Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pratchett Terry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pratchett Terry. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 czerwca 2025

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett


PROCES MYŚLOWY

„20/20 Magazine”, maj 1989

Krótki tekst o pisaniu tekstów. Uważni czytelnicy zauważą, że w tym czasie mój umysł zajmowały Pomniejsze bóstwa.

To całkiem precyzyjny opis procesu twórczego w działaniu…
Wstaję, śniadanie. Włączam komputer, patrzę w ekran.
Patrzę w ekran jeszcze trochę.
Nadal patrzę w ekran, ale nadstawiam ucha, czy nie nadchodzi listonosz. Przy odrobinie szczęścia dostarczy worek poczty, pozwalający na spędzenie pracowitego ranka. Ostatnia powieść właśnie poszła do wydawcy. Nic do roboty. Wielka próżnia w samym środku świata.
Przychodzi poczta. Jeden list. Na papierze w zwierzątka, z prośbą o zdjęcie z autografem.
No dobrze, dobrze, poszukajmy informacji. Na potrzeby fabuły następnej powieści o Dysku trzeba się dowiedzieć czegoś o żółwiach. Mam niejasne przeczucie, że mówiący żółw będzie istotnym elementem akcji. Nie wiem dlaczego – żółwie wyłoniły się właśnie z gatunkowej nieświadomości. Prawdopodobnie pod wpływem moich żółwi, wyłaniających się z hibernacji i obecnie w szklarni udających Bertranda Russella.
Wyciągam książkę o żółwiach z pudła w zapasowym pokoju.
Stanowczo musimy w końcu zbudować regały na książki. (Sprytny pomysł był taki, żeby przyciąć deski w garażu, z użyciem ekierek i całej reszty, nałożyć dwie warstwy politury, a potem wnieść do domu i zmontować na kołki i klej – setki książek w równych rzędach… Interesujący eksperyment naukowy: co się dzieje z drewnem, które kilka tygodni stało w zimnym i wilgotnym garażu, kiedy trafi nagle do ciepłego i suchego pokoju? O trzeciej w nocy odkryłem, że każdy element zmniejsza się o 0,32 centymetra).
Ciekawy przypis w książce o żółwiach przypomina, że najsławniejszym żółwiem w historii jest zapewne ten, który spadł na głowę wielkiego greckiego filozofa… jak mu było? Bardzo sławny, gdzie tylko wspomni się o tym zrzucaniu żółwia… Nagła i nieodparta chęć zbadania tej sprawy, łącznie z kwestią: co o tym wszystkim myślał żółw. Ciągle mi się wydaje, że to był Zenon, ale na pewno nie.
Sprawdzenie, że to Ajschylos, zajmuje dwadzieścia minut. Nie filozof, ale tragik. W jego utworach akcja podejmowała ważką tematykę religijną, służąc za forum rozwiązywania głębokich konfliktów moralnych i wyrażając wspaniałość myśli i języka. A potem wysoki świst i dobranoc. Z ciekawości sprawdzam też Zenona. Aha, to ten, który twierdził, że logicznie biorąc, nie można dogonić żółwia.
Powinien to powiedzieć Ajschylosowi.
