Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Topor Roland. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Topor Roland. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 listopada 2012

Zarodek powieści

Od trzech lat noszę w sobie opasłą powieść. Jej akcja dzieje się w Sewennach, gdzie w życiu nie byłem. Mam już pierwsze zdanie: "Nocami przy pełni księżyca Amelia Rocheblave, zupełnie naga, wydając obłąkańcze okrzyki, powalała drzewa mocnymi uderzeniami topora". Historia opowiada o dwóch siostrach, każda z nich uosobią przeznaczenie tej drugiej. Jest jeszcze znachor, który zajmuje się wywoływaniem wypadków drogowych. Już wyjaśniam, jak to robi. Otóż walcząc z autostradą, która powstała wbrew woli mieszkańców okolicznych terenów, znachor kłuł mapę szpilkami. Zniechęcony nieskutecznością magicznych praktyk, prosty ten człowiek przyjmuje inną metodę; na przejeżdżające samochody zaczyna spuszczać granitowe bloki. Obrabowuje kierowców, a forsę przepuszcza z dwiema siostruniami, z którymi zresztą miewa stosunki płciowe. Co wam będę opowiadał: po prostu piękna powieść. Gruba powieść. Tylko ją napisać. Ale właśnie tutaj zaczynają się schody. Tracę ochotę. Nie mam czasu. Napisanie powieści takiej jak ta, którą noszę pod sercem, to skromnie licząc dwa lata pracy. Dwa lata, i to bez opieprzania się. Brak mi potrzebnego do tego zapału. Jestem już za stary na takie numery. Tak naprawdę wcale mnie nie obchodzi ani Amelia, ani ten głupkowaty znachor. Staram się, jak mogę, ale jakoś nie potrafię zidentyfikować się z postaciami swojej powieści. A same Sewenny wychodzą mi już uszami. Nic nie mam do mieszkańców Sewenn, uważam, że są nawet sympatyczni. No, ale czy muszę pisać o każdym, kto jest sympatyczny? Ta powieść pożera moje życie. Kiedy piszę opowiadanie, artykuł, kiedy wysiaduję kolejny rysunek czy też pracuję nad scenariuszem, jestem wprost chory z poczucia winy. Zjawia mi się Amelia Rocheblave, blada w blasku księżyca, wlepia we mnie te swoje wielkie oczy kretynki i bełkocze: "Dlaczego mnie opuściłeś? Już mnie nie kochasz? Co się teraz ze mną stanie? Czy nigdy już nie zaistnieję?" Wydaję żałosny jęk i szybko zaczynam nucić "Indiańskie lato" - najbardziej czepliwy i oklepany kawałek, jaki znam - żeby przegnać z mego umysłu tę Amelię. Tak się szczęśliwie złożyło, ze pewien przyjaciel, któremu zwierzyłem się ze swoich męczarni, polecił mi ŚPLC: Świadome Przerwanie Literackiej Ciąży. Dał mi dobry i pewny adres. Umówiłem wizytę. Cały zabieg trwał zaledwie dwadzieścia sześć minut. Usunięto zarodek powieści. Wcale mnie to nie bolało. Teraz czuję się tak dobrze, że mogę już nawet o tym rozmawiać.

Roland Topor "Dziennik paniczny".

niedziela, 21 października 2012

Ciach Toporem!

Ciach Toporem! - Ostatnie spotkanie z Mistrzem Rolandem

Ta pierwsza marcowa niedziela tego roku była naprawdę niesamowita. Nie dość, że nad Sekwanę zawitała prawdziwa wiosna, to jeszcze czekała na nas seria spotkań ze wspaniałymi ludźmi. Po Fernando Arrabalu - starym znajomym z Paryża i Krakowa - Roland Topor, legenda młodości, niedościgły wzór "czarnego humoru". Topor był w Polsce pierwszym z nowych idoli satyry. W przemycanych z Paryża magazynach (częściowo przez władze PRL zakazanych): "Bizarre" (gdzie debiutował), "Hara-Kiri", "Kitsch" czy "Le Rire" niepodzielnie królował, a fakt, że równocześnie debiutował w "Przekroju" Eilego i Mroza czy w "Szpilkach" Mostowicza nakazywał nam wierzyć, że oto wyobraźnią Europejczyków rządzi znowu... Polak. "Moja polskość bardziej wynika z zawodowego debiutu, aniżeli z polsko-żydowskiego pochodzenia" - mówi popijając czerwone wino w restauracyjce centrum Multikulturalnego "Accattone", instytucji, którą prowadzi z wielkim powodzeniem nasz rodak - świetny prozaik (już francuski) i wrażliwy koneser kina - Kazik Hentschel. On też "przymusił" Mistrza Rolanda do spotkania ze mną i moją zoną, która nie omieszkała zrobić serii prywatnych zdjęć (podobno - ostatnich zdjęć Topora). 
"Mojego Ojca - Abrama, studenta warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych" ("niesłychanie zdolnego malarza" - wtrąca Hentschel) ochrzczono mianem "Francuskiego Żyda". Więc wcale się dziś nie obrażam, kiedy mnie, który w Polsce zaczął bywać dopiero ostatnio, uważa się za... Polaka. Nie wiem tylko: czy "żydowskiego Polaka" czy też "polskiego Żyda" - ciągnął dalej Topor. I kiedy tylko skończył zdanie, ryknął śmiechem. "Ciach - Toporem. I to od razu" - spointował kolejny kieliszek. Zdołałem tylko wtedy wybąkać Witkacowskie powiedzonko: "Nie będziemy gadać niepotrzebnych rzeczy", kiedy Topor znowu zaryczał: 
"Nic dziwnego, że zacząłem być bardziej znany w Polsce, bo "Bizarre" czy "Hara-Kiri" miały wtedy 1/10 nakładu "Przekroju" czy "Szpilek".
"Dopiero dzisiaj, dzięki kapitalizmowi nad Wisłą proporcje się wyrównały" - dodałem smutno. Topor zauważywszy to "słowiańskie zasępienie" zaciągnął się fajką. "Czeka Was dopiero to dobrodziejstwo" "operacja na otwartej czaszce" - zauważył i dodał: 
"Z prawdziwym przerażeniem patrzę nie tylko na reakcje zapędzonego w kozi róg konsumpcji społeczeństwa francuskiego. Już nawet wielu artystów uwierzyło, że źródłem dobrobytu, który daleko, bardzo daleko się z Francji oddalił może być... nacjonalizm".
"Nie trzeba tworzyć sztuki panicznej, by nie wpaść w panikę" - uśmiechał się zadowolony z kalamburu.
Niedzielna sjesta w Kazikowej restauracji, otwartej po południu tylko na to spotkanie, to była prawdziwa uczta słowa. Każda kwestia "na deser" serwowała prześmieszną pointe, którą stanowił kalambur, powiedzonko czy żart zrodzony w sekundzie.
"Tylko ludzie nieinteligentni nie znają się na żartach" - dowodził Topor, przypominając sobie własne spotkania ze "sławnymi ludźmi". Kazik Hentschel przypomniał raz jeszcze "niesforną reakcje" na zagrane przez Andre Bretona "przyzwolenie do dyskusji". Kiedy Papież Surrealizmu, jak nazywano Bretona, skończył swoje "Urbi et orbi", zapytał pełnym dystansu do "młodych gniewnych" głosem:  
"Czy są jakieś pytania? ".
Wtedy to odezwał się młody Topor:
"Może Mistrz się orientuje, gdzie są tutaj... toalety? ". Tak też podobno miało wyglądać Toporowe zerwanie z... surrealizmem.
Kpina znakomitego satyryka nigdy nie bywa jałowa, podobnie jak i dowcip służyć ma nie tylko dowcipowi. Topor stara się zawsze zostawić po sobie czytelny i wyrazisty message. 
"Nie jest to wcale prowokacja. To tylko zmiana proporcji na skali wartości. To próba wyjścia poza układ". "Wtedy - powiada Topor - każdy człowiek poczytany być może, a nawet musi za prowokatora".
"Żeby się czegoś nowego dowiedzieć, należy wszystko... podważyć. Wtedy tzw. "dobry gust" może się okazać czymś... strasznym." 
"A reguły?" - zaśmiewa się znowu Topor. "Reguły dobre są w klasztorach. A takie usiłowali stworzyć i "konstruktywistyczni nudziarze", i "nadrealistyczni sekciarze". Jeszcze gorzej, kiedy "awangardziści" - tacy jak Aragon czy Eluard - zapragnęli zrealizować się w swojej społecznej misji. Dogmatycy i nudziarze" - wykrzykuje. "I co my - młodzi mieliśmy wtedy zrobić? Stworzyliśmy wtedy grupę bez reguł. Towarzystwo Wzajemnej Pomocy, ale bez ideologicznych wpływów czy zobowiązań. Czy może istnieć grupa wolnych ludzi? Może, a najlepszym tego dowodem nasz krąg twórców Sztuki Panicznej. Łączy nas pasja, a nie program; mobilizują nas cele, a nie środki; bronimy artysty jako człowieka, a nie jako członka społeczeństwa, które artystów nienawidzi". 
"Dzisiaj - wtrącam delikatnie - businessmani zakrzyknęli by zgodnie z politykami: "Niech sczezną artyści" i wtedy słyszę na wpół poważną, na wpół uszczypliwą uwagę: "Nie ma walki bez cytatu z Kantora". 
Topor uśmiechając się pyka z fajeczki: "Jeśli już pracowałem z Polakami, to wszyscy byli na "p": Polański (nakręcił film na podstawie powieści Topora "Lokator"), Pszoniak (zagrał tytułowa rolę w inscenizacji "Krola Ubu" w reżyserii i scenografii Topora) czy Penderecki (Topor zaprojektował wizje plastyczna do opery Mistrza Krzysztofa opartej na tekstach Alfreda Jarry). I znowu pointa jest kolejna wolta: 
"Najlepiej wypadłem na tle muzyki Pendereckiego, bo ta była mocno krytykowana".
Kiedy pośpieszyłem w sukurs "Królowi Ubu" Pendereckiego motywując: "To jeden z najciekawszych eksperymentów krakowskiego Mistrza, który pokazał, jak świetnie potrafi się bawić muzycznymi konwencjami" - Topor pokiwał z uznaniem głową: 
"Właśnie dlatego w tym przedsięwzięciu uczestniczyłem". Tym razem to ja wybuchnąłem śmiechem, co trochę stropiło Monsieur Rolanda. 
Dziękując za dedykacje na trzeciej stronie "Trzech dramatów panicznych" wydanych przez poznańskie wydawnictwo KURPISZ S.C. w tłumaczeniu Ewy Kuczkowskiej, miałem okazję sprawdzić, jak wielką wagę przywiązuje Topor do polskich tłumaczeń. Powtórzył znane już mi wiadomości o przygotowywanych do druku następnych tomach i specjalnym poświęconym mu numerze "Literatury na świecie". 
"Może teraz będę trochę mniej polski" - zażartował, ale znowu przez nasz samotny stolik przeszedł huragan śmiechu, kiedy Topor powrócił do nieszczęsnej inscenizacji jego "Zimy pod stołem" w warszawskim Teatrze Studio. 
"Zima pod stołem" to jest historia faceta, który podnieca się nogami swojej tłumaczki. Jak zatem można było wytłumaczyć decyzje reżysera, by panienkę ubrać w... spodnie?!  
"Kiedy widzi takich reżyserów (tajemnicą Poliszynela jest fakt, że twórcą warszawskiej prapremiery "Zimy" był Tadeusz Bradecki)" - stwierdził Kazik Hentschel - "Roland po prostu ucieka, gdzie pieprz rośnie i na jakiś czas z teatrem nie chce mieć nic wspólnego. 
"Od teatru w ogóle uciec się nie da!" - dodaje Topor. 
"A teatr życia? To też aktorstwo."
"Aktorstwo - życiowe czy sceniczne? "
"Aktorstwo jest jedno: dobre."
Ta wymiana kwestii była nieuchronna. Topor grał w wielu filmach. A rola w "Nosferatu" Herzoga nie może pozostać nie zauważona. 
"Gram nie dla samej gry, jak mnie podejrzewają. Gram, by wyrazić to, czego inaczej przekazać nie mogę".
"Uprawiam różne rodzaje sztuki, po to, by nie skostnieć. Piszę, by nie znienawidzić rysunku; rysuje, by utrwalić moje wizje; gram, by wszystkich o nich przekonać. Lubię dzieci, by je przeciwstawić rodzicom. Pracuje dla publiczności masowej (156 odcinków "Telekota" - telewizyjnego serialu - dobranocki), ale tak naprawdę to marze o rozmowach w naszej grupie. Grupie Panicznej. Świadomość, że tak dobrze zrozumieć można drugiego człowieka napawa optymizmem. Nie wszystko jest na świecie stracone, choć odejść trzeba. Bez śmierci nie ma życia, choć życie nie powinno być śmiercią skażone. O śmierci trzeba myśleć po życiu. Na "Ciach - Toporem" (tym szlacheckim, który przyznano mi ostatnio w Polsce) jest zawsze czas". 
Właśnie czas, a właściwie brak czasu sprawił, że pobiegliśmy do metra, by zdążyć na ostatni superexpress do Londynu. Zostawiliśmy rozbawionego sytuacją Topora z zaniepokojonym Kazikiem. Topor życzył nam, by nam Eurostar uciekł. Niestety tego wieczoru nie powróciliśmy już do restauracyjki przy rue Cujas numer 20 w Paryżu. Pierwsze spotkanie z Rolandem - prawdziwym rycerzem Panicznego Zakonu, walczącego w wyprawach krzyżowych o wolność każdego z nas, okazało się ostatnim. "Śmiechu nie da sie pokonać". Ciach - Toporem. Tego spotkania nigdy zapomnieć się również nie da.   

