Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamuk Orhan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pamuk Orhan. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 grudnia 2012

"Wolę, gdy autor już nie żyje"

Orhan Pamuk

"By czuć się szczęśliwym, muszę codziennie przyjmować pewną dawkę literatury. Są chorzy, którzy każdego dnia regularnie zażywają łyżeczkę lekarstwa. Gdy w dzieciństwie dowiedziałem się, że cukrzycy, by prowadzić w miarę normalne życie, muszą przynajmniej raz dziennie robić sobie zastrzyk, było mi ich okropnie żal. Wydali mi się na wpół martwi. Uzależnienie od literatury doprowadziło mnie do podobnego stanu. Zwłaszcza w początkach kariery, jako młody pisarz sądziłem, że ci, którzy uważają mnie za odizolowanego od życia, postrzegają mnie jako takiego właśnie 'półtrupa'. Albo kogoś, kto w połowie jest zjawą, duchem. 'Może jestem martwy i za pomocą literatury próbuję przywrócić do życia własne zwłoki?' - zdarzało mi się myśleć. Literatura to dla mnie niezbędny lek, taki sam jak lek, który chorzy przyjmują na łyżeczce czy w zastrzyku. Ja też muszę go zażywać codziennie. I, niczym człowiek uzależniony od haszyszu, poszukuję odpowiedniego towaru...

Przede wszystkim 'lek' musi być dobry. Mam tu na myśli jego siłę i autentyczność. Przeczytanie w powieści intensywnego, głębokiego passusu bardziej niż cokolwiek innego czyni mnie szczęśliwym i mocniej wiąże mnie z życiem. Wolę, gdy autor już nie żyje - wtedy najmniejszy nawet cień zazdrości nie może zmącić mojego zachwytu. Im jestem starszy, tym silniejszego nabieram przekonania, że najlepsze książki stworzyli pisarze, którzy dawno już zeszli z tego świata. A nawet jeśli niektórzy z tych znakomitych autorów jeszcze żyją, niezawodnie mają w sobie coś z duchów. Gdy spotykamy ich na ulicy, mamy wrażenie, że widzimy zjawy, nie wierzymy własnym oczom i z zaciekawieniem obserwujemy ich z daleka. Tylko najodważniejsi ośmielają się podbiec do ducha i poprosić o autograf. Czasem uświadamiam sobie, że ci pisarze wkrótce umrą i ich dzieła zajmą jeszcze bardziej poczesne miejsce w naszych sercach. Choć oczywiście nie zawsze tak się dzieje...

Moja codzienna 'porcja literatury' jest czymś zupełnie innym, kiedy sam piszę. Dla osób mojego pokroju najlepszą formą terapii i źródłem największego szczęścia jest bowiem napisanie pół stroniczki dobrego tekstu. Od trzydziestu lat spędzam mniej więcej dziesięć godzin dziennie w swoim pokoju, siedząc przy biurku i pisząc. Jeśli policzyć tylko to, co nadaje się do publikacji, średnio w ciągu tych lat udało mi się stworzyć nie więcej niż pół strony tekstu dziennie. W dodatku to, co zdołałem napisać, na ogół nie spełnia moich własnych standardów jakości. Oto dwa główne powody, by czuć się źle.

Proszę mnie dobrze zrozumieć: ktoś tak silnie uzależniony od literatury nie może być na tyle powierzchowny, by znajdować szczęście w pięknie, poczytności czy liczbie napisanych przez siebie książek. Ktoś taki nie pragnie za pomocą literatury zbawiać świata, chce jedynie przetrwać trudny dzień. A wszystkie dni są trudne. Życie jest trudne, gdy nie piszesz - bo nie piszesz. I wówczas, gdy piszesz - bo pisanie jest trudne. W tych niełatwych momentach chodzi o to, by znaleźć nadzieję, która pozwoli ci przetrwać od rana do wieczora, i jeżeli napisana strona lub przeczytana książka, która otwiera przed tobą nowe światy, jest dobra, poczuć radość - choćby tylko przez ten jeden dzień".

