wtorek, 2 lutego 2021

Życie w cieniu smoka



Nigdy nie lubiłem opowiadań. Człowiek zaczyna lubić bohaterów, zżywać się z nimi, wchodzić w przedstawiony świat i nagle wszystko się kończy pozostawiając spory niedosyt. Mając wszystko to na uwadze, przystąpiłem do lektury opowiadań Luciusa Sheparda pt. „Smok Griaule” z pewną nieśmiałością, pełen wątpliwości i niedowierzania. I muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie się rozczarowałem.

„Smok Griaule” to zebrane w jednym tomie i wydane przez wydawnictwo Mag w serii Uczta Wyobraźni opowiadania o smoku Griaule jakie ukazały się w różnych czasopismach, plus jedno nowe, nigdy wcześniej nie wydane pt. „Czaszka”. Wszystkie opowiadania łączy to samo miejsce, jakiś kraj gdzieś w Ameryce Środkowej oraz postać smoka Griaula, pokonanego kiedyś w pojedynku na magię przez pewnego czarownika. Czrownik jednak sfuszerował trochę swoją robotę lub też może w ostatniej chwili przestraszył się smoka, w każdym razie smok nie został zupełnie zabity i od tamtego czasu leży sparaliżowany zaklęciem, nadal żywy i poprzez emanację swojego mózgu wpływa na życie, myśli i postępowanie ludzi, którzy znajdują się w jego pobliżu. Nikt nie wie czy to co robi jest wynikiem jego woli czy może woli smoka, który wpłynął na jego umysł. Wielu z bohaterów przypisuje swoje złe uczynki wpływowi Griaula.



Fantasy Sheparda to tzw. literary fantasy, w której nie znajdziemy szybkiej akcji, przygód, wielkich bitew, pojedynków na miecze czy też pogoni za trollami. Wszyscy, którzy szukają tego w czytanych przez siebie książkach niestety srogo się rozczarują. To nie jest prosta literatura. Shepard pisze bardzo dobrze, ładnym językiem, wciągając łatwo czytelnika w opowiadane historie i niczym smok Griaule oddziałując na jego umysł. Każde z opowiadań jest inne, pisane nieco odmiennym stylem i porusza odmienny aspekt ludzkiego życia. Mamy tu elementy horroru, pamiętnik, rodzaj legendy, baśń, współczesną powieść obyczajową, a nawet thriller prawniczy. Proza Sheparda jest wielopoziomowa. W swoich opowiadaniach często porusza on filozoficzne i etyczne tematy, takie jak wolna wola, przeznaczenie, dobro i zło, wpływ boga na życie jego wyznawców, mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Czytając te opowiadania, człowiek zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem, swoimi wyborami, a także nad czarnymi kartami w historii ludzkości, nad nasza wolną wolą. Czy nasze życiowe decyzje, które kiedyś podjęliśmy, wszystko co robimy, nie tłumaczymy, podobnie jak postacie z opowiadań Sheparda, wpływem jakiejś wyższej istoty? I czy wszystkie złe czyny, które ludzkość popełniła, nie usprawiedliwiamy wpływem jakiegoś złego boga?

Opowiadania Sheparda to rodzaj fantasy, który osobiście bardzo mi odpowiada, i inny sposób patrzenia na ten gatunek, gdzie liczy się wyobraźnia i piękno języka. Jego utwory nawiązują często do realizmu magicznego, a Lucius Shepard obok Johna Crowley‘a jest uznawany za amerykańskiego Gabriela Garcię Marqueza. Cieszę się, że gatunek fantasy jest tak obszerny i każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. Zachęcony i zachwycony opowiadaniami, poszedłem za ciosem i obecnie czytam powieść Luciusa Sheparda „Piękna krew”, wydaną w magowskiej Uczcie Wyobraźni, której akcja rozgrywa się również w cieniu Griaula. Polecam przede wszystkim, tym którzy lubią dobrą literaturę.  


poniedziałek, 27 maja 2019

Piekło pocztowe, czyli piekielnie szybka poczta




„Piekło pocztowe” to kolejna już przeczytana przeze mnie książka Terrego Pratchetta należąca do cyklu „Świat Dysku”. Ktoś może zadać sobie pytanie czy czytanie kolejnych pozycji o tym samym może być interesujące i zabawne. Czy to aby się nie nudzi? Mogę Was zapewnić, że absolutnie nie. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Pomysłowość, inteligencja i humor. Na tym właśnie polega mistrzostwo Terrego Pratchetta. Świat Dysku wypełniają postaci, które są barwne, żywe, dowcipne, ani trochę papierowe, bardzo prawdziwe.  Niby co jeszcze można wymyślić  w kolejnej dwudziestej czy entej odsłonie tego samego uniwersum? A jednak za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, dajemy się wciągnąć i bawimy się świetnie.  A kiedy docieramy do końca, żałujemy, że to już ostatnia strona.

