2005

Francuski powieściopisarz Marcel Proust był zdania, że abyśmy mogli poznać i zrozumieć innych, musimy  wpierw znać i rozumieć siebie. Dlatego wymyślił kilkanaście subiektywnych pytań, które powinny nam pomóc ujawnić nasze prawdziwe ja tudzież osobowości ludzi, którzy nas otaczają. 

„Co byś w sobie zmienił, gdybyś mógł?”
„Co uważasz za swoje największe osiągnięcie?”
„Gdzie byś chciał żyć?”
„Kto jest twoim ulubionym bohaterem literackim?”
„Którzy ludzie są twoimi bohaterami?”
„Jaką cechę najbardziej podziwiasz u mężczyzn?”
„Jaką cechę najbardziej podziwiasz u kobiet?”
„Czego najbardziej się lękasz?”
„Jaki jest obecny stan twojego umysłu?”
„Jakie jest twoje ulubione zajęcie (sposób spędzania czasu)?”
„Z którą postacią historyczną najsilniej się utożsamiasz?”
„Którą z żyjących osób najbardziej podziwiasz?”
„Jaką najcenniejszą rzecz posiadasz?”
„Kiedy i gdzie czułeś się najszczęśliwszy?”
„Co najbardziej cię wyróżnia?”
„Jakiej cechy najbardziej w sobie nie znosisz?”
„Jakiej cechy najbardziej nie znosisz u innych?”
„Jaka jest twoja największa ekstrawagancja?”
„Dokąd odbyłeś swoją ulubioną podróż?”
„Czego najbardziej nie lubisz w swoim wyglądzie?”
„Którą cnotę uważasz za najbardziej przereklamowaną?”
„W jakich sytuacjach kłamiesz?”
„Których słów lub zwrotów nadużywasz?”
„Czego najbardziej nie lubisz?”
„Co najbardziej cenisz w przyjaciołach?”
„W jaki sposób chciałbyś umrzeć?”
„Gdybyś po śmierci miał powrócić jako człowiek lub zwierzę, kim lub czym, twoim zdaniem, byś się stał?”
„Gdybyś miał powrócić jako przedmiot, co byś wybrał?”
„Jakie jest twoje życiowe motto?”
„Kto wywarł na ciebie największy wpływ?”

Jonathan Carroll "Oko dnia" (Carrollblog), przełożył Jacek Wietecki.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

"Przebudzenie"


Ale kiedy w godzinę po przebudzeniu dawał fryzjerowi wskazówki uczesania go tak, by fryzura nie sczochrała się w wagonie, Swann wspomniał swój sen. Ujrzał — jak je czuł niegdyś tuż obok — bladą cerę Odety, jej nazbyt szczupłe policzki, pociągłe rysy, podbite oczy, wszystko to w kolejnych fazach czułości, czyniących z jego trwałej miłości do Odety długie zapomnienie pierwotnego jej obrazu. Przestał widzieć to wszystko od pierwszego okresu ich stosunku, w którym z pewnością w owym śnie pamięć Swanna zaczerpnęła dokładne wrażenia. I z owym przelotnym chamstwem, które nawiedzało go od czasu, jak nie był już nieszczęśliwy i jak tym samym obniżył się jego poziom duchowy, wykrzyknął w duchu: „I pomyśleć, że spartoliłem kilka lat życia, że chciałem umrzeć, żem przeżył swoją największą miłość — dla kobiety, która mi się nie podobała, która nie była w moim typie!"

Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu. T.1 W stronę Swanna", przełożył Tadeusz Boy-Żeleński.

niedziela, 2 grudnia 2012

Pochwała Prousta

List Josepha Conrada do Johna C. Squire'a

Oswalds, 30 listopada 1922 roku

Drogi Panie,

Nie lubię podpisywać zbiorowych wyrazów uznania, choć przyznaję, że tekst p. Pearsalla Smitha jest bardzo udany. O Marcelu Prouście usłyszałem po raz pierwszy w 1913 lub 1914 i ogromnie go cenię, ale nie za odtworzenie życia Paryża lub prowincji francuskiej, co już inni doskonale zrobili przed nim, czyniąc twórczość Marcela Prousta w pewnym sensie bardziej dla nas tutaj zrozumiałą; ani też za odtworzenie swojej własnej przeszłości, ponieważ nasza przeszłość jest całkiem odmienna i odmiennieśmy ją odczuwali. Ceniłbym go raczej za odsłonięcie przed nami takiej przeszłości, jaka nie była niczyim udziałem, i wniesienie tym samym czegoś pamiętnego do wspólnoty ludzkich doświadczeń. Mój podziw dla twórczości M. Prousta wzbudza fakt, że jest to wielka sztuka oparta na analizie. Cała jego wielkość na tym polega. Pod tym względem jest jedyny w swoim rodzaju i zasłużył na trwałą pozycję jako prozaik (wyrażę to po francusku, jako że w tym języku wszyscyśmy go czytali), qui a pouse la force de l'analyse jusqu'au point ou elle devient creatrice [który doprowadził silę analizy do stopnia, w którym staje się twórczą]. Zdanie to wydaje się tak absurdalne i niewiarygodne jak twierdzenie, jakie własności posiadać musi eter, aby znaczna część nauk przyrodniczych stała się teoretycznie zrozumiała. Niewiele wiem o eterze, ale moje zdanie o Prouście wyraża oczywisty fakt. Wszystkie postacie stworzone zostały dzięki potędze analizy najbardziej szczegółowej, wnikliwej i, powiedziałbym, natchnionej. Jeśli na przykład jego Francoise (oddana służąca w mieszczańskiej rodzinie, typ wielokrotnie już poprzednio doskonale odtworzony) nie żyje wyłącznie i jedynie dzięki potędze analizy, skłonny jestem, używając słów innego tworu - Falstaffa, „pozwolić, aby wyjęto mi mózg, posmarowano masłem i dano psu jako podarunek noworoczny”. [...]
W tej prozie, tak pełnej życia, nie ma ani marzeń, ani uczucia, ani ironii, ani żaru przekonania, ani nawet wyraźnego rytmu - aby urzec naszą wyobraźnię. A przecież żyje ono w swej pozaczasowej, nieomal potwornej wielkości. - Nie sądzę, by w całej literaturze twórczej można było znaleźć inny przykład podobnej potęgi analizy; i mogę bezpiecznie powiedzieć, że nigdy się takowy nie pojawi.
Piszę to wszystko, ponieważ spytał mnie Pan, w pewnym sensie, co sądzę o M. P. Sam więc sobie ma Pan do zawdzięczenia ten wybuch. Wiem jednak, że nie będzie mi Pan miał za złe, że Mu zająłem czas. [...]

Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku

Joseph Conrad
 
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 431-432.

