Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mansfield Katherine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mansfield Katherine. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Dzień jak koronkowa firanka



21 czerwca 1918, Looe, Kornwalia

Cóż to za dziwny dzień dzisiaj? Cienki, biały, jak koronkowa firanka, pełen okropnych hałasów. (Np. ktoś otwiera szufladę tandetnej komody i nie może jej potem zamknąć.) Jedzenie jest łykowate i niestrawne, napoje nie dość gorące. Przeglądając się w lustrze wydaję się sobie okropna, łysa jak jajko, napuchnięta, suknie są na mnie ciasne. Wszystko pokryte jest kurzem i piaskiem – popiół papierosów rozsypuje się i opada – nagietki rozsiewają swe płatki po całej toalecie. W sąsiednim pokoju ktoś usiłuje nastroić kiepski fortepian.
Gdybym miała „swój dom”, mogłabym zaciągnąć zasłony, a zamknąwszy drzwi wykadzić czymś przyjemnie pachnącym, potem przejść się szybko cichym krokiem wokoło mego doskonale urządzonego pokoju przyglądając się grze cieni i świateł – i w ten sposób można by wytrzymać – lecz żyjąc tak, jak ja, zawsze w zajazdach – to bardzo trudno.

Zacytuje parę tych trudności:

1.      Postanowiłam zrobić pedicure przed śniadaniem i nie zrobiłam tego z lenistwa.
2.      Kawa nie była gorąca, boczek przesolony i znać było na talerzu, że usmażono go na brudnej patelni.
3.      Nie umiałam wymyślić żadnego tematu rozmowy z panią Honey, która była milcząca, roztargniona i przygaszona...
4.      List J., w którym pisze o ogromnych trudnościach i o wszystkich sprawach, jakie musi załatwić, nim wyjedzie na wakacje, nie wzruszył mnie wcale. Był jakiś bezbarwny – miałam wrażenie, jakbym czytała coś, co mnie nie dotyczy, coś co jest poza mną.
5.      Bliżej nieokreślone boleści podczas kąpieli.
6.      Nic nie mam do czytania, a deszcz zanadto pada, aby wyjść.
7.      A. Przyjechała, a do mnie nie zatelefonowała. Zdaje mi się, że na razie ma już dosyć naszej przyjaźni...
8.      Bardzo podły obiad. Małe, twarde kotlety siekane nie nadające się do jedzenia i trochę wodnistego kompotu z agrestu. Nie cierpię angielskiej kuchni.
9.      Poszłam na spacer, złapał mnie deszcz, wróciłam okropnie przemarznięta i zmęczona.
10.  Herbata była zimna. Nie miałam zamiaru zjeść ciastka, lecz wreszcie je zjadłam. Za dużo paliłam.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s.106-108.

czwartek, 28 sierpnia 2014

On the edge of poetry


"Dawn came sharp and chill with red clouds on a faint green sky and drops of water on every leaf and blade. A breeze blew over the garden, dropping dew and dropping petals, shivered over the drenched paddocks, and was lost in the sombre bush. In the sky some tiny stars floated for a moment and then they were gone — they were dissolved like bubbles. And plain to be heard in the early quiet was the sound of the creek in the paddock running over the brown stones, running in and out of the sandy hollows, hiding under clumps of dark berry bushes, spilling into a swamp of yellow water flowers and cresses."

Katherine Mansfield, "Prelude", Stories.

*
Although Katherine Mansfield was closely associated with D.H. Lawrence and something of a rival of Virginia Woolf, her stories suggest someone writing in a different era and in a vastly different English. Her language is as transparent as clean glass, yet hovers on the edge of poetry. Her characters are passionate men and women swaddled in English reserve — and sometimes briefly breaking through. And her genius is to pinpoint those unacknowledged and almost imperceptible moments in which those people's relationships — with one another and themselves — change forever. This collection includes such masterpieces as "Prelude," "At the Bay" "Bliss" "The Man Without a Temperament" and "The Garden Party."

środa, 9 października 2013

Podróżując samotnie

Katherine Mansfield i John M. Murry
Czyż była to tylko wyobraźnia, czy też w istocie kelnerzy - szczególnie kelnerzy i służący hotelowi - odnoszą się w sposób niegrzeczny, arogancki, a zarazem nieco ironiczny do kobiety podróżującej samotnie? Czyż byłaby to ta przeklęta kobieca skłonność do zastanawiania się nad sobą? Chyba nie, gdyż nawet w chwilach, w których czuła się najszczęśliwsza, najswobodniejsza, nagle zdawała sobie sprawę z "tonu", jakim odzywał się kelner lub służący hotelowy. Dziwnie niweczyło to jej poczucie bezpieczeństwa. Wydawało jej się, że coś złego knuje się przeciw niej, że ludzie i rzeczy - nawet martwe przedmioty jak krzesła i stoły - są w tajnej zmowie i czekają tylko na tę fatalną, nieuniknioną przygodę, która zawsze się zdarza i nie może się nie zdarzyć kobiecie podróżującej samotnie.

sobota, 29 czerwca 2013

"Cieszmy się tym wszystkim, póki żyjemy"

