Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faulkner William. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Faulkner William. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

Zmyślenie prawdziwe

"Słaba książka Koestlera Ciemność w południe, którą pozwolę sobie nazwać sentymentalnym wykładem totalitaryzmu, roi się od bredni, o czym już pisałem. Niemniej jest to zmyślenie prawdziwe; Rubaszow rozmawia ze swoim pierwszym sędzią - Iwanowem, który jest jego przyjacielem z lat Rewolucji Październikowej; Iwanow nawet zbytnio się nie wysila, aby przekonać Rubaszowa, iż zostanie skrócony o głowę dla dobra partii. Iwanow powiada: „Co roku miliony ludzi giną z głodu, na skutek chorób, na skutek powodzi i klęsk żywiołowych - dlaczego nie mielibyśmy zabić ileś tam tysięcy ludzi, jeśli przyjmiemy, iż podejmujemy eksperyment mający na celu uszczęśliwienie ludzkości”. Skoro argumentacja Iwanowa nie zdaje się na wiele, miejsce Iwanowa zajmuje Gletkin - młodszy komunista, dziecko Rubaszowa, ale porozumienie ojca z dzieckiem okazuje się niemożliwe. Jeżeli ta powieść posiada jakąkolwiek wartość, to polega ona na konflikcie Rubaszow - Gletkin; ale nie tylko dlatego, że jest to wątek literacko-tradycyjny; to jest po prostu zagadnienie tych niepotrzebnych, którzy muszą odejść. 

piątek, 14 czerwca 2013

"Ja nauczyłem się pisać od innych pisarzy"

Joan Williams i William Faulkner

List Williama Faulknera do Joan Williams

18 czerwca 1953 roku

[...] Ciężko się nad tym [opowiadaniem] napraco­wałaś, wiem o tym. Do jednego nie przyłożyłaś się dosyć solidnie, do tego, żeby wykorzystać ten czas, kiedy byłem z Tobą, na nauczenie się ode mnie najlepszego podejścia do fabuły, żeby ją wycisnąć do ostatniej kropelki. Nie stylu. Tak samo nie chcę, żebyś się uczyła mojego stylu, jak i Ty, tak samo też nie chciałbym Ci kiedykolwiek pomagać swoją krytyką. Chcę po prostu, żebyś się nauczyła, w najprostszy i najszybszy sposób, jak oszczędzić sobie nerwowej szarpaniny i emocjonalnego wyczerpania, jakie przynosi praca, która nie jest całkiem w porządku. Jak podejść do fabuły, żeby ją opowiedzieć w sposób najbardziej, w jaki potrafisz, właściwy. Jak tylko się tego nau­czysz, nie będziesz potrzebowała mnie ani nikogo.
Ja nauczyłem się pisać od innych pisarzy. Dlacze­go ty nie miałabyś tego zrobić? Możesz nawet postą­pić tak: kiedy uważasz, że pomoc Ci potrzebna, przyj­mij ją ode mnie. A potem, gdyby Cię gryzło sumie­nie, że fabuła nie jest wyłącznie Twoja, zapamiętaj sobie po prostu to, czego się z tego opowiadania nau­czyłaś, a samo opowiadanie spal, aż będziesz mogła wykorzystać to, czego się nauczyłaś, bez potrzeby zwracania się do mnie. Spisanie czegoś na papierze, opowiedzenie tego to rzemiosło. Jakże inaczej może się młody cieśla nauczyć budowania domu, jeśli nie przez pomaganie doświadczonemu cieśli? Nie nauczy się tego przez samo przyglądanie się gotowym domom. Gdyby to było możliwe, każdy mógłby być cieślą, pisarzem... [...]
 