„Piekło pocztowe” otwiera nowy, niewielki podcykl w Świecie Dysku, którego głównym bohaterem jest niejaki Moist von Lipwig. Były przestępca, fałszerz, manipulator, oszust i złodziej. Człowiek o stu twarzach i jednocześnie żadnej twarzy oraz o wielu nazwiskach. Oszust niemal doskonały. Chyba nie tak do końca, bo jednak wpada i zostaje schwytany. To w pewnym sensie nowy typ bohatera. Zły człowiek, który zaczyna czynić dobre rzeczy. Co prawda pod groźbą śmierci i przymuszony, ale jednak, jednak.  Moist von Lipwig dostaje od rządzącego miastem Ankh-Morpork patrycjusza, Vetinariego, propozycję, jedyną w swoim rodzaju i raczej nie do odrzucenia, propozycję objęcia posady poczmistrza i przywrócenia do życia instytucji Poczty, która podupadła i właściwie od dawna już nie istnieje. Stało się tak za sprawą nowego wynalazku, czegoś w rodzaju naszego telegrafu, który jako znacznie szybszy wyparł pocztowe usługi. Jak się jednak okazuje, nie do końca i nie zawsze nowe wynalazki są dobre. Tak nawiasem mówiąc  Brytyjczycy zorganizowali kiedyś plebiscyt na 10 najlepszych postaci ze Świata Dysku i Moist von Lipwig znalazł się w tej dziesiątce, co mnie zresztą nie dziwi. "Piekło pocztowe" było też pierwszą książką Terrego Prachetta jaka została nominowana do nagrody Nebuli, a na jej podstawie został nakręcony film fabularny.

Jak wiele książek Terrego Pratchetta, także i ta jest parodią naszego świata i satyrą na wiele jego instytucji. Tutaj mamy nabijanie się z poczty, jej sposobu funkcjonowania, a także z hobby jakim jest zbieranie znaczków i samych filatelistów w szczególności. Jednocześnie Terry Prachett piętnuje duże korporacje, grupy finansowe, firmy działające wyłącznie dla zysku i starające się nieuczciwymi środkami wyeliminować konkurencję, np. przejmując małe, rodzinne firmy. Karty książki zaludniają postacie znane już z innych tytułów, takie jak golemy, wampiry, wilkołaki czy Igory. Ważną rolę, znaną z naszej rzeczywistości odgrywa także prasa i dziennikarze, a gdzieś tam w tle obecna jest słynna Straż Miejska. "Piekło", inaczej niż poprzednie części cyklu, podzielone jest na rozdziały, z których każdy, na wzór XIX wiecznych powieści, poprzedzony jest kilkuhasłową zapowiedzią mających nastąpić wydarzeń.

Czytanie „Piekła pocztowego” sprawiło mi dużo radości i znacznie poprawiło nastrój.  Zawsze tak reaguję kiedy mam do czynienia z czymś co jest jednocześnie zabawne, mądre i naprawdę dobrze napisane. Stwierdzam to kolejny już raz. Terry Pratchett miał błyskotliwy umysł. Zaczęło się od jednego cytatu z „Piekła”znalezionego gdzieś w sieci, który mnie na tyle zaintrygował, że sięgnąłem tylko na chwilkę po książkę i tak już zostałem z nią przez kilka wieczorów.  Nie muszę chyba pisać, że wszystkim gorąco polecam. W planach mam już kolejną książkę ze Świata Dysku, a będzie nią „Mort”