D. H. Lawrence

List Davida Herberta Lawrence'a do Katherine Mansfield

Mountain Cottage, Middleton, 9 lutego 1919 roku

Kochana Katherine. [...] Mamy cudowną pogodę, słońce iskrzy się na śniegu, niebo czyste jak w lecie i w tym złocistym oświetleniu widzi się wyraźnie nawet daleki świat. Ale jest straszliwie zimno, wszystko zamarza, mleko, musztarda, wszystko jest zamrożone na kość. Wczoraj poszedłem na pierwszy duży spacer, byłem przez kilka dni przeziębiony i leżałem w łóżku. Wdrapaliśmy się z moją małą siostrzenicą na nagie wzgórze. Ogromnie lubię obserwować ślady na śniegu: śliczne łańcuszki śladów króliczych, plączące się po całym szczycie. Głębokie tropy zajęcy. Lis, elegancko i szybko przeskakujący przez murek. Ptaki skaczące na obu nóżkach. Prosty, piękny ślad kroczącego bażanta. Splątane tropy dzikich gołębi, poruszających się w stadzie. Drobne i śliczne ślady łasic, podobne do naszyjnika z jagód, rozciągniętego na śniegu. Filigranowe ślady polnych myszy i ciągłe linie krecich korytarzy. Niezwykły świat dzikich stworzeń, wyraźnie czytelny wszędzie dokoła na ośnieżonym szczycie. Krajobraz widziany z góry jest bardzo piękny. Srebrzyście białe, nagie podgórze ciągnie się daleko w przestrzeń, osobliwie sfałdowane jak mięśnie, i miejscami błyszczące jak skóra. Tylko niewidzialny wiatr zaskakiwał lodowatymi porywami. Słoneczny blask przesuwał się powoli po polu, jak gdyby w sennym odrętwieniu. Jakże nic nie znaczące wydawały się te wszystkie żywe istoty i stworzenia. Dwaj mężczyźni, mali jak kropki, poruszali się po ośnieżonym zboczu, niosąc siano dla zwierząt. Wciąż wydawało się, że za chwilę rozpłyną się i znikają jak pyłki kurzu. Biała, pofałdowana, ożywiona słońcem śnieżna pokrywa pochłaniała wszystko dokoła. Tylko na samym szczycie wzgórza tkwiła mała kępa niskich buków, a ich splątane, nagie konary rysowały się na tle błękitnego nieba, jak rzeźba z żelaza. Chciałoby się móc przestać być człowiekiem i stać się demonem. Allzu Menschlich [nazbyt ludzki].
Przyjechała do nas moja siostra Emily z córeczką, która dziś obchodzi urodziny. Emily piecze słodki rogal i ciastka, Frieda szyje dla Peggy jasnozieloną sukienkę, a ja doradzam i do wszystkiego się wtrącam. Pamela lamentuje, bo wszystkie jajka zamarzły w spiżarni i popękały. Przez pół godziny rozbijałem lód w cebrzyku, a teraz idę na spacer. Peggy ze wspaniałymi rudozłotymi włosami zwiniętymi na szmatkach w tańczące wokół jej głowy papiloty, biega z miejsca na miejsce, przebierając wełniane i bawełniane gałganki — prawdziwa scene de familie. Z przyjemnością chodzę przez pólko do studni po wodę do picia, słońce świeci cudownie i w jego blasku Stanley, pogrążona w śniegu maleńka wioska po przeciwnej stronie drogi, przypomina mi Włochy. [...]
Życie toczy się swoim trybem, jest piękne i nawet zmrożone liście na szybie są wspaniałym naturalnym malowidłem. Cieszmy się tym wszystkim, póki żyjemy. [...]

David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 206-207.

Źródło: Płaszcz zabójcy 
 

czwartek, 27 czerwca 2013

"Wiwat życie!"

Katherine Mansfield, 1915 rok.
List Katherine Mansfield do Dorothy Brett
 
Hampstead. Środa. 1 stycznia 1919 roku
 
Mieliśmy cudowne święta: pończochy, drzewko, ozdoby, strzelające cukierki, pudding, napoje — mocne i obfite. Dostawaliśmy i wysyłaliśmy paczki, a Murry był w takim usposobieniu, jakby od Wigilii do drugiego dnia świąt nie zdejmował bibułkowego kapelusza. (Był to wielki czerwonożółty motyl). Stopniowo, pod wpływem wina i chińskich przysłów postanowiliśmy bawić się w szarady — Kot, Gertler, Campbell itp. Ach, jak mi było przyjemnie! Jak ja ich wszystkich kochałam! Poruszali się i błyszczeli niby świeczki na najciemniejszym, najbardziej tajemniczym drzewku. Chciałam im powiedzieć: „Bądźmy zawsze tacy jak teraz, nie budźmy się nigdy, bo zobaczymy, że wszystko minęło".
Raz jeszcze przekonałam się, jakie życie może być radosne i czarujące, zobaczyłam, że jeszcześmy się nie zestarzeli, że krew wciąż żywo krąży nam w żyłach. Potrafimy się śmiać. Czerwone krzesła zamieniliśmy w statek piratów, Koteliański włożył mufkę na głowę, a Campbell uwiązał sobie pod szyją słomiankę. Czyż nie można by tego częściej urządzać? Życie należałoby dzielić między pracę a zabawę — prawdziwą zabawę. Nie powinniśmy siadywać po kątach, skończywszy pracę. Czuję, że moje gorące pragnienie szczęścia nie da się nigdy ugasić.
Rozwarto wreszcie bramy mego więzienia — wolno mi wychodzić. Znalazłam człowieka, który mnie wyleczy. Ale mówi, że nie mogę jechać do Szwajcarii, natomiast z wiosną powinnam wyruszyć gdzieś do podzwrotnikowego klimatu, na przykład na Majorkę lub Korsykę. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Cię skuszę i że odwiedzisz mnie w małym domku, gdzie przed progiem rosnąć będzie figowe drzewo i daktylowa palma. Wiwat życie! Nie wysyłam do Ciebie listu tylko okrzyk, abyśmy naprawdę spędziły razem część Najzupełniej Nowego Roku.
 
