Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty książek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fragmenty książek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett


PROCES MYŚLOWY

„20/20 Magazine”, maj 1989

Krótki tekst o pisaniu tekstów. Uważni czytelnicy zauważą, że w tym czasie mój umysł zajmowały Pomniejsze bóstwa.

To całkiem precyzyjny opis procesu twórczego w działaniu…
Wstaję, śniadanie. Włączam komputer, patrzę w ekran.
Patrzę w ekran jeszcze trochę.
Nadal patrzę w ekran, ale nadstawiam ucha, czy nie nadchodzi listonosz. Przy odrobinie szczęścia dostarczy worek poczty, pozwalający na spędzenie pracowitego ranka. Ostatnia powieść właśnie poszła do wydawcy. Nic do roboty. Wielka próżnia w samym środku świata.
Przychodzi poczta. Jeden list. Na papierze w zwierzątka, z prośbą o zdjęcie z autografem.
No dobrze, dobrze, poszukajmy informacji. Na potrzeby fabuły następnej powieści o Dysku trzeba się dowiedzieć czegoś o żółwiach. Mam niejasne przeczucie, że mówiący żółw będzie istotnym elementem akcji. Nie wiem dlaczego – żółwie wyłoniły się właśnie z gatunkowej nieświadomości. Prawdopodobnie pod wpływem moich żółwi, wyłaniających się z hibernacji i obecnie w szklarni udających Bertranda Russella.
Wyciągam książkę o żółwiach z pudła w zapasowym pokoju.
Stanowczo musimy w końcu zbudować regały na książki. (Sprytny pomysł był taki, żeby przyciąć deski w garażu, z użyciem ekierek i całej reszty, nałożyć dwie warstwy politury, a potem wnieść do domu i zmontować na kołki i klej – setki książek w równych rzędach… Interesujący eksperyment naukowy: co się dzieje z drewnem, które kilka tygodni stało w zimnym i wilgotnym garażu, kiedy trafi nagle do ciepłego i suchego pokoju? O trzeciej w nocy odkryłem, że każdy element zmniejsza się o 0,32 centymetra).
Ciekawy przypis w książce o żółwiach przypomina, że najsławniejszym żółwiem w historii jest zapewne ten, który spadł na głowę wielkiego greckiego filozofa… jak mu było? Bardzo sławny, gdzie tylko wspomni się o tym zrzucaniu żółwia… Nagła i nieodparta chęć zbadania tej sprawy, łącznie z kwestią: co o tym wszystkim myślał żółw. Ciągle mi się wydaje, że to był Zenon, ale na pewno nie.
Sprawdzenie, że to Ajschylos, zajmuje dwadzieścia minut. Nie filozof, ale tragik. W jego utworach akcja podejmowała ważką tematykę religijną, służąc za forum rozwiązywania głębokich konfliktów moralnych i wyrażając wspaniałość myśli i języka. A potem wysoki świst i dobranoc. Z ciekawości sprawdzam też Zenona. Aha, to ten, który twierdził, że logicznie biorąc, nie można dogonić żółwia.
Powinien to powiedzieć Ajschylosowi.
Czytam też o młynkach modlitewnych oraz – bez konkretnego powodu – o Williamie Blake’u. W tym czasie dzwoni jakaś kobieta i pyta, czy to dentysta.
Praca wyraźnie posuwa się naprzód. Główna sprężyna kreatywności wyraźnie się nakręca.
Do pracy więc – pilnie wykonuję kopię zapasową dysku. To jest piękne w komputerach. Za dawnych ciężkich czasów maszyn do pisania, kiedy spadał poziom kreatywności, człowiek musiał się zajmować ostrzeniem ołówków i czyszczeniem szpilką czcionki. Komputer gwarantuje nieskończone możliwości dłubania przy nim, twórczego konstruowania makr, skrupulatnej regulacji zegara czasu rzeczywistego i tak dalej; porządna, uczciwa praca.
Siedzenie nad klawiaturą i przed ekranem to praca. Tysiące biur działa dzięki tej zasadzie.
Patrzę na ekran.
Ciekawe, dlaczego orzeł zrzucił tego nieszczęsnego żółwia na tragika. Przecież nie po to, żeby rozbić skorupę, jak piszą w książce. Orły nie są głupie. Grecja cała jest z kamieni, więc jakim cudem taki orzeł, mając całą Grecję do wyboru, trafia dokładnie w łysą głowę Ajschylosa? Swoją drogą ciekawe, jak się po grecku pisze Ajschylos.
Słownik kultury klasycznej w pudle na strychu.
Drabina w garażu.
Trzeba umyć samochód.
Lunch.
Uczciwie przepracowany ranek, nie ma co.
Znowu przed ekranem.
Patrzę w ekran.
Dzwoni inna dama i pyta, czy to Paradise (położony niedaleko motel ma numer telefonu różniący się tylko jedną cyfrą od naszego). Udzielam dowcipnej odpowiedzi numer trzy.
Patrzę w ekran. 
Zaczynam się zastanawiać: Może to jednak nie była wina orła, może miał zadanie do wykonania, leciał już w zbyt wielu misjach, rany, przecież wyrzucą cię z orlich sił powietrznych, jeśli zaczniesz się martwić niewinnymi filozofami, na których zrzucasz żółwie. Paragraf 22. Nie. 
Patrzę w ekran.
Nie. To jasne, że żółw wszystko zaplanował od samego początku. Miał jakąś urazę do tragika – może ostatnia sztuka Ajschylosa jakoś obraziła żółwie, może padło w niej zbyt wiele szybkoistowskich dowcipów, może zauważył okulary w szylkretowej oprawie… Ty brudny draniu, zabiłeś mojego brata.
No więc porwał orła, trzymał się nóg nieszczęsnego ptaka – jak żółw w dawnym logo Friends of the Earth – i zduszonym głosem podawał mu wskazówki: wektor 19, bipbipbip, Geronimooooo…
Patrzę w ekran.
Ciekawe, czy orzeł ma coś jeszcze, czego mógłby się chwycić zdesperowany żółw.
Sprawdzam w encyklopedii ptaków z pudła na schodach. O rany…
Kolacja.
Patrzę w ekran. Obracam myśli w głowie. Żółwie, łysa głowa, orły. Hm… Nie, to nie może być autor sztuk; do jakich ludzi żółwie natychmiast czują niechęć?
Północ.
Patrzę w ekran. Niejasno sobie uświadamiam, że prawa ręka uderzyła w klawisze, otwierając nowy plik. Zaczynam oddychać bardzo powoli.
Piszę 1943 słowa.
Łóżko.
Przez cały dzień już myślałem, że nam się nie uda.

