czwartek, 26 stycznia 2017

"Potok życia mnie porwał"

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema
 
Warszawa, 29 lipca 1961 roku
 
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny. Dowiedziałem się, że Ty również starasz się, żeby jako tako wyjechać do Jugosławii, widziałem nawet list od Ciebie na biurku pani Wiśniewskiej. Ja tak samo. Więc Ty rozumiesz mnie, a ja rozumiem Ciebie. I Ty z ZAiKS-em załatwiasz różne sprawy, i ja. A tu znowu zniżki na paszporty dać nie chcą. Państwo żąda łapówki za przekroczenie granicy w wysokości 200 zł ode mnie i 2000 od mojej żony. Do tego bilety lotnicze Warszawa – Belgrad – Warszawa (wiesz zapewne, że na pociągi pozwolenia na zapłacenie w złotych nie dają, bo LOT lata pusty, więc raczej przymusowo na LOT, zawsze sobie poradzą, chytruski). Razem 13 000, chyba nie da rady, mimo kolosalnych moich zarobków w walutach, złocie, diamentach i kości słoniowej. Musiałbym podwyższyć poszóstne moim chłopom pańszczyźnianym i oćwiczyć mojego pachciarza od cegielni, by profit większy wyciągnąć z psubrata. Dygatowie również do Jugosławii się wybierają, Brandysowie, a także Tarnostwo. [...]
 
W lipcu będę w Krakowie, czy będziecie? Nowe okulary sobie sprawiam, może nareszcie będę mógł zacząć jakieś czytanie solidne, stanę się bardziej gibki intelektualnie i wybrnę z parszywego impasu, w jakim się znajduję co do pisania. Tyle że dziecko sąsiada zapisuje się do powszechnej szkoły muzycznej, klasa fortepianu. Lekko licząc, dwanaście lat wprawek i ćwiczeń za ścianą, bo potem pewnie konserwatorium. Galernicy zawsze mogli liczyć na to, że jakiś chrześcijański okręt ich napotka na morzu i uwolni z rąk Maurów. A ja na co?
 
Plugawy jakiś się czuję, kompleksy u mnie rosną już prawie na ścianach, jak grzyby tropikalne. CZY MOŻNA ZACZĄĆ NOWE ŻYCIE?
 
Co do zasłony, to czy nie powinien to być prezent? Z drugiej strony, każde dziecko wie, a jak nie wie, to mu powiedzą, że obaj jesteśmy skąpi potwornie. Prezent nasunąłby Ci prawdopodobnie jakieś męczące myśli o rewanżu, co by wprowadziło całą sprawę w koszmar niewymierności. Więc jest tego 20 metrów, cena własna, czyli taka, którą moja żona otrzymuje od państwowej placówki, która z kolei sprzedaje ten towar klientom – 70 zł za metr, razem 1400 zł. [...]
 
Prześliczna rzecz się zdarzyła w biurze paszportowym, w jednym z ogonków. Przez tłum oczekujących przepchały się małe dwie dziewczynki, dotarły do biurka i zawołały stanowczo do pani, która coś stemplowała: „Gdzie jest piłka?”. „Jaka piłka?” – odparła zdumiona pani. „Tu wpadła
piłka!” – zawołały z mocą. Prawdziwe w każdym calu. GDZIE JEST PIŁKA? – woła naród.
                    
                                                                                                                          Do zobaczenia,
Sł. Mrozek
 
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956-1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s.53-55.
 
Źródło: Płaszcz zabójcy
 

wtorek, 24 stycznia 2017

Człowiek, który pamiętał przyszłość


„Czy był szalony? Bez wątpienia. Gdyby był normalny, nie byłby geniuszem” – Lech Jęczmyk

Biografia jednego z największych prozaików minionego stulecia, zwanego Salvadorem Dalí świata literatury, autora najosobliwszych opowieści fantastycznonaukowych, jakie widział świat.

Philip K. Dick żył w okresie obfitującym w wielkie wydarzenia, jak Wielki Kryzys, II wojna światowa, pierwsze loty w kosmos czy rewolucja informatyczna. Napisał kilkadziesiąt powieści, na których odcisnęły one wyraźne piętno. Anthony Peake jednak ukazuje w tej książce nie tylko niezwykłego pisarza, ale i niezwykłego człowieka, kroczącego wąską ścieżką między geniuszem i szaleństwem. Szczególnie zaintrygowały go zdarzenia z życia Dicka, które mogą świadczyć, że – jak bohaterowie jego książek – miał on dar prekognicji, pamiętał swoją przyszłość…

Utrata zmysłów bywa czasami najwłaściwszą reakcją na rzeczywistość.- Philip K. Dick, „Valis”

Coraz wyraźniej widać, że Philip K. Dick jest najważniejszym pisarzem drugiej połowy XX wieku. Czy był szalony? Bez wątpienia. Gdyby był normalny, nie byłby geniuszem. Zdrowy małż nie rodzi pereł. Warto czytać Dicka i patrzeć, jak jego fantazja opisywała rzeczywistość z co najmniej pięćdziesięcioletnim wyprzedzeniem. Warto też czytać książki o nim, takie jak Philip K. Dick. Człowiek, który pamiętał przyszłość, pomagające odkrywać coraz to nowe głębie i zagadki w twórczości tego natchnionego dziwaka z szalonej Kalifornii, który rozpaczliwie szukając prawdy, znajdował wciąż nowe tajemnice. - Lech Jęczmyk