Orhan Pamuk, Domniemany pisarz [w:] Inne kolory, tłum. A. Akbike Sulimowicz, T. Kunz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012, s. 13-15.

Źródło: Czytane nocą...

Źródło zdjęcia: http://www.guardian.co.uk/books/booksblog+orhanpamuk

środa, 25 lipca 2012

Jestem bookish writerem

Monika Dąbrowska: W "Domu ciszy" napisał pan: "Mężczyznom nie należy zadawać zbyt wielu pytań. Ciekawość zostaw kotom".

Orhan Pamuk: - Dziękujmy Bogu za ciekawość. Jestem typem człowieka, który lubi uczyć się wielu rzeczy samodzielnie i w taki też sposób poznawać świat. Studiowałem architekturę, po trzech latach rzuciłem to, później skończyłem dziennikarstwo, ale muszę przyznać, że nie nauczyłem się zbyt wiele w szkołach. Moim źródłem poznania były książki, chodziłem do antykwariatów, księgarń, bibliotek, żeby móc czytać i dowiadywać się. Jestem szczęśliwy, gdy spotykam człowieka przepełnionego ciekawością jak kot.

Stambuł jest dla pana jak Nowy Jork dla Woody'ego Allena - inspiracją i częścią osobowości?

 - Mój Stambuł lat 50. i 70., który opisałem w autobiografii "Stambuł. Wspomnienia i miasto", to miasto czarno białych ulic, ze śladami dawnej świetności otomańskiego imperium. Miasto na krańcach Europy widziane oczami dziecka. Ten mój Stambuł był miastem trzymilionowym, dzisiaj mieszka tu prawie 14 mln ludzi, bo przybyło 10 mln migrantów z Anatolii. Część z tego, co się w tym mieście dzieje, już opisałem, a może opiszę coś jeszcze.  Ktoś mnie niedawno zapytał na Uniwersytecie Columbia, czy napiszę książkę o Nowym Jorku. Nie, nigdy nie napiszę książki o innym mieście. Nadal będę pisał powieści o Stambule. Słowo "inspiracja" jest dla mnie przesłodzone. Moje relacje z tym miastem są bardziej przyziemne. Nidy go nie wybielałem, choć uszlachetniałem jego smutek. Staram się o nim mówić tak, jak inni mówią o swoich dłoniach. Nie mówię: "Oto moja ręka, jest wyjątkowo ładna". Nie, ja mówię: "Oto ręka. Żyje mi się z nią dobrze, bo jest moja".

Europejczycy uważają Konstantynopol za jedno z centrów starożytnego i średniowiecznego świata, a jego upadek za koniec starożytnej kultury. Czym dla Turków jest Stambuł i jego przeszłość?

- Ja wierzę w koncepcję gorącej i zimnej historii. Ta gorąca ukształtowała nas w ciągu ostatnich 200 lat, reszta jest czymś na kształt dekoracji. To, co się wydarzyło 600 lat temu, jest interesujące, czytamy o tym, ale to, co nas naprawdę ukształtowało, to ostatnie 100, a nawet 50 lat. Dla mnie istotna jest nie tyle historia, ile kultura jako ciągłość procesów. Ubóstwo, religie, sekularyzacja, polityka, problemy narodowościowe, bogactwo kultury, siła państwa - to są kwestię, które mnie zajmują.

Wyjaśni pan, co to jest huzun?

 - To arabskie słowo przypominające europejską melancholię. W "Stambule" poświęciłem cały rozdział temu zjawisku. Melancholia jest osobistym odczuciem, a huzun Stambułu jest właściwy dla całej społeczności. To także jest pewien sposób życia. U jego podstaw leży przekonanie, że żyjemy na krańcu Europy, poddajemy się wpływom zachodnim, ale prowadzimy skromne, wręcz biedne życie. Oznaki świetności imperium otomańskiego w miarę upływu czasu przeistaczały się w ruinę, a zmiany, na które liczyliśmy, nie zachodziły tak szybko jak w Europie, która jest przecież tak blisko. To powodowało frustrację. W latach 50. i 60. myśleliśmy, że nic się nie zmieni. Zadałem sobie kiedyś pytanie: jakie uczucia wywołuje we mnie krajobraz Stambułu? To uczucie zbliżone do melancholii, ale bliższe temu, co Arabowie i Turcy nazywają huzun. I według mnie to jest istota tego miasta. Bo huzun można porównać do japońskiej szlachetnej ułomności, tego, że niemożliwe jest osiągnięcie bezwzględnego sukcesu, bo żyje się we wspólnocie, w której każdy od kogoś zależy i nawzajem się ogranicza. W takiej filozofii dojrzewało całe miasto w latach 50., 60. i 70. Teraz ludzie chcą być bogaci i szczęśliwi, nie wstydzą się tych pragnień. Może tureckie huzun już przeminęło?