Czytam też o młynkach modlitewnych oraz – bez konkretnego powodu – o Williamie Blake’u. W tym czasie dzwoni jakaś kobieta i pyta, czy to dentysta.
Praca wyraźnie posuwa się naprzód. Główna sprężyna kreatywności wyraźnie się nakręca.
Do pracy więc – pilnie wykonuję kopię zapasową dysku. To jest piękne w komputerach. Za dawnych ciężkich czasów maszyn do pisania, kiedy spadał poziom kreatywności, człowiek musiał się zajmować ostrzeniem ołówków i czyszczeniem szpilką czcionki. Komputer gwarantuje nieskończone możliwości dłubania przy nim, twórczego konstruowania makr, skrupulatnej regulacji zegara czasu rzeczywistego i tak dalej; porządna, uczciwa praca.
Siedzenie nad klawiaturą i przed ekranem to praca. Tysiące biur działa dzięki tej zasadzie.
Patrzę na ekran.
Ciekawe, dlaczego orzeł zrzucił tego nieszczęsnego żółwia na tragika. Przecież nie po to, żeby rozbić skorupę, jak piszą w książce. Orły nie są głupie. Grecja cała jest z kamieni, więc jakim cudem taki orzeł, mając całą Grecję do wyboru, trafia dokładnie w łysą głowę Ajschylosa? Swoją drogą ciekawe, jak się po grecku pisze Ajschylos.
Słownik kultury klasycznej w pudle na strychu.
Drabina w garażu.
Trzeba umyć samochód.
Lunch.
Uczciwie przepracowany ranek, nie ma co.
Znowu przed ekranem.
Patrzę w ekran.
Dzwoni inna dama i pyta, czy to Paradise (położony niedaleko motel ma numer telefonu różniący się tylko jedną cyfrą od naszego). Udzielam dowcipnej odpowiedzi numer trzy.
Patrzę w ekran. 
Zaczynam się zastanawiać: Może to jednak nie była wina orła, może miał zadanie do wykonania, leciał już w zbyt wielu misjach, rany, przecież wyrzucą cię z orlich sił powietrznych, jeśli zaczniesz się martwić niewinnymi filozofami, na których zrzucasz żółwie. Paragraf 22. Nie. 
Patrzę w ekran.
Nie. To jasne, że żółw wszystko zaplanował od samego początku. Miał jakąś urazę do tragika – może ostatnia sztuka Ajschylosa jakoś obraziła żółwie, może padło w niej zbyt wiele szybkoistowskich dowcipów, może zauważył okulary w szylkretowej oprawie… Ty brudny draniu, zabiłeś mojego brata.
No więc porwał orła, trzymał się nóg nieszczęsnego ptaka – jak żółw w dawnym logo Friends of the Earth – i zduszonym głosem podawał mu wskazówki: wektor 19, bipbipbip, Geronimooooo…
Patrzę w ekran.
Ciekawe, czy orzeł ma coś jeszcze, czego mógłby się chwycić zdesperowany żółw.
Sprawdzam w encyklopedii ptaków z pudła na schodach. O rany…
Kolacja.
Patrzę w ekran. Obracam myśli w głowie. Żółwie, łysa głowa, orły. Hm… Nie, to nie może być autor sztuk; do jakich ludzi żółwie natychmiast czują niechęć?
Północ.
Patrzę w ekran. Niejasno sobie uświadamiam, że prawa ręka uderzyła w klawisze, otwierając nowy plik. Zaczynam oddychać bardzo powoli.
Piszę 1943 słowa.
Łóżko.
Przez cały dzień już myślałem, że nam się nie uda.