William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 208–209

Źródło: Płaszcz zabójcy

czwartek, 25 października 2012

Azyl



Spoza zasłony krzaków otaczających źródło Wy­trzeszcz patrzył na człowieka, który pił wodę. Do źró­dła prowadziła od szosy prawie niewidoczna wśród zarośli ścieżka. Wytrzeszcz patrzył, jak ten czło­wiek – wysoki, szczupły mężczyzna bez kapelusza, w zniszczonych spodniach z szarej flaneli, z przewieszo­ną przez ramię tweedową marynarką – podchodzi ścieżką i klęka, żeby napić się źródlanej wody.
Źródło wytryskiwało przy korzeniu buka i odpły­wało fałdując, rzeźbiąc piaszczyste dno. Otaczała je gęstwina trzcin i głogów, cyprysów i figowców, schlapanych słonecznym blaskiem jak gdyby znikąd. Ptak, niewidoczny i tajemniczy, a przecież gdzieś w pobli­żu, zaśpiewał trzy nuty i ucichł.
Ten człowiek pił schylony nad źródłem, nad spęka­nym, rozbitym odbiciem swojej twarzy w wodzie. Pro­stując się zobaczył też popękane, rozedrgane odbicie słomkowego kapelusza Wytrzeszcza, chociaż przedtem nie słyszał żadnego szmeru.
Zobaczył po drugiej stronie źródła jakiegoś ni­skiego człowieka, który stał z rękami w kieszeniach, z papierosem sterczącym z kącika ust. Miał na sobie czarne ubranie, marynarkę obcisłą, z wysoko zazna­czonym stanem, nogawki spodni podwinięte i zabło­cone nad oblepionymi błotem butami. Jego twarz by­ła dziwnie bezkrwista, jak gdyby padało na nią ostre światło elektryczne; w słomkowym kapeluszu na ba­kier, gdy tak rękami w kieszeniach trzymał się pod boki, wyglądał na tle tej słonecznej ciszy płasko jakoś i gadzinowato niczym zdeptany, sczerniały rondel z dwoma uchami.
Gdzieś poza nim znów zaśpiewał ptak – trzy mono­tonnie powtórzone nuty: bezsensowne dźwięki wydarte z ciszy głębokiej, oddychającej spokojem, zdającej się odgradzać to miejsce od świata, skąd po chwili do­leciał warkot samochodu, stopniowo zamierając w dali. Człowiek, który pił wodę, klęczał przy źródle.
  Pan ma chyba w tej kieszeni rewolwer – po­wiedział.
Z drugiej strony źródła Wytrzeszcz wpatrywał się w niego oczami jak dwie gałki z miękkiej, czarnej gumy.
  To ja się pytam – powiedział – co pan masz w kieszeni?
Tamten sięgnął do marynarki wciąż jeszcze prze­wieszonej przez ramię. Z jednej kieszeni wystawał zmięty pilśniowy kapelusz, a z drugiej wystawała książka.
  O którą kieszeń chodzi? – zapytał.
  Nie pokazuj. Powiedz. Zatrzymał rękę na pół podniesioną.
  To jest książka – powiedział.
  Co za książka?
  Po  prostu książka.  Do  czytania.  Niektórzy lu­dzie czytają.
  Czyta pan książki? – zapytał Wytrzeszcz.
Ręka tamtego znieruchomiała nad marynarką. Dym z papierosa przewijał się po twarzy Wytrzeszcza, któ­ra z jednym okiem przymrużonym wyglądała jak maska złożona z dwóch odmiennych połówek.
Z bocznej kieszeni spodni Wytrzeszcz wyciągnął zaszarganą chustkę do nosa. Rozłożył ją sobie na napiętkach zabłoconych butów, żeby nie pobrudzić ubra­nia, gdy przysiadł naprzeciwko człowieka po drugiej stronie wody. Była wtedy mniej więcej godzina czwarta majowego popołudnia. Przykucnięci tak, pa­trzyli na siebie ponad źródłem przez dwie godziny. Od czasu do czasu odzywał się ptak z mokradła, jak gdyby pobudzał go mechanizm zegarowy; jeszcze dwukrotnie przejeżdżały po szosie niewidoczne samo­chody. Znów śpiewał ptak.
  I oczywiście pan nie wie, jak on się nazywa – powiedział człowiek  po  drugiej   stronie  źródła.   – Mam wrażenie, że jeżeli w ogóle zna pan jakiegoś pta­ka, to chyba tylko takiego, co śpiewa w klatce w hallu hotelowym albo kosztuje cztery dolary na półmisku.
Wytrzeszcz nie odpowiedział. Wciąż jeszcze siedząc na piętach, w tym obcisłym czarnym ubraniu z prawą kieszenią marynarki wypchaną, skręcał i ugniatał pa­pierosy małymi, lalczynymi nieomal rękami i splu­wał do źródła. Był martwo, ziemiście blady. Nos miał krogulczy, podbródka nie miał wcale. Twarz jego w miejscu, w którym powinien być podbródek, po pro­stu się usuwała jak twarz woskowej lalki zapomnia­nej zbyt blisko ognia w kominku. Po kamizelce snu­ła mu się pajęczyna platynowej dewizki.
  Słuchaj pan – powiedział człowiek po drugiej stronie źródła. – Nazywam się Horace Benbow. Pro­wadzę  kancelarię  adwokacką  w  Kinston.   Dawniej mieszkałem w Jefferson; właśnie tam teraz idę. Ka­żdy w tym hrabstwie może panu  powiedzieć,   że jestem nieszkodliwy. Jeżeli to whisky, mało mnie na­prawdę obchodzi, ile jej produkujecie czy sprzedaje­cie, czy kupujecie. Zatrzymałem się tutaj na łyk wo­dy. I chcę tylko dostać się do Jefferson.
Oczy Wytrzeszcza wyglądały jak gałki z gumy, któ­re przed chwilą naciśnięte odzyskały już pierwotną wypukłość, ale zachowały jeszcze na sobie spiralne odciski palców.
  Chcę   dojść   do   Jefferson   przed   zapadnięciem zmroku – powiedział Benbow. – Pan nie może mnie tutaj tak trzymać.
Nie wyjmując papierosa z ust, Wytrzeszcz splunął do źródła.
  Pan nie może mnie zatrzymywać – powiedział Benbow. – A gdybym się stąd wyrwał i uciekł...
Wytrzeszcz skierował gumowe gałki oczu na Benbowa.
  Chcesz pan uciekać?
  Nie.
Wytrzeszcz odwrócił oczy.
  No więc siedź.