Terry Pratchett "Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko"/A Slip Of the Keyboard/, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

środa, 11 czerwca 2025

"Ciągłość parków" - Julio Cortazar

Julio Cortazar

Zaczął czytać tę książkę parę dni przedtem. Przerwał z powodu pilnych spraw i otworzył znowu, wracając pociągiem na wieś; powoli wciągał się w wątek, w rysunek postaci. Tegoż popołudnia, po napisaniu listu do pełnomocnika i przedyskutowaniu z rządcą kwestii dzierżaw, wrócił do niej w ciszy swojego gabinetu wychodzącego na dębowy park. Zagłębiony w ulubionym fotelu, plecami do drzwi, żeby mu nie przeszkodziło ewentualne pojawienie się jakiegoś intruza, lewą ręką raz i drugi pogładził zielony aksamit i zabrał się do ostatnich rozdziałów. Jego pamięć bez wysiłku zatrzymywała imiona i obrazy bohaterów, atmosfera powieści ogarnęła go prawie od razu. Niemal perwersyjnie rozkoszował się świadomością, iż każda linia odrywa go od tego, co go otacza, że głowa jego spoczywa wygodnie na aksamicie oparcia, że papierosy leżą w zasięgu ręki, że za oknami tańczy powietrze popołudnia pod dębami. Pochłonięty ponurym dylematem bohaterów, śledząc słowo po słowie konkretyzujące się, nabierające kolorów obrazy, był świadkiem ostatniego spotkania w góralskiej chacie. Pierwsza, nieufnie się rozglądając, weszła kobieta, teraz nadchodził kochanek, twarz miał zranioną od uderzenia gałęzi. Czule tamowała mu krew pocałunkami, ale oganiał się od jej pieszczot; nie po to tu przyszli, aby powtarzać ceremoniał namiętności, skrywanych pod osłoną zeschłych liści i odludnych ścieżek. Sztylet grzał się na jego piersiach, w których pulsując czaiła się wolność. Zdyszany dialog biegł przez stronice niby strumień węży i czuło się, że wszystko zdecydowane jest od dawna. Nawet te pieszczoty, które związywały ciało kochanka, jakby chciały odwieść go, powstrzymać, rysowały ohydnie kształt tamtego ciała, które należało zniszczyć. Nic nie zostało zapomniane: przejścia na skróty, przypadki, ewentualne pomyłki. Począwszy od tej chwili każda sekunda miała swoje zadanie, swój dokładnie wyznaczony plan. Wspólne, bezlitosne powtarzanie go przerywało się na sekundę, by ręką pogłaskać policzek. Zapadał zmrok. Nie oglądając się już na siebie, ściśle związani zadaniem, które ich oczekiwało, rozstali się znowu na progu chaty. Ona miała iść ścieżką wiodącą na północ. Z przeciwległej ścieżki on na chwilę zawrócił, by spojrzeć na nią, biegnącą z włosami w nieładzie. Po czym i on pobiegł, kryjąc się za drzewa, za krzaki, aż do chwili, gdy w fiołkowym świetle zmroku dojrzał topolową aleję wiodącą ku domowi. Psy nie miały szczekać i nie szczekały. Rządcy nie miało być i nie było. Wbiegł po trzech stopniach, które prowadziły do sieni i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu - a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę.