niedziela, 31 marca 2019

"Rzeka bogów" Iana McDonalda, czyli bogowie i sztuczne inteligencje



"Rzeka bogów" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Iana McDonalda. Ten brytyjski autor słynie z tego, że w przeciwieństwie do większości anglosaskich pisarzy SF akcję swoich książek umieszcza w 'egzotycznych' krajach nie należących do świata zachodniego, co czyni je tym bardziej interesującymi i godnymi uwagi. I tak "Chaga" przenosi nas do Afryki i gorącej Kenii, "Brasyl" oczywiście zabiera nas do Brazylii, a "Dom derwiszy. Dni cyberabadu" do azjatyckiej części świata, a dokładnie do Turcji. W przypadku "Rzeki bogów" trafiamy na Półwysep Indyjski. Mamy rok 2047 i Indie niezbyt odległej przyszłości podzielone na kilka mniejszych państw, toczących ze sobą wojny i konkurujących o zasoby naturalne, a w szczególności jeden z podstawowych jakim jest woda. 

Ogrom i rodzaj poruszanych tematów, różne miejsca akcji, a także to, iż mamy do czynienia nie z jednym lecz wieloma bohaterami, powoduje, że opisanie czy omówienie tej powieści nie należy do łatwych zadań. Historie grupy bohaterów początkowo toczą się pozornie bez związku ze sobą, przeplatając się w kolejnych rozdziałach aby w końcówce książki cała układanka puzzli trafiła na swoje miejsce. Ian McDonald niczego nie zostawił przypadkowi lecz bardzo precyzyjnie i do ostatniego szczegółu zaplanował całość. Książka pomimo tego, że jest trudna i wymaga sporego skupienia podczas czytania, daje mnóstwo przyjemności, takiej czystej czytelniczej radości i do tego bardzo wciąga. To co mnie osobiście w niej urzekło, to wyjątkowy klimat i nastrój, na które to rzeczy zwracam zawsze szczególną uwagę podczas lektury jakiejkolwiek książki. Kiedy czyta się "Rzekę bogów" można dosłownie poczuć zapachy Indii, nie koniecznie zresztą przyjemne, ich gorąco, zobaczyć wszystkie kolory i dźwięki. Indie tętnią bowiem życiem, są barwne i chaotyczne, a mimo to wszystko się jakoś kręci i posuwa naprzód. Indie to kraj licznych kontrastów, podziałów klasowych, kast, gdzie widać obojętność dla losu innych, dla losu jednostki. To kraj ludzi skrajnie biednych i obrzydliwie bogatych, połączenie tradycji, wiary i nowoczesności, to największe na Ziemi skupiska ludzkie i niemal opuszczone wioski, pozostawione samym sobie. To wojny i zamieszki religijne, podpalanie świątyń, wzajemne ataki terrorystyczne hindusów i muzułmanów. Wizja przyszłości jaką serwuje nam autor jest bardzo prawdopodobna, wiele z opisanych przez niego problemów i procesów społecznych dzieje się już obecnie. McDonald pisze, mimo, że to fantastyka, wyjątkowo realistyczną prozę, jego styl jest specyficzny i bardzo rozpoznawalny. Pisze ładnie, cyzeluje zdania, a jego pisanie jest gęste niczym smoła. Trudno odłożyć tę książkę, a to co czytasz wpływa na sposób twojego myślenia jeszcze wiele dni po skończeniu lektury.

Opisywanie szczegółowo treści tej książki mija się z celem i jest chyba niemożliwe, dlatego może skupię się tylko na kilku sprawach. Wspomniałem wcześniej o braku jednego bohatera. Otóż takim bohaterem z pewnością jest lub mogła by być sztuczna inteligencja. Zawładnęła ona życiem ludzi w niemal wszelkich dziedzinach i jego aspektach, kontrolując je w dużym stopniu, dążąc do realizacji swoich celów i doprowadzając do powstania najwyższej swojej formy, sztucznej inteligencji A.I. trzeciej generacji 3.0. Inne tematy to inżynieria genetyczna, modyfikowanie genów  nienarodzonych jeszcze dzieci przez specjalnych projektantów, co doprowadza do powstania nowego typu człowieka, post-człowieka o opóźnionym starzeniu się, tzw. Brahminów czy też na przykład powstania trzeciej płci, a właściwie pozbawionych cech płciowych osobników, tzw. Neutek. Jakby tego było jeszcze mało czytelnik znajdzie w "Rzece bogów", bo to w końcu fantastyka naukowa, sporo naukowego żargonu, terminów i teorii naukowych, głównie z fizyki, dotyczących budowy wszechświata oraz możliwości istnienia innych wszechświatów. Jest jeszcze jedna rzecz, o której chyba warto wspomnieć. Sporo jest w tej powieści erotyki, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dawno nie czytałem tak znakomitych opisów scen erotycznych i w ogóle seksu, podziwiam wyobraźnię autora, to naprawdę rzadkość.