piątek, 24 sierpnia 2012

Amerykanin w Paryżu

Młody William Faulkner
Paryż, niedziela, 23 sierpnia 1925 roku

Droga Mamo,

   Jestem w trakcie pisania nowej powieści, wielkiej powieści. To coś zupełnie nowego. Przyszło mi do głowy dopiero przedwczoraj. Odłożyłem tę o moskitach i nie sądzę, żebym był na tyle dorosły, żeby ją tak napisać, jak powinna być napisana. Za mało wiem o ludziach. 
   Tutaj zimno, nikt w ogóle nie chodzi w strojach z Palm Beach. Ubrania nosi się wełniane, zwykle kamizelkę, a wieczorem płaszcz. I całkiem tu tanio. Mój pokój, duży, wychodzący na podwórze i niedaleko od Ogrodów Luksemburskich, kosztuje 11 franków dziennie, czekolada z rogalikiem na śniadanie 1,50, chleb i ser, które zjadam u siebie w pokoju albo w ogrodzie, dwa franki, tak że mam 6 albo 7 franków na dobry obiad i utrzymuję się za 20 franków dziennie. Jeden frank to 5 centów.
   Już od trzech dni pada, ale się tym nie przejmuję, dopóki mogę siedzieć w swoim pokoju i pisać. Myślę, że tę powieść skończę do listopada. Francuzi są zwariowani na punkcie dzieci. Dorośli z dziećmi na ulicy albo w ogrodzie to strasznie fajny widok. Mam nadzieję, że jutro odbiorę swoją walizkę z biura Ekspresu. Wysłałem ją do Paryża z Genewy przez cały czas od tamtej pory używam 2 wełnianych koszul, 2 par skarpet i 2 b.v.d. [krótkich kaleson firmy B.V.D.]. Pozdrowienia dla wszystkich. Zastanów się i napisz, czy jest coś, co chciałabyś, żebym Ci tutaj kupił.