Julio Cortazar: Ciągłość parków. (w) Opowiadania zebrane, przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Muza, Warszawa, 1996, s.301-302.

środa, 18 sierpnia 2021

Strach to mała śmierć


      Zdjęcie z filmu 'Diuna' (2020)


Litania Bene Gesserit przeciw strachowi /Diuna Frank Herbert/

Nie wolno się bać, strach zabija duszę. 
Strach to mała śmierć, a wielkie unicestwienie. 
Stawię mu czoło. 
Niech przejdzie po mnie i przeze mnie. 
A kiedy przejdzie, odwrócę oko swej jaźni na jego drogę. 
Którędy przeszedł strach, tam nie ma nic. 
Jestem tylko ja.
     
    I must not fear. 
    Fear is the mind-killer. 
    Fear is the little-death that brings total obliteration. 
    I will face my fear. 
    I will permit it to pass over me and through me. 
    And when it has gone past I will turn the inner eye to see its path. 
    Where the fear has gone there will be nothing. 
    Only I will remain.



    poniedziałek, 25 września 2017

    Doskonały nawóz

    
    Nawiasem mówiąc, Trout napisał książkę o drzewie dolarowym. Zamiast liści rosły na nim dwudziestodolarowe banknoty. Kwitło obligacjami pożyczki państwowej, a owocowało diamentami. Do drzewa ściągali ludzie, którzy zabijali się pod nim nawzajem, dostarczając w ten sposób doskonałego nawozu.
    Kurt Vonnegut, Rzeźnia numer pięć

    środa, 20 września 2017

    Na sprawy trzeba zaczekać

    
    Zaczekaj, z cierpliwością anioła i świętego, nim sprawy - ludzie, idee, sytuacje - które do ciebie należą, przyjdą do ciebie. Ani jednym krokiem, ani jednym gestem ni słowem nie przyspieszaj ich zbliżania się. Bowiem pewni ludzie, pewne idee, sytuacje, które należą do twojego życia, twojego charakteru, do twojego ziemskiego i duchowego losu, stale są w drodze, zmierzając do ciebie. Książki. Mężczyźni. Kobiety. Przyjaźnie. Poszukiwania. Wielorakie prawdy.
    To wszystko zbliża się do ciebie, powolnym przetaczaniem się, i pewnego dnia musicie się spotkać. ale nie działaj w pośpiechu, nie przyspieszaj ich drogi i zbliżania się. Jeżeli bardzo się ku nim spieszysz, może ominąć cię to, co jest ważne i przeznaczone tylko dla ciebie. Czekaj. Mężnie i uważnie, całym swoim losem i całym swoim życiem.

    Sandor Marai "Księga ziół"

    Grafika: Sarolta Ban

    piątek, 15 września 2017

    Głosujcie na Jima Pattona!


     
    W drewnianym fotelu za biurkiem siedział mężczyzna, którego stopy sprawiały wrażenie przymocowanych do desek podłogi niby nogi narciarza. Obok jego prawego uda stała imponujących rozmiarów spluwaczka, w której mógłby się zmieścić zwinięty strażacki wąż. Głowę przykrywał mu zsunięty do tyłu przepocony stetson, duże, bezwłose dłonie zaś zaplótł sobie wygodnie na brzuchu wystającym nad spodniami, które niegdyś były zapewne koloru khaki, ale przez lata sprane zostały niemal do białości. Jeszcze bardziej sprana koszula harmonizowała zapewne niegdyś ze spodniami. Teraz była zapięta na wszystkie guziki aż po obciskający grubą szyję kołnierzyk, ale pozbawiona krawata. Włosy miał mysiobrązowe, z wyjątkiem skroni, na których przybrały odcień zleżałego śniegu. Usadowiony był trochę bokiem, bardziej na lewym niż na prawym pośladku, ponieważ na prawym biodrze dźwigał sięgającą mu aż po boczną kieszeń spodni kaburę, z której wystawała na kilkanaście centymetrów i uwierała go w bok rękojeść czterdziestki piątki. Jeden z promyków gwiazdy szeryfa, przypiętej do lewej strony piersi, był nadgięty.

