Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camus Albert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camus Albert. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 lipca 2012

Pierwsze zdanie

"- Widzi pan, doktorze, chcę, żeby w ów dzień, kiedy rękopis znajdzie się u wydawcy, wydawca przeczytawszy go wstał i powiedział do swych współpracowników: «Panowie, kapelusze z głów!»

To nagłe oświadczenie zdumiało Rieux. Wydało mu się, że jego towarzysz zrobił gest, jakby zdejmował kapelusz, uniósł bowiem rękę do głowy i wyciągnął ją poziomo. W górze dziwny gwizd powrócił z większą siłą.

- Tak - rzekł Grand - to musi być doskonałe. Choć niezbyt zorientowany w obyczajach literackich, Rieux pomyślał jednakże, że sprawy nie układają się tak po prostu i że na przykład wydawcy nie noszą w biurach kapeluszy. Ale w gruncie rzeczy nic nie wiadomo i Rieux wolał milczeć. [...] Grand tymczasem ciągnął dalej i Rieux nie chwytał wszystkiego, co zacny urzędnik mówił. Zrozumiał jedynie, że dzieło, o którym mowa, liczy już wiele stron, ale autor z bolesnym trudem doprowadza je do doskonałości.

- Wieczory, całe tygodnie nad jednym słowem... czasem nawet nad zwykłym spójnikiem.

- Tu Grand urwał i chwycił doktora za guzik od płaszcza. Słowa wychodziły utykając z jego źle uzębionych ust.

- Niech pan zrozumie dobrze, doktorze. Ściśle biorąc, dość łatwo jest wybrać między «ale» i «i». Trudniej już między «i» i «potem». Trudność rośnie przy «potem" i «następnie».

Ale na pewno najtrudniej jest wiedzieć, czy «i» jest, czy nie jest potrzebne.

- Tak - powiedział Rieux - rozumiem. Ruszył dalej. Grand zmieszany szedł obok doktora. - Niech mi pan wybaczy - wybąkał.

- Nie wiem, co się dziś ze mną dzieje!

Rieux uderzył go lekko po ramieniu, powiedział, że pragnie mu pomóc i że ta sprawa bardzo go interesuje. Grand jakby nieco się rozpogodził i gdy stanęli przed domem, po chwili wahania zaproponował doktorowi, żeby wszedł na moment. Rieux zgodził się. W jadalni Grand poprosił doktora, by usiadł przy stole pełnym papierów, które pokrywało mikroskopijne pismo usiane poprawkami.

- Tak, to jest to - rzekł Grand doktorowi, który zapytywał go spojrzeniem. - Ale czy chce się pan czegoś napić? Mam trochę wina.

Rieux podziękował. Przyglądał się arkuszom papieru.

- Niech pan nie patrzy - powiedział Grand. - To moje pierwsze zdanie. Dużo mam z nim kłopotu, dużo.

On także przyglądał się tym wszystkim arkuszom i zdawało się, ze jeden z nich przyciąga nieodparcie jego rękę; uniósł go w świetle żarówki nie przykrytej abażurem, tak że papier stał się przezroczysty. Arkusz drżał w jego ręce. Rieux zauważył, że czoło urzędnika było wilgotne.

- Niech pan siada - powiedział - i przeczyta mi to.

Grand spojrzał na niego i uśmiechnął się z pewną wdzięcznością.

- Tak - powiedział Rieux - rozumiem. Poczekał chwilę, wciąż przyglądając się kartce papieru, potem usiadł. [...] Głos Granda zabrzmiał głucho: «W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.» Cisza wróciła i razem z nią niewyraźny hałas cierpiącego miasta. Grand położył kartkę i patrzył na nią.

Po chwili podniósł oczy.

- Co pan o tym myśli?

Rieux odparł, że ten początek budzi w nim ochotę poznania dalszego ciągu. Ale Grand powiedział żywo, że nie jest to właściwy punkt widzenia. Uderzył dłonią na płask w papiery.

- To tylko szkic. Kiedy potrafię dokładnie oddać obraz, który mam w wyobraźni, kiedy moje zdanie nabierze rytmu tej przejażdżki kłusem, raz - dwa - trzy, raz - dwa - trzy, wówczas reszta stanie się łatwiejsza, a nade wszystko złudzenie tak wielkie, że można będzie powiedzieć: «Panowie, kapelusze z głów!»