Krzysztof Miklaszewski ( Życie - 19.04.1997 )

Źródło: ROLAND TOPOR

piątek, 19 października 2012

Najbardziej czuję się sobą


Bardziej czuje się pan malarzem, pisarzem, czy może twórcą scenariuszy dla telewizji?

Tak najbardziej czuję się sobą, a te wszystkie zmiany pól działania są zmianami środków wyrazu. Bywa, że trzeba zmienić formę po to, aby treść została lepiej wyrażona. Pisanie i rysowanie uzupełniają się. Kiedyś zostałem zapytany, dlaczego piszę, skoro moje rysunki są tak znane. A to nie jest tak. Sztuka jest dla nas narzędziem poznawania i wyrażania siebie. Mam taki temperament, że nie wystarcza mi jedna dziedzina twórczości. Jeżelibym tylko pisał, to brakowałoby mi malowania i na odwrót, a gdybym umiał robić coś poza pisaniem i malowaniem, to pewnie także bym to robił.

W pana twórczości roi się od makabry, od łamania tabu. Wobec tego, co pan myśli o potrzebie i sensie istnienia różnych zakazów kultury np. o tabu kazirodztwa.

No, dzięki istnieniu zakazów mamy oczywiście największe tragedie greckie. Gdyby nie zakazy, nie istniałaby sztuka, a wtedy nie byłoby co łamać, nawet na papierze.

Czy sądzi pan, że okrucieństwo, od którego roi się w pana tekstach stanowi jakaś zasadę konstrukcyjną rzeczywistości? Ma ono swój udział w losach świata?

Nie bardzo mogę się wypowiedzieć jaką rolę spełnia okrucieństwo w losach świata, ale w losach ludzkich na pewno jest to doświadczenie częste. Nie do podważenia.

Dzieci bywają okrutne. Czy dlatego interesuje pana twórczość dla dzieci. Czy ma to jakiś związek z powstaniem "Księżniczki Anginy"?

Jak być może pan wie skądinąd lubię "Pinokia", lubię Lewisa Carrolla i jego "Alicje w krainie czarów". Bo przecież nie ma książek tylko i wyłącznie dla dzieci. Te naprawdę dobre są jednocześnie również dla dorosłych. Większość książek dla dzieci to schizofreniczne bajeczki. Rodzice są zakłopotani tym, że doprowadzili do pojawienia się dziecka na tym szalonym i okrutnym świecie i stąd to wszystko. Jak bowiem wytłumaczyć dziecku istnienie śmierci, nieszczęścia czy biedy całych społeczeństw? Lewis Carroll nie jest schizofrenikiem, ponieważ sam posługuje się nonsensem. Zresztą "Księżniczka Angina" przez wiele osób nie została zrozumiana. Chyba dlatego, że nie ma w niej dydaktyzmu, że kpi ona z dydaktyzmu. Nie być dydaktycznym to jednak nie znaczy nie przejmować się tym, co się dzieje.

Czy pańska twórczość można nazwać literaturą śmierci? Czy najważniejszy w niej jest ów barokowy lęk przed śmiercią?

Na pewno. Śmierć w literaturze jest przecież obecna samoistnie. Nie trzeba jej przywoływać z zewnątrz.

Wobec tego, czy sztuka jest po stronie życia, czy śmierci?

Po stronie życia. Przecież to oczywiste (śmiech). Ale proszę pamiętać, że rozmawiał pan z człowiekiem, którego egzystencja została już sprowadzona do zera.

