 |
Douglas Adams |
Pan L. Prosser był, jak to mówią, tylko człowiekiem. Innymi słowy, był
opartą na węglu dwunożną formą życia pochodzącą od małpy. Dokładniej — miał
około czterdziestki, był gruby, wredny i pracował dla miejscowej rady. Chociaż
może to wydawać się osobliwe, był także w linii prostej męskim potomkiem
Dżyngis-chana, z czego nie zdawał sobie sprawy. Niemniej jednak pośrednie
pokolenia i wymieszanie ras tak poprzestawiały jego geny, że nie posiadał
żadnych dostrzegalnych cech mongoloidalnych. Jedyną pozostałością po wielkich
przodkach była u pana L. Prossera jego wyraźna otyłość oraz słabość do małych,
futrzanych kapelusików. Nie było w nim nic z wielkiego wojownika; w gruncie
rzeczy był małym, nerwowym i zaniepokojonym człowieczkiem.
Tego dnia był szczególnie zaniepokojony, ponieważ wyraźnie coś było nie
w porządku z jego zadaniem polegającym na dopilnowaniu, aby dom Artura Denta
został usunięty z drogi przed zachodem słońca.
— Niech pan da spokój, panie Dent — powiedział. — Przecież pan wie, że
z nami pan nie wygra. Nie będzie pan leżał przed buldożerem bez końca.
Spróbował zmusić swoje oczy do miotania błyskawic, ale nic z tego nie
wyszło. Artur ułożył się w błocie i chlapnął na niego.
— To taka gra — powiedział. — Zobaczymy, kto pierwszy zardzewieje.
— Sądzę, że musi się pan z tym pogodzić — podjął pan Prosser, chwytając
swój futrzany kapelusik i obracając go na głowie. — Ta autostrada ma być
zbudowana i będzie zbudowana!
— Pierwsze słyszę — odparł Artur. — Dlaczego ma być zbudowana?
Prosser pogroził mu palcem raz i drugi.
— Co chce pan przez to powiedzieć, dlaczego ma być zbudowana? —
zapytał. — To autostrada, a autostrady trzeba budować.