Terry Pratchett "Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko"/A Slip Of the Keyboard/, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

poniedziałek, 27 maja 2019

Piekło pocztowe, czyli piekielnie szybka poczta




„Piekło pocztowe” to kolejna już przeczytana przeze mnie książka Terrego Pratchetta należąca do cyklu „Świat Dysku”. Ktoś może zadać sobie pytanie czy czytanie kolejnych pozycji o tym samym może być interesujące i zabawne. Czy to aby się nie nudzi? Mogę Was zapewnić, że absolutnie nie. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Pomysłowość, inteligencja i humor. Na tym właśnie polega mistrzostwo Terrego Pratchetta. Świat Dysku wypełniają postaci, które są barwne, żywe, dowcipne, ani trochę papierowe, bardzo prawdziwe.  Niby co jeszcze można wymyślić  w kolejnej dwudziestej czy entej odsłonie tego samego uniwersum? A jednak za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, dajemy się wciągnąć i bawimy się świetnie.  A kiedy docieramy do końca, żałujemy, że to już ostatnia strona.

„Piekło pocztowe” otwiera nowy, niewielki podcykl w Świecie Dysku, którego głównym bohaterem jest niejaki Moist von Lipwig. Były przestępca, fałszerz, manipulator, oszust i złodziej. Człowiek o stu twarzach i jednocześnie żadnej twarzy oraz o wielu nazwiskach. Oszust niemal doskonały. Chyba nie tak do końca, bo jednak wpada i zostaje schwytany. To w pewnym sensie nowy typ bohatera. Zły człowiek, który zaczyna czynić dobre rzeczy. Co prawda pod groźbą śmierci i przymuszony, ale jednak, jednak.  Moist von Lipwig dostaje od rządzącego miastem Ankh-Morpork patrycjusza, Vetinariego, propozycję, jedyną w swoim rodzaju i raczej nie do odrzucenia, propozycję objęcia posady poczmistrza i przywrócenia do życia instytucji Poczty, która podupadła i właściwie od dawna już nie istnieje. Stało się tak za sprawą nowego wynalazku, czegoś w rodzaju naszego telegrafu, który jako znacznie szybszy wyparł pocztowe usługi. Jak się jednak okazuje, nie do końca i nie zawsze nowe wynalazki są dobre. Tak nawiasem mówiąc  Brytyjczycy zorganizowali kiedyś plebiscyt na 10 najlepszych postaci ze Świata Dysku i Moist von Lipwig znalazł się w tej dziesiątce, co mnie zresztą nie dziwi. "Piekło pocztowe" było też pierwszą książką Terrego Prachetta jaka została nominowana do nagrody Nebuli, a na jej podstawie został nakręcony film fabularny.

Jak wiele książek Terrego Pratchetta, także i ta jest parodią naszego świata i satyrą na wiele jego instytucji. Tutaj mamy nabijanie się z poczty, jej sposobu funkcjonowania, a także z hobby jakim jest zbieranie znaczków i samych filatelistów w szczególności. Jednocześnie Terry Prachett piętnuje duże korporacje, grupy finansowe, firmy działające wyłącznie dla zysku i starające się nieuczciwymi środkami wyeliminować konkurencję, np. przejmując małe, rodzinne firmy. Karty książki zaludniają postacie znane już z innych tytułów, takie jak golemy, wampiry, wilkołaki czy Igory. Ważną rolę, znaną z naszej rzeczywistości odgrywa także prasa i dziennikarze, a gdzieś tam w tle obecna jest słynna Straż Miejska. "Piekło", inaczej niż poprzednie części cyklu, podzielone jest na rozdziały, z których każdy, na wzór XIX wiecznych powieści, poprzedzony jest kilkuhasłową zapowiedzią mających nastąpić wydarzeń.

Czytanie „Piekła pocztowego” sprawiło mi dużo radości i znacznie poprawiło nastrój.  Zawsze tak reaguję kiedy mam do czynienia z czymś co jest jednocześnie zabawne, mądre i naprawdę dobrze napisane. Stwierdzam to kolejny już raz. Terry Pratchett miał błyskotliwy umysł. Zaczęło się od jednego cytatu z „Piekła”znalezionego gdzieś w sieci, który mnie na tyle zaintrygował, że sięgnąłem tylko na chwilkę po książkę i tak już zostałem z nią przez kilka wieczorów.  Nie muszę chyba pisać, że wszystkim gorąco polecam. W planach mam już kolejną książkę ze Świata Dysku, a będzie nią „Mort”

czwartek, 17 sierpnia 2017

Obuwnicza teoria niesprawiedliwości społecznej


 "Weźmy na przykład buty. Vimes zarabiał trzydzieści osiem dolarów miesięcznie, nie licząc dodatków. Porządna para skórzanych butów kosztowała pięćdziesiąt dolarów. Ale para butów, na jaką mógł sobie pozwolić - całkiem przyzwoita na jeden czy dwa sezony, bo potem zupełnie przetarła się tektura, przeciekająca jak demony, to koszt około dziesięciu dolarów. Takie właśnie buty zawsze kupował Vimes i nosił je, aż podeszwy były tak cienkie, że w mgliste noce po kamieniach bruku poznawał, gdzie w Ankh-Morpork się znajduje.
Jednak dobre buty wytrzymywały lata, długie lata. Bogatego stać na wydanie pięćdziesięciu dolarów na parę butów, w których po dziesięciu latach wciąż będzie miał suche nogi. Tymczasem biedak, którego stać tylko na tanie buty, wyda w tym czasie sto dolarów -a nogi i tak stale będzie miał przemoczone.
To właśnie kapitan Vimes nazywał obuwniczą teorią niesprawiedliwości społecznej".

Terry Pratchett "Zbrojni".

