Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerome Jerome K.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerome Jerome K.. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 grudnia 2012

Nie wierzcie prognozie pogody

Jerome K. Jerome z przyjaciółmi
"Uważam, że ze wszystkich głupawych, dziecinnych wybryków, jakimi jesteśmy nękani, ta szarlataneria z „prognozą pogody" nale­ży do najdokuczliwszych. „Prognozuje" pogodę dokładnie taką samą jak wczorajsza i przedwczorajsza, dokładnie zaś odwrotną do dzi­siejszej.
Pamiętam, że kiedyś zupełnie sobie zmarnowałem jesienny urlop gdyż potraktowałem poważnie notkę o pogodzie w lokalnej gazecie. „Na dzień dzisiejszy przewiduje się możliwość ulewnych deszczów i burz" - czytaliśmy w poniedziałek, więc rezygnowaliśmy z pikniku i spędzaliśmy cały dzień pod dachem, czekając na deszcz. Ludzie mijali nasz dom w kabrioletach i koczach, radośni jak szczygiełki, a słońce prażyło z bezchmurnego nieba.
- Och! - mówiliśmy, wyglądając przez okno - wrócą cali przemoczeni!
Rechotaliśmy na myśl, jak strasznie zmokną, dorzucaliśmy do ognia i sięgaliśmy po książki bądź siadaliśmy do porządkowania zielników i kolekcji muszelek. O dwunastej, gdy upał w nasłonecznionym pokoju stawał się nie do zniesienia, zaczynaliśmy się nie­cierpliwić, kiedy wreszcie nadciągną te ulewne deszcze i przelotna burze.
- Zobaczysz, co się będzie działo po południu! - mówiliśmy sobie nawzajem. - Ale ich zmoczy! Co za ubaw!
O pierwszej gospodyni przychodziła spytać, czy nie zamierzamy nigdzie wyjść w taki cudowny dzień.
- Nie, nie - odpowiadaliśmy z poczuciem wyższości w głosie - I dziękujemy za radę. Kto chce, niech moknie, jego sprawa!
Kiedy miało się już ku wieczorowi, a deszcz jak nie padał, tak nie padał, próbowaliśmy pocieszać się myślą, że lunie z jasnego nieba, złapie ludzi w drodze do domu, z dala od wszelkiego schronienia i wtedy dopiero wytapiają się aż miło. Nie spadała jednak ani kropla, a po wspaniałym dniu nadchodziła cudowna noc.
Następnego ranka czytaliśmy, że będzie „ciepło i bezchmurnie, lokalne upały". Ubieraliśmy się więc przewiewnie i wychodziliśmy z domu. Pół godziny później zaczynało pluć żabami i wzmagał sil ostry, przenikliwy wiatr. „Ciepła i bezchmurna" pogoda utrzymywała się przez cały dzień, więc wracaliśmy do domu przeziębieni i połamani reumatyzmem, aby położyć się do łóżka.
Pogoda jest czymś, co mnie zupełnie przerasta. Nie potrafię zrozumieć, jak to działa. Barometr jest bezużyteczny, równie zwodniczy jak prognoza w gazecie.
Pamiętam barometr, który wisiał na ścianie w hotelu w Oksfordzie, gdzie się zatrzymałem zeszłej wiosny. Wskazówka stała nie­ruchomo na „pogodnie". Na zewnątrz lało jak z cebra, od samego rana. Coś mi się tu nie zgadzało, więc postukałem, a wskazówka zaraz podskoczyła i zatrzymała się na „słonecznie". Przechodzący obok boy hotelowy rzucił w przelocie, że jego zdaniem barometr ma na myśli dzień jutrzejszy. Odparłem, że chyba ma na myśli przedo­statni tydzień, ale boy był pewien, że się mylę.
Następnego ranka znów postukałem w barometr. Poszedł jeszcze wyżej, a deszcz padał, jakby otworzyły się wszystkie spusty niebie­skie. W środę znów postukałem. Wskazówka minęła „pogodnie", „słonecznie, „upalnie" i chciała iść dalej, ale skończyła się skala. Starała się, jak mogła, ale przyrząd był tak skonstruowany, że bar­dziej optymistyczne przepowiednie doprowadziłyby do jego znisz­czenia. Najwyraźniej chciała pójść dalej, wywróżyć suszę, niedobo­ry wody pitnej, udar słoneczny, pustynnienie gleby i temu podobne, lecz skala na to nie pozwalała; wskazówka musiała się zadowolić pospolitym „upalnie".
Tymczasem deszcz lał z nieba miarową strugą, a dolna część mia­sta znalazła się pod wodą, gdyż rzeka wystąpiła z brzegów.
Boy powiedział, że dłuższy