Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pilch Jerzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pilch Jerzy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

Pochwała grubych książek

"W młodości odwiedzałem mojego przyjaciela i mistrza Kornela Filipowicza. Powiedzieć, że traktował żółtodzioba po partnersku, to nic nie powiedzieć. Siadałem po przeciwnej stronie olbrzymiego zagraconego biurka, Kornel częstował rozpuszczalną nescą, zapalał papierosa, najpierw powściągliwie zwierzał się z jakichś swoich problemów warsztatowych, potem podnosił głowę i pytał: A ty? Piszesz coś? Co piszesz? – Opowiadanie – ledwo artykułowałem, udławiony dumą, że klasyk ze mną jak pisarz z pisarzem gwarzy. – Opowiadanie – powtarzał. – Wieleż będzie miało stron? – Dwanaście – odpowiadałem. Kornel zamyślał się i po chwili mówił: – Piękny rozmiar.

niedziela, 15 grudnia 2013

"Nie ma ta­kiej oko­licz­ności, w której czy­ta­nie by szko­dziło"

18 lip­ca 2012

Na szczęście nie stra­ciłem za­pału do li­te­ra­tu­ry, na szczęście nie za­po­mniałem (za­nik, wi­dać, idzie inną drogą) za­sad rze­miosła. Jed­na z naj­ry­zy­kow­niej­szych i za­ra­zem naj­trud­niej oba­lal­nych brzmi: żeby na­pi­sać do­bry wiersz, trze­ba prze­czy­tać do­bry wiersz. Re­guła – ma się ro­zu­mieć – do­ty­czy wszyst­kich ga­tunków li­te­rac­kich. Żeby na­pi­sać dobrą po­wieść, opo­wia­da­nie czy in­ny so­net, trze­ba ta­kie rze­czy czy­tać, czy­tać i jesz­cze raz czy­tać.

Na­pi­sałem od­ru­cho­wo, iż jest to jed­na z naj­ry­zy­kow­niej­szych za­sad – wy­co­fuję się z te­go szczy­to­wa­nia. Ry­zy­ko w tym – jak i w licz­nych in­nych przy­pad­kach – do­ty­czy wyłącznie gra­fo­manów. „W cza­sie pi­sa­nia ni­cze­go nie czy­tam, pragnę za­cho­wać całko­witą nie­za­leżność, ab­so­lutną wier­ność so­bie, ni­cze­go nie czy­tam, al­bo­wiem za wszelką cenę pragnę uniknąć czy­je­go­kol­wiek wpływu” – wy­zna­je je­den z dru­gim nie­bo­rak i nie za­uważa, jak sa­mobójcze jest to wy­zna­nie. Prze­cież „czyjś wpływ” – oby jak naj­wy­ra­zist­szy – prze­ważnie jest je­dyną szansą nieszczęśni­ka, na ogół tyl­ko to co za­pożyczo­ne, al­bo wręcz tyl­ko to co od­pi­sa­ne, mie­wa w je­go tekście jakąś war­tość.