Zglobalizowany świat nie pozwoli nam na zachowanie odrębnych tożsamości?

- Złe w globalizacji jest to, co prowadzi do zacierania różnic i do wzrostu międzynarodowego kapitału. Ale z drugiej strony otwierają się społeczeństwa żyjące na uboczu świata. Globalizacja wprowadza nie tylko gospodarczy, ale i polityczny liberalizm, wolność słowa. Zbliża nas do siebie, pozwala na swobodną wymianę myśli. A ludzie i idee powinni swobodnie krążyć po świecie.

W "Stambule" pisze pan o wielkiej rodzinie, która mimo konfliktów żyje pod jednym dachem.

 - Moja rodzina krótko przed moimi narodzinami przeniosła się z wielkiego domu w otomańskim stylu do nowoczesnej kamienicy, w której rodzice zajęli jedno z mieszkań, podobnie jak moja ciotka i jej mąż czy moja babka. I tak z domu, w którym kilka rodzin dzieliło wspólne skrzydło, przenieśliśmy się do kamienicy, w której większość drzwi prowadzących do mieszkań była zamknięta. Ten dom sprawiał wrażenie tłocznego, szczególnie podczas posiłków, kiedy cała rodzina zasiadała do stołu. Po jakimś czasie, kiedy fortuna rodzinna została uszczuplona, wyprowadziliśmy się - ja, mój brat i rodzice - do innego mieszkania, bardziej w stylu europejskim. Później wziąłem ślub, zamieszkałem osobno, a potem się rozwiodłem. 50 lat temu mieszkałem z 30-osobową rodziną, teraz żyję sam. To efekt nowoczesności. Czy jest mi z tego powodu smutno? Tak. Ale w mojej naturze leży potrzeba bycia samemu. Składam się z takich sprzeczności: tęsknię za dużą rodziną, ale w tym samym czasie chcę być sam w swoim pokoju.

W "Nowym życiu" pierwsze zdanie brzmi "Przeczytałem kiedyś pewną książkę i całe życie się zmieniło". To możliwe?

 - Jeżeli jesteś nieszczęśliwy, świat cię uwiera, to właśnie w taki radykalny sposób czytasz, całym sobą. Świat eksploduje i odnajdujesz nowe życie. Ja tak czytałem, jakbym oczekiwał, że nagle spłynie na mnie światło. Jeżeli jakaś książka zatruwała mnie, natychmiast sięgałem po następną, jak po odtrutkę. Jestem bookish writerem, jak mówią Anglosasi, przyznaję się. Bookish writer ma ograniczone doświadczenie życiowe i czerpie je z przeżyć innych. Nie chciałem być kimś takim. Może teraz, w wieku 57 lat, coraz mniej we mnie z takiego bookish writera, coraz bardziej chcę się komunikować z ludźmi. Ale kiedy miałem 20 lat, chciałem pisać tak jak Dostojewski, Tołstoj czy Gombrowicz.

To oni są pana mistrzami?

- Dla mnie czterej najwięksi to: Tołstoj, Dostojewski, Proust i Mann. Oczywiście są i inni: Calvino, Borges, Nabokov czy Poe - oni wywołali we mnie chęć do eksperymentów. Ciągle wierzę w sztukę bawienia się narracją, szkatułkowych historii. Doprowadzania do tego, że koniec opowiadania pozwala spojrzeć na świat w zupełnie inny sposób albo że możesz odwrócić świat do góry nogami.