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 169–170.

środa, 29 maja 2013

"Mam romantyczną słabość do zakonnic"

Katherine Mansfield i jej przyjaciółka
Dorothy Brett, malarka (z lewej)

List Katherine Mansfield do Doroty Brett

Montana, 8 sierpnia 1921 roku 

Przepraszam za ten papier. Jestem na górze i nie mam innego pod ręką. Siedzę na szerokim balkonie, na który wychodzi moja ubieralnia. Jest wczesny ranek, wierzchołki drzew wyglądają, jakby były z polerowanego złota, a lekki wiatr huśta się na gałęziach. Góry po drugiej stronie szerokiej doliny stoją nieruchomo w słońcu; po ich dalekich, sennych szczytach szybują srebrzyste obłoczki. Ale najbardziej lubię patrzeć na głębokie, ostre cienie w rozpadlinach i na zboczach gór; stały się częścią mojej wizji. Nie umiem sobie wystawić, aby można żyć obok piękniejszego i bardziej doskonałego widoku. Przyglądam mu się – z małymi przerwami – od wczesnego ranka do późnej nocy, gdy nietoperze wylatują i ćmy czepiają się włosów... 
Proszę Cię i błagam nie myśl, że aż tak bardzo potrzebne mi są pieniądze. Mogę je zawsze zdobyć. „Mogę pojechać do jakiejś cudownej miejscowości i nadstawiać kapelusza albo sprzedawać maść borną, wartości l pensa, za 2 szylingi i 6 pensów, zdobywając na czysto 2 szylingi i 5 pensów, albo – nie, nie lękam się już o pieniądze. A przy tym zarabiam – suma zarobku zależy od mojej pilności. Obecnie mam 30 funtów długu, a w tej chwili przyszły dwie zakonnice i przyniosły roboty wykonane przez dzieci w klasztorze. Te kochane istoty (mam romantyczną sła­bość do zakonnic), łagodne gołębice w niebieskich kapturach, słodkie, zamknięte w sobie, wyjęły małe wyprawki z ciężkiego pudła i tak je zachwalały, że wydałam 2 funty i 7 szylingów na maleńkie flanelo­we kaftaniczki i fartuszki dla dziecka siostry mojej służącej Ernestyny, którego jeszcze nie ma na świe­cie.
Rachunek rzeźnika na czerwonym papierze jest nie uregulowany – nie będę mogła go teraz zapłacić. Więc widzisz, taka już jestem, jeśli chodzi o pieniądze – nie warto mnie żałować ani mi pomagać. [...]
Muszę skończyć ten list i wziąć się do mojego opowiadania. Nazwałam je „W zatoce”. Pełno w nim (mam nadzieję) piasku, wodorostów i kostiumów kąpielowych porozwieszanych na werandach, sandałów na parapetach okien, drobnych, różowych, „morskich” powoi, kanapek nieco przysypanych piaskiem i wznoszących się fal przypływu. Pachnie rybami (ach, mam nadzieję, że czuć ten zapach!).
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 362–364.

Źródło: Płaszcz zabójcy 

wtorek, 28 maja 2013

"Cóż to za piekło tak kochać życie jak ja!"