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett (2)

SOBOTY

Britain in a Day (Terry Pratchett opisuje swoją typową sobotę), „Radio Times”, 12 listopada 2011

Budzę się. To ważne. Jest sobota, dla wielu ludzi tradycyjny dzień odpoczynku. Dla mnie jednak są tylko dwa rodzaje dni: takie, kiedy jest na miejscu Rob Wilkins, mój asystent, i takie, kiedy go nie ma.
Ogólnie biorąc, piszę codziennie, uwzględniając tylko zobowiązania rodzinne; dzisiaj piszę pierwszy szkic nowej książki, co jest przyjemne, więc leżę w łóżku i cieszę się stukaniem czajnika, gotów na pierwszą herbatę dnia. Potem idę do łazienki, biorę prysznic, przycinam wąs i sortuję poranne tabletki, głównie na ciśnienie, w tej chwili już całkiem pod kontrolą. Z pozostałych trzech jedna zwalcza okazjonalne ataki lumbago, a dwie pozostałe stają między mną i nieubłaganym postępem alzheimera.

wtorek, 1 listopada 2016

Brudny Harry w krainie fantasy



"Jeśli zdarzyła się zbrodnia, musi być wymierzona kara".

„Zbrojni” (Men at Arms) to druga w kolejności pozycja w cyklu o Straży Miejskiej Terry’ego Pratchetta będącego częścią całej serii książek o Świecie Dysku . Z kontynuacjami serii książkowych bywa różnie, jedne trzymają poziom pierwszej części, inne natomiast nie. W przypadku „Zbrojnych” widać wyraźnie, że autor przygotował się, innymi słowy dobrze odrobił „zadanie domowe”, przemyślał wszystko i zaplanował cały cykl o Straży niezwykle starannie. Nie przeczytałem jeszcze wszystkich pozycji, ale moim zdaniem „Zbrojni” są chyba najlepszą częścią tego cyklu. Nie wiem czy może plusy przysłoniły mi minusy, ale ja żadnych nie znalazłem.



Akcja nadal toczy się w Ankh-Morpork, największym mieście na Dysku. Mamy tutaj ponownie tendencje rojalistyczne i chęć niektórych jednostek do przywrócenia monarchii. Pochodzący ze zubożałego rodu szlacheckiego Edward d'Eath, postanawia odnaleźć potomka dawnych królów Ankh-Morpork i doprowadzić do jego koronacji. Jakiś czas potem z muzeum Gildii Skrytobójców ginie wyjątkowo niebezpieczne urządzenie, wynalazek geniusza Leonarda da Quirma, i dochodzi do szeregu, jak się zdaje, przypadkowych morderstw. Kapitan Samuel Vimes, dowódca Straży Nocnej Ankh-Morpork, podejmuje śledztwo, pomimo że rządzący miastem Patrycjusz wyraźnie mu tego zabronił. W samej Straży Nocnej następują duże zmiany, zostają bowiem do niej przyjęci nowi rekruci: troll Detrytus, krasnolud Cuddy i Angua, która jest wilkołakiem. Ma to związek z napięciami rasowymi pomiędzy rożnymi „nacjami”, rasami zamieszkującymi Ankh-Morpork, gdzie niemal każdy kogoś nienawidzi: krasnoludy nienawidzą trolli, trolle krasnoludów. ludzie nienawidzą obu ras i wzajemnie. Rozwiązaniem wydaje się być pomysł, aby każda rasa miała swoich reprezentantów w oddziale Straży. Kolejnym zatem tematem tej książki, poza zagadką kryminalną, jest rasizm.
"Zawsze miło jest wiedzieć, że ktoś ma gorzej od nas. Ktoś przecież musi być tyłkiem tego świata".
W „Zbrojnych” Terry Pratchett zakpił sobie odrobinę ze swoich czytelników i bardzo umiejętnie, „nic nikomu nie mówiąc”,  poprowadził tam gdzie chciał. Kiedy bowiem czytasz tę książkę, w pewnym momencie zaczynasz zdawać sobie sprawę, dociera do ciebie fakt, że masz w rękach klasyczny kryminał, ze wszystkimi jego niezbędnymi elementami. Oczywiście osadzony w świecie fantasy, potraktowany humorystycznie i będący jednocześnie celem satyry, ale jednak kryminał  Ci, którzy lubią kryminały będą mile zaskoczeni i w pełni  usatysfakcjonowani. Ja zobaczyłem w "Zbrojnych" parodię "Brudnego Harry'ego" i "Akademii Policyjnej" i w ogóle wszystkich tego typu kryminałów policyjnych, gdzie policjanci pracują parami, mają przydzielonych partnerów, którzy często, dla kontrastu i uzupełniania się, są "odmienni", ale można na nich polegać i w razie czego uratują ci tyłek albo i życie. 
"Są ludzie, którzy odbierają innym pieniądze. W porządku, to zwykła kradzież. Ale są też ludzie, którzy jednym krótkim słowem potrafią odebrać komuś samo człowieczeństwo. To zupełnie inna sprawa".
Co mogę jeszcze dodać? Chyba tylko tyle, że przyjąłem kolejną dużą dawkę humoru, a czytanie „Zbrojnych” dało mi wyjątkową przyjemność. Książki Terry'ego Pratchetta należą do nielicznych książek, które dają czytelnikowi prawdziwy „reset” i pozwalają zapomnieć o naszym smutnym świecie. Polecam szczerze wszystkim, którzy tego potrzebują.
- Jesteś mądrzejszy od Detrytusa - pocieszył kolegę Nobby.
- Też sobie to powtarzam. Mówię: „Fred, cokolwiek się stanie, jesteś mądrzejszy od Detrytusa”. Potem mówię: „Fred... ale drożdże też są”.