Billy

William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 18–19.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Pisarze o pisaniu (19) - William Faulkner

William Faulkner, 1954
List Williama Faulknera do Joan Williams

18 czerwca 1953 roku

[...] Ciężko się nad tym [opowiadaniem] napraco­wałaś, wiem o tym. Do jednego nie przyłożyłaś się dosyć solidnie, do tego, żeby wykorzystać ten czas, kiedy byłem z Tobą, na nauczenie się ode mnie najlepszego podejścia do fabuły, żeby ją wycisnąć do ostatniej kropelki. Nie stylu. Tak samo nie chcę, żebyś się uczyła mojego stylu, jak i Ty, tak samo też nie chciałbym Ci kiedykolwiek pomagać swoją krytyką. Chcę po prostu, żebyś się nauczyła, w najprostszy i najszybszy sposób, jak oszczędzić sobie nerwowej szarpaniny i emocjonalnego wyczerpania, jakie przynosi praca, która nie jest całkiem w porządku. Jak podejść do fabuły, żeby ją opowiedzieć w sposób najbardziej, w jaki potrafisz, właściwy. Jak tylko się tego nau­czysz, nie będziesz potrzebowała mnie ani nikogo

Ja nauczyłem się pisać od innych pisarzy. Dlacze­go ty nie miałabyś tego zrobić? Możesz nawet postą­pić tak: kiedy uważasz, że pomoc Ci potrzebna, przyj­mij ją ode mnie. A potem, gdyby Cię gryzło sumie­nie, że fabuła nie jest wyłącznie Twoja, zapamiętaj sobie po prostu to, czego się z tego opowiadania nau­czyłaś, a samo opowiadanie spal, aż będziesz mogła wykorzystać to, czego się nauczyłaś, bez potrzeby zwracania się do mnie. Spisanie czegoś na papierze, opowiedzenie tego to rzemiosło. Jakże inaczej może się młody cieśla nauczyć budowania domu, jeśli nie przez pomaganie doświadczonemu cieśli? Nie nauczy się tego przez samo przyglądanie się gotowym domom. Gdyby to było możliwe, każdy mógłby być cieślą, pisarzem... [...]

Fragment znalazłem na świetnym i jedynym w swoim rodzaju blogu Płaszcz zabójcy, a pochodzi on z: William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 208–209.

środa, 30 maja 2012

Dzień z życia pisarza (19) - William Faulkner

William Faulkner w 1954
18 sierpnia 1952 roku

8.00 - „Rano czułem się wciąż tak parszywie, że musiałem coś zrobić, więc ni stąd, ni zowąd wygrzebałem maszynopis tej dużej książki i zabrałem się do pracy nad nią. Nagle sobie przypomniałem, jak pisałem Dzikie palmy, żeby próbować poradzić na coś, co też uważałem za ból złamanego serca. I nie złamało mi się wtedy, a więc może nie złamie się teraz, może nawet przez  jakiś  jeszcze  czas  nie będzie  musiało  się łamać, bo serce to bardzo twarda i trwała substancja czy rzecz, czy jak tam chcesz to nazwać”.

12.00 - „Odwaliłem porządną porcję maszynopisu”

14.00 - „Wybrałem się żaglówką na całe popołudnie, nie za silny wiatr, przywiązałem więc płótna i ster, wyciągnąłem się na pokładzie i patrzyłem w górę na maszt...”.

19.00 – „Jeszcze raz przeczytałem "Jake'a" [opowiadanie Joan Williams]. Wciąż jest dobry, ale może jeszcze go zatrzymam i od nowa nad nim pomyślę. Wiem, że z czasem napiszesz go lepiej i to może niedługo. Możesz nawet zdecydować się napisać go sama jeszcze raz. Musisz się więcej nauczyć. W czym Cię biję, to w tym, że ja do nauki wszystkiego, co mogłem, zabrałem się wcześniej w życiu niż Ty. Mam na myśli czytanie...”.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: William Faulkner, Listy, tłum. Ewa Życieńska, Czytelnik 1983, s. 204-205.