"Rzeka bogów" to wyjątkowa książka, z rodzaju tych, na które trafia się bardzo rzadko, zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, prawdziwa uczta wyobraźni. Ja z pewnością wrócę do niej jeszcze nie raz. Polecam ją wszystkim, którzy lubią dobrą literaturę.

Pierwsze zdanie: "Niesiony prądem trup obraca się."
Kiedy: 2047
Gdzie: Półwysep Indyjski
Dla kogo: fanów nieszablonowej "realistycznej" fantastyki

"Rzeka bogów" /River of Gods/ Ian McDonald, przełożył Wojciech M. Próchniewicz, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009.


niedziela, 10 marca 2019

"Związek żydowskich policjantów" Michael Chabon



Spełniona nadzieja to połowa rozczarowania.

Wybór kolejnej lektury to zawsze u mnie skomplikowana sprawa i trudno mi podjąć decyzję co ma być następne. Każda książka bowiem ma swój czas. Musi być odpowiedni nastrój, właściwa pora roku. Ważne są też pierwsze zdania, początkowe strony. Wtedy pojawia się to coś, następuje „zassanie” i już wiem, iż to był dobry wybór, tego właśnie potrzebowałem, to jest to. Nie inaczej było w przypadku „Związku żydowskich policjantów” Michaela Chabona.

Wiele dobrego czytałem o tej powieści w różnych miejscach w sieci. Pojawiała się często na listach najlepszych książek i w wielu tego typu zestawieniach. Zdobyła też wiele nagród. W roku 2008 wyróżniona została nagrodami Hugo, Locus, Nebula oraz Sidewise. Oprócz tego otrzymała także  nominacje do nagrody im. Edgara Allana Poe oraz nagrody BSFA. Dodałem oczywiście do kolejki książek, które chcę, muszę koniecznie przeczytać. Potem kilka razy próbowałem napocząć, ale za każdym razem z różnych powodów ją odkładałem. To nie był ten czas. W końcu jednak książka trafiła we właściwy moment i teraz po lekturze wiem, że poniósłbym dużą stratę i pozbawił się wielkiej przyjemności gdybym jej nie przeczytał.
Według relacji „Tog”, cudowny kurczak wygłosił szereg zdumiewających przepowiedni, nie wspomniał jednakże o zupie, w której zamilknąwszy wreszcie niczym Bóg Wszechmogący, zajął później poczesne miejsce. Nawet najbardziej pobieżna lektura kronik, myśli Landsman, dostarcza dowodów, że dziwne czasy dla Żydów to prawie zawsze również dziwne czasy dla kurczaków.
„Związek żydowskich policjantów” to książka wyjątkowa. Połączenie chandlerowskiego czarnego kryminału noir, historii alternatywnej i political fiction. Zaliczana do fantastyki, laureatka wielu nagród, które zwykle przyznaje się książkom z tego gatunku. Właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, ponieważ fantastyki mamy tam jak na lekarstwo jeśli tylko pominie się fakt, że czytamy alternatywną historię świata. Dla mnie jest to przede wszystkim czarny kryminał, bardzo dobry kryminał, przy czym nie oceniam książek z tego gatunku na podstawie liczby trupów lub szybkiej i pełnej nagłych zwrotów akcji. Osobiście podobają mi się, o czym pisałem już kiedyś, dziwne kryminały, nieoczywiste, które są połączeniem kilku gatunków literackich. Wtedy jest właśnie dla mnie najbardziej interesująco.

