Od razu na początku chcę zaznaczyć, że wszystko o czym tutaj napiszę to tylko moje własne przemyślenia, poparte lekturami i cytatami. Nie jestem historykiem literatury, nie będzie zatem naukowych wywodów, żargonu, przypisów i bibliografii. No, może tylko odrobinę. Dzisiaj temat, który mnie osobiście, jako czytelnika książek, bardzo interesuje. Mianowicie rola jaką odgrywa autor powieści. Pomyślicie pewnie, że sprawa wydaje się banalnie prosta i, że jest to oczywista oczywistość. Jest powieść to i musi być autor, który ją napisał. A właśnie, że nie. Nie jest to takie proste jak się wydaje. Różnie to wyglądało w historii literatury, w przeszłości, na przykład w XIX wieku, a także obecnie. Autor poprzez sposób pisania wpływa na odbiór i interpretacje jego dzieła. Czytając wiemy czy zgadza się on z przedstawionymi poglądami czy też nie.
Zacytuję na początek Juliana Barnesa:
" "Autor powinien być w swojej książce jak Bóg w swoim wszechświecie: wszechobecny i niewidzialny"[Gustaw Flaubert]. W naszym wieku doczekało się to, oczywiście, przewrotnej interpretacji. Pomyślcie o Sartrze i Camusie. Bóg umarł - oznajmili nam - a wraz z nim podobny Bogu powieściopisarz. Wszechwiedza jest niemożliwa, ludzka wiedza - częściowa, tak zatem i sama powieść, tak zatem i sama powieść musi być częściowa. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale za to logicznie. Czy jednak jest logiczne? W końcu powieść nie pojawiła się jednocześnie z wiarą w boga; ani też, prawdę mówiąc, nie istnieje zbyt ścisła korelacja między tymi powieściopisarzami, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego narratora, a tymi, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego Stwórcę. Przytaczam George Eliot obok Flauberta.
Jeśli chodzi o sedno sprawy, rzekoma boskość przyjęta przez dziewiętnastowiecznego pisarza była tylko chwytem technicznym; podobnie stronniczość i ograniczoność widzenia nowoczesnego pisarza to też tylko wybieg. Kiedy współczesny narrator waha się, głosi swą niepewność, źle rozumie, zgrywa się i robi błędy, czy istotnie czytelnik dochodzi do wniosku, iż rzeczywistość została przedstawiona w sposób bardziej autentyczny?"[s.98-99][1]
W 1968 roku Roland Barthes napisał "Śmierć autora", esej teoretycznoliteracki, a zarazem postulat nawołujący do nieodczytywania tekstu literackiego poprzez pryzmat tzw. "intencji autorskiej". W publikacji Barthes apelował, aby usunąć z dyskursu interpretacyjnego kategorię "autora", rozumianą dotąd jako źródło niekłamanej wiedzy na temat prawidłowego odczytania dzieła. Według badacza autor nie jest "ojcem" i "właścicielem" tekstu.
Stawiane często pytanie "Co autor miał na myśli?" uważał za bezzasadne,
ponieważ w żadnym tekście nie jest zapisana intencja jego twórcy. Jego zdaniem zjawisko braku autora w tekście ma dwa źródła: pierwszym z nich jest ustalenie strukturalistów dotyczące istnienia podmiotów nadawczych
w utworze literackim (oraz sformułowanie zasady nieutożsamiania
podmiotu utworu z autorem), drugim natomiast jest charakter literatury
współczesnej, która według Barthes'a powraca do swoich pierwotnych
korzeni - dlatego też należy zastąpić słowo "autor" słowem "skryptor". Jak sam pisze:
"Wiemy
już dziś, że tekst nie jest ciągłą sekwencją słów, za którymi kryłby
się pojedynczy, "teologiczny" sens (przesłanie Autora-Boga), lecz
wielowymiarową przestrzenią, w której stykają się i spierają rozmaite
sposoby pisania, z których żaden nie posiada nadrzędnego znaczenia:
tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków
literatury".
Pojmowanie literatury, jako intertekstualnej przestrzeni wypełnionej cytatami i nawiązaniami, jest charakterystyczne dla postmodernizmu.
Usunięcie kategorii autora przez Barthes'a jednocześnie podniosło rangę
czytelnika, który stał się właściwym twórcą tekstu, poprzez
interpretowanie go w trakcie procesu lektury.[2]
Pisarze, postmoderniści, zaczęli stosować teorię Barthesa w praktyce, pisząc w taki a nie inny sposób swoje książki. W tej chwili przychodzi mi na myśl "Trylogia nowojorska" Paula Austera, gdzie w powieści pojawia się sam autor, pisarz o nazwisku Paul Auster, a główny bohater dyskutuje z nim. Vladimir Nabokov umieścił w tekście "Lolity" anagram swojego imienia i nazwiska Vivian Darkbloom. Główny bohater, Humbert Humbert posiada zbieżności ze swym autorem, ale jeszcze więcej rozbieżności. Mamy wiele znaków podkreślających fikcję
powieściową, szczególnie poprzez zaznaczenie obecności autora w tekście.
Nabokov jest obecny w utworze poprzez wspomnianą już wyżej postać
Vivian Darkbloom , a także jako Młody Poeta, ze sztuki
Quilty'ego, który upiera się, że cała akcja jest dziełem jego wyobraźni.
W fikcyjnej przedmowie Nabokov ujawnia się natomiast poprzez
sformułowanie: "jakże jednak jego rozśpiewane skrzypce potrafią wyczarować tkliwość i współczucie dla Lolity", gdzie skrzypce są metaforą twórczości literackiej.
Czy lubicie czytać książki eksperymentujące, postmodernistyczne, które dają czytelnikowi wolność interpretacji? Nie ma autora, są tylko czytelnicy i ich odczytania utworu literackiego. Czy może wolicie dziewiętnastowieczne powieści z autorem wszechwiedzącym i wszechobecnym? Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy czytając jakąś powieść musicie wiedzieć cokolwiek o jej autorze, czy wpływa to na jej odbiór?
[1] Julian Barnes, Papuga Flauberta, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 222.
[2] Wikipedia.pl