Katherine Mansfield
List Katherine Mansfield do Anny Estelli Rice

Baugy, czwartek, 19 maja 1921 roku 

Muszę jeszcze raz napisać do Ciebie, kochana moja, póki jesteś w Paryżu. Gdybym już nigdy nie otrzymała od Ciebie słówka, mogłabym żyć Twoim listem. Zadałaś sobie trud – wiem przecież, co znaczy pisać – i przesłałaś mi kawał Paryża – kompletny – ze sobą samą i ruchem ulicznym (chciałabym być w takim miejscu, gdzie taksówki przejeżdżają ludzi), i marmurowymi parapetami, i sklepami, gdzie widać kiełbasy wśród kwiatów, i z petit dejeuner, i z Wyndhamem Lewisem, i... więc przebiegłam przez Twój list, a potem włóczyłam się po nim powoli, zatrzymując się, podziwiając i kochając; wąchałam wszystko i wszystkiego słuchałam. To był wspaniały dar, Anno – un cadeau superbe pour moi. Kocham Cię za to, czujesz? Musisz czuć. Byłam w Paryżu, a nawet w St. Cloud, gdyż na wieść o Twoim projekcie wynajęcia tam domku, zaczęłam marzyć o sąsiedniej willi. Śliczne są nasze dwa domki – dwupiętrowe z krzakami bzu przy bramie. Zrobiłam w płocie dziurę, przez którą mogę rzucić okiem do Ciebie i rano wyśledziłam małego – robił porządki w ogrodzie. Zawołałam: „Dawidzie!” – odparł dość niedbale: „Co?” Spytałam: „Chcesz przyjść dziś do mnie na podwieczorek?” – odwrócił się i krzyknął w stronę domu: „Ona chce, żebym przyszedł na podwieczorek!” Na to pokazała się w oknie Twoja głowa i powiedziałaś: „No i cóż, chcesz iść?” – Dawid odrzekł: „A co mamy w domu do herbaty?” – Był to przemiły sen. Marzę, aby się spełnił, dopiero byśmy się ubawiły! Wieczorem lampa stałaby na stole w ogrodzie. Widzę całe urocze życie, które obecnie bardziej by mi odpowiadało niż życie kawiarniane.
Mimo to Paryż i Londyn mają swój urok. Dobrze czasami porozmawiać, a ja lubię obserwować i słuchać. Góry działają przygnębiająco w roli sąsiadki przy stole. A jednak kiedy leżę, patrzę na nie całymi dniami, i groza mnie przejmuje... Gdybym je mogła umieścić w noweli – les placer.
W sobotę byłam u największego specjalisty w Szwajcarii, Anno, i dlatego Twój list przyszedł niezwykle w porę – dobrze mi zrobił, zbliżył mię do życia. Po wizycie u tego lekarza krajobraz i wszystko – zmieniło się – oddaliło się trochę. Zawsze sobie wyobrażam, że mi doktor powie: „Polepszenie? Oczywiście! Wkrótce pani wyzdrowieje. Za sześć miesięcy będzie pani zdrowa jak ryba”. Ale mimo że ten pan był bardzo miły, nie chciał powiedzieć nic ponad: „Jeszcze jest nadzieja” – to wszystko. Starałam się wtrącić słowo: guerir [wyzdrowieć], ale mi się nie udało. Mogłam jedynie wyciągnąć z doktora następujące zdanie: „Jeśli pani żołądek będzie w dalszym ciągu trawił, jest jeszcze nadzieja”.
Cóż to za piekło tak kochać życie jak ja! Uważam, że moja miłość wzrasta, zamiast się zmniejszać. Życie mi wcale nie powszednieje – wciąż jest dla mnie cudem. Mam nadzieję, że pozostanę na tym świecie dość długo, aby napisać prawdziwie dobre dzieło. Sprzykrzyli mi się ci obiecujący ludzie, co młodo umierają; nie pragnę powiększyć ich grona. Wobec tego będę w dalszym ciągu pochłaniała jeunes d’oeufs i de la cierne... [żółtka i śmietanę].
Już wieczór. Pewnie zapalają światła na ulicach. Widzę kuliste cienie drzew, ciepłą biel bruku, widzę śpieszących ludzi. A tutaj – góry odbite w jeziorze są sinawe, zimne, tylko same Wierzchołki przykrywa śnieg morelowego koloru. Cudne jest życie. „Żyć – to wystarcza”, mogłabym się prawie z tym zgodzić – ale niezupełnie.

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy 

poniedziałek, 27 maja 2013

"Jaki świat jest w gruncie rzeczy zimny i obojętny"

Katherine Mansfield i John M. Murry.
List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Ospedaletti, piątek, 24 października 1919 roku 

Kiedy mówisz o Wingu Twoje opowiadanie ma w sobie coś, co trafia mi wprost do serca. Widzę Winga, jak leżał pogrążony w kocim odrętwieniu, a Ty całowałeś jego nosek. Już nie będziemy mieli równie uroczego kociaka. Kiedy sypiał na naszym łóżku i nie chciał się nigdy ułożyć – pamiętasz? Dawał nura i wypływał pod szafą albo na słupku od ekranu. (Ach! Te komary!!! Jest ich trzy). 
Twój niedzielny list uwidocznił mi bardzo, bardzo wyraźnie Ciebie i dom. Potrafiłeś w zadziwiający sposób przedstawić gatunek dnia – ciągłość następujących po sobie rzeczy – za pomocą milczenia.
Wiem, co masz na myśli, mówiąc o ludzkiej gadatliwości, chociaż sama nie jestem une silencieuse [milcząca]. Te lata, które człowiek spędzał siedząc z wymuszonym uśmiechem, aby udać, że bierze udział w zabawie, że jest au courant... co za głupota, co za strata czasu!
Ale w rzadkich chwilach rozmowy z Tobą czuję, prawdziwie czuję, że otwierają się niebiosa, a nasze myśli, niby anioły, płyną w górę i w dół. Czas, spokój, umysł wolny od trosk, to wszystko musi stać się naszym udziałem... Musimy mieć czas na milczenie i czas na rozmowę. Ale głównie na rozmowę. Żyliśmy w straszliwym naprężeniu nerwów i nikt się o tym nie dowie. Czy to nie dziwne, jaki świat jest w gruncie rzeczy zimny i obojętny? Pomyśl o cierpieniach, przez które przeszliśmy. Kogóż to obchodzi? Kto się tego domyśla? Gdybyśmy się już uprzednio nie ,,odseparowali” na zawsze, byłoby to wystarczającym powodem do odsunięcia się. Przecież nie moglibyśmy, wiedząc to, co wiemy, trzymać z innymi, którzy nie wiedzą. Gdybym tylko potrafiła wyrazić tę różnicę, tę wizję świata, tak jak my go widzimy. Czechow w ten sam sposób patrzył na świat, a także – o ile mi się zdaje – Keats.