Terry Pratchett "Zbrojni", tłum. Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Grafika: Marc Simonetti

wtorek, 25 października 2016

Terry Pratchett "Straż! Straż!"



Moje pierwsze spotkanie ze "Światem Dysku" Terry'ego Pratchetta miało miejsce już bardzo bardzo dawno temu, kiedy to w jednym z numerów "Nowej Fantastyki" pojawiła się pierwsza część tego cyklu, a mianowicie "Kolor magii". Książka nie zachwyciła mnie jednak. Owszem, przeczytałem ją do końca, wtedy miałem jeszcze zwyczaj kończenia zaczętych książek choćby nie wiem co się działo. Wszystko wydało mi się dosyć wydumane, naciągane, a humor jakiś taki wymęczony. Dlatego nie sięgałem już po kolejne tomy. Teraz już wiem, że wszystko przez to, iż zacząłem od niewłaściwej strony, w nieodpowiednim miejscu.

"Poza tym Straż z zasady nie miesza się do bójek. O wiele prościej jest wkroczyć później i aresztować wszystkich nieprzytomnych".
Cykl "Świata Dysku" dzieli się na kilka podcykli i najlepiej podobno zacząć od cyklu o Straży Miejskiej lub o Czarownicach z Lancre. Pierwszą częścią cyklu o Straży Miejskiej jest powieść zatytułowana "Straż! Straż!". Terry Pratchett wyśmiewa się w niej z instytucji straży miejskiej oraz policji, robiąc odniesienia do naszej "wspaniałej" rzeczywistości. W ogóle cały "Świat Dysku" jest dosyć postmodernistyczny, można znaleźć tutaj odwołania, aluzje, nawiązania i parodie różnych postaci z literatury światowej, np. z dramatów Szekspira, czy też problemów i instytucji z naszego świata, takich jak poczta, giełda, policja, świat polityki i nauki. Mnie przypomina to trochę teksty ze Shreka, ale w wersji dla dorosłych, w dobrym tego słowa znaczeniu. "Świat Dysku" to fantasy, ale nie klasyczna, raczej jej parodia. Występują tu postaci znane z książek tego gatunku, jak trolle, krasnoludy, smoki. czarownice, wilkołaki, golemy czy nawet wampiry. Humor Terry'ego Pratchetta jest wspaniały, dlatego niejednokrotnie zaśmiewałem się podczas lektury. Przy tym autor wykorzystując cały ten "arsenał" i pisząc lekko, porusza jednocześnie poważne sprawy i problemy, zwracając nam uwagę na wiele ciemnych stron ludzkiej natury z jakimi mamy stale do czynienia. Człowiek jaki jest każdy widzi. Pasuje tutaj cytat z klasyka "Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie".
"Macie czelność się skarżyć, [pomyślał smok]. A przecież my byliśmy smokami. Smoki powinny być okrutne, chytre, nieczułe i straszne. Ale coś ci powiem małpo… [Wielki pysk zbliżył się jeszcze i Wonse spojrzał prosto w głębie bezlitosnych smoczych ślepi.] Smoki nigdy nie paliły na stosie, nie torturowały, nie rozpruwały na kawałki i nie nazywały tego moralnością".
Książki Terry'ego Pratchetta to literatura rozrywkowa, dająca dużą radość z jej czytania, a przy tym niegłupia. Dialogi skrzą się tu dowcipem najwyższej klasy, a cytaty z jego książek są już klasyczne i kultowe. Zdaję sobie sprawę, że piszę tutaj o książkach, które są znane na całym świecie i trudno by było znaleźć kogoś kto o nich przynajmniej nie słyszał lub nie widział charakterystycznych ilustracji z ich okładek. Jeżeli jednak jest jeszcze ktoś taki, ostatni maruder, to musi szybko pędzić do biblioteki lub księgarni, aby nadrobić swe niebywałe braki. I Bob jest twoim wujem! :)
"Życie to tylko chemia. Tu kropla, tam strużka, a wszystko się zmienia. Niewielki łyk sfermentowanych soków i nagle człowiek zdolny jest przeżyć kolejne parę godzin".
Terry Pratchett "Straż! Straż!"