Anthony Peake urodził się w 1954 r. na półwyspie Wirral niedaleko Liverpoolu. Studiował na Warwick University i w London School of Economics. Autor książek poświęconych ludzkiej świadomości, w tym doświadczeniom z pogranicza śmierci klinicznej, m.in. Czy istnieje życie po śmierci?, The Daemon i Labirynth of Time.

niedziela, 8 stycznia 2017

Dzień z życia pisarza: Terry Pratchett (2)

SOBOTY

Britain in a Day (Terry Pratchett opisuje swoją typową sobotę), „Radio Times”, 12 listopada 2011

Budzę się. To ważne. Jest sobota, dla wielu ludzi tradycyjny dzień odpoczynku. Dla mnie jednak są tylko dwa rodzaje dni: takie, kiedy jest na miejscu Rob Wilkins, mój asystent, i takie, kiedy go nie ma.
Ogólnie biorąc, piszę codziennie, uwzględniając tylko zobowiązania rodzinne; dzisiaj piszę pierwszy szkic nowej książki, co jest przyjemne, więc leżę w łóżku i cieszę się stukaniem czajnika, gotów na pierwszą herbatę dnia. Potem idę do łazienki, biorę prysznic, przycinam wąs i sortuję poranne tabletki, głównie na ciśnienie, w tej chwili już całkiem pod kontrolą. Z pozostałych trzech jedna zwalcza okazjonalne ataki lumbago, a dwie pozostałe stają między mną i nieubłaganym postępem alzheimera.

A że jestem mężczyzną po sześćdziesiątce, o tej porze dnia część mojej przestrzeni mentalnej kieruje strugi jadu ku firmom farmaceutycznym, które hermetycznie pakują swoje towary w plastikowe i metalowe laminaty, tak że wydobycie leku wymaga siły ciężarowca i siatki bezpieczeństwa, zamiast niedużych pudełek, które dałoby się otworzyć bez nożyczek.
Omawiam plany dnia z Lyn, moją żoną, a potem atakuję „Timesa”, kończąc przy tym talerz oczyszczających jelita muesli, które – jak mnie zapewniają – muszą mi na coś pomagać. Następnie wychodzę, by nakarmić kury i inne stworzenia w ten przepiękny jesienny dzień.
Poza ogrodem warzywnym, który jest nietykalny, nasze tereny są otwarte dla zwierzyny. To oznacza, że wszędzie mamy jeże, a w stodole sowy płomykówki. Wszystko jest dość niechlujne, ale w taki wspaniały dzień człowiek musi się cieszyć, że się urodził, i nawet mu specjalnie nie przeszkadza, że inni urodzili się także.
Następnie, jak by powiedział P.G. Wodehouse, przychodzi „Ho! Do kaplicy!”, co jest pompatyczną nazwą dla przybudówki łączącej moją pracownię i bibliotekę, gdzie zostaną odpalone komputery i nastąpi proces pisania.
Dziwne, lecz soboty i niedziele to dobre dni dla takiego pisarza jak ja; dni robocze często znaczy dźwięk telefonu i łatwo zapomnieć, że człowiek powinien pracować nad książką. Wprawdzie moja ostatnia powieść, Niuch, jest już wydana i dostępna publicznie, jednak wciąż wymagane są działania promocyjne, w których muszę brać udział, zanurzony w tym dziwacznym poporodowym świecie, do jakiego zsuwa się autor, kiedy porwą mu najmłodsze dziecko.
Lekiem na ten stan jest zaczęcie pisania czegoś innego. Jednak dla dobra mojego zdrowia i mojego wzroku co pewien czas wciągam na siebie coś ciepłego i wychodzę rąbać drwa. To czynność dająca wiele satysfakcji. Robię też przerwę na niewielką porcję curry w porze lunchu.
Popołudniowy spacer jest mocno nieprzewidywalny, ponieważ tutaj, na wsi, człowiek musi spotkać ludzi, których zna, a etykieta wiejskiego życia mówi, że powinien się zatrzymać i pogawędzić. Potem trzeba nakarmić kury po raz drugi, można też popracować chwilę w ogrodzie, jeśli światło pozwoli, i następuje powrót do kaplicy, żeby przeczytać e-maile (i zignorować je – przecież to sobota!).
W końcu wracam do domu na resztę wieczoru. Mamy wielką kolekcję starych DVD, więc jeśli nie wychodzimy nigdzie ani nie mamy innych planów, wybieramy film, którego od jakiegoś czasu nie oglądaliśmy.
Regułą absolutną jednak jest, że musimy obejrzeć wiadomości o dziesiątej. Byłem kiedyś dziennikarzem i ta choroba nigdy człowieka nie opuszcza.
Ostatni punkt planu dnia to kuchnia pełna kotów głośno domagających się jedzenia – i na górę. Prysznic i łóżko, takie z baldachimem, dostatecznie wielkie, żebyśmy oboje mogli się wyciągnąć. Cudownie. To był spokojny dzień, dający czas, by pomyśleć i docenić życie. Nie zdarzyło się nic specjalnego i czasami to naprawdę dobrze. Cieszę się, że są takie dni jak ten.

Terry Pratchett "Kiksy klawiatury. Eseje i nie tylko" /A Slip of the Keyboard/, przełożył Piotr W. Cholewa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...