Czy ma pan jakieś szczególne refleksje związane z pobytem w Polsce, z tym, że jest to miejsce narodzin pańskich przodków?

Jak tutaj jestem to często myślę o swoim ojcu i to mnie bardzo wzrusza. Mam taką szansę, takie szczęście, że żyję w lepszych czasach, niż mój ojciec. Niestety tak naprawdę to mamy niewielkie możliwości wpływania na rzeczywistość. A więc ważną rzeczą jest, żeby trafić z narodzinami na dobre miejsce i na dobry czas. Było o to trudno w stuleciu, w którym powstały porządki społeczne mające uszczęśliwić ludzkość i wiemy już, że wszystko, co sobie wymyślono, to były niebezpieczne utopie. Prawie nic nie pozostało. Jedyna ostoją wiary okazuje się religia. Świeci triumfy nieufność do rozumu, a nawet nie potrafimy odpowiedzieć, czy to on był winien temu wszystkiemu, co się stało.

Powiedział pan kiedyś, że świat jest szalony. Czy Polska według pana jest miejscem bardziej, czy mniej szalonym od innych?

W Polsce istnieje coś, co nazwałbym zakręconym barokiem. Tutaj ludzie mają duże doświadczenie w obowiązkowej schizofrenii. Tak naprawdę to kiedyś nie było tu zbyt przyjemnie i nie życzyłoby się tego, co myśmy przeżyli swoim dzieciom. Ale jak już się z tego wychodzi, to świetnie. Wtedy jest dobrze, można się śmiać, bawić.

Rozmawiał: Dariusz Suska ( Życie - 24.04.1996 )

Źródło: ROLAND TOPOR

czwartek, 18 października 2012

W Paryżu wszystko może się zdarzyć


Traktuje pan malowanie i pisanie jako sposoby cieszenia się wolnością. Czy malowanie pełniej od pisania pozwala się nią cieszyć?

Tak, bo jest bardziej zmysłowe. Chociaż wykraczanie poza przyjęty system myślenia poprzez burzący przyjętą konwencję dowcip czy grę słów, to też bardzo istotny wyraz wolności. Zmysłowość pisarza jest jednak inna od zmysłowości malarza czy rysownika i dlatego te dwa sposoby zabawy z wolnością tak się od siebie różnią.

Czy to znaczy, że pisanie narzuca więcej ograniczeń niż malowanie?

Pisarz znajduje zwykle w obrębie języka pewne pole swobody. Reguły gramatyczne, uzależnienie od wydawców i wiele innych rzeczy powoduje jednak, że trudniej jest mu osiągnąć taką wolność, jaką odczuwa malarz kładący farby na obrazie we własnym pokoju, nawet jeśli jest to pokój w domu wariatów czy w szpitalu. Pisanie jest bardziej skomplikowane.

Jest pan przeciwnikiem literatury dydaktycznej.

Owszem, chociaż czytelnicy się jej domagają. Boją się, że czytanie powieści może się okazać stratą czasu. Przy okazji wolą poznać dzieje jakiegoś miejsca, albo dowiedzieć się, jak działa bank czy jak zarabia na życie określona grupa społeczna. Literaturę opartą wyłącznie na wyobraźni uważają za bezużyteczną, bo nie widzą w niej odbicia rzeczywistości. Domagają się informacji, a nie uważają za nią tego, co dzieje się w głowie pisarza. Ja jednak cenię sobie książki, które nie spełniają żadnej funkcji pedagogicznej.

Ma pan też na myśli literaturę dziecięcą... ?

...która zwykle opisuje szlachetne uczucia i pełna jest morałów pouczających, jakim się być powinno.

A jednak duża cześć klasyki dziecięcej nie ma wymowy dydaktycznej.

Całe szczęście! Te książki, wolne od ograniczeń literatury moralistycznej, zawierają wiele symbolicznych i alegorycznych znaczeń.

Czy nadal pracuje pan nad operą dla dzieci?

Tak to opowieść o dziewczynce, która straciwszy rodziców, przeżywa fascynację cmentarzami, gdzie spotyka się ze zmarłymi i zostaje w końcu ich niewolnicą.

Czy nie jest to aby opowieść w stylu New Age?

Mam nadzieję, że nie. Chcę przekroczyć granicę, która wydaje się nie do przekroczenia, i opowiedzieć dzieciom o śmierci. Oczywiście, nie uważam, że należy im mówić, że kiedyś umrą, nigdy tego nie robiłem, gdy mój syn był mały. Opowiadając wymyśloną historię, można jednak odwoływać się do pewnych aspektów rzeczywistości. Jesteśmy bezradni wobec oczywistych faktów: możemy jedynie starać się nad nimi zapanować przez włączenie ich do gry. Dlatego usiłuję włączyć rzeczywistość do zabawy.

Czy ma pan w głowie pomysł na książkę, której na pewno nigdy pan nie napisze ?

Owszem, to książka z serii , "Tajemny ogród pisarzy", czyli w moim przypadku ugór! Zacząłem ją pisać bez planu i dlatego jestem w kropce. Kiedy rozmawialiśmy przed rokiem, byłem na stronie dwudziestej trzeciej, dziś jestem na trzydziestej szóstej. Za każdym razem, kiedy usiłuję napisać książkę ambitniejszą od poprzednich (a dla autorów książka ,,ambitniejsza" znaczy bliższa ich wrażliwości), i to mi nie wychodzi, czuję się jak oszust.

Nad czym więc pracował pan przez cały rok?

Zaprojektowałem kilka plakatów, napisałem trochę piosenek i posłowie do baśni Hoffmanna wydanych przez Gallimarda w serii książek za dziesięć franków. Przygotowałem tez zbiór myśli o prawdziwej naturze Matki Boskiej. Oto jedna z nich: zawsze mówi się półsłówkami o dwojakiej naturze Matki Bożej.

Pisał już pan na ten temat w Myślach zawiązanych na supełek.

Supełki wiąże się po to, by o czymś nie zapomnieć. Dlatego rozwinąłem później niektóre myśli z tej książki. Niedawno napisałem komentarz do albumu angielskiego fotografa Martina Parra, który fotografuje turystów. Kiedyś chciałbym powrócić do wszystkich pomysłów zawartych w Myślach zawiązanych na supełek.

Turyści to też jeden z pańskich ulubionych tematów.

Zawsze fascynował mnie proces przekształcania się osadników w nomadów, którzy, pozbawieni kontroli nad czymkolwiek nawet nad pejzażem, szybko stają się stadem.

Jest pan wyznawcą polityki archipelagów: nie pisze pan dla szerokiego grona czytelników ale dla wybranych, wierząc że zbierze się ich wystarczająco wielu. Jak sprawdza się taka polityka?

Niedobrze, ale jest to jedyny sposób na przeżycie.

Wspomnienia starego idioty zadedykował pan "Mojej wielkiej rodzinie z wydawcami włącznie".

Na początku siedemnastego wieku hiszpański jezuita, pisarz i filozof Baltasar Gracian y Morales napisał książkę w makiawelicznym duchu, która została wydana pod niewłaściwym tytułem "Dworzanin", a która naprawdę nazywała się "Sztuka roztropności". Moja dedykacja nawiązuje do zdania z tej książki "Najlepszym sposobem na osiągnięcie sukcesu jest wybór właściwej rodziny". 