Jak już wspomniałem wcześniej „Związek żydowskich policjantów” to książka wyjątkowa, także dlatego, że jest owocem pięciu lat  pracy autora. Bardzo dobrze napisana. Od pierwszych zdań dają się zauważyć wspaniały styl i niezwykle dopracowane dialogi, zawierające porównania, których nie powstydziłby się sam Chandler oraz sporą dawkę żydowskiego humoru. Aby jednak nie wprowadzać kogoś w błąd muszę wyraźnie powiedzieć, że nie jest to wesoła książka. Posiada bardzo urokliwy, prawie magiczny, melancholijny nastrój i klimat miejsca gdzie wszystko się kończy, znany nam świat się kończy i za kilka dni nic nie będzie już takie jak dawniej. Tutaj chcę przekazać wyrazy uznania dla tłumaczki, Barbary Kopeć-Umiastowskiej, której znakomicie udało się oddać ten klimat w polskim tłumaczeniu.
...odpowiada Szprinca po amerykańsku, głosem jak cebula turlająca się w wiadrze.
Akcja książki dzieje się w czasach nam współczesnych jednak w innej, alternatywnej ich wersji. Naród żydowski przegrał wojnę z Arabami i stracił swoją ziemię obiecaną, państwo Izrael. Zagrożony eksterminacją otrzymał jednak od rządu amerykańskiego prawo do czasowego użytkowania kawałka stanu Alaska w okolicach miasta Sitka. Właśnie upływa 60-letni okres dzierżawy. Z różnych powodów nie udało się spełnić marzeń o Ziemi Obiecanej. Chabon, sam będąc pochodzenia żydowskiego, z humorem opisuje żydowskich mieszkańców kolonii Sitka, ich problemy, wady, religijność, śmiesznostki, wszystko co doprowadziło do kolejnej porażki. Bardzo chcieli, miało być tak pięknie i nie wyszło, znowu zrobili sobie na złość. Sami będąc wygnańcami i uchodźcami z Europy i Palestyny, nie mogli się dogadać i pokojowo współistnieć z rdzennymi mieszkańcami Alaski, plemieniem północno-amerykańskich Indian, Tlingitami. Stracili pionierski zapał i porzucili marzenia  o Ziemi Obiecanej, starając się uciec i wyemigrować jak najdalej od niej. 

W takim to czasie i w takich okolicznościach musi wykonywać swoją pracę główny bohater powieści inspektor śledczy Mejer Landsman, rozwiedziony alkoholik, przegrany człowiek, były szachista, który nienawidzi szachów, w każdym razie łączy go z nimi dziwna relacja. Ostatnią sprawą jaką się zajmuje w ciągu ostatnich dni dogorywającej kolonii jest sprawa szachisty narkomana zastrzelonego w pokoju hotelu, w którym mieszka Landsman. W śledztwie pomaga mu jego partner, pół-Żyd pół-Tlingit, Miśko Szemec, zaś przeszkadza była żona, Bina Gelbfisz. Nie zważając na zakazy Landsman prowadzi swoje prywatne śledztwo rozwiązując zagadkę, także szachową, i odkrywając prawdę.

Jeśli ktoś chce może odczytywać powieść Chabona na więcej niż jednym poziomie, także jako uniwersalną opowieść o odchodzeniu, o końcu starego świata, o powiązaniach politycznych i ekonomicznych rządzących światem, o religii, egzystencji ludzkiej. Jedynym być może minusem polskiego wydania jest brak słowniczka wyjaśniającego liczne terminy i słowa żydowskie, co sprawia, że czytelnik musi domyślić się ich znaczenia z kontekstu lub przerywać co jakiś czas lekturę i zacząć serfować w sieci. Wszystko to jest jednak drobnostką w porównaniu z przyjemnością płynącą z lektury. Zapewniam i mogę się założyć, że nie będziecie zawiedzeni i że czas spędzony z tą książką nie będzie czasem straconym.

Pierwsze zdanie: "Od dziewięciu miesięcy Landsman gnieździ się w hotelu Zamenhof i jak dotąd żaden ze współmieszkańców nie padł ofiarą morderstwa"

Kiedy: 2007
Gdzie: Sitka, Alaska
Dla kogo: fanów historii alternatywnych, political fiction i czarnego kryminału

"Związek żydowskich policjantów" /The Yiddish Policemen's Union/ Michael Chabon, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska, Wydawnictwo W.A.B, 2009



wtorek, 6 lutego 2018

"Olga i osty" Agnieszka Hałas


Ta książka to dla mnie duże pozytywne zaskoczenie. Początkowo sądziłem, że czytam fantasy, po jakimś czasie jednak zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę mam do czynienia z bardzo dobrą powieścią psychologiczną. „Olga i osty” to książka o poranionych, pokaleczonych przez życie ludziach, toksycznych rodzicach, złych relacjach i depresji. Uprzedzam, nie jest to wesoła historia, chociaż pięknie napisana. Cała książka przepełniona jest smutkiem i pewnego rodzaju melancholią, tęsknotą za dzieciństwem i za tym co było w nim cudowne. Ucieczką od szarej i ponurej rzeczywistości. Nie zawsze jednak dzieciństwo bywa wspaniałe. Czasami wydarzają się rzeczy, które mają potem wpływ na całe nasze dorosłe życie. 