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 197–198.

Żródło: Płaszcz zabójcy

środa, 3 kwietnia 2013

I ja żyłam w Arkadii

Katherine Mansfield
ET IN ARCADIA EGO*

Siedzieć przed maleńkim ogniem z drewek, z rękoma złożonymi na kolanach i z oczami przymkniętymi, wyobrażając sobie, że pod powiekami widzisz, jak tańczy piękno minionego dnia; czuć na szyi ciepło płomienia tak jak kiedyś, gdy wyobrażałaś sobie, że masz żółtą plamę pod brodą, gdy Bogey dotykał cię kwiatem kaczeńca... gdy oddech nawet jest taką rozkoszą, że niemal obawiasz się odetchnąć - jak gdyby motyl trzepotał skrzydłami nad twą piersią. Raz jeszcze w ustach poczuć smak roztapiającego się, gorącego promienia słońca, poczuć znów biały woskowy zapach, rozciągnięty nad polem żonkilów i dziki korzenny zapach rozmarynu, rosnącego kępkami wśród czerwonych skał nad samym brzegiem morza... 

Księżyc wstaje, lecz opieszałe światło dnia opóźnia się jeszcze na morzu i na niebie. Różowe plamy, koloru niedojrzałych czereśni, pokrywają morze, a niebo przebiegają promienie żółte jak skrzydła kanarków. Potężne i nieugięte wznoszą się pnie palm, z ich wierzchołków strzelają sztywne, zielone bukiety, które odcinają się na tle wieczornego nieba, a wśród nich błękitnieją drzewa, wysokie i wysmukłe, z liśćmi jak sierpy, o zwisających gałęziach, na wpół błękitnych, na wpół fiołkowych. Księżyc jest właśnie ponad wzgórzami za wsią. Psy już wiedzą o nim i zaczynają wyć i szczekać. Rybacy gwiżdżą i nawołują wyciągając swe łodzie: na brzegu paru młodych chłopców śpiewa łamiącymi się głosami; słychać też płacz dzieci, takich małych dzieci z opalonymi policzkami i stopami unurzanymi w piasku, bo każą im iść spać.

Jestem zmęczona, ogarnęło mnie błogie zmęczenie. Czy myślisz, że i stokrotki ogarnia takie błogie zmęczenie, gdy zamykają się na noc i rosa na nie opada?

*Et in Arcadia ego - I ja żyłam w Arkadii.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłumaczyła Teresa Tatarkiewiczowa, Wydawnictwo Czytelnik, s. 154-155.

czwartek, 28 marca 2013

Mężczyzna i kobieta

Katherine Mansfield i John M. Murry

 Tajemnicza to rzecz mężczyzna i kobieta. Kobieta siedziała na korytarzu, a on stał nad nią, podczas gdy ciemnowłosy tęgi służący słał im łóżka. Kobieta robiła wrażenie, że jest w złym humorze, nadąsana i znudzona, ale widać było wyraźnie, że ona mu się podoba.
- Zastukaj we drzwi, moja droga, jak będziesz gotowa!
Drzwi zamknęły się za nią. Usiadł i, przygładziwszy swe proste włosy, złożył kościste ręce. Wąska stopa kołysała się na cienkiej kostce. W jego szkłach odbijało się światło. Widząc go nikt nie przypuszczałby, że kobieta nim rządzi. Lecz, pomimo to, budził podziw we mnie; dumna byłam z tej pary Made in England.

Katherine Mansfield "Dziennik".

środa, 13 lutego 2013

Dzień z życia Katherine Mansfield

Katherine Mansfield
15 maja 1915 roku, PARYŻ

10.00 - „Deszcz przestał padać, kiedy list do Ciebie wysłałam, ale jeszcze mamy un temps tres lourd [pochmurna pogoda]”.