Dialog wewnętrzny

Tak często słyszałem, jak o mnie mówiono, że w końcu gorąco zapragnąłem się poznać. Wspólny przyjaciel zaproponował, że mnie sobie przedstawi, i oto znalazłem się - bardzo onieśmielony - twarzą w twarz z sobą samym. 
- Dzień dobry - wykrztusiłem ze ściśniętym gardłem. 
- Cześć. 
Gestem wskazałem sobie krzesło. 
- Może wina? 
- Nie, dziękuję, ostatnimi czasy staram się ograniczyć picie. 
Roześmiałem się. Śmiechem rozpoznawalnym na kilometr, bardzo ciepłym, bardzo młodzieńczym albo jak utrzymują ci, którzy mnie nie lubią - "histerycznym". 
- Podziwiam moją cudowną zdolność do ciągłej pracy. Czy zdarza mi się lęk przed pustą kartką? Czy doświadczam strachu przed bezpłodnością? 
- Jestem takim samym człowiekiem jak inni. 
- Istotą niepowtarzalną. 
- Niepowtarzalną jak inni. 
Rozmowa ruszyła z kopyta. Bez fałszywej skromności i prawie bez skrępowania. Publiczność często uważa mnie za nieprzystępnego, obrażalskiego i poważnego. Ale się myli. Jak większość wielkich ludzi, pozostałem skromny. I straszliwie ludzki. 
- Sam się zastanawiam, skąd ja biorę te wszystkie moje pomysły. Wzruszyłem ramionami.
- Od innych, oczywiście. 
Rozejrzałem się wokół mnie. W mieszkaniu było dużo przestrzeni i światła. Z pozoru panował tu swoisty nieład, ale z pewnością podlegał on jakiemuś porządkowi wyższego rzędu. Mnóstwo książek i pustych butelek. Różne dzieła sztuki upamiętniające niegdysiejsze przyjaźnie. Fotografie. Pokruszony herbatnik. Napoczęta rolka papieru toaletowego. Czyżbym mieszkał samotnie? 
- Nigdy nie odczuwam samotności. Nieustannie rozmawiam z sobą samym, ale trzeba przyznać, że nie mam takiego wykształcenia, inteligencji i takiego nieposkromionego apetytu na życie jak ja. Mówiąc bez ogródek, czasami myślę, że jestem ciemniakiem. - Kiedyś dużo czytałem, teraz raczej oglądam telewizję. Wszystko mi jedno, program piąty czy jedynka, mam nadzieję, że rozumiem, co chcę przez to powiedzieć. 
- Żadnej książki nie mogę doczytać do końca. To zbyt męczące. 
- Śpię więcej, niż czytam. 
- Śpię więcej, niż żyję. Zawsze zgadzam się ze swoim zdaniem. Oto cały sekret mojego spokojnego snu i wyśmienitego humoru. Ludzie zbyt często czują się nieswojo we własnej skórze. 
- Żyje się tylko raz, lepiej więc utrzymywać ze sobą dobre stosunki. 
- Z ust sobie to wyjąłem. Ale żarty na bok. Co z kobietami? W moim życiu nie ma kobiet? 
- Jestem także kobietą. Bardzo piękną, inteligentną i sexy. Czasem nawet zaczynam być o siebie zazdrosny. Na szczęście to mija. 
- A zwierzęta? Ani psa, ani kota, ani złotych rybek? 
- Nieprawda. Uwielbiam zwierzęta. Jestem kotem, psem, złotą rybką. A nawet osłem. 
Tu mnie przytkało. 
- Zupełnie zapomniałem, że jestem tym wszystkim. Już nie ta pamięć, to naturalne, człowiek się starzeje. Mruczę, bo głaszczę sobie kolana. Drapię się po głowie i macham ogonem. Puszczam bańki w akwarium. Zacieram kopytka, przygotowując się do napisania dedykacji na stronie przedtytułowej mojej najnowszej książki. 
- Która będzie być może ostatnią - stwierdzam z naglą powagą. 
Piszę: "Mojemu najlepszemu, mojemu jedynemu przyjacielowi, z podziwem i sympatią." I podpisuję "Ja". Łzy napływają mi do oczu. Serdecznie ściskam sobie rękę. Patrzcie państwo, jeden "ja" jest mańkutem. Mam coś z Leonarda da Vinci. I już stoję na klatce schodowej obok drzwi mieszkania i windy. Nogi mi się trzęsą. Więc jestem tu. Nie odszedłem od siebie. Od czasu tego spotkania nie odstępuję siebie na krok. To jedyna rzecz, która mnie u siebie męczy. Jestem sympatyczny i w ogóle, ale jest pewien kłopot. Jak już się przyczepię... Strasznie jestem namolny.

Roland Topor "Dziennik paniczny".

Zdjęcie: ROLAND TOPOR

Monolog wariata

Niektórym się wydaje, że czubkiem można zostać ot tak, ni z gruchy, ni z pietruchy. Że na przykład najspokojniej w świecie spacerujesz sobie z rodziną, aż tu nagle doskakujesz do drzewa i zaczynasz je kopać, dopadasz wózeczka i plujesz dzidziusiowi w ryło, podnosisz nogę i obsikujesz kulę kaleki, jednym słowem - odbija ci. Albo inaczej, zwyczajnie szykujesz się do spania, ucałowałeś rodziców, przyjaciół, żonę, dzieci, meble, oszczędności, ubranka, bojler, umywalkę, podeszwy swoich butów, muszlę klozetową. Po prostu dostajesz hyzia. Nie, nie i jeszcze raz nie. To może jeszcze inaczej - przeglądasz pocztę, popijając poranną kawę (zachowanie w normie, tylko trochę niezdrowe dla pęcherza) i trafiasz na wredny list na swój temat, anonim. Sklecono go przy pomocy liter powycinanych z różnych piśmideł, których nie czytujesz, pośrednio zmuszając cię tym sposobem do ich lektury.
- Łajdaki! Nie uda się wam! - wydzierasz się z pianą na ustach i ciach! dostajesz kuku na muniu. Bo zachodzące w mózgownicy procesy chemiczne uległy zakłóceniu, jako że bolą cię zęby. Albo dlatego, że w dzieciństwie mamusia i tatuś nie kochali cię dość mocno, bo słońce grzeje coraz słabiej, a księżyc wchodzi przez okno dwanaście po północy. Nie. nie. nie. NIE. NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE NIE. Kto jak kto. ale ja znam się na tym i mogę stwierdzić, że ci, którzy tak mówią, po prostu bredzą. Nigdy w życiu nie zająłbym tak eksponowanej pozycji, na samym szczycie hierarchii chorób umysłowych, gdybym nie poświęcał każdej sekundy na ciężką, wytrwałą, drobiazgową pracę nad sobą i swoimi uzdolnieniami. Jeśli człowiek nie stawia sobie wymagań, to do niczego nie dojdzie. Dzisiejsza młodzież chciałaby dostać świra - bo to całkiem fajne - ale bez tego wysiłku, który jest niezbędny. Owszem, być szurniętym to nic trudnego. Ale żeby zostać prawdziwym, wielkim, pierwszorzędnym szaleńcem, na to - wierzcie mi - trzeba się nieźle napocić. A czasami trochę wypić: nie jestem wymagający, trzy kieliszki wystarczą. Ale przede wszystkim, przede wszystkim, przede wszystkim - z czego nie zdajemy sobie sprawy i czego powtarzać nigdy dość - świrowanie to wynik zbiorowego wysiłku! Tak, koleżanki i koledzy, zatkało was, co? "Jak to? Wariowanie to zajęcie grupowe? Ten się chyba z głupim widział!" No dalej, lżyjcie mnie, nie żałujcie sobie. Och, przyznaję, że niełatwo to znieść, ale kiedy za twoimi plecami stoi murem zespól, wszystko staje się prostsze. A ja, czego nie należy zapominać, mam najlepszą ekipę na świecie. Byłem we wszelakich szpitalach, u najróżniejszych psychiatrów. Wszyscy połamali sobie na mnie zęby. Najbardziej nieustępliwi, którzy od pierwszego spotkania wyrokowali z okrutnym uśmieszkiem: "To nic takiego, nic poważnego, raz dwa wróci pan do siebie." No i co? Figa z makiem. Jak wysiadają ci mądrale, teraz, gdy nikt, nawet najciemniejsza z pielęgniarek nie może zaprzeczyć, że jestem przykładem najwspanialszego, najelegantszego, najosobliwszego obłędu w stylu francuskim z końca dwudziestego wieku? Ale ja nigdy, przenigdy nie zapominam, nawet gdy piję samotnie, że udało mi się dzięki innym, dzięki mojemu zespołowi. To on przypominał mi nieustannie, że świat jest przeciw mnie, że ludzie chcą moich pieniędzy i mojej śmierci, że nie spoczną, dopóki nie wymażą mnie z listy żyjących. Dziękuję. Dziękuję wam wszystkim. Dzięki wam mam już czterdzieści pięć milionów widzów. Doprawdy, jesteście bardzo mili. Dzięki wam moją fotografię można zobaczyć wszędzie. Dzięki wam wszyscy znają mój głos, moje usta, moje oczy, moje paznokcie. Dziękuję. Dzięki wam, jak każde bożyszcze, nigdy nie umrę bez reszty, tylko będę konał aż po kres czasów. Dziękuję.

Roland Topor "Dziennik paniczny".