Główną bohaterką książki jest Olga, bardzo przeciętna młoda kobieta, z problemami, która pewnego razu trafia do fantastycznej krainy o nazwie Zaświat. Zamieszkują ją różne dziwne stwory, bardzo podobne do tych, które znamy ze starych baśni, bajek, opowieści fantasy czy mitologii. Pojawia się nawet Zły. Życie Olgi zmienia się, do samego końca nie wiemy jednak czy na dobre czy raczej złe. Nie wiemy też co tak naprawdę jest rzeczywistością, a co snem, czy cała opowieść nie jest tylko złym snem, po którym to bohaterka książki lub jej autorka obudzi się zlana potem. Sny i sen wewnątrz drugiego snu, to też nawiązanie do jednej z bardziej znanych książek dla dzieci, a właściwie dorosłych i filozofów, do „Alicji w Krainie Czarów” oraz „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Zakończenie, a nawet kilka zakończeń, daje sporo możliwości interpretacji. Mnie jednak przekonuje ta optymistyczna i taki też, pozytywny, jest mój odbiór tej wyjątkowej książki. 

Tych, którzy nie lubią fantasy chcę pocieszyć, że większość akcji dzieje się w normalnej niefantastycznej rzeczywistości, która jest bardziej przerażająca niż wszystkie stwory z Zaświatu. A wszystkich pragnę przeprosić, że nie potrafiłem napisać czegoś bardziej mądrego i sensownego o tej książce aby zachęcić do jej przeczytania jak najwięcej osób, bo jest tego warta.

"Olga i osty" Agnieszka Hałas, W.A.B.


czwartek, 28 grudnia 2017

"Czasomierze" David Mitchell



Podobno powieść jako gatunek literacki dawno już się przeżyła i skończyła. Czy ktoś coś tutaj mówił także o śmierci autora? Otóż nie. Nieprawda. Mamy nowy, niezmiernie interesujący rodzaj powieści. Wymyślił go sobie pewien autor, David Mitchell.

Jeżeli ktoś czytał ‘Atlas chmur”, to wie o czym mówię, bowiem Mitchell powtórzył w ‘Czasomierzach’ zabieg znany już z tamtej powieści, a także z jego wcześniejszego ‘Widmopisu’. Nie mamy tutaj jednego czasu akcji i jednego narratora. Książka dzieli się na sześć części. Akcja dzieje się odpowiednio w latach 1984, 1991, 2004, 2015, 2025, i 2043, czyli obejmuje jak gdyby okres życia jednej jednostki ludzkiej, W każdej części śledzimy przebieg wypadków oczami innej osoby. Tylko pierwsza i ostatnia część mają tego samego narratora. Główną bohaterką ‘Czasomierzy’, nawiasem mówiąc bardzo pozytywną i jedną z niewielu tak pozytywnych postaci kobiecych w książkach Mitchella, jest Holly Sykes.  Poznajemy ją w pierwszej części powieści jako nastolatkę. Potem spotykamy ją co jakiś czas, jak pokazuje się lub przemyka wśród pozostałych postaci, by wreszcie pojawić się w ostatniej części, już jako wiekowa i chora na raka staruszka. 

‘Czasomierze’ czytałem, nawet jak na mnie, bardzo długo. Po części z powodów osobistych, a częściowo dlatego, że jest to tego typu literatura, której nie da się przeczytać w dwa wieczory, pół godziny przed snem. Każda z części ‘Czasomierzy’ napisana jest innym stylem. Znajdziemy tutaj dziennik nastolatki, powieść akademicką, reportaż wojenny, biografię pisarza, mieszankę thrillera, powieści grozy i urban fantasy, by na koniec poznać naszą ziemską przyszłość poprzez opowieść postapokaliptyczną i dystopię. 