środa, 24 października 2012

Mam wielką slabość do zeszytów w linię

Budzę się o czarnej godzinie i czarne myśli idą mi przez głowę. Słyszę dzwony dzwoniące na kościelnej wieży, słyszę dochodzący z góry entuzjazm matki witającej się z psami – potem przychodzi głucha stepowa cisza i daleki stukot pociągu jadącego z Głębiec. Najpierw jest piąta, potem szósta, potem siódma rano. Z rzednącego półmroku wyłania się moja na wskroś przypadkowa biblioteka, której widok mnie przygnębia. Od czasu do czasu przywożę z Krakowa do Wisły jakieś quasi-zbyteczne książki, których w najbliższym czasie na pewno nie będę czytał, ale, być może, kiedyś je przeczytam, choć raczej nie. Powstaje w ten sposób księgozbiór absolutnie niepoczytalny, chorobliwy, kryminogenny. Jurgen Thorwald Godzina detektywów, Tilman Spengler Mózg Lenina, Immanuel Kant Religia w obrębie samego rozumu, Siergiej Dowłatow Jak pragnę wolności, ks. Tomasz Węcławski Gdzie jest Bóg?, Josef Skvorecky Lwiątko, Max Heindel Światopogląd różokrzyżowców, Heimito von Doderer Każdy może być mordercą (oczywiście pierwsze wydanie z 1963), Susan Forward Toksyczni rodzice, Wolfram Eberhardt Symbole chińskie, Ernest Gellner Postmodernizm, rozum i religia (a to skąd się tu wzięło?), Rene Reouven Słownik zabójców, Andriej Tarkowski Czas utrwalony... Starczy, choć to zaledwie początek pierwszej półki. Dalej jest jeszcze gorzej. Dalej idzie pokątna literatura erotyczna pomieszana ze starymi kalendarzami ewangelickimi. Jest lodowato, jest potwornie zimno, jest tak zimno, że grzbiety książek wydają mi się powleczone szronem. Akcydentalny księgozbiór ma tę dobrą stronę, że można, a nawet trzeba go unikać. Jak człowiek jest skazany na książki, z których każda świetnie nadaje się w zasadzie do czytania i zarazem żadna się w zasadzie nie da czytać – sięga po klasykę. W ten sposób przeczytałem po mniej więcej trzydziestu latach, a więc pierwszy raz z jakim takim zrozumieniem, Martwe dusze Gogola. Obecnie czytam – również, jak mi się zdaje, z większym niż dawniej zrozumieniem – Pana Tadeusza. Szron pokrywa też stertę zeszytów w linię w wykwintnych okładkach. Nic na to nie poradzę – mam wielką słabość do zeszytów w linię w wykwintnych okładkach. W ogóle mam słabość do galanterii papierniczej, do sklepów papierniczych, do hurtowni papieru. Zeszyty w linię (bez marginesu), w wykwintnych okładkach kupuję w złudnej nadziei ich zapisania. Nigdy wprawdzie, nigdy nie udało mi się zapisać zeszytu tak jak Pan Bóg przykazał, od deski do deski, ale niektóre z tych zamarzniętych na kość kajetów są jednak częściowo zaczernione. Kilka albo kilkanaście stron bezładnych notatek i furkot liniowanych stronic daremnie czekających na ciągi dalsze. Kiedy czarne myśli zaczynają iść przez głowę, kiedy bezbarwne szpony nicości biorą mnie w swoje posiadanie, sięgam po nowy zeszyt i zaczynam pisać cokolwiek, daję terapeutyczną folgę psychofizycznemu nawykowi pisania. Jak powiedział Grochowiak, od którego wierszy wszystko się zaczęło: „Godziny przy piórze one leczą rany. / I śmierć jest daleka jak była w dzieciństwie”.

Jerzy Pilch "Kot, który trzyma mnie przy życiu" [w]: tegoż "Bezpowrotnie utracona leworęczność".

Słownik zabobonów literackich

Wstęp

Ogłaszamy fragmenty rzeczy nie skończonej, a nawet — szczerze mówiąc — ledwo poczętej, ogłaszamy je jednak, gnani desperacką obawą, iż ktoś nas wyprzedzi. Atrakcyjna formuła zabobonów filozoficznych, zaproponowana przez Józefa Marię Bocheńskiego w Stu zabobonach, aż się prosi, by na niej pożerować, by z niej zaczerpnąć, by ją rozrzedzić. Zapewne lada chwila na ogarniętym najdzikszą swawolą rynku pojawią się pasożytujące na Bocheńskim słowniki zabobonów ekonomicznych, medycznych, prawnych, miłosnych, samochodowych, słowniki zabobonów kosmetycznych, sportowych, kulinarnych czy pijackich. Już słychać apokaliptyczny łoskot komputerów, na których zostaną napisane słowniki zabobonów politycznych, teologicznych, towarzyskich, historycznych, zabobonów podróżniczych, śniadaniowych i fizjologicznych. „Mój słownik pokazuje — powiada Bocheński — że w naszym świecie panuje tyle zabobonów — i jakich zabobonów". Należy się obawiać, że gdy indeksy zabobonów zostaną rozpisane według specjalizacji, ich liczba niepomiernie wzrośnie. Małe i specjalistyczne zabobony zapewne tak szczelnie wypełniają materię życia, iż samo ich nazywanie jest naznaczone zabobonnym lękiem.

Zabobon rynkowego pierwszeństwa


Zabobon rynkowego pierwszeństwa, któremu się poddajemy, ogłaszając pierwsze hasła Słownika zabobonów literackich, funkcjonuje głównie w odniesieniu do rzeczy wtórnych i drugorzędnych. Wartości istotne i dzieła prawdziwe nie są falsyfikowane przez rynkowe opóźnienia. Ale też nie ukrywamy, że idzie o pierwszeństwo w wyścigu zapożyczeń, a nawet nie pierwszeństwo, o to, by z gnającego dziś przez Polskę peletonu pasożytów intelektualnych nie wypaść. Literatura jest obszarem wyjątkowo wręcz naznaczonym guślarskimi praktykami i teoriami. Należy tu wyróżnić zabobony teoretycznoliterackie, krytycznoliterackie, historycznoliterackie oraz zabobony związane z praktyką pisarską. Osobne podziały idą wzdłuż rodzajów i gatunków, gdzie trzeba mówić o zabobonach poetyckich, powieściowych czy teatralnych. Porządki te wielokrotnie krzyżują się z sobą. Historyczne i zarazem sezonowe trwanie literatury jest jednocześnie źródłem nieprzebranej wręcz ilości literackich guseł. Na ogłoszoną niedawno przez „Gazetę Wyborczą" ankietę zatytułowaną: „Co zostało z literatury PRL-u", można na przykład odpowiedzieć i tak: prócz niemałej ilości dzieł, które przetrwały i przetrwają, z literatury PRL-u została też niemała ilość przesądów, opacznych nawyków i zabobonnych sposobów istnienia. Toteż rozliczne z wyszczególnionych w Słowniku zabobonów literackich są w istocie peerelowskimi zabobonami literackimi. Lub o ewidentnie peerelowskiej proweniencji.