Angielskie poczucie humoru

A leż tak, Francuzi mają poczucie humoru. Oczywiście, że je mają! Ach! Ach! Tylko że nie jest to angielskie poczucie humoru. Przyznacie, że szkoda. W dziedzinie humoru Anglicy - Brytyjczycy, jak sami siebie nazywają - przewyższają resztę świata. Nie ma lepszych. No i trudno! Nie ma co robić tragedii! Francuzi mają wino, a Anglicy humor. Mogło być gorzej. Wyobraźcie sobie, że mieliby i jedno, i drugie! Zresztą we Francji wystarcza ironia. Bez kompleksów. Stosując odrobinę francuskiej ironii, można uchodzić za wesołego kompana albo wręcz za wesołka. Z pewnością dzieje się tak dlatego, że nie wtajemniczona publiczność zadowala się byle czym. Z braku laku, dobry kit. Sytuacja komplikuje się z chwilą wyjazdu za granicę. Zasoby dobrego humoru, uszczypliwego zmysłu obserwacji, umiarkowanego optymizmu i cywilizowanej kpiny, w które wydawaliśmy się wyposażeni, topnieją szybciej niż łyżeczka masła między piersiami Maruschki Detmers. Nasz humor narodowy nie jest wart więcej od naszych franków. Wszelka wymiana, również dowcipów, okazuje się niekorzystna. Jakież to bolesne. Wróciłem z Brukseli, gdzie spędziłem miesiąc. Gdy tylko otwierałem tam usta, żeby rozluźnić atmosferę lub sprytnie podsunąć temat rozmowy, natychmiast powietrze wypełniało się elektrycznością i zaczynaliśmy się czuć nieswojo. Podkreślam, że nie opowiadałem tzw. kawałów o Belgach (Francuskie dowcipy o Belgach są mniej więcej w tym samym stylu, co polskie o Rosjanach - przyp. Tłum.) (nie lubię ich), zadowalałem się po prostu przedstawieniem konkurencyjnych - jak sądziłem - próbek francuskiego humoru. Kompletna klapa. Któregoś dnia przyjaciel powiedział mi:
- Powinieneś wziąć prywatne lekcje. 
- Lekcje czego? 
- Angielskiego humoru, rzecz jasna! 
A ja na to osłupiały: 
- Gdzie? Z kim? Chyba żartujesz? 
Ale on był poważny niczym arcybiskup Canterbury. 
- Znam doskonałego profesora, wykładowcę angielskiego humoru, który mieszka przy rue Royale, dokładnie naprzeciw "Botanique". Sądzę, że korzystając ze swojego pobytu w Brukseli, mógłbyś przyswoić sobie jeśli nie poczucie, to choćby kilka podstawowych zasad angielskiego humoru. Jestem przekonany, że w twoim zawodzie okaże się to cenne! 
Scena rozgrywała się w Klubie Lotników, gdzie podają wyśmienite białe porto. W rezultacie uległem namowom. Przyjaciel poszedł zadzwonić do profesora, niejakiego doktora Springfielda. Po powrocie rozpromieniony oznajmił mi dobrą nowinę: 
- Masz szczęście, jakiś ważniak z Komisji Europejskiej wystawił go do wiatru. Jest do twojej dyspozycji. Dobra. Udaję się pod wskazany adres. Wdrapuję się na czwarte piętro i co widzę? Facet na klatce schodowej właśnie podsłuchuje pod drzwiami doktora Springfielda. "No tak, to z pewnością jakiś biedaczyna, który próbuje bezpłatnie korzystać z czyjejś lekcji." Chrząknąłem, żeby zwrócić na siebie uwagę. Nieznajomy nie zareagował. Zniecierpliwiony klepnąłem go w ramię. Wyprostował się. swobodny i wyluzowany: 
- Dzień dobry. Jestem doktor Springfield. 
- Czy mogę pana zapytać, doktorze Springfield, dlaczego podsłuchiwał pan pod swoimi własnymi drzwiami? Kąciki ust rozjechały mu się w tajemniczym uśmiechu. Bez słowa, z ucha, które przed chwilą przykładał do drzwi, wyciągnął ostrożnie coś w kształcie jasnozielonego stożka i podał mi. 
- Co to takiego? - spytałem, nic nie rozumiejąc. 
- Głowiasta biała. Nie podsłuchiwałem pod drzwiami, naiwny młody człowieku. Słuchałem tego kapuścianego głąba! 
Dałem sobie spokój z angielskim poczuciem humoru.

Roland Topor "Dziennik paniczny".

Obraz: Rene Magritte, Syn człowieczy, 1964.

środa, 17 października 2012

O tempora? O mores?


W wiktoriańskiej Anglii małym dziewczynkom nie wolno było nosić zbyt wypolerowanych bucików. Przyzwoitość nakazywała nawet, aby obuwie było lekko matowe.
- Przyzwoitość?
- Tak, obawiano się bowiem, że podbrzusze i uda mogłyby odbijać się w ciemnym i wypukłym lusterku pantofelka. Są ludzie, którzy potrafią pomyśleć naprawdę o wszystkim.

Roland Topor "Dziennik paniczny".

wtorek, 9 października 2012

Portret Suzanne (1) - Roland Topor


 Od dwudziestu trzech dni przemierzam bez wytchnienia labirynt ciemnych uliczek obcego miasta. Czasami przystaję, żeby coś naszkicować w starym notesie o postrzępionej okładce. Nie wiem, czy jestem malarzem, architektem, czy urzędnikiem, ale muszę być biedny, skoro przywiązuję taką wagę do swojej pracy. Powody, dla których zmuszony byłem opuścić Paryż, pozostają niejasne; w każdym razie starannie unikam myślenia o okolicznościach swojego wyjazdu.

       Miasto nazywa się Caracas, ale nie chodzi tu o stolicę Wenezueli. Mieszkańcy wymawiają tę nazwę "Carcasse" (carcasse (fr.) - szkielet, kościotrup) z ponurą, budzącą niepokój intonacją. W tym smętnym kraju Europy Środkowej, którego języka nie znam, przyszli na świat moi rodzice. Pomimo tego faktu, między miejscowymi a mną panuje absolutna niemożność porozumienia.
       Tutejsze domy mają wprawdzie bogate, barokowe fasady, ale aż przykro patrzeć, w jak opłakanym są stanie. Szczegóły ornamentów i rzeźbień giną pod warstwą brudu. Z nieba, z zimowego nieba też nie przebija ani odrobina jasności. Wysilam oczy, starając się przeniknąć wzrokiem szarówkę, choć z góry wiem, że i tak nie uchwycę podobieństwa. Kształty i reliefy zacierają się, zmieniają się kąty. Kamienne elementy, których rysunek staram się odgadnąć, rozmywają się niczym w mętnej wodzie. Moja dłoń po omacku odkrywa zielonkawe, podwodne krajobrazy.

        Ciemność staje się nieprzenikniona, tak że strona notatnika rozpływa się w mroku nocy. Przez głowę przemyka mi myśl: "Teraz rysunek jest wierny, bo równie niedookreślony jak model".

        To spostrzeżenie wreszcie pokonuje mój upór. Trudno, trzeba dać za wygraną. Zrezygnowany, ruszam z powrotem do hotelu.
       Kiedy idę wzdłuż rzeki, nagle ogarnia mnie przemożne zmęczenie. Szczęśliwie w pobliżu stoi ławka. Osuwam się na nią z przerażającym uczuciem, że jestem ciężarem, którego ktoś się właśnie pozbył.

        Rzeka rozlewa się szeroko, ale nawet najsłabszy refleks nie igra w zagłębieniach fal.
       Trochę dalej, na lewo, jej brzegi spina nie oświetlony most. Kiedy za chwilę będę na niego wstępował, moje serce zabije mocniej.
       Mieszkam po drugiej stronie rzeki, tuż przy zajezdni tramwajowej. Ze swojego okna na siódmym piętrze śledzę ciągnące się długo w noc hałaśliwe ewolucje pojazdów. Na końcowy przystanek wagony najczęściej podjeżdżają puste, a jeżeli już ktoś wysiada, to od wielkiego dzwonu. Ostatniej nocy szczęście mi dopisało. Dane mi było zobaczyć pięciu podróżnych.

        Kamień mocno uderza mnie w kark. Na wpół ogłuszony, czuję, że ktoś mnie obszukuje, że chce zabrać mi portfel. Na oślep łapię czyjąś rękę. Złodziejem okazuje się lobuziak z procą okręconą wokół przegubu. Chwytam za nią. Zmagamy się w milczeniu, z dziką zaciętością. Walka kończy się równie nagle, jak się zaczęła. Wyrzucony siłą własnej procy gagatek wpada na balustradę i odbiwszy się od niej, ucieka. Słyszę cichnący w oddali stukot jego buciorów, gdy zmyka wzdłuż brzegu. Rzeczywistość staje się przystępniejsza, kiedy sprawia ból. Kamień, który mnie zranił, nie ma nic wspólnego z owymi niedookreślonymi, nierealnymi fasadami. On nie jest ulotny. Ma nieskomplikowane, ale za to konkretne właściwości. Ciężar, który miażdży, krawędzie, które tną, i spiczaste fasety, które przebijają. Potrafi upuścić krwi.