Źródło: Płaszcz zabójcy

poniedziałek, 29 października 2012

Odmienne stany świadomości

Młody Proust, 1887
Przez długi czas kładłem się spać wcześnie. Niekiedy, ledwiem zgasił świecę, oczy zamykały mi się tak prędko, że nie zdążyłem powiedzieć sobie: „Zasypiam."I w pół godziny potem myśl, że czas byłby zasnąć, budziła mnie: chciałem odłożyć książkę, którą, zdawało mi się, że trzymam jeszcze w ręce, i zgasić światło; nie przestałem, śpiąc, zastanawiać się nad tym, com przeczytał; ale te refleksje przybierały charakter nieco szczególny; zdawało mi się, że to ja sam byłem tym, o czym mówiła książka: kościołem, kwartetem, rywalizacją Franciszka I z Karolem V. Przeświadczenie to trwało jeszcze kilka sekund po przebudzeniu; nie raziło mego rozumu, ale ciążyło mi jak łuski na oczach i nie pozwalało im uświadomić sobie, że świeca już się nie pali. Następnie świadomość ta zaczynała mi być niezrozumiała, niby po metempsychozie myśli z poprzedniego istnienia; treść książki odrywała się ode mnie, mogłem wrócić do niej albo nie; natychmiast odzyskiwałem wzrok i czułem się bardzo zdziwiony, że widzę dokoła siebie ciemność, słodką i kojącą dla oczu, ale bardziej może jeszcze dla ducha, któremu wydawała się rzeczą bez przyczyny, niezrozumiałą, rzeczą naprawdę ciemną. Pytałem sam siebie, która może być godzina; słyszałem gwizd pociągów, który — bliższy lub dalszy — jak śpiew ptaka w lesie, uwydatniając odległości, określał mi rozmiar pustkowia, kędy podróżny spieszy do najbliższej stacji; ścieżka, którą idzie, wyryje się w jego pamięci dzięki podnieceniu zrodzonemu z nieznanej okolicy, z niezwyczajnych czynności, z niedawnej rozmowy i z pożegnań w kręgu obcej lampy, biegnących za nim w ciszy nocnej, z bliskiej wreszcie słodyczy powrotu. Przyciskałem czule twarz do pulchnych policzków poduszki, które, pełne i świeże, są niby policzki naszego dzieciństwa. Pocierałem zapałkę, aby spojrzeć na zegarek. Blisko północ. Jest to chwila, kiedy chory, który musiał puścić się w podróż i spać w obcym hotelu, obudzony atakiem choroby, cieszy się widząc pod drzwiami smugę dnia. Co za szczęście, to już rano! Za chwilę służba wstanie, będzie mógł zadzwonić, przybędą mu z pomocą. Nadzieja rychłej ulgi dodaje mu sił do cierpienia. Właśnie zdawało mu się, że słyszy kroki; kroki zbliżają się, potem oddalają. A smuga dnia, która była pod drzwiami, znikła. To północ: właśnie zgaszono gaz; ostatni służący odszedł i trzeba będzie przetrwać całą noc, cierpiąc bez ratunku. Zasypiałem na nowo. Czasami miałem już tylko krótkie chwile ocknienia: tyle, aby usłyszeć trzeszczenie wyschłej boazerii, aby otworzyć oczy, wlepić je w kalejdoskop mroku i — dzięki chwilowemu błyskowi świadomości — kosztować snu, w którym pogrążone są meble, pokój, wszystko, czego ja byłem tylko cząstką i z czym niebawem znów się łączyłem w bezczuciu. Lub też śpiąc cofałem się bez wysiłku w miniony na zawsze wiek mojego dawnego życia; odnajdywałem któryś z moich dziecinnych lęków, na przykład ten, że wuj pociągnie mnie za pukiel włosów: obawa, której położył koniec dzień — data nowej dla mnie ery — kiedy je obcięto. Zapomniałem o tym wydarzeniu we śnie: odnajdywałem jego pamięć, skoro tylko udało mi się zbudzić, aby się wymknąć z rąk wuja; ale przez ostrożność kryłem całkowicie głowę w poduszkę, zanim miałem powrócić w świat snów.

Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu", tłumaczenie Tadeusz Boy-Żeleński.