Zabobon grobowego milczenia towarzyszącego pisaniu

Z samego wstępu wynika istnienie pierwszego zabobonu literackiego, czy raczej zabobonu pisarskiego, który powiada, iż nie należy ogłaszać fragmentów rzeczy niegotowej. W radykalniejszej wersji zabobon ten głosi: pisarz w trakcie pisania w ogóle nie powinien ujawniać faktu, że pisze. Nie powinien tego czynić, ponieważ ogłaszając fragmenty czy też informując czytelników o istnieniu rzeczy nie dokończonej, może rzecz zapeszyć i jej — właśnie — nie dokończyć. Z żalem wypada stwierdzić, iż zabobonu tego z uporem godnym lepszej sprawy przestrzegały i przestrzegają całe rzesze autorów. W wyniku ich zabobonnej gorliwości literatura obfituje w cały szereg dzieł, których istnienie trafniej było zapeszyć. W każdym wypadku nienapisanie i niedokończenie kiepskiej książki jest znaczniejszym osiągnięciem literackim niż jej napisanie. Uprawianie kultu grobowego milczenia, jakie winno towarzyszyć powstającemu dziełu, jest najzwyklejszym kamuflowaniem intelektualnego lenistwa. Niechęć do opublikowania czy choćby zreferowania niegotowych fragmentów jest tożsama z obawą, iż fragmenty te wydobyte na światło dzienne wypadną blado i licho, ergo trzeba będzie je raz jeszcze przepisać. A jakże tu przepisywać, skoro się nie chce przepisywać. Jeśli pisarstwo jest nieustanną szamotaniną pomiędzy pewnością a niepewnością, to niechęć do poddania się wczesnemu osądowi publicznemu dowodzi, że autor wybrał pewność własnej nieomylności. Otaczanie pisania nieprzenikalnym dla Ziemian nimbem milczenia szczególnie ekstatycznie uprawiają niektórzy polscy poeci. Nikt, rzecz jasna, nie żąda publikowania liryków w odcinkach (choć w zasadzie i to jest zabobon), ale też nader często jakakolwiek próba skomunikowania się z Poetami naszymi Św. w sprawach ich Wierszy św. jest nie tyle daremna, co daremna i świętokradcza zarazem. W skrajnych wypadkach pisanie wierszy staje się do tego stopnia wewnętrzną sprawą autora, iż o jakimkolwiek uzewnętrznianiu mowy być nie może. Ponieważ literatura jest jednak sztuką uzewnętrzniania, zabobon grobowego milczenia prowadzi ją niekiedy tam właśnie — do grobu.


sobota, 26 maja 2012

Literatura jest snem - Jerzy Pilch

"Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą snu. Nie pamiętam, bo niepamięć jest zasadą literatury. Nie pamiętam, bo literatura to jest zbiór zapisanych snów, biblioteka to jest wielki sennik, największa powieść realistyczna to jest także ściśle zapisany i bardzo wyrazisty sen. „Co jest nie wymówione (nie zapisane) zmierza do nieistnienia”. Ale co jest przeczytane, także tam zmierza, bo i pisanie, i czytanie wiele ze snu, wiele z zapomnienia i wiele z niepamięci w sobie mają. Kiedy Patrick Suskind w swym sprytnym tekście o całkowitej utracie pamięci literackiej Amnezja in litteris  opisuje, jak to sięga na chybił trafił po książkę (po którą już sięgał, ale nie pamięta), jak to zaczyna ją czytać (czytał ją już, ale nie pamięta), jak to ogarnia go absolutny zachwyt (był już w tym zachwycie, ale zapomniał), to nie o czym innym, ale o pogrążaniu się w lekturze – śnie pisze. „Trzymam w ręku znakomitą książkę, każde zdanie to czysty zysk, czytając docieram do fotela, czytając siadam, czytając zapominam, dlaczego w ogóle czytam, koncentruję się bez reszty na pochłanianiu całkiem nowych dla mnie smakowitości, które przynosi każda kolejna stronica”. 