        Boże, ale ze mnie grubas! Nikt mnie nie kocha. A przecież jestem jeszcze młody. Zresztą zawsze tak było. W szkole przezywali mnie Pączek, a potem Pulpet, Wieprzak i Baleron. Mój Boże, jak ja cierpiałem! Tylko ja jeden wiedziałem, jakże cenne pokłady nieskazitelności kryją się pod fałdami tłuszczu. Inni patrzyli z niesmakiem na to ciało, które uważali za fizyczne odzwierciedlenie stanu psychiki. Podobnie zwiedzający ogród zoologiczny często patrzą na zwierzęta, jakby te przedstawiały różne typy ludzkie. Jakby mieli do czynienia z osobnikami skazanymi na wystawianie na widok publiczny swoich pożałowania godnych cech. Małpa jest bezwstydnikiem, tygrys szelmą, wąż nikczemnikiem, a lew zarozumialcem. Ja jestem wieprzem. Żarłokiem i brudasem. O przyziemnym umyśle. Boskie prawo ciążenia nakazuje, by ciało znajdowało się tuż przy ziemi, i pewnie tam kiśnie skulona moja dusza.

        Nieraz bohatersko postanawiałem skończyć z jedzeniem. Zupełnie. Wreszcie miałbym prosty wybór: tycie albo życie. Zniknąłby ten przeklęty kokon tłuszczu! A ja, niby półprzejrzysta jętka, ukazałbym się taki, jaki naprawdę w głębi siebie jestem. Niestety, nigdy nie wystarcza mi siły woli. Głód bez trudu pokonuje najmocniejsze postanowienia. Pierwszy skurcz żołądka i odpuszczam. A jeśli jakimś trafem chwilowo wytrwam w oporze, to później porażka jest tym bardziej sromotna. Opycham się wędlinami, chlebem i ciastkami z kremem. Żrę tak, że omal nie pęknę. Chcę zniszczyć to obmierzłe ciało, którego padłem ofiarą. Jeżeli moja dziecięca duszyczka na tym ucierpi, trudno! Nie będzie mi siebie żal.

        Zgrzyt żwiru. Odgłos skradających się kroków. Czyżby wracał ten smarkacz? Nie, z mroku wyłania się jakaś inna postać. Chorobliwie blada, ubrana na czarno młoda kobieta. Zbliża się. Coś mówi. Wygląda, jakby się modliła. Wyciąga rękę i szarpie mnie za rękaw. Czego ona chce? Tak naprawdę, domyślam się czego. Naturalnie, zażąda pieniędzy. Dobrze, ale nie dam ani grosza więcej niż zamierzałem zapłacić za posiłek. A więc dziś wieczorem nie zjem kolacji. Mam dość silnej woli, żeby zdobyć się na takie poświęcenie. Ruszam za nią.

        Towarzyszę jej aż do pokoju w kamienicy położonej nad samym nabrzeżem. W pomieszczeniu są dwa krzesła, stół, a na kuchennej szafce przy zlewie stoi maszynka gazowa. Nigdzie nie ma łóżka. Naga żarówka zwisa na końcu tasiemcowego przewodu. Rzuca ostre, nieprzyjemne światło. Zdjąłem płaszcz i powiesiłem na oparciu krzesła. Jestem zakłopotany, wręcz zawiedziony zachowaniem kobiety, odbiegającym od zwyczajowego w takiej sytuacji.

        Zapaliła gaz, wylała trochę oleju na patelnię, w fajansowej miseczce roztrzepuje dwa jajka. Ja widzę tylko jej wstrząsane drgawkami plecy. Podchodzę łagodnie, ale ona odsuwa się szybko.
       Unika mojego wzroku. Nachodzi mnie idiotyczne podejrzenie, że z tą też mi się nie uda. Czyżbym w jaskrawym świetle elektrycznym okazał się zbyt odpychający? Tak, z pewnością w cieniu na ławce musiałem wydać się jej bardziej pociągający. Urażony, na złość zdejmuję buty. Mają przetarte podeszwy. Skóra rwie się, jakby to był papier. Będę musiał kupić sobie nowe.
       Kobieta uśmiecha się.
       Podsuwa mi krzesło. Nakrywa do stołu. Po chwili stawia przede mną omlet i kieliszek wina.

        Jem, a ona stoi, przypatrując mi się życzliwie. Kiedy kończę, na kawałku papieru wypisuje jakieś cyfry.
       Co ma znaczyć ta liczba? Czyżby chciała się upewnić, że mam pieniądze? Wyjmuję banknot. Kręci głową. Dlaczego nie chce go wziąć? Wstaję i próbuję ją pocałować. Wyrywa się przerażona.
       - Proszę się uspokoić, nic pani nie zrobię.
       Biorę banknot i zakładam płaszcz. Ona rzuca się na mnie, przetrząsa kieszenie. Wyławia jedną, potem drugą drobną monetę. Ta skromna kwota w pełni ją satysfakcjonuje. Nieoczekiwanie zaczyna rozpływać się w podziękowaniach. Jak nic, kpi sobie ze mnie w żywe oczy. Mam ochotę wymierzyć jej policzek, ale nie śmiem. Gotowa jeszcze poszczuć na mnie całą dzielnicę, oświadczyć, że jestem maniakiem seksualnym, bandytą... Wolę zwiać, póki to jeszcze możliwe. Krzyczy za mną na schodach. Rzuca mi moje buty.

        Grubo się pomyliłem, biorąc tę kobietę w czerni za prostytutkę. Olśniło mnie gdzieś w połowie mostu: moja gospodyni dorabia sobie, wydając domowe obiady. Dzielna kuchareczka, i tyle. Proponowane przez nią menu jest równie ubogie, jak ona sama. Jedno danie dnia, a może nawet tygodnia czy miesiąca...
       Co za hart ducha, a wszystko po to, żeby zdobyć tych kilka marnych groszy!
       Wzgardziłem nią podle i niesprawiedliwie, zraniony w samo serce jej dotkliwą obojętnością. Wreszcie dostrzegam też pewien komizm sytuacji. Najgorzej, jak się komuś brzuch pomyli z podbrzuszem! Muszę przystanąć, żeby zaczerpnąć tchu, taki mnie śmiech porwał. Co za kapitalne nieporozumienie! Ta kobieta - niczym ekspert - potrafiła na pierwszy rzut oka oszacować moje otłuszczone ciało, którym właśnie zamierzałem do niej przywrzeć. Bardziej niż miłości brakowało mu pożywienia!

        Moja wesołość przechodzi w stan uniesienia. Oto i ja, jak tylu książkowych bohaterów, stałem się prawdziwym łowcą przygód. Nikt nie może zaprzeczyć, że przed chwilą przeżyłem autentyczną przygodę. To dzięki wygnaniu trafiła mi się taka gratka: poprzednio nigdy nic mi się nie przydarzało. Przywołuję w myśli żywe jeszcze obrazy, moje własne wspomnienia. Jakaż miła dykteryjka, ciut frywolna, a przy tym niezwykle poruszająca. Świadectwo ludzkie. A historia wprost stworzona, by opowiadać ją przyjaciołom pod koniec kolacji, albo spotkanym w pociągu nieznajomym. Historia, którą przekażę dzieciom, kiedyś gdy już je będę miał. Będzie stanowić część rodzinnego folkloru. Poznają ją wnuki. Być może pozostanie jedyną znaną im okolicznością z mojego życia.

        Główną postacią tej opowieści jest młoda kobieta w czerni. Przydałoby się dokładniej ją opisać. Ale jak to zrobić, skoro pamiętam zaledwie jej oczy? Skupiam się, żeby przypomnieć sobie resztę twarzy, ale na myśl nie przychodzi mi nic poza małą febrą nad górną wargą. Jeśli chodzi o nos, jego kształt zupełnie wypadł mi z pamięci. Naturalnie zawsze mogę coś zmyślić. Historia nie stanie się mniej prawdziwa tylko dlatego, że twarz została wymyślona. Nie muszę też wspominać o omlecie. Bigos zrobiłby lepsze wrażenie.
       Nagle uderza mnie dźwięczność słowa "bigos". Wymawiam je kilkakrotnie, zmieniając intonację. Ogarnia mnie dojmujący smutek.