sobota, 27 października 2012

Pokoje naszego życia

Marcel Proust, Ralph Bruce, akwarela na desce, 1974

Oglądałem to jeden, to drugi pokój z tych, w których mieszkałem w życiu, i w końcu przypominałem je sobie wszystkie w długich marzeniach, które następowały po przebudzeniu. Pokoje zimowe, gdzie leżąc w łóżku wtula się głowę w gniazdko uwite z najrozmaitszych rzeczy: z rogu poduszki, z kapy, z kawałka szala i z numeru „Débats roses", przy czym spaja się wszystko razem, techniką ptaków, ugniatając to sobą bez końca; gdzie w mroźny czas miło jest czuć się bezpiecznym niby jaskółka morska w swoim ciepłym gniazdku pod ziemią i gdzie opodal ognia płonącego całą noc w kominku śpi się w płaszczu ciepłego i dymnego powietrza, przeszywanego blaskami rozpalających się kolejno polan, niby w bezściennej alkowie, w gorącej jaskini wyżłobionej w łonie samego pokoju, w upalnej i ruchomej w swych kręgach cieplnych strefie, wietrzonej podmuchami, które nam chłodzą twarz, a płyną z kątów, z okolic okna lub z miejsc oddalonych od ognia i już ochłodzonych; pokoje letnie, gdzie miło jest czuć się zespolonym z ciepłą nocą, gdzie blask księżyca, wsparty na uchylonych okiennicach, rzuca aż do stóp łóżka swoją zaczarowaną drabinę; gdzie śpi się prawie na wolnym powietrzu, niby sikora kołysana wiatrem na czubku promienia; czasami pokój Louis XVI, tak wesoły, że nawet pierwszego wieczora nie czułem się w nim zbyt nieszczęśliwy; gdzie kolumienki lekko podtrzymujące sufit rozchylały się z takim wdziękiem, aby wskazywać i chronić miejsce łóżka; czasami, przeciwnie, ów pokój mały, a tak wysoki, wznoszący się stożkowato na wysokość dwóch pięter i częściowo wyłożony mahoniem, gdzie od pierwszej sekundy czułem się moralnie zatruty nieznanym zapachem bagna przeciw molom, przekonany o wrogości fioletowych firanek i o bezczelnej obojętności zegara skrzeczącego głośno, tak jakby mnie tam nie było; gdzie dziwaczne i bezlitosne lustro o czworograniastych nogach, zagradzając ukośnie jeden kąt pokoju, żłobiło sobie nieprzewidziane miejsce w błogiej pełni mego zwykłego pola widzenia; gdzie myśl, siląc się przez godziny całe zmienić miejsce, naciągnąć się wzwyż, aby przybrać ściśle kształt pokoju i wypełnić go wreszcie aż do szczytu olbrzymiego leja, wycierpiała tam wiele ciężkich nocy, gdy leżałem wyciągnięty w łóżku, z podniesionymi oczami, z czujnym uchem, z opornymi nozdrzami, z bijącym sercem, dopóki wreszcie przyzwyczajenie nie zmieniło koloru firanek, nie kazało zmilczeć zegarowi, nie nauczyło litości skośnego i okrutnego lustra, nie stłumiło, o ile nie wygnało zupełnie, zapachu bagna i nie zmniejszyło znacznie pozornej wysokości sufitu. Przyzwyczajenie! — robotnica zręczna, ale bardzo powolna, która zrazu pozwala naszemu duchowi cierpieć całe tygodnie w tymczasowej siedzibie, ale którą mimo wszystko winniśmy błogosławić, bo bez przyzwyczajenia, zdany na własne środki, duch nasz nie byłby zdolny uczynić nam żadnego mieszkania mieszkalnym.

Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu. t.1 W stronę Swanna", przełożył Tadeusz Boy-Żeleński.