11.00 - „Byłam dziś w ogródku za Notre Dame. Biało i różowo kwitnące drzewa wyglądały tak cudnie, że siadłam na ławce. W samym środku ogródka jest trawnik, a na nim marmurowy basen. Kąpiące się wróble zamieniały basen w fontannę, a na aksamitnym trawniku spacerowały gołębie, gładząc piórka. Matki, nianie i dziadkowie obsiedli wszystkie ławki i krzesła, a małe dzieciaczki, niepewne na nóżkach, robiły babki z piasku, napełniały wiaderka kwiatami kasztanów lub rzucały czapki dziadków na trawnik, gdzie wstęp był im wzbroniony. Potem przyszła niańka Chinka, ciągnąc za sobą dwoje bębnów. Wyglądała bardzo zabawnie w zielonych spodniach, czarnym kaftanie i malutkim turbaniku, wciśniętym na głowę. Usiadła i wzięła się do cerowania, świergocąc cały czas jak ptaszek i mrugając na dzieci, igłę do cerowania wpinała w swój turban. Gdy się jej przyglądałam, pomyślałam sobie, że jestem jakby pogrążona we śnie. Dlaczego nie mam prawdziwego domu – prawdziwego życia? Dlaczego nie mam niani Chinki w zielonych spodniach i dwojga dzieci, które przybiegałyby do mnie i przytulały się do moich kolan? Nie jestem już młodą dziewczyną – jestem dojrzałą kobietą, która pragnie wielu rzeczy. Czy spełnią się kiedykolwiek moje pragnienia? Pisać cały ranek, potem szybko zjeść drugie śniadanie i znowu pisać; zjeść kolację, wypalić jednego papierosa i być wciąż samą aż do chwili pójścia na spoczynek... A miłość i radość życia walczą, aby sobie znaleźć ujście, a życie wysycha niby mleko w starej piersi. Chcę żyć! Chcę przyjaciół, ludzi, chcę mieć dom. Chcę brać i dawać.

14.00 - „Kupiłam butelkę wina za 45 centymów (bardzo dobre), chłodzi się w misce z wodą, przy zlewie. Masło i mleko wystawiłam za okno w kuchni. „Mamy coś w rodzaju lata” - powiedziałby błazen w music-hallu”.

17.00 - „Całe popołudnie pracowałam nad swoją książką, Jakie przyjemne jest zmęczenie po takiej pracy!”.

19.00 - „Zmierzch zapadał, a kwitnące drzewa pachniały przedziwnie. Było prawie pusto; na drugim końcu ławki siedział stary człowiek i wciąż nucił pod nosem, a kilkoro nieznośnych bębnów bawiło się w piłkę. Widać było tylko ich głowy, kolana i ręce wciąż w ruchu. Pnie drzew były bardzo czarne, a liście - prześliczne; przypominały cudowną koloraturę sopranu przy akompaniamencie basowej melodii. Nad drzewami wznosiła się katedra Notre Dame, szacowna i piękna. Małe ptaszki fruwały od wieży do wieży - wiesz, te ptaszki co to zawsze fruwają wśród ruin. Patrzyłam na nie i przyszła mi ochota napisać sonet. Wieża i ptaszki uosabiałyby starość i myśli starych ludzi, które wciąż odlatują i wciąż do nich powracają. Muszę to kiedyś napisać. Kochankowie spacerują leniwie wzdłuż quai. Przechylają się nad parapetem, patrzą na taniec wody, a potem odwracają się i całują; idą parę kroków przytuleni do siebie i znowu przystają i całują się. Muszę przyznać, że wieczór jakby do tego stworzony... ”.

20.00 - „Wróciłam właśnie z ogrodu przy Notre Dame. Latarnik zapala latarnie, ale ja jeszcze siedzę w mroku.”.

21.00 - Kończy kolejny list do Johna M. Murry’ego słowami: „Pisuj do mnie często, kiedy tylko masz czas. Wiem dobrze, że żadna ludzka istota nie potrafi skutecznie współzawodniczyć z moją grafomanią, ale samotność w odległym kraju nie da się porównać z osamotnie­niem w Anglii, nawet tak wielkim jak twoje. [...] Z czyjej to winy jesteśmy rozłączeni, nie żyjemy prawdziwym życiem, a wszystko prócz czytania i pisania wydaje się nam stratą czasu?".

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 37–40.

wtorek, 8 stycznia 2013

"Poczułam, że zostałam też trafiona"



29 lutego 1920

Być pisarzem, prawdziwym pisarzem, oddanym tylko twórczości i niczemu więcej. Och! nie powiodło mi się dzisiaj: odwróciłam się i spojrzałam przez ramię poza siebie i natychmiast - stało się - poczułam, że zostałam też trafiona. Dzień stał się w tej chwili zimny i ciemny, podobny do letniego zmroku w Londynie, gdy z trzaskiem zamykają się bramy ogrodów, gdy głębokie światła padają na wysokie domy, gdy pachnie liśćmi i kurzem, a lampy już świecą, gdy zmysły są podniecone melancholią półmroku, którego powiew czuje się na twarzy. Przypomniało mi się to wszystko, co (jak to dziś czuję wyraźnie) straciłam na zawsze... Czuję też dziś, że umrę niedługo, nagle, lecz nie na płuca.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 176.

Źródło obrazu

niedziela, 6 stycznia 2013

Uchwycony ton

Katherine Mansfield i John M. Murry

Ile razy rozmawiam w sposób mniej lub więcej interesujący o sztuce, pragnę usilnie zniszczyć to, co już napisałam, i zacząć od początku: wszystko wydaje mi się chybione. W muzyce powiedziałabym, że nie mogę uchwycić tonu: czy mnie zrozumiałaś? Może kiedyś, gdy grałaś w zimny ranek, muzyka zadowalała cię, aż nagle poczułaś, jak się rozgrzewasz i zdajesz sobie sprawę, że teraz dopiero naprawdę zaczynasz dobrze grać. Jakże to źle wyraziłam! Jakie to niejasne i nawet niegramatyczne!
Dzień był boski; promienie słoneczne ciepłe i słodkie otulały jej ramiona i piersi jak aksamit; miękkie, srebrzyste chmurki błyszczały na lśniącym błękicie, drzewa w ogrodzie pełne były złocistego światła, a dziwna jasność promieniowała z domów, udekorowanych doniczkami kwiatów, okien o powiewnych firankach, z białych stopni schodów i z ogrodzenia o cienkich, ostrych prętach.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 116-117.