Mitchell pisze naprawdę dobrze. Jego proza jest gęsta, zdania zawierają dużo znaczeń i niosą spory ładunek emocjonalny. Nie da się tego przeczytać za jednym razem więcej jak kilkadziesiąt stron. Do czytającego dopiero po jakimś czasie dociera prawdziwa waga tego co przeczytał. Po skończeniu książka jest cały czas w głowie i trudno tak od razu o niej zapomnieć, przejść ot tak nad nią do porządku i zacząć czytać coś innego. Tak miałem zresztą z wszystkimi książkami Mitchella jakie dotąd czytałem.

‘Czasomierze’ to książka o walce dobra i zła, o dylematach moralnych jakie napotykają na swojej drodze życia ludzie, o kondycji współczesnego człowieka, o przemijaniu i śmiertelności, o wielkim znaczeniu więzi rodzinnych i w ogóle rodziny. Mitchell jak mało kto potrafi przedstawić zło tkwiące w człowieku. Czym lub kim są tytułowi czasomierze dowiadujemy się w trakcie lektury i nie jest to być może nawet najważniejsze.

Nie jest to wesoła książka. Ostatnia część w której widzimy ludzkość na granicy zagłady zrobiła na mnie największe wrażenie i emocjonalnie przypomniała mi ‘Drogę’ Cormaca McCarthy’ego. Przesłanie autora jest jedno i wyraźne. Ostrzega on współczesnego człowieka, czyli także nas, przed dewastacją i niszczeniem środowiska naturalnego, które nadal jest lekceważone przez polityków i decydentów w wielu krajach. Kiedyś będzie to naprawdę wielki problem dla naszych dzieci i wnuków. Jaką Ziemię im zostawimy i czy będą cierpieć i nas przeklinać, wspominając jednocześnie czasy kiedy był prąd, były paliwa, było jedzenie, działał Internet i było w miarę bezpiecznie. Jeśli chodzi o sytuację geopolityczną na świecie w nie tak znowu odległej przyszłości, to Mitchell według mnie trafia w dziesiątkę ze swoimi przewidywaniami, odrobił swoje zadanie na piątkę i zrobił niezły research. Wszystko razem wygląda niezmiernie prawdopodobnie i przekonywająco. Niestety.

Najmniej podobała mi się część fantastyczna, walka jednych nieśmiertelnych, dobrych horologów, z innymi, złymi anachoretami, wędrówka dusz, ich nieśmiertelność. Skąd to się wzięło i po co, wyjaśnienia Mitchella nie do końca mnie przekonują. Wszystko fajnie wygląda i autor nieźle opowiada, ale trochę za szybko i łatwo jak dla mnie, chociaż rozumiem potrzebę tego wątku dla końcowego rozwiązania i dla powieści jako całości. 

Sporo jest w ‘Czasomierzach’ mądrych zdań, które kolekcjonerzy będą mogli sobie wynotować. Moje ulubione, bardzo według mnie mądre i prawdziwe, to: 
„Mężczyźni żenią się z kobietami i mają nadzieję, że one już zawsze będą takie same. Kobiety wychodzą za mężczyzn i mają nadzieję, że oni się zmienią”. 
oraz
„Czasem magia jest po prostu normalnością do której ludzie jeszcze nie przywykli”.
Mitchell pisze obrazami, bazuje na emocjach. Scena z zaginięciem córeczki Holly i to co czuje Ed, jej tato, gdy panicznie stara się ją znaleźć, jest, wierzcie mi, znakomita, prawdziwsza niż w życiu. Wiem co mówię, bo przeżyłem już kiedyś coś podobnego. Ci, którzy już znają wcześniejsze książki Mitchella, znajdą w ‘Czasomierzach’ liczne do nich nawiązania, nazwy postaci i dodatkowe spojrzenie na niektóre wątki, najbardziej chyba jeśli chodzi o powieść „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, której zakończenie kojarzyło mi się znacząco z tym w ‘Czasomierzach’.

‘Czasomierze’ to bardzo dobra, wielowątkowa i wielopoziomowa, mądra powieść, i oby zawsze tylko takie trafiały w moje ręce. Polecam gorąco!

TU możecie posłuchać podcastu wywiadu z autorem na temat właśnie tej książki, taki mały bonusik ;)

"Czasomierze" David Mitchell, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2016.