czwartek, 26 kwietnia 2012

Pisarze o pisaniu (1) - William Faulkner

William Faulkner
Rozmowę-wywiad z Williamem Faulknerem znalazłem na angielskojęzycznym portalu This Recording poświęconym różnym dziedzinom sztuki i życia, miedzy innymi książkom. Wydała mi się ona bardzo interesująca. Faulkner rozmawia ze studentami twórczego pisania, głownie o pisaniu właśnie. Wiosną 1947, Wydział Anglistyki Uniwersytetu Mississippi gościł Williama Faulknera, który przez tydzień spotykał się z różnymi grupami studentów, codziennie z inną. Nauczyciele każdej grupy nie mogli uczestniczyć w tych spotkaniach. Faulkner spędził cały ten czas odpowiadając na pytania studentów. Tłumaczenia dokonałem ja sam, zatem jest ono pewnie dosyć dowolne, z góry przepraszam za wszelkie możliwe chropowatości językowe jakie mogą się pojawić. 

Pytanie: Którą ze swoich książek uważa Pan za najlepszą?
William Faulkner: Kiedy umieram była w porównaniu z innymi łatwiejsza i bardziej interesująca. Wściekłość i wrzask wciąż mnie porusza. Zstąp, Mojżeszu - zacząłem ją jako zbiór opowiadań. Po tym jak go przerobiłem, stał się siedmioma różnymi aspektami tego samego tematu. To jest po prostu zbiór opowiadań.
P: W jakiej postaci pojawia się u Pana pierwszy pomysł jakiejś opowieści.
WF: To zależy. Wściekłość i wrzask zaczęła się od wrażenia dziewczynki bawiącej się na gałęzi drzewa i moczącej sobie majtki. Ten pomysł wydał mi się atrakcyjny i z niego wyrosła powieść.
P: Jak Pan dokonuje wyboru właściwych słów?
WF: W gorączce zapisywania pomysłu, może się zdarzyć, że zapiszę jakieś dodatkowe słowa. Jeżeli przerobię go, a słowa nadal będą brzmiały prawdziwie, zostawiam je tam gdzie są.
P: Jaki miał Pan powód do ułożenia rozdziałów Dzikich palm, tak jak Pan to zrobił?
WF: Powód wydania historii jaką opowiedziałem, składającej się z dwóch rodzajów miłości, był czysto natury mechanicznej. Wysłałem obie opowieści do wydawcy oddzielnie, ale zostały odrzucone, ponieważ były za krótkie. Tak więc umieściłem na przemiennie rozdziały obu historii, tworząc w ten sposób jedną.
P: Jak wiele Pan wie na temat tego jak się skończy książka, zanim jeszcze przystąpi Pan do jej pisania.
WF: Bardzo mało. Postać rozwija się wraz z książką, a książka wraz z jej pisaniem.
P: Dlaczego Pan przedstawia obraz naszego regionu w swoich książkach?
WF: Nie wiedziałem żadnego innego. Próbuję opowiedzieć prawdę o człowieku. Kiedy muszę wykorzystuję wyobraźnię i okrucieństwo, jako ostateczność. Region jest przypadkowy. To po prostu wszystko co znam.
P: Ponieważ Pan jednak przedstawia ten obraz, czy nie uważa Pan, że daje on mylne wrażenie?
WF: Tak, i przepraszam.  Czuję, że się wypisałem. Nie sądzę, żebym jeszcze coś więcej napisał. Masz tylko tyle pary ile potrzebujesz i jeśli nie zużyjesz jej w pisaniu, ulotni się sama.
P: Napisał Pan Azyl jako powieść kryminalną, aby po prostu zwrócić na siebie uwagę?
WF: Głównym powodem było to, że potrzebowałem pieniędzy. Dwie czy trzy książki, które już zostały wydane nie sprzedawały się dobrze i byłem spłukany. Napisałem Azyl, aby go sprzedać. Po tym jak wysłałem go do wydawcy poinformował mnie: "Dobry Boże, nie możemy tego wydrukować. Obaj trafilibyśmy do więzienia". Okres krwi i wnętrzności jeszcze nie nadszedł. Moje inne książki zaczęły się sprzedawać, wiec zabrałem korektę Azylu z powrotem od wydawcy do poprawy. Wiedziałem, że albo będę musiał przerobić całą rzecz, albo wyrzucić. Miałem zobowiązania finansowe i moralne względem wydawcy i po ciągłym naleganiu zgodziłem się na jej publikację. Przerobiłem całą rzecz i musiałem zapłacić za wykonanie nowej korekty. Z tych powodów nie lubiłem tej książki wtedy i nie lubię jej także dzisiaj.
P: Czy powinno się dokonywać przeróbek?
WF: Nie. Jeżeli masz zamiar pisać, napisz coś nowego.
P: Jak Pan znajduje czas by pisać?
WF: Zawsze możesz znaleźć czas by pisać. Każdy kto mówi, że nie może znaleźć czasu żyje pozorami. W dużym stopniu polegaj na inspiracji. Nie czekaj. Kiedy masz inspirację, zapisz to. Nie odkładaj na później, kiedy będziesz miał więcej czasu i spróbujesz odzyskać nastrój i dodać ozdobniki. Możesz nigdy nie odzyskać nastroju żywości jaką daje pierwsze wrażenie.