niedziela, 9 października 2016

Książki zaginają czasoprzestrzeń


Dawn Elaine Darkwood The Library

"Prawda jest taka, że każdy duży zbiór nawet zwyczajnych książek deformuje przestrzeń, o czym łatwo się przekonać, odwiedzając jeden z tych naprawdę staroświeckich antykwariatów - jeden z tych, które wyglądają jak zaprojektowane przez M. Eschera, kiedy miał zły dzień, mają więcej schodów niż podestów i długie rzędy półek kończące się małymi drzwiczkami, z pewnością zbyt niskimi, aby przeszedł przez nie pełnowymiarowy człowiek. Tłumaczy to następujące równanie: wiedza = potęga = energia = materia = masa. Dobra księgarnia to po prostu elegancka czarna dziura umiejąca czytać".

"Książki zaginają czasoprzestrzeń. Powodem, dla którego właściciele wspomnianych już ciasnych antykwariatów zawsze sprawiają wrażenie ludzi trochę nie z tego świata, jest to, że wielu z nich rzeczywiście stamtąd pochodzi. Zabłąkali się do nas, skręcając nie w tę stronę we własnym antykwariacie w świecie, gdzie na nogach przez cały czas wypada nosić bambosze, a sklep otwierać tylko wtedy, kiedy ma się ochotę".

"Biblioteka była największym zbiorem magicznych tekstów w ca­łym multiversum. Spoczywały tam na półkach tysiące woluminów pełnych okultystycznej wiedzy. Podobno, ponieważ wielkie ilości magii potrafią mocno od­kształcić zwykły świat, Biblioteka nie przestrzegała normalnych za­sad czasu i przestrzeni. Podobno ciągnęła się po wieczność. Podobno całymi dniami można by wędrować wśród odległych regałów, podobno gdzieś tam żyły całe plemiona zagubionych studentów, podobno niezwykłe istoty czaiły się w zapomnianych wnękach, a po­lowały na nie istoty jeszcze dziwniejsze".

"Najstarsi bibliotekarze jednak, kiedy wykazali już swoją wartość, dokonując jakiegoś bohaterskiego bibliotekarskiego czynu, przyjmowani są do tajnego związku i nauczani sztuki przetrwania poza Półkami, Które Znamy".

Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

Zupa fasolowa i koniec





"Okryta czernią postać przemknęła przez ciemne uliczki, skacząc od bramy do bramy, aż dotarła do posępnego, mrocznego portalu. Od razu było widać, że żadne zwykłe wrota nie stają się tak posępne bez szczególnego wysiłku. Wyglądały, jakby architekt otrzymał specjalne instrukcje. Chcemy czegoś groźnego, w ciemnym dębie, usłyszał. Dlatego proszę umieścić jakiegoś niemiłego gargulca nad bramą, docisnąć łuk, jakby nastąpił na niego olbrzym, i każdemu jasno dać do zrozumienia, że te wrota nie odpowiadają „dzyń dzyń", kiedy się przyciśnie dzwonek.