Roland Topor "Portret Suzanne" (Portrait en pied de Suzanne), przekład: Ewa Kuczkowska.

poniedziałek, 8 października 2012

Dziennik paniczny (1) - Roland Topor

Roland Topor
A by ożywić trochę swoją twórczość, zdecydowałem się pisać poza domem, u innych. Chciałbym być dobrze zrozumiany: nie szukam przygód, nie kuszą mnie też wyprawy w najniebezpieczniejsze miejsca naszego globu. Rozpalone pustynie, zielone piekła tropików czy skute lodem szczyty gór pociągają mnie tyle co pola minowe. Ale mam już powyżej uszu swoich osobistych problemów. Muszę wydostać się z tej wieży z kości słoniowej - jakkolwiek wygodna by była - i zanurzyć się w rzeczywistości moich bliźnich. No właśnie, po co daleko szukać, Albert będzie w sam raz. Nie widzieliśmy się od pięciu lat. Wykręcam jego numer. 
- Albert? Tu Roland! 
- Roland! Co słychać? 
- Chciałbym wpaść do ciebie, żeby napisać artykuł. 
- O mnie? 
- Nie. Po prostu artykuł. Pewnie nie wspomnę w nim o tobie, ale potrzebuję twojego domu. 
- Jesteś bezdomny? 
- Nie w tym rzecz. Chodzi o pewną twórczą koncepcję... Wydał mi się rozczarowany i niezadowolony. 
- Na długo byś został? 
- Najwyżej kilka godzin. Mogę wpaść jutro wczesnym popołudniem? 
- Przyjdź przed 13.30, bo później wychodzę do pracy. Zostanie żona, i tak siedzi w domu. Znasz Chantal, moją żonę? 
- To ta blondynka, co ostatnio? 
- Och nie, ty myślisz o Suzanne. Rozstaliśmy się jeszcze w osiemdziesiątym szóstym.
- Dobra, postaram się przyjść przed 13.30, ale uprzedź o mojej wizycie Chantal. 
- Będziesz potrzebował maszyny do pisania? 
- Nie, dziękuję, przyniosę swoją. Melduję się około 14.00. Albert jeszcze na mnie czeka. 
- Gdybyś przyszedł trochę wcześniej, mielibyśmy czas pogadać. Teraz muszę lecieć do roboty. 
Proponuje mi drinka, ale ja dziękuję. Chantal jest zajęta czymś w głębi mieszkania. Poznamy się później. 
- Gdzie chcesz usiąść? 
- Obojętnie, bylebym nie przeszkadzał. Prowadzi mnie do stołu w pokoju dzieci, które spędzają wakacje u dziadków w Aix-en-Provence. Są więc i dzieci? 
- Tak, mój stary. Teraz prócz chłopca mam i dziewczynkę. Będziesz tu jeszcze około dwudziestej? 
- Nie wiem. To zależy. 
- No to cóż, powodzenia! 
Zostaję sam. Pozwalam, aby ogarnęła mnie smutna atmosfera tego miejsca. Po chwili wyjmuję maszynę do pisania i wkręcam czystą kartkę. Okno na lewo wychodzi na podwórze kamienicy. Jacyś robotnicy naprawiają dach i śpiewają przy tym na cale gardło. Na łóżku leżą komiksy, po podłodze walają się zabawki. W pokoju stoją dwa łóżka, dwa stołeczki, szafa, komoda. Otwieram szuflady. Dziecięce rysunki, samochodziki, złamana łyżwa. Zaczynam się zastanawiać, czy reportaże to coś dla mnie. 
- Więc to pan jest Roland? Dzień dobry! 
- Dzień dobry, Chantal! Bardzo ładne są te rysunki. 
- To Josiany. Wciąż tylko rysuje. Napije się pan czegoś? 
- Nie, dziękuję. Muszę się zabrać do pracy. 
- Co takiego pan pisze? 
- Jeszcze nie zdecydowałem. Zależy. Zresztą właśnie dlatego przyszedłem do państwa. 
- W poszukiwaniu natchnienia?
Kiwam głową. Ładna jest ta Chantal. Leciutko zaokrąglona, nieśmiała, ze ślicznymi wydatnymi ustami. 
- Może kawy? 
- Dobrze, niech będzie kawa. 
Spoglądam na sufit. Przecina go pęknięcie. Nic specjalnego. Ściany są zielonkawe, ozdobione postaciami z komiksów i okładkami płyt. Poza tym wielki plakat Beatlesów. Zaczyna padać deszcz. Ucisza śpiewy robotników na dachu. 
- Jest kawa, proszę. 
Próbuje przeczytać kilka linijek tekstu, które pojawiają się nad wałkiem. 
- Ejże! Nie wolno podglądać. 
- Dlaczego? Czyżby pisał pan o nas? O mnie? 
- Nie, ale to zaledwie początek brudnopisu. 
Wzdycha. 
- Zazdroszczę panu tej łatwości pisania. Ja zaczynam po dziesięć razy i wciąż coś jest nie tak. Drę wszystko. - Niech się pani nie przejmuje, ja też drę. 
- Jest pan skromny. Pokażę panu kiedyś swoje próby literackie. Powie mi pan, co o nich sądzi. Słyszałam tylko zdanie Alberta, a przecież on się na tym nie zna. 
- Zgadzam się z przyjemnością. 
- No to idę, nie będę więcej przeszkadzać. 
- Nie ma sprawy, już skończyłem. 
Otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. 
- Już? Niemożliwe. Niewygodnie tu panu? 
- Ależ skąd, wygodnie, po prostu skończyłem. 
Nie wierzy mi. 
- Nie odpowiada panu ten pokój. Sama się zastanawiam, dlaczego Albert tu pana umieścił. Wygodniej byłoby panu w naszej sypialni, jest większa... 
Niełatwo tak po prostu odejść. Okazało się, że chodzenie do kogoś, żeby tam pisać, to nie najlepszy pomysł. Ale żeby pociupciać, całkiem niezły.

Roland Topor "Dziennik paniczny" (Journal in Time), przekład Ewa Kuczkowska.

czwartek, 20 września 2012

Alibi dziecka

Roland Topor śpiewa ze swoim psem
— Mamusiu — powiedział mały Serge budząc się — dzisiaj w nocy przyszedł jakiś pan i zrobił siusiu na moje łóżko.
Mamusia małego Serge'a uśmiechnęła się pobłażliwie.
   To niedobrze — rzekła po prostu — nie rób tego więcej,
Opowiedziała mężowi i oboje uśmiali się serdecznie. Lecz gdy następnego ranka historia się powtórzyła, zaczęli się niepokoić. Mały Serge miał osiem i pół roku. Od dawna już mu się to nie zdarzało.
— Jutro, jeśli to się powtórzy, zaprowadzimy go do lekarza.
Musieli go zaprowadzić. Lekarz zbadał dziecko, wypytał je zręcznie, po czym zawyrokował:
— Musiał mu ktoś zrobić przykrość i chłopiec podświadomie mści się w ten sposób.
W rezultacie rodzice małego Serge'a popadli w taki kompleks winy, że nie śmieli niczego odmówić maleństwu, które mimo tych wyjątkowych warunków moczyło łóżko każdej nocy. Dziecko powtarzało z uporem:
— W nocy przyszedł jakiś pan i zrobił siusiu na moje łóżko. 
Rodzice już się nie uśmiechali. Trzeba było działać. Tatuś i mamusia schowali się za szafą, by czuwać nad snem jedynaka. O trzeciej nad ranem jakiś kształt zjawił się przy łóżeczku. Wkrótce rozległ się odgłos wodotrysku. Potem dźwięk ucichł i postać oddaliła się z wolna, jakby z żalem. Był to osobnik wysokiego wzrostu. Na ułamek sekundy promień księżyca oświetlił mu twarz, w następnej chwili człowiek zniknął.
— Poznałeś go? — spytała mama.
— Tak — odrzekł tata zduszonym głosem. — To on. Mój kierownik działu.
— Wiesz, co powinieneś teraz zrobić? On też ma małego chłopca. To dwa kroki stąd.
Biedak kręcił się i wiercił.
— Nie chce mi się, kochanie, przysięgam ci, że chętnie bym poszedł, ale mi się nie chce.
— Zdaje się, że w kuchni jest jeszcze trochę piwa. Chodź, wypijesz szklaneczkę. To ci doda odwagi. 

Roland Topor "Alibi dziecka" [w]: tegoż "Cztery róże dla Lucienne".