William Faulkner (1954)

P: Ile zajmuje Panu napisanie książki?
WF: To tylko jakiś pismak może powiedzieć. Kiedy umieram zajęło mi sześć tygodni. Wściekłość i wrzask trzy lata.
P: Rozumiem, że może Pan pisać dwie opowieści jednocześnie. Jeżeli to prawda, to czy to jest zalecane?
WF: Pisanie dwóch opowieści jednocześnie jest w porządku. Ale nie pisz na terminy. Pisz dopóki masz coś do powiedzenia.
P: Jaki jest najlepszy trening pisania? Kursy pisania? Czy może coś innego?
WF: Czytaj, czytaj, czytaj! Czytaj wszystko - szmirę, klasykę, złe i dobre książki; zobacz jak oni to robią. Kiedy stolarz uczy się swojego fachu, czyni to poprzez obserwację. Czytaj! Przyswoisz sobie to wszystko. Pisz. Jeżeli jest dobre, dowiesz się. Jeżeli nie jest, wyrzuć to przez okno.
P: Czy to dobrze kopiować czyjś styl?
WF: Jeżeli masz coś do powiedzenia, użyj swojego własnego stylu: to co masz do powiedzenia wybierze swój własny sposób opowiadania, swój własny styl. To co Ci się dotąd spodobało wyjdzie w Twoim stylu.
P: Czy zdaje Pan sobie sprawę ze swej pozycji jako pisarza w Anglii?
WF: Wiem, że jestem lepiej odbierany za granicą, niż tutaj. Nie czytam żadnych recenzji. Za jakiś czas okaże się, że jedynymi którzy czytają są kobiety i bogaci ludzie. Znacznie więcej Europejczyków czyta książki, niż Amerykanów.
P: Dlaczego tak wielu ludzi woli Azyl od Kiedy umieram?
WF: To kolejna strona naszej amerykańskiej natury. Ta pierwsza powieść ma więcej komercyjnego koloru.
P: Czy się degenerujemy? 
WF: Nie. Czytanie jest czymś co jest w pewnym sensie niezbędne jak niebo lub czysty kołnierzyk, ale nie jest ważne. Chcemy kultury, ale nie chcemy żadnego wysiłku aby ją otrzymać. Wolimy czytać streszczenia.
P: To brzmi jak policzek wymierzony naszemu sposobowi życia.
WF: Nasz sposób życia potrzebuje spoliczkowania. Celem każdego człowieka jest pomóc ludziom, skierować ich w kierunku nieba. Piszesz, aby pomóc ludziom. Istnienie tych zajęć z twórczego pisania jest dobre pod tym względem, że daje Wam czas na naukę pisania, a Wy jesteście w takim okresie życia, kiedy czas jest najbardziej cenną rzeczą, jaką posiadacie.
P: Jaki jest najlepszy wiek aby pisać?
WF: Jeżeli chodzi o pisanie fikcji najlepszy wiek to 35-45. Twój ogień nie jest jeszcze całkowicie wypalony a wiesz więcej. Jeżeli chodzi o poezje to najlepszy wiek jest pomiędzy 17 a 26. Pisanie poezji bardziej przypomina rakietę kosmiczną z całym twoim ogniem skondensowanym w jednej rakiecie.
P: W takim razie co z Szekspirem? 
WF:wyjątki od reguły.
P: Dlaczego porzucił Pan pisanie poezji?
WF: Kiedy okazało się, że poezja nie bardzo pasowała do tego co musiałem opowiedzieć, zmieniłem środek. W wieku 21 lat uważałem pisaną przeze mnie poezję za bardzo dobrą. W wieku 22 lat zacząłem zmieniać zdanie. W wieku 23 lat porzuciłem jej pisanie. Wykorzystuję poetyckie wartości w moim pisaniu. W końcu proza jest poezją.