Postać wystukała skomplikowany kod na ciemnym drewnie. We wrotach otworzyło się małe zakratowane okienko i wyjrzało podejrzliwe oko.
- „Poważna sowa pohukuje wśród nocy" - powiedział przybysz, usiłując wykręcić z wody swoją szatę.
- „Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców" - zaintonował głos z drugiej strony kratki.
- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny" - odparowała ociekająca wodą postać.
- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu".
- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna". Zapadła cisza, zakłócana jedynie szumem deszczu.
- Co? - zapytał po chwili przybysz.
- „Kochająca matka gotuje fasolową zupę dla zbłąkanego syna".
Tym razem cisza trwała dłużej. Wreszcie mokra postać zapytała ponownie:
- Jesteś pewien, że źle zbudowana wieża nie drży cała od przelotu motyla?
- Nie. Zupa fasolowa i koniec. Przykro mi.
Krople deszczu opadały z sykiem wśród krępującego milczenia.
- A co z uwięzionym wielorybem? - spróbował jeszcze przemoczony gość, usiłując wykorzystać skromną osłonę mrocznego portalu.
- Co z nim?
- Nie powinien znać głębin przepastnych, skoro już musisz wiedzieć.
- Aha... Uwięziony wieloryb... Szukasz Świetlistego Bractwa Hebanowej Nocy. To trzecia brama stąd.
- A kim ty jesteś?
- Jesteśmy Oświeconym i Starożytnym Bractwem Ee.
- Myślałem, że spotykacie się przy Melasowej - stwierdził po namyśle przemoczony gość.
- Niby tak. Ale sam wiesz, jak to jest. We wtorki przychodzi tam klub płaskorzeźby . Trochę pomieszali rozkład.
- No tak. Bywa. W każdym razie dziękuję.
- Nie ma za co.
Okienko zatrzasnęło się.
Postać w czerni przez chwilę spoglądała na nie gniewnie, po czym pobrnęła wzdłuż ulicy. Rzeczywiście, znalazła kolejny portal. Jego budowniczy nie trudził się ze zmianą planów.
Zapukał. Otworzyło się małe, zakratowane okienko.
-Tak?
- Słuchaj no: „Poważna sowa pohukuje wśród nocy", zgadza się?
- ,Ale wielu szarych książąt podąża smętnie do ludu bez władców".
- „Hurra, niech żyje córka siostry starej panny", tak?
- „Dla kata wszyscy klienci są tego samego wzrostu".
- „Zaprawdę jednak, róża tkwi w kolcu". Na dworze leje jak z cebra. Wiesz o tym, prawda?
- Owszem — przyznał głos tonem kogoś, kto wie, ale to nie on stoi na deszczu.
Przybysz westchnął.
- „Uwięziony wieloryb nie zna głębin przepastnych" - powiedział. - I co, lepiej ci teraz?
- „Źle zbudowana wieża drży cała od przelotu motyla". Gość chwycił pręty kraty, podciągnął się i syknął:
- A teraz mnie wpuść. Jestem przemoczony. Minęła kolejna wilgotna chwila.
- Te głębiny... Powiedziałeś „przepastne" czy „przejasne"?
- Przepastne. Tak powiedziałem. Przepastne głębiny. Ponieważ leżą, najkrócej mówiąc, głęboko. To ja, brat Palcy.
- Dla mnie brzmiało to jak „przejasne" - mruknął z powątpiewaniem niewidoczny odźwierny.
- Chcecie tę przeklętą książkę czy nie? Mnie nie zależy. Mogę wracać do domu, do łóżka.
-Jesteś pewien, że były przepastne?
- Posłuchaj uważnie - rzekł z naciskiem brat Palcy. - Dobrze wiem, jakie głębokie są te piekielne głębiny. Wiedziałem, jak są przepastne, kiedy ty byłeś jeszcze żałosnym neofitą. A teraz otwierasz czy nie?
- No... No dobrze. Szczęknęły zdejmowane sztaby.
- Mógłbyś je trochę popchnąć? - odezwał się głos. - Wrota Wiedzy, Przez Które Nie Mogą Przejść Nie Znający Prawdy, strasznie się zacinają od wilgoci".

Terry Pratchett "STRAŻ! STRAŻ!"

Grafika: Marc Simonetti