Słaba herbata


Właśnie skończyłam pić najsmutniejszy z napoi - filiżankę słabej herbaty: Och! Czemu jest taka słaba! Jak tragicznie, może nawet wręcz melodramatycznie brzmi, gdy ktoś, stawiając przede mną filiżankę herbaty, powie: "Obawiam się, że za słaba". Czuję się wówczas brutalem, nadużywającym swej siły wobec słabego. Biorę filiżankę, wydaje mi się, że zadrżała i szepnęła: "Podły!". Przyznam się, że mam ochotę płakać, gdy ktoś na herbatce mówi (takim przyciszonym głosem, jak gdyby zdawał sobie sprawę, że robi rzecz wstydliwą): "Dla mnie proszę bardzo słabą". Nie dlatego, żebym lubiła specjalnie mocną herbatę, może być nawet słabsza, byleby działała podniecająco. Bardzo mocna herbata robi wrażenie, jakby zwracała mi moje miedziaki, bo nabiera w metalowym czajniku ich smaku.

 Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 196-197.

wtorek, 1 stycznia 2013

"Czuję, że zbliża się nowe życie"

1 stycznia 1915

Jaki marny dzienniczek, ale zdecydowałam się prowadzić go w tym roku. Doczekaliśmy się odejścia Starego Roku i nadejścia Nowego. Była cudna noc, błękitna i złota. Zabrzmiały dzwony kościelne. Wyszłam do ogrodu, otworzyłam furtkę i omal nie cofnęłam się z powrotem. J. [John Middleton Murry] stał w oknie i wyciskał pomarańczę do filiżanki. Cień róży sztamowej tworzył na trawniku mały bukiecik. Księżyc i rosa pokryły wszystko blaskiem. O samej północy zdawało mi się, że słyszę kroki na drodze, i przestraszona uciekłam do domu. Lecz nikt nie przeszedł. J. powiada, że zachowałam się jak dzieciak. Oczyma duszy ujrzałam ducha. L. M., bardzo blada, z rozwianymi włosami i z ciemnymi oczami pełnymi trwogi.
Mam dwa życzenia na ten rok: pisać i zarabiać. Pomyśleć tylko: mając pieniądze moglibyśmy pojechać, gdzie zechcemy, moglibyśmy mieć pokój w Londynie, moglibyśmy sobie pozwolić na swobodę, niezależność i dumę wobec nic nie znaczących ludzi. Bieda nas tylko tak przycisnęła. J. nie potrzebuje pieniędzy i nie chce zarabiać. Ja muszę, ale jak? Przede wszystkim skończyć tę książkę [powieść Maata]. To na początek. Kiedy? W końcu stycznia. Jeśli ci się uda, jesteś uratowana. Gdybym pisała cale dnie i noce, mogłabym to zrobić. Tak, mogłabym. Dalej więc! Czuję, że zbliża się nowe życie. Wierzę, jak zresztą zawsze wierzyłam, że ono przyjdzie i wszystko będzie dobrze.

Katherine Mansfield, Dziennik, tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 33-34.

sobota, 22 grudnia 2012

"Loneliness" - Katherine Mansfield




Loneliness - Katherine Mansfield

Now it is Loneliness who comes at night
Instead of Sleep, to sit beside my bed.
Like a tired child I lie and wait her tread,
I watch her softly blowing out the light.
Motionless sitting, neither left or right
She turns, and weary, weary droops her head.
She, too, is old; she, too, has fought the fight
So, with the laurel she is garlanded.

Through the sad dark the slowly ebbing tide
Breaks on a barren shore, unsatisfied.
A strange wind flows… then silence. I am fain
To turn to Loneliness, to take her hand,
Cling to her, waiting, till the barren land
Fills with the dreadful monotone of rain.

Znalazłem świetną stronę internetową o literaturze, a może to blog theinkbrain, prowadzoną zdaje się przez kilku znanych blogerów angielskich, a na niej kilka postów poświęconych Katherine Mansfield. Z nich to wyszperałem ten wiersz, który jakby inaczej, bardzo mi się spodobał. Niestety Emmo, nie znalazłem nigdzie polskiego tłumaczenia. Nie wiem dlaczego, ale przypomina mi on trochę wiersze Emily Dickinson, może poprzez swój nastrój. Co o tym sądzicie?