    Miła ulica

     
    
    Znałem pewną dziewczynę. Jest miła i mieszka na Dwudziestej Piatej, która jest bardzo miłą ulicą. Ta dziewczyna bardzo lubi Bay City. I oczywiście nie przyszłoby jej do glowy przejmować się jakimiś tam slumsami na przygnębiającej równinie, która rozciąga się na południe od starej linii kolejowej, bo w końcu gnieżdżą się tam tylko Meksykańce i czarnuchy. Pewnie nie ma nawet pojęcia, co tacy ludzie robią i jak żyją. Nic nie wie o ich dzikich kąpieliskach wzdłuż płaskiego brzegu oceanu, na południe od nadmorskich skał, o ciasnych, dusznych i ociekających potem tancbudach na obrzeżach slumsów, o skrętach z marihuany, o wąskich, lisich twarzyczkach i cwanych oczkach, które zza osłony rozpostartych gazet kontrolują sytuację w podejrzanie pustych recepcjach podejrzanych hotelików, o kieszonkowcach, złodziejaszkach-amatorach, bandziorach z wyrokami, pijaczkach, alfonsach, dziwkach i pedziach wmieszanych w tłum zapełniający drewniane chodniki.
     
    Raymond Chandler Topielica
     
     

    sobota, 2 września 2017

    Więcej czytać

    Sándor Márai

    Więcej czytać. Bardziej metodycznie. Czytać w każdej chwili. Kiedy myślę o możliwościach i zaniedbaniach w lekturze, zaszokowany konstatuję, jak krótkie jest życie. Naprawdę, nie żałuję tego, czego nie przeżyłem - żałuję jednak wielu książek, których nie przeczytałem.  
     Sandor Marai Dziennik 1949-1956, przeł. Teresa Worowska.


    czwartek, 17 sierpnia 2017

    Obuwnicza teoria niesprawiedliwości społecznej


     "Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić - całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
    Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów -a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
    To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej".

    Terry Pratchett "Zbrojni".

    niedziela, 8 stycznia 2017

    Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett (2)

    SOBOTY

    Britain in a Day (Terry Pratchett opisuje swoją typową sobotę), „Radio Times”, 12 listopada 2011

    Budzę się. To ważne. Jest sobota, dla wielu ludzi tradycyjny dzień odpoczynku. Dla mnie jednak są tylko dwa rodzaje dni: takie, kiedy jest na miejscu Rob Wilkins, mój asystent, i takie, kiedy go nie ma.
    Ogólnie biorąc, piszę codziennie, uwzględniając tylko zobowiązania rodzinne; dzisiaj piszę pierwszy szkic nowej książki, co jest przyjemne, więc leżę w łóżku i cieszę się stukaniem czajnika, gotów na pierwszą herbatę dnia. Potem idę do łazienki, biorę prysznic, przycinam wąs i sortuję poranne tabletki, głównie na ciśnienie, w tej chwili już całkiem pod kontrolą. Z pozostałych trzech jedna zwalcza okazjonalne ataki lumbago, a dwie pozostałe stają między mną i nieubłaganym postępem alzheimera.

    piątek, 23 grudnia 2016

    Terapie



    Pewien kronopio kończy medycynę i otwiera sobie gabinet przy ulicy Santiago del Estero. Natychmiast pojawia się chory i zaczyna opowiadać mu o tym, co go boli i jak to w nocy nie sypia, a w dzień nie jada.
    - Kup wielki bukiet róż - powiada kronopio. 
    Chory wycofuje się zaskoczony, ale kupuje bukiet i natychmiast zostaje uzdrowiony. Pełen wdzięczności pojawia się u kronopia i poza honorarium wręcza mu - atencja pełna delikatności - przepiękny bukiet róż. Natychmiast po jego odejściu kronopio zapada na zdrowiu, wszystko go boli, w nocy przestaje spać, a w dzień nie może jeść.

    Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach", przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Muza, 1999, s.143.


    niedziela, 9 października 2016

    Książki zaginają czasoprzestrzeń


    Dawn Elaine Darkwood The Library

    "Prawda jest taka, że każdy duży zbiór nawet zwyczajnych książek deformuje przestrzeń, o czym łatwo się przekonać, odwiedzając jeden z tych naprawdę staroświeckich antykwariatów - jeden z tych, które wyglądają jak zaprojektowane przez M. Eschera, kiedy miał zły dzień, mają więcej schodów niż podestów i długie rzędy półek kończące się małymi drzwiczkami, z pewnością zbyt niskimi, aby przeszedł przez nie pełnowymiarowy człowiek. Tłumaczy to następujące równanie: wiedza = potęga = energia = materia = masa. Dobra księgarnia to po prostu elegancka czarna dziura umiejąca czytać".

    "Książki zaginają czasoprzestrzeń. Powodem, dla którego właściciele wspomnianych już ciasnych antykwariatów zawsze sprawiają wrażenie ludzi trochę nie z tego świata, jest to, że wielu z nich rzeczywiście stamtąd pochodzi. Zabłąkali się do nas, skręcając nie w tę stronę we własnym antykwariacie w świecie, gdzie na nogach przez cały czas wypada nosić bambosze, a sklep otwierać tylko wtedy, kiedy ma się ochotę".

    "Biblioteka była największym zbiorem magicznych tekstów w ca­łym multiversum. Spoczywały tam na półkach tysiące woluminów pełnych okultystycznej wiedzy. Podobno, ponieważ wielkie ilości magii potrafią mocno od­kształcić zwykły świat, Biblioteka nie przestrzegała normalnych za­sad czasu i przestrzeni. Podobno ciągnęła się po wieczność. Podobno całymi dniami można by wędrować wśród odległych regałów, podobno gdzieś tam żyły całe plemiona zagubionych studentów, podobno niezwykłe istoty czaiły się w zapomnianych wnękach, a po­lowały na nie istoty jeszcze dziwniejsze".

    "Najstarsi bibliotekarze jednak, kiedy wykazali już swoją wartość, dokonując jakiegoś bohaterskiego bibliotekarskiego czynu, przyjmowani są do tajnego związku i nauczani sztuki przetrwania poza Półkami, Które Znamy".

    Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

    Zupa fasolowa i koniec





    "Okryta czernią postać przemknęła przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie stają się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wyglądały, jakby architekt otrzymał specjalne instrukcje. Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębie, usłyszał. Dlatego proszę umieścić jakiegoś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego olbrzym, i każdemu jasno dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają „dzyń dzyń", kiedy się przyciśnie dzwonek.

    Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko i wyjrzało podejrzliwe oko.
    - „Poważna sowa pohukuje wśród nocy" - powiedział przybysz, usiłując wykręcić z wody swoją szatę.
    - „Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców" - zaintonował głos z drugiej strony kratki.
    - „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny" - odparowała ociekająca wodą postać.
    - „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
    - „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu".
    - „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna". Zapadła cisza, zakłócana jedynie szumem deszczu.
    - Co? - zapytał po chwili przybysz.
    - „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna".
    Tym razem cisza trwała dłużej. Wreszcie mokra postać zapytała ponownie:
    - Jesteś pewien, że źle zbudowana wieża nie drży cała od przelotu motyla?
    - Nie. Zupa fasolowa i koniec. Przykro mi.
    Krople deszczu opadały z sykiem wśród krępującego milczenia.
    - A co z uwięzionym wielorybem? - spróbował jeszcze przemoczony gość, usiłując wykorzystać skromną osłonę mrocznego portalu.
    - Co z nim?
    - Nie powinien znać głębin przepastnych, skoro już musisz wiedzieć.
    - Aha... Uwięziony wieloryb... Szukasz Świetlistego Bractwa Hebanowej Nocy. To trzecia brama stąd.
    - A kim ty jesteś?
    - Jesteśmy Oświeconym i Starożytnym Bractwem Ee.
    - Myślałem, że spotykacie się przy Melasowej - stwierdził po namyśle przemoczony gość.
    - Niby tak. Ale sam wiesz, jak to jest. We wtorki przychodzi tam klub płaskorzeźby . Trochę pomieszali rozkład.
    - No tak. Bywa. W każdym razie dziękuję.
    - Nie ma za co.
    Okienko zatrzasnęło się.
    Postać w czerni przez chwilę spoglądała na nie gniewnie, po czym pobrnęła wzdłuż ulicy. Rzeczywiście, znalazła kolejny portal. Jego budowniczy nie trudził się ze zmianą planów.
    Zapukał. Otworzyło się małe, zakratowane okienko.
    -Tak?
    - Słuchaj no: „Poważna sowa pohukuje wśród nocy", zgadza się?
    - ,Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców".
    - „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny", tak?
    - „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
    - „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu". Na dworze leje jak z cebra. Wiesz o tym, prawda?
    - Owszem — przyznał głos tonem kogoś, kto wie, ale to nie on stoi na deszczu.
    Przybysz westchnął.
    - „Uwięziony wieloryb nie zna głębin przepastnych" - powiedział. - I co, lepiej ci teraz?
    - „Źle zbudowana wieża drży cała od przelotu motyla". Gość chwycił pręty kraty, podciągnął się i syknął:
    - A teraz mnie wpuść. Jestem przemoczony. Minęła kolejna wilgotna chwila.
    - Te głębiny... Powiedziałeś „przepastne" czy „przejasne"?
    - Przepastne. Tak powiedziałem. Przepastne głębiny. Ponieważ leżą, najkrócej mówiąc, głęboko. To ja, brat Palcy.
    - Dla mnie brzmiało to jak „przejasne" - mruknął z powątpiewaniem niewidoczny odźwierny.
    - Chcecie tę przeklętą książkę czy nie? Mnie nie zależy. Mogę wracać do domu, do łóżka.
    -Jesteś pewien, że były przepastne?
    - Posłuchaj uważnie - rzekł z naciskiem brat Palcy. - Dobrze wiem, jakie głębokie są te piekielne głębiny. Wiedziałem, jak są przepastne, kiedy ty byłeś jeszcze żałosnym neofitą. A teraz otwierasz czy nie?
    - No... No dobrze. Szczęknęły zdejmowane sztaby.
    - Mógłbyś je trochę popchnąć? - odezwał się głos. - Wrota Wiedzy, Przez Które Nie Mogą Przejść Nie Znający Prawdy, strasznie się zacinają od wilgoci".

    Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

    Grafika: Marc Simonetti

    poniedziałek, 18 stycznia 2016

    Nieoznaczoność kartofla

    

    "Holiści-pluraliści-behawioryści-fizykaliści orzekli, iż jak wiadomo z fizyki, prawidłowość w naturze jest tylko statystyczna. Podobnie jak nie można z zupełną dokładnością przewidzieć drogi pojedynczego elektronu, tak też nie wiadomo na pewno, jak się będzie zachowywał pojedynczy kartofel. Dotychczasowe obserwacje pouczają, że miliony razy człowiek kopał kartofle, ale nie jest wykluczone, że jeden raz na miliard stanie się na odwrót, że kartofel będzie kopał człowieka". 

    Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

    niedziela, 17 stycznia 2016

    Boczne odnogi czasu




    Fot. Andre Kertesz

    "Czy czytelnik czytał coś o równoległych pasmach czasu w czasie dwutorowym? Tak, istnieją takie boczne odnogi czasu, trochę nielegalne co prawda i problematyczne, ale gdy się wiezie taką kontrabandę jak my, takie nadliczbowe zdarzenie nie do zaszeregowania — nie można być zanadto wybrednym. Spróbujmy tedy odgałęzić w którymś punkcie historii taką boczną odnogę, ślepy tor, ażeby zepchnąć nań te nielegalne dzieje. Tylko bez obawy. Stanie się to niepostrzeżenie, czytelnik nie dozna żadnego wstrząsu. Kto wie — może, gdy o tym mówimy, już nieczysta manipulacja jest poza nami i jedziemy już ślepym torem".

    Bruno Schulz, Sklepy cynamonowe. Sanatorium pod Klepsydrą, Kraków 1978, s. 128-129.


    Dekalog recenzenta książkowego



    Tekst pochodzi z bloga Poczytane
    1. Nie musisz czytać omawianej książki, wystarczy ją sobie obejrzeć. Statystyczna ilość miejsca na recenzje książkowe w prasie kurczy się z roku na rok, teraz waha się gdzieś w okolicy trzech zdań (dwóch, jeśli jedno będzie podwójnie złożone), więc poza notkę z okładki i opinię: „Warto” / „Strata czasu” i tak nie wyjdziesz. Jeśli już naprawdę musisz, przeczytaj najwyżej pierwsze 50 stron. Jeśli chcesz książkę pochwalić, to znajdziesz na nich tyle, ile potrzebujesz, żeby sklecić parę komplementów, a dalsza lektura mogłaby wykazać, że rzecz się robi z czasem nudna, więc po co to komu. Jeśli chcesz książkę schlastać, to też lepiej się nie wgryzać, bo a nuż okaże się, że rzecz nie jest taka zła, rozkręca się itd. – no i będzie Ci łyso.