William Faulkner

P: Czy dużo Pan czyta?
WF: Jeszcze 15 lat temu czytałem wszystko co tylko wpadło mi w ręce. Teraz nawet nie znam za bardzo nazwisk pisarzy piszących fikcje. Mam kilku ulubionych, których czytam po wiele razy.
P: Czy "Wielka Amerykańska Powieść" została już napisana?
WF: Ludzie będą jeszcze długo czytali Przygody Hucka Finna. Jednakże Twain nigdy nie napisał powieści. Jego dzieło jest zbyt luźne. Załóżmy, że powieść ma ustalone reguły. Jego jest mnóstwem rzeczy - po prostu serią wydarzeń.
P: Rozumiem, że Pan używa minimum ograniczeń?
WF: Pozwalam powieści pisać się samej - nie mam żadnych skrupułów jeśli chodzi o długość lub styl.
P: Co Pan sądzi o pisaniu scenariuszy filmowych? 
WF: Człowiek jest wynajmowany w przyszłym roku na podstawie tego ile razy jego nazwisko pojawiło sie na ekranie w zeszłym roku. Wynika z tego dużo przekupstwa. W starych czasach mogli dać producentowi trzysta funtów cukru i być dosyć pewnymi pojawienia się ich nazwisk na ekranie. Oni naprawdę walczyli o to i dla tego.
P: Do jakiego stopnia napisał Pan scenariusz do filmu Slave Ship?
WF: Jestem doktorem od filmów. Kiedy znajdują część scenariusza, której nie lubią ja przerabiam ją i robię to dotąd aż są zadowoleni. Przerobiłem części scenariusza w tym filmie. nie piszę scenariuszy. Nie wiem wystarczająco dużo na ten temat.
P: Znana jest anegdota, że pewnego razu poprosił Pan szefa w Hollywood, czy pozwoliłby Panu pojechać do domu aby tam pracować. Sądząc, że miał Pan na myśli Beverly Hills, wpadł pod ten adres i zorientował się, że mówiąc słowo dom miał Pan na myśli Oxford w Mississippi. Czy jest coś prawdy w tej opowieści?
WF: Ta opowieść jest lepsza od mojej. Robiłem trochę "łatania" dla Howarda Hawksa w mojej pierwszej pracy. Kiedy praca się skończyła, Howard zaproponował abym został i odebrał trochę tej łatwej forsy. Miałem $6,000 za moją pracę. To było więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek widziałem i pomyślałem, że to więcej pieniędzy niż jest w całym stanie Mississippi. Powiedziałem mu, że zatelegrafuję do niego kiedy będę gotowy ponownie przystąpić do pracy. Zostałem w Oxford rok i oczywiście zrozumiałe jest, że pieniądze mi poszły. Zatelegrafowałem do niego i w ciągu tygodnia otrzymałem list od Williama B. Hawksa, jego brata a mojego agenta. Do listu załączony był czek za tygodniową pracę pomniejszony o prowizję agenta. To trwało przez rok, jak sądzili, że jestem w Hollywood. Pewnego razu jeden z moich przyjaciół wrócił z Anglii po dwóch latach tam pobytu i znalazł 104 czeki załączone do listów, które wepchnięto pod jego drzwi. Teraz wykazują trochę więcej sprawności, dlatego takie rzeczy już się więcej nie zdarzają.