czwartek, 20 grudnia 2012

Wieczne pytanie

Katherine Mansfield ok. roku 1922

"Raz jeszcze zadaję sobie moje wieczne pytanie: co mi utrudnia ostateczną chwilę wypowiedzenia się? Gdybym w tej chwili siadła i chciała napisać jedno z tych opowiadań, które są zupełnie wykończone, gotowe w mojej głowie, trwałoby to dnie całe. A tyle ich jest, siedzę i obmyślam je; gdybym przezwyciężyła zmęczenie i wzięła za pióro, powinny po prostu same się pisać, tak są do najdrobniejszego słowa wykończone. chodzi tu o samą czynność. Nie mam gdzie ani na czym pisać - krzesło jest niewygodne - a w chwili gdy zaczynam się na to uskarżać, i krzesło, i miejsce stają się odpowiednie. Czy ja rzeczywiście nie mam ochoty pisać? O, Boże, Boże! Przecież to jedyne moje marzenie, jedyne moje szczęście! Jeszcze wczoraj myślałam sobie, że nawet obecny stan mojego zdrowia jest korzystny dla mnie, gdyż wszystko staje się tak bogate, ważne, upragnione... i nawet punkt widzenia jest zupełnie inny!
...Gdy się jest małą i chorą i leży się, jak na wygnaniu, w odległej sypialni, wszystko, co się tam dzieje, jest takie ciekawe. A ja wciąż leżę w tej odległej sypialni. Czyż dlatego widzę teraz w Londynie samo czarowne i niewiarygodne piękno?
Nad Redcliffe Road przypływ. Drzwi po kolei otwierają się i zamykają z trzaskiem. Domy stoją ślepe i nasycone, biedne skrzypeczki grają dalej, rozdzierając nutę po nucie. Ponad domami stoi rozciągnięta, dziwna, olśniewająca biała chmura i jezioro błękitu".

Katherine Mansfield "Dziennik", tłumaczyła Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 113-114.

niedziela, 16 grudnia 2012

Dojrzałość

Katherine Mansfield w 1904r w wieku 16 lat

Czwarta godzina. Czy jest już teraz jasno o czwartej? Wyskoczyłam z łóżka i podbiegłam do okna. Jest półmrok., na wpół czarno, na wpół błękitnie. Dalekie skrzydło wybrzeża jest fiołkowe, na lila niebie ciemno odcinają się bandery, czarnymi łódeczkami manewrują czarne cienie na fioletowych wodach. 
Za moich dziewczęcych czasów lubiłam nieraz wyjrzeć o tej porze, lecz wówczas stałam w oknie, dopóki nie przemarzłam, nie zlodowaciałam, przejęta drżeniem, nie wiadomo, z jakiego powodu. Teraz pędzę z powrotem do łóżka, naciągam na siebie kołdrę, otulam się pod samą szyję. Nagle moje nogi natrafiają na worek z gorącą wodą. O! Nieba! jeszcze jest dobrze ciepły i to dopiero mnie wzrusza.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłumaczyła Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 110.

Hotele

HOTELE

Wydaje mi się, że połowę mego życia spędzam na przejazdach do nieznajomych hoteli. Po przyjeździe pytam się zaraz, czy mogę się położyć do łóżka. 
- Proszę też o gorącą wodę do worka gumowego. Dziękuję, doskonale... Nie dziękuję, nie będę już nic więcej potrzebowała.
Obce drzwi zamykają się za nieznajomą, a ja chowam się pod kołdrę i czekam, aż cienie wysuną się z katów i zaczną snuć z wolna swą sieć na najbrzydszych na świecie tapetach.

DAME SEULE*

Jest mała i siwa, z czarną aksamitką dokoła głowy, ma sztuczne zęby; jej rączki pokryte pergaminową skórą wysuwają się z riuszek jak kotlety z papierowych papilotów. Gdy pewnego ranka przechodziłam przez jej pokój, zobaczyłam wyszywany pokrowiec na szczotki i grzebienie oraz książkę do nabożeństwa. Kiedy odwiedza "Dla pań", kładzie na siebie z jakichś tajemniczych powodów szalik. Przy stole powiada z uśmiechem: - Pierwszy raz w życiu podróżuję sama i mieszkam samotnie w obcym hotelu. Lecz mój mąż nic nie miał przeciwko temu, wobec tego, że to taki spokojny hotel, co innego gdyby się tu bawiono... - Mówiąc to, cofa brodę, a naszyjnik z paciorków podnosi się i opada na jej zwiędłej piersi.

* Samotna kobieta

Katherine Mansfield "Dziennik", tłumaczyła Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 108 oraz s. 110-111.

piątek, 7 grudnia 2012

Myśli jak kwiaty

Katherine Mansfield i John Middleton Murry

KULTURALNE UMYSŁY

"Kulturalny umysł nie pociąga mnie. Podziwiam go, oceniam les soins et les peines [starania i trudy], które sobie zadano, aby go wyprodukować, ale pozostaję zimna, bo właściwie sprawa jest już skończona. Pozostaje tylko skracać i obcinać gałęzie, powstrzymywać zbytni wzrost, a są to dość nudne zajęcia. Lubię umysł, który ma jeszcze dzikie zakątki, zarośnięty sad, gdzie ciemne śliwki damascenki spadają w wysoką trawę, lub wybujały lasek, w którym można jeszcze napotkać węże (ale prawdziwe), staw, którego głębi nikt nie zbadał, ścieżki, obsadzone kwiatami, wyhodowanymi przez myśl. Powinny być w nim też naturalne kryjówki, nie sztuczne belwedery i labirynty. nie napotkałam jeszcze kulturalnego umysłu, w którym nie byłoby zarośli, a ja nie cierpię i nienawidzę krzaków."

Katherine Mansfield "Dziennik", tłumaczyła Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s. 199.