    niedziela, 25 października 2015

    Teraz czytam - "Włoskie buty" Henning Mankell


    "- Zwyczajni ludzie nie istnieją - odparła Louise. - To politycy chcą, żebyśmy wierzyli w taki obraz świata. Zależy im na tym, żebyśmy myśleli, iż stanowimy cząstkę jednakowej masy i nie domagali się prawa do bycia takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Strasznie dużo się mówi o normie, której tak naprawdę nie ma".



    wtorek, 6 października 2015

    Dzień z życia pisarza: Samuel Pepys



    16 lipca 1666 roku 

    Leżałem w łóżku całe rano i większą część popołudnia, nękany srogimi bólami a wiatrami, nie mogąc oddać wody albo mało. Niebo było tego dnia zadziwiająco ciemne i rano deszcz, a w Harwich spadł pono grad wielkości orzecha. Wypiłem tylko trochę rosołu, który lubię. Resztę dnia spędziliśmy z Baltym, który przybył z morza na dzień lub dwa. Wieczorem wziąłem lewatywę i poczułem się lepiej, i noc miałem niezłą. 

    *Dziennik Samuela Pepysa*, t. , tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 65.

    niedziela, 5 lipca 2015

    Melonik

    "Buźka skończył koncert i usiadł razem z nimi. Na głowie miał brązowy melonik, który znalazł przed paroma laty na drodze do San Antonio. Pewnie wiatr wywiał kapelusz za okno dyliżansu albo Indianie schwytali jakiegoś nieostrożnego komiwojażera, a melonik zostawili. Przynajmniej do takich hipotez doszedł Buźka, próbując dociec, jakim cudem aż tak mu się poszczęściło. Augustus był zdania, że gdyby wiatr przez dwa lata turlał kapelusz po całym kraju, wyglądałby on i tak lepiej niż teraz. Buźka wkładał go tylko wtedy, gdy siadał do pianina; kiedy grał w karty albo opatrywał sobie wyciek z brzucha, często używał melonika zamiast popielniczki, a potem nie zawsze pamiętał, żeby go wytrząsnąć. Włosy miał rzadkie, zlepione w strąki; popiół nie mógł wiele zaszkodzić ich wyglądowi. Zresztą wobec bezmiaru poniewierki, jaką musiał znosić kapelusz, akurat popiół naprawdę nie miał większego znaczenia. Melonik zastępował Buźce poduszkę, a poza tym polewany był od zewnątrz i od wewnątrz taką masą rozmaitych cieczy, że Augustusowi na jego widok żołądek podchodził do gardła.
    - Wygląda, jakby go bizon przeżuł i wypluł — mawiał Augustus. — Wiesz, Buźka, melonik to nie nocnik. Ja tam na twoim miejscu bym go wyrzucił.
    Buźka zawdzięczał swój przydomek temu, że miał dolną wargę mniej więcej rozmiarów klapy od juków. Mógł pod nią wetknąć taką ilość tabaki, jaka normalnemu człowiekowi starczyłaby na miesiąc. Warga ta w ogóle żyła własnym życiem, toczącym się gdzieś u dołu twarzy pianisty. Nawet gdy Buźka siedział spokojnie, wpatrzony w karty, łopotała i drżała, jakby owiewał ją lekki wietrzyk — bo i owiewał: pianista miał uszkodzony nos, oddychał więc ustami. Życie dało Lorenie twardą szkołę, ale sporo czasu minęło, nim przywykła do tego, jak Buźka siorbie przy jedzeniu, a raz śniło jej się, że jakiś kowboj przechodząc obok Buźki przypiął mu wargę do nosa, jakby to była nie warga, lecz klapa kieszeni. Niesmak Loreny był jednak niczym wobec odrazy Xaviera, który przestał nagle wycierać stoły, podszedł do Buźki i zerwał mu z głowy melonik. Wyraźnie był nie w humorze: twarz drgała mu jak pyszczek królika schwytanego w pułapkę.
    — Hańba! Nie zniosę tego kapelusza! Kto może jeść? — powiedział, chociaż nikt akurat nie jadł. Poszedł za bufet i wyrzucił melonik tylnymi drzwiami. Jako młody chłopiec dźwigał kubły z pomyjami w pewnej nowoorleańskiej restauracji, w której używano nawet obrusów, i wspomnienie to wciąż go prześladowało niczym parytet doskonałości. Ilekroć spojrzał na gołe blaty w Suchej Fasoli, czuł się jak ostatni nieudacznik. Nie dość, że brakowało obrusów: stoły były tak chropowate, że przesunąwszy dłonią po blacie człowiek mógł wbić sobie drzazgę. W dodatku dawno już utraciły miły dla oka kolisty kształt, bo kowboje zestrugiwali z kantów wióry, i nie było na to sposobu. Z biegiem lat powycinano spore zrzynki, toteż większość stołów całkiem straciła proporcje.