piątek, 26 października 2012

Pamięć ciała

Człowiek, który śpi, trzyma w krąg siebie nić godzin, porządek lat i światów. Radzi się ich instynktownie, budząc się, i odczytuje z nich w jednej sekundzie punkt ziemi, w którym się znajduje, czas, który upłynął aż do jego przebudzenia się; ale ich szeregi mogą się zmącić, przerwać. Niech nad ranem po bezsennej nocy sen zdejmie go podczas czytania w pozycji nazbyt różnej od tej, w której śpi zazwyczaj, wystarczy podniesionego ramienia, aby zatrzymać i cofnąć słońce; i w pierwszej minucie przebudzenia nie będzie już wiedział, która godzina, będzie myślał, że się dopiero co położył. Niech się zdrzemnie w pozycji jeszcze niewygodniejszej i bardziej niezwykłej, na przykład po obiedzie w fotelu — wówczas przewrót w wyważonych z orbit światach będzie kompletny; czarnoksięski fotel pogna z nim z zawrotną szybkością poprzez czas i przestrzeń i w chwili otwarcia powiek będzie myślał, że zasnął kilka miesięcy wprzód w innej okolicy. Ale wystarczało, żeby, nawet we własnym łóżku, sen mój był głęboki i odprężył całkowicie władze ducha; wówczas duch porzucał miejsce, w którym zasnąłem, i kiedym się budził w nocy nieświadom, gdzie się znajduję, w pierwszej chwili nie wiedziałem nawet, kim jestem; miałem jedynie, w pierwotnej jego prostocie, poczucie istnienia, takie, jakie może drżeć w duszy zwierzęcia; byłem bardziej nagi niż człowiek jaskiniowy; ale wówczas wspomnienie — jeszcze nie miejsca, gdzie byłem, ale paru miejsc, które zamieszkiwałem niegdyś i gdzie mógłbym być — schodziło ku mnie niby pomoc z góry, aby mnie wydobyć z nicości, z której nie byłbym mógł wyrwać się sam; przebiegałem w jednej sekundzie wieki cywilizacji, zanim mętnie dojrzany obraz lampy naftowej, następnie koszuli z wykładanym kołnierzem odtworzyły mi z wolna prawdziwe rysy mojego ja.
Być może, iż nieruchomość rzeczy dokoła nas narzucona im jest przez naszą pewność, że to są te, a nie inne, przez nieruchomość naszej myśli w obliczu nich. To pewne, że kiedy się tak budziłem, gdy myśl szamotała się próbując — bezskutecznie — dojść, gdzie jestem, wszystko kręciło się dokoła mnie w ciemności — rzeczy, kraje, lata. Ciało moje, zbyt odrętwiałe, aby się poruszyć, siliło się wedle form własnego zmęczenia odczytać pozycję swoich członków, aby z nich wywnioskować o kierunku ściany, o położeniu mebli, aby odtworzyć i nazwać mieszkanie, w którym się znajdowało. Pamięć ciała, pamięć własnych żeber, kolan, ramion, nastręczała mu kolejno różne pokoje, w których sypiało, podczas gdy dokoła niewidzialne ściany, zmieniając miejsce wedle kształtu wyrojonego pokoju, wirowały w ciemnościach. I zanim nawet myśl, wahając się na progu czasów i kształtów, zidentyfikowała mieszkanie zestawiając okoliczności, ono — moje ciało — przypominało sobie dla każdego mieszkania rodzaj łóżka, położenie drzwi, światło okien, istnienie korytarza, wraz z myślą, którą miałem zasypiając tam i którą odnajdywałem budząc się. Mój zesztywniały bok, próbując odgadnąć swoje położenie, widział się na przykład na wprost ściany, w wielkim łóżku z baldachimem, i natychmiast powiadałem sobie: „O, usnąłem, mimo że mama nie przyszła mi powiedzieć dobranoc"; byłem na wsi u dziadka, zmarłego od wielu lat; a ciało moje, bok, na którym spoczywałem — wierne piastuny przeszłości, której duch mój nie powinien był nigdy zapomnieć — przypominały mi płomień nocnej lampki z czeskiego szkła, w kształcie urny, zawieszonej u sufitu na łańcuszkach, kominek ze sieńskiego marmuru w mojej sypialni w Combray, u dziadków, w odległych dniach, które w tej chwili wskrzeszałem nie wyobrażając ich sobie dokładnie, a które ujrzałbym lepiej za chwilę, po całkowitym przebudzeniu się.
Potem odradzało się wspomnienie nowej pozycji; ściana pomykała w przeciwnym kierunku: byłem w swoim pokoju u pani de Saint-Loup, na wsi. Mój Boże, jest co najmniej dziesiąta, musi już być po obiedzie! Za długo widać przeciągnąłem wieczorną sjestę, którą odbywam wróciwszy ze spaceru z panią de Saint-Loup, zanim włożę frak. Bo wiele lat upłynęło od Combray, gdzie, wracając nawet najpóźniej, widziałem na szybach mojego okna czerwone odblaski zachodu. W Tansonville, u pani de Saint-Loup, prowadzi się inny tryb życia; znajduję tam inny rodzaj przyjemności, wynurzając się aż z zapadnięciem nocy, chodząc przy blasku księżyca owymi drogami, na których bawiłem się niegdyś w słońcu; a kiedy wracamy, ów pokój, w którym rzekomo usnąłem zamiast ubrać się na obiad, błyszczy z daleka, prześwietlony płomieniem lampy, niby latarnia morska.
Te zjawiska, wirujące i mętne, nie trwały nigdy dłużej niż kilka sekund. Często moja krótka niepewność miejsca, w którym się znajdowałem, nie rozróżniała rozmaitych przypuszczeń, z których się składała, tak samo jak widząc pędzącego konia nie oddzielamy kolejnych pozycji, które pokazuje kinetoskop. Oglądałem to jeden, to drugi pokój z tych, w których mieszkałem w życiu, i w końcu przypominałem je sobie wszystkie w długich marzeniach, które następowały po przebudzeniu. 

Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu. t.1 W stronę Swanna", przełożył Tadeusz Boy-Żeleński. Wydawnictwo Prószyński i S-ka.

czwartek, 25 października 2012

Córa moich snów

Czasami, tak jak Ewa urodziła się z żebra Adama, kobieta rodziła się w czasie snu z niewłaściwej pozycji mego uda. Tworzyła się z rozkoszy, której doznania byłem bliski — a ja wyobrażałem sobie, że to ona mi ją ofiaruje. Ciało moje, które czuło w jej ciele własne ciepło, pragnęło się z nim połączyć; budziłem się. Reszta ludzi wydawała mi się czymś bardzo dalekim wobec tej kobiety, którą opuściłem zaledwie przed chwilą; policzek mój był ciepły jeszcze od jej pocałunku, ciało zdrętwiałe od ciężaru jej ciała. Jeżeli jak zdarzało się niekiedy, miała rysy kobiety, którą znałem w życiu, chciałem się oddać całkowicie temu zadaniu: odnaleźć ją, jak ci, którzy puszczają się w podróż, aby ujrzeć na własne oczy upragniony kraj, i wyobrażają sobie, że można kosztować w rzeczywistości czaru marzenia. Pomału wspomnienie jej pierzchało, zapominałem córy swoich snów.

Marcel Proust "W poszukiwaniu straconego czasu. t.1 W stronę Swanna.", przełożył Tadeusz Boy-Żeleński.


poniedziałek, 23 lipca 2012

Prawa rządzące pamięcią

Marcel Proust
„Walter Benjamin porównuje wysiłek pisarski Prousta do pracy Penelopy, która w nocy pruła to, co zdołała utkać w dzień. Praca nad cyklem powieściowym, jakim stało się W poszukiwaniu straconego czasu, była – jego zdaniem – odwróceniem tej sytuacji. Proust tworzył swoją tkankę w nocy, a pruł ją za dnia. Obrazy przeszłości, zwłaszcza te, które były efektem uczuciowej «pamięci mimowolnej» (memoire involontaire), wysnuwane z osnowy zapomnienia, niszczyła w blasku dnia świadomość, będąca efektem racjonalizacji «pamięć intelektualna». Dlatego Proust – pisze Benjamin - «pod koniec życia dni swoje przemienił w noc, aby w zaciszu ciemnego pokoju, przy sztucznym świetle bez reszty poświęcić się dziełu, ale nie uronić żadnej spośród tych powikłanych arabesek» i dlatego korekty robione przez Prousta doprowadzały zecerów do rozpaczy: «szpalty wracały z gęsto zapisanymi marginesami, za to ani jeden błąd drukarski nie był poprawiony […]. Tak prawa rządzące pamięcią odbijały się na objętości dzieła».”

Fragment znalazłem na blogu Kocham, lubię, szanuję, a pochodzi z: Marek Zaleski, Świat powtórzony, [w:] tegoż, Formy pamięci, słowo/obraz terytoria, Gdańsk 2004, s.29.