Okazuje się, rzecz jasna (narracyjna niespodzianka jest tu kiepska, łatwo ją przewidzieć), że te całkiem nowe smakowitości nie są całkiem nowe, zostały po prostu całkiem zapomniane. Ale teraz można sobie to – bez zbytecznego dramatyzowania i bez zbytecznego ekscytowania się własną, w znacznym stopniu zresztą wykreowaną, sklerozą literacką – teraz można sobie to przypomnieć. Po to jest biblioteka, po to ma się książki w domu, by móc w każdej chwili odnowić zapomniany sen. Zapewne Suskind ma świętą rację, kiedy pisze na przykład o stojących w jego bibliotece trzech biografiach Aleksandra Wielkiego.

„Wszystkie kiedyś przeczytałem. Co wiem o Aleksandrze Wielkim? Nic. U końca następnego rzędu stoją jedno przy drugim tomiszcza o wojnie trzydziestoletniej, w tym pięćset stron Veroniki Wedgwood i tysiąc stron Wallensteina Golo Manna. Wszystko to dzielnie przeczytałem. Co wiem o wojnie trzydziestoletniej? Nic. Półka pod spodem zapchana jest książkami o Ludwiku II Bawarskim i jego czasach. Wszystko to nie tylko czytałem, ale studiowałem, przez rok z okładem, a na- stępnie napisałem trzy scenariusze na ten temat, byłem niemal swego rodzaju ekspertem od Ludwika II. Co wiem dziś o Ludwiku II i jego czasach? Nic. Absolutnie nic. Dobra, myślę sobie, w przypadku Ludwika II można tę amnezję jeszcze przeboleć. Ale co z książkami, które stoją tam, przy biurku, w szlachetniejszym dziale literackim? Co pozostało mi w pamięci z piętnastotomowego kompletu Anderscha? Nic. Co z Bolla, Walsera i Koeppena? Nic. Z dziesięciu tomów Handkego? Mniej niż nic. Co pamiętam jeszcze z Tristrama Shandy, Wyznań Rousseau, Spaceru Seumego? Nic, nic, nic. Ale zaraz! Komedie Szekspira! Dopiero zeszłego roku w całości przeczytane. Coś chyba musiało z tego zostać, jakieś niejasne wrażenie, jakiś tytuł, choćby jeden tytuł choć jednej komedii Szekspira! Nic. Ale, na miłość boską, przy- najmniej Goethe, o, tu na przykład, ten biały tomik: Powinowactwa z wyboru, czytałem to co najmniej trzy razy – i co z tego? Wszystko jakby kto wymazał. To jak, nie ma już na świecie żadnej książki, którą bym zapamiętał? Te dwa czerwone tomy, grube, z czerwonymi wstążeczkami do zakładania – muszę je przecież znać, wydają się znajome jak stare swojskie sprzęty, czytałem je, przeżywałem, całymi tygodniami, wcale nie tak dawno temu – co to takiego, jak to się nazywa? Biesy. Aha. Interesujące. A autor? F. M. Dostojewski. Hm. Taak. Wydaje mi się, że coś sobie niejasno przypominam: rzecz dzieje się chyba w XIX wieku, a w drugim tomie ktoś zabija się strzałem z pistoletu. Więcej nie umiałbym powiedzieć”.

środa, 23 maja 2012

Pisarze o pisaniu (5) - Jerzy Pilch

Jerzy Pilch
"Człowiek pióra unikał cudzego pisania, nie czytał książek innych ludzi pióra, nie czytał książek swoich rówieśników, w zasadzie poza żyjącymi Noblistami w ogóle nie czytał książek żyjących ludzi pióra. Dobry pisarz to jest martwy pisarz - szeptał do siebie nienawistnie i sycąc się jadowitością swego skłonnego do ciemnych paradoksów mózgu sięgał po klasykę. Unikał współczesnych książek niczym zbiegowisk ulicznych, bał się, że jakikolwiek elementarny odruch, odruch zwykłej ciekawości, odruch złowieszczej fascynacji, odruch magnetycznej grozy wciągnie go do tętniącego podniesionymi głosami i wulgarnymi światłami wnętrza. Unikał bieżącej twórczości i aktualnych tekstów, wydawało mu się, że jest to arystokratyczna powściągliwość gwarantująca najwyższe wtajemniczenia ducha. Niestety, próba przemierzenia labiryntu współczesności wyłącznie z Sofoklesem pod pachą kończyła się kłopotliwym fiaskiem".

Fragment, który znalazłem na blogu Fragmentarz, pochodzi z: Jerzy Pilch "Cudze pisanie", Tygodnik Powszechny 1998, nr 35.