    Xavier posiadał lniany obrus, którego używał raz do roku, w rocznicę śmierci żony. Była to istna herod-baba, specjalnie więc za nią nie tęsknił, ale w Lonesome Dove nie miewał innych okazji, które w wystarczającym stopniu uzasadniałyby rozpostarcie serwety na stole. Teresa — tak bowiem było nieboszczce na imię — pastwiła się nie tylko nad mężem, ale i nad końmi, toteż pewnego dnia zwierzęta poniosły i rzuciły się wraz z bryczką na dno wąwozu, no i bryczka przygniotła Teresę. Podczas dorocznego obiadu ku czci zmarłej Xavier udowadniał, że nie przestał być restauratorem zdyscyplinowanym: upijał się, nie roniąc ani kropli na swój znakomity obrus. Zapraszał wyłącznie Augustusa, ten jednak przychodził najwyżej co trzy albo i cztery lata, z czystej uprzejmości, imprezy te były bowiem nie tylko ponure i bezsensowne — całe Lonesome Dove ucieszyło się przecież, kiedy Teresę trafił szlag — ale i odrobinę niebezpieczne. Augustus ani nie pił w sposób tak zdyscyplinowany jak gospodarz, ani nie przykładał takiej wagi do stanu obrusów, a wiedział, że jeśli rozleje trunek na cenne płótno, źle się to skończy. Nie było wprawdzie wielkiego prawdopodobieństwa, że musiałby wtedy Xaviera zastrzelić, mogłoby się jednak okazać, że trzeba dać gospodarzowi po głowie, wcale zaś nie miał ochoty walić kolbą tak wielkiego rewolweru w tak małą głowę.
    Dla Xaviera kapelusz Buźki był kroplą przepełniającą czarę goryczy. Żaden szanujący się restaurator nie zniósłby czegoś takiego w swoim lokalu, a tym bardziej na głowie pracownika, toteż Xavier co pewien czas chwytał melonik i wyrzucał go za drzwi. Miał nadzieję, że kozy, jadające podobno jeszcze gorsze świństwa, zjedzą i to nakrycie głowy. Ale kozy nie zwracały uwagi na kapelusz, natomiast Buźka przynosił go z powrotem, ilekroć sobie przypomniał, że potrzebna mu jest popielniczka.
    — Hańba! — powtórzył Xavier nieco radośniej. Buźka pozostał niewzruszony.
    — Czego chcecie od mojego kapelusza? - spytał. — W środku pisze, że zrobili go w Filadelfii.
    Wewnątrz kapelusza rzeczywiście był taki napis, lecz to nie Buźka po raz pierwszy wytoczył ten argument, tylko Augustus. Buźka nie zdołałby nawet przeczytać tak długiego słowa jak „Filadelfia", zresztą miał bardzo niejasne wyobrażenie o tym, gdzie leży owo miasto. Wiedział jedynie, że musi to być okolica spokojna i cywilizowana, skoro mają tam czas robić kapelusze, zamiast walczyć z Komanczami.
    — Xavier, zróbmy interes — zaproponował Augustus. — Pożycz Chlustowi dwa dolary, żebyśmy mogli zagrać partyjkę, a ja zgarnę czymś ten kapelusz do worka i zaniosę go moim świniom. Inaczej nigdy go się nie pozbędziesz.
    — Jeżeli włożysz go jeszcze raz, to ci go spalę — zagroził Xavier, płonąc oburzeniem. — Spalę cały lokal. I gdzie się wtedy podziejesz?
    — Jakbyś miał zamiar spalić pianino, lepiej sobie przygotuj szybkiego muła — odparł Buźka, powiewając wargą, Pobożni ludzie wcale by się z tego nie ucieszyli.
    [...]
    Buźka zaczął martwić się o kapelusz, który Xavier wyrzucił za drzwi. Gdy Augustus wspomniał o świniach, cała sprawa zaczęła wyglądać znacznie groźniej. Świnie mogły przecież same z siebie przyjść do miasteczka i zjeść melonik — kto wie, czy nie największą osłodę nędznego żywota pianisty. Buźka miał ochotę pójść po kapelusz, nim nadejdą zwierzęta, zdawał sobie jednak sprawę, że nieroztropnie jest prowokować Xaviera, gdy humor i tak mu nie dopisuje. Nie wiedział, co dzieje się na ulicy za knajpą, bo tylne drzwi zasłaniał bufet; kapelusza równie dobrze mogło tam już nie być".

    Larry McMurtry "Na południe od Brazos".