William Faulkner w Hollywood, lata 40-te

P: Jak się Panu podoba Hollywood?
WF: Nie lubię klimatu, ludzi, ich sposobu życia. Nic się nigdy nie dzieje a potem pewnego ranka budzisz się i stwierdzasz, że masz 65 lat. Wolę Florydę.
P: Podczas Pańskiej pieszej podróży przez Europę, czego Pan się dowiedział?
WF: W tym czasie Francuzi byli zubożali, Niemcy naturalnie służalczy. Nie dowiedziałem się zbyt dużo.
P: Czy Pańska perspektywa zmieniła się po podróży do Europy i innych miejsc?
WF: Nie. kiedy jesteś młody, jesteś wrażliwy, ale o tym nie wiesz. Wydaje się, że później o tym wiesz. Szerszy pogląd nie jest spowodowany przez to co zobaczyłeś, ale przez samą wojnę. Niektórzy ludzie potrafią przeżyć cokolwiek i wyciągnąć z tego coś dobrego, ale masy nie dostają nic dobrego z wojny. Wojna jest okropną ceną płaconą za doświadczenie. Chyba jedyną dobrą rzeczą wynikającą z wojny jest to, że pozwala zmniejszyć dystans pomiędzy mężczyzną i kobietą, bez bycia wciąganym za to na czarną listę.
P: Jaki wpływ miał na Pana R.C.A.F. (Królewskie Kanadyjskie Siły Powietrzne)?
WF: Lubię wierzyć, że byłem wystarczająco twardy, aby to mnie za bardzo nie zraniło. To nie pomogło za bardzo. Mam nadzieję, że wymazałem z pamięci szkodę jaką mi wyrządziło.
P: Którą Wojnę Światową uważa Pan za cięższą?
WF: W czasie ostatniej wojny żyliśmy w stałym strachu, że samolot się zapali. Nie musieliśmy obserwować wszystkich instrumentów i tarcz zegarów. Wszystko co robiliśmy, to modlenie się, aby samolot nie spłonął. Nie mieliśmy spadochronów. Niewielki wybór. Druga wojna Światowa musiała być cięższa.         
P: Czy skojarzenie, takie jak pensjonat, jest dobre czy złe jako tło dla pisania?        
WF: Ani dobre ani złe. Możesz przechowywać fakty w umyśle do przyszłego wykorzystania na wypadek, gdybyś kiedykolwiek chciał napisać coś o pensjonacie.
P: Jak bardzo powinno się zwracać uwagę na krytykę prasową?
WF: Najlepiej nie zwracać zbyt dużej uwagi na krytykę prasową. To jest zawodowe narzędzie służące do zarabiania pieniędzy. Kilku krytyków jest naprawdę wartych czytania, ale niewielu.
P: Których pięciu współczesnych pisarzy uważa Pan za najważniejszych?
WF: 1. Thomas Wolfe. 2. Dos Passos. 3. Ernest Hemingway. 4. Willa Cather. 5. John Steinbeck.
P: Jeżeli nie uważa Pan tego pytania za zbyt osobiste, na którym miejscu umieściłby Pan siebie pośród współczesnych pisarzy?
WF: 1. Thomas Wolfe: miał dużo odwagi i pisał jak gdyby nie miał długo żyć; 2. William Faulkner; 3. Dos Passos; 4. Ernest Hemingway: on nie ma odwagi, nigdy nie wyszedł poza etap raczkowania. On nigdy nie był znany z tego, że użył słowa, które zmusiło czytelnika do sprawdzania ze słownikiem czy jest właściwie użyte. 5. John Steinbeck: kiedyś miałem duże nadzieje z nim związane - teraz nie wiem.
P: Jaką jedną przeszkodę uważa Pan za największą w pisaniu?
WF: Nie jestem pewien czy rozumiem co masz na myśli. Co chcesz robić? Napisać coś co się sprzeda?   
P: chodzi mi o to czy przeszkoda jest wewnętrznym czy zewnętrznym konfliktem?
WF: Wewnętrzny konflikt jest pierwszą przeszkodą jaką należy przejść. Zadowalaj się tym co piszesz. Najpierw bądź pewny, że masz coś do powiedzenia. Potem to powiedz i to powiedz dobrze.
P: Panie Faulkner, czy ma Pan coś przeciwko powtarzaniu czegokolwiek co usłyszeliśmy?
WF: Nie. To było prawdziwe wczoraj, jest prawdziwe dzisiaj i będzie prawdziwe jutro.