Roland Topor (ur. 7 stycznia 1938 w Paryżu, zm. 16 kwietnia 1997 tamże) – francuski pisarz, autor opowiadań i sztuk teatralnych, także rysownik, grafik, reżyser teatralny i filmowy, aktor, scenarzysta i scenograf. Twórczość Topora, inspirowana surrealizmem (artysta znał osobiście teoretyka ruchu André Bretona), pełna jest szokującej groteski i czarnego humoru, nieraz ocierającego się o makabreskę. Dla stylu Topora znamienne jest wykorzystanie elementów groteski, pure nonsense'u i zabawa z konwencjami oraz tworzywem językowym. Wszechstronna indywidualność, barokowa wyobraźnia i rozległość działań twórczych zbliżają Topora do idei syntezy sztuk. W warstwie tematycznej jego twórczość dotyczy głównie wyśmiewania postaw i mentalności drobnomieszczańskiej, podejmuje też tematykę egzystencjalną, ukazując jednostkę pośród obcego świata jak z koszmarnego snu. Topor urodził się w Paryżu, dokąd przed II wojną światową wyemigrowali jego rodzice, polscy Żydzi. Był synem Abrama Jechiela Topora (1903-1992), znanego rzeźbiarza, absolwenta Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, i Zlaty (z d. Binsztok). Spędził pierwsze lata w Paryżu, a następnie w Sabaudii, gdzie w czasie wojny jego rodzina chroniła się przed prześladowaniami nazistowskimi. W 1964 roku ukończył paryską École Nationale des Beaux-Arts. Już w latach studenckich współpracował z satyrycznym magazynem "Hara-Kiri", w którym ukazywały się m.in. jego rysunki. Był również współzałożycielem (wraz z Fernando Arrabalem i Alejandro Jodorowskim) i członkiem tzw. "Grupy Panicznej" (1962). Topor był autorem licznych ilustracji książkowych oraz plakatów. Współpracował z filmem. Na prośbę Federico Felliniego przygotował projekt latarni magicznej - ważne ogniwo scenografii jego filmu Casanova (1976). Na kanwie jego powieści Chimeryczny lokator powstał film Romana Polańskiego pt. Lokator (1976), w którym sam Topor zagrał drobną rolę. Wystąpił również m.in. w 1979 w filmie Wernera Herzoga pt. Nosferatu wampir. (Wikipedia.pl)

środa, 12 września 2012

Wybawcy


Dziwny widok roztoczył się przed oczyma Ziemian, gdy wysiedli ze statku kosmicznego na tej planecie w odległej galaktyce. Powierzchnia globu, jak okiem sięgnąć, była gładka i płaska. Żadnych wzniesień, żadnej roślinności, nic tylko klatki. Długi rząd klatek, aż po horyzont. Kształtem przypominały nieco pomieszczenia, w jakich na ziemi trzyma się ptaki, ale zawierały coś zupełnie innego.
To, co zawierały, przypominało nieco ludzi.
W każdej klatce siedział jeden człekopodobny.
Jak długo trwała ich niewola? Zapewne długo, bo sprawiali wrażenie dziwnie bezwładnych.
Ziemianom na ten widok krajały się serca.
— Trzeba ich uwolnić! Natychmiast!
— Cóż za tyran zgotował im taki los!?
— Śpieszmy się. Może gdzieś niedaleko kręcą się strażnicy?
— A jeśli oni są niebezpieczni?
Dowódca wyprawy zabrał glos:
— Uwolnimy ich z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Nie wyglądają groźnie, biedaczyska!
— A nawet gdyby, to nie możemy ich tak zostawić!
Zbliżyli się do pierwszej klatki. Człekopodobny patrzył na nich, nie okazując najmniejszego wzruszenia. Ani strachu, ani wdzięczności, nic. Wydał tylko kilka dziwnych dźwięków, nie zadając sobie nawet trudu otwarcia ust. Kapitan uśmiechnął się do niego serdecznie.
— Biedny przyjacielu, nic nie rozumiem z twoich wywodów. Najpierw cię stąd wyciągniemy, a potem przyjdzie czas na naukę języków obcych.
Członkowie załogi nie zwlekając wzięli się do piłowania krat. Gdy skończyli, więzień zmarł.
Zakłopotany kapitan zwrócił się do lekarza pokładowego:
— Co pan o tym sądzi?
— Hm, trudno powiedzieć. Może wzruszenie, wywołane odzyskaniem wolności, okazało się za silne. Serce, lub jakiś jego odpowiednik, nie wytrzymało. Będziemy ostrożniejsi przy następnych.
Podeszli do drugiej klatki.
Zanim jednak zabrali się do piłowania, pokazali człekopodobnemu na migi, co zamierzają zrobić. Jedyną odpowiedzią były dwa czy trzy niewyraźne jęki. Tak jak poprzedni, i ten więzień nie przeżył odzyskania wolności.
Wyzionął ducha, gdy upadła ostatnia krata.
Zrobili jeszcze dziesięć prób, wszystko na nic.
Kapitan wybuchnął:
— Nędzni niewolnicy! Tak się przywiązali do upokarzającej sytuacji, że wolność ich zabija! Muszą mieć klatkę, żeby żyć! Ale ja ich uwolnię, uwolnię, choćby od tego wszyscy mieli zdechnąć!
Ludzie z coraz większą wściekłością i uporem piłowali kraty, a więźniowie umierali. Lekarz wrócił do pierwszej klatki, by zbadać zwłoki.
Nieco później podszedł do niego kapitan z resztą załogi.
Jak okiem sięgnąć, widać było teraz rozbebeszone klatki i trupy człekopodobnych.
— Ani jeden — mruczał kapitan — ani jeden nie przeżył.
Lekarz podniósł się znad ciała, które właśnie zbadał. Miał dziwny wzrok.
— To nie klatki, to ich kręgosłupy.

Roland Topor "Wybawcy" [z]: tegoż "Cztery róże dla Lucienne", przekład Tomasz Matkowski.

wtorek, 11 września 2012

Pokarm duchowy

Roland Topor Securite, 1986.

Dziecko nadsłuchiwało w ciemności z otwartymi oczyma. Cisza panująca w sypialni uspokoiła je. Z trudem wygrzebało wilgotne nogi z plątaniny prześcieradeł. Znów posłuchało, a potem wyskoczyło z łóżka. Wielka głowa kretyna chwiała się na cieniutkiej szyi, kiedy skradało się do drzwi. Czepiając się poręczy, z trudem zeszło po schodach. W hallu ogarnął je strach, lecz budzące się nieznane pragnienie okazało się silniejsze. Dziecko weszło do biblioteki.
Tam właśnie opiekunki znalazły je rano, śpiące w fotelu z rozłożoną na kolanach grubą książką pt. Krytyka czystego rozumu.
Lekarz Ośrodka zbadał je, lecz stwierdził tylko lekkie przeziębienie. Zaniepokoił się jednak, kiedy po posiłku debil opuścił towarzyszy zabaw i wrócił do biblioteki. Ukończywszy Krytykę czystego rozumu zabrał się za Krytykę praktycznego rozumu, by wreszcie pogrążyć się w Dziełach zebranych Leibniza.
Dokładny kwestionariusz i cala seria testów wykazały, że debil nie tylko nie pamięta nic z tego, co przeczytał, ale w dodatku jego poziom umysłowy wyraźnie się obniża. A on czytał i czytał... Przeleciał całą bibliotekę.
Bolała go głowa.
Zdecydowano się na operację.
Podczas gdy chirurg szykował się do trepanacji, asystujący lekarz żartował:
— Zobaczy pan, wszystkie książki wyskoczą nam prosto w nos jak diabeł z pudełka!
Nie książki jednak wyszły, tylko długa, biaława wstążeczka, która skręcała się teraz na posadzce sali operacyjnej.
— Mój Boże — zaklął chirurg, wycierając czoło — glista mózgowa! Pierwszy raz widzę coś takiego!
Mijały dni, a potem tygodnie. Dziecko było chyba wyleczone. Pewnej jednak nocy znów zeszło do biblioteki. Owładnęła nim na nowo czytelnicza pasja.
Gdy lekarz Ośrodka zrozumiał, potrząsnął głową.
— Trzeba powtórzyć. Łebek został w środku.

Roland Topor "Pokarm duchowy" [z]: tegoż "Cztery róże dla Lucienne", przekład Tomasz Matkowski.

poniedziałek, 10 września 2012

Ciężka operacja


Roland Topor
Rannego ułożono na stole. Gdy zastosowano prowizoryczną narkozę, chirurg, w rękawiczkach i w masce, wyciągnął rękę i rzucił sucho: 
 — Skalpel! 
 Wykonał podwójne cięcie na krzyż. Kula tkwiła w ranie. 
— Szczypce! — rzekł chirurg. 
Szczypce chwyciły kulkę rtęci, ale ta się zaraz wyślizgnęła. Chirurg zaklął. Ze złością łapał kulki rtęci, turlające się po całej ranie. Na próżno. Wściekły, rzucił szczypce i próbował chwytać palcami, ale przeszkadzały mu rękawice. Ściągnął je. Kuleczki tymczasem wpadły w głąb rany. Było za mało miejsca, żeby je łowić. Jednym cięciem skalpela poszerzył otwór. 
Człowiek już dawno nie żył, a chirurg wciąż jeszcze zawzięcie chwytał palcami błyszczące, srebrne krople.

Roland Topor "Ciężka operacja" [z]: tegoż "Cztery róże dla Lucienne", przekład Tomasz Matkowski.