Ale jeśli idzie o to, miał jeszcze czas. Nie zgodziłby się oddać zdania w takim kształcie drukarzowi. Mimo bowiem zadowolenia, jakie dawało mu niekiedy, zdawał sobie sprawę, że nie przylega jeszcze całkiem do rzeczywistości i że w pewnej mierze zachowało łatwiznę tonu, mimo wszystko zbliżającego je trochę do komunału. Przynajmniej taki był sens tego, co mówił, kiedy usłyszeli kroki ludzi biegnących pod oknami. Rieux wstał.

- Zobaczy pan, co z tego zrobię - powiedział Grand."

Fragment znalazłem na blogu Kocham, lubię, szanuję , a pochodzi z: Albert Camus, Dżuma, przeł. Joanna Guze.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Klasyk tragicznego heroizmu


Albert Camus

„Pracuję codziennie rano, trzy lub cztery godziny. Czę­sto przerabiam to, co już napisałem — coraz bardziej, w miarę jak się starzeję [...] Planuję także powieść [...] Po­stanowiłem wrócić do reżyserii. Przygotowuję festiwal w Angers [...] Myślę o adaptacji Biesów i napisaniu sztuki scenicznej w rodzaju Le Soulier de Satin Claudela. Będzie to przemieszanie motywów Fausta i Don Juana. Oczy­wiście Sganarelle będzie Mefistofelesem filozofem i loka­jem w jednej osobie. Poruszę tam furę myśli, będzie świet­na zabawa..."

"Wywiad udzielony Dominique Audry, współpracowniczce „Nouvelle Revue Francaise", jest jednym z ostatnich zapi­sów planów twórczych Camusa. Albert Camus zginął w wypadku samochodowym 4 stycz­nia 1960 roku. Czterdziestosiedmioletni pisarz zostawił po sobie spuś­ciznę czysto literacką ilościowo niewielką; jedną powieść: Dżuma, dwa większe opowiadania: Obcy i Upadek, zbiór nowel: Wygnanie i królestwo, cztery dramaty: Kaligula, Nieporozumienie, Stan oblężenia, Sprawiedliwi, dwa tomy szkiców filozoficznych: Mit Syzyfa, Człowiek zbuntowany, i bogatą eseistykę. Nagroda Nobla, którą otrzymał w roku 1957, będąc pisa­rzem jeszcze młodym i o dorobku ilościowo tak niewielkim, przypadła mu jako współczesnemu moraliście. Zawarł bo­wiem zarówno w swojej prozie literackiej, jak dramatach, publicystyce i szkicach filozoficznych niepokoje i nadzieje swojego czasu i swojego pokolenia".

"W fakcie pisania jest dowód pewności osobistej, której zaczyna mi braknąć. Pewności, że ma się coś do powie­dzenia, a zwłaszcza, że coś może być powiedziane — pew­ności, że to, co się czuje, i to czym się jest, liczy się jako przykład — pewności, że jest się niezastąpionym i że nie jest się nędznym. Wszystko to tracę i zaczynam wyobra­żać sobie chwilę, kiedy nie będę już pisał".

Albert Camus "Eseje", przekład Joanna Guze, wstęp napisał Jerzy Kossak, PIW, 

niedziela, 13 maja 2012

Dzień z życia pisarza (11) - Albert Camus

Albert Camus
21 sierpnia 1949 roku, RIO DE JANEIRO

8.00 – "O ósmej rano na nogach. Spałem trzy czy cztery godziny. Ale samolot odlatuje o jedenastej".

11.00 - "Pod niebem delikatnym, wietrznym, zachmurzonym, Montevideo rozpościera swoje plaże - miasto czarujące, gdzie wszystko każe myśleć o szczęściu - ale o szczęściu bez polotu. Głupota tych podróży samolotem - środkiem lokomocji barbarzyńskim i zacofanym".

17.00 - "O piątej przelatujemy nad Rio i przy schodzeniu przyjmuje mnie owo powietrze zwarte i wilgotne, konsystencji waty, o którym już zapomniałem i które jest specyficzne dla Rio. Jednocześnie - wrzaskliwe i różnokolorowe papugi oraz paw o przeraźliwym głosie".

19.00 – "Nie mam ochoty na nic innego, jak tylko iść spać, bez wieści zresztą, żaden list nie czeka na mnie w ambasadzie".

Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004, s. 93.

Źródło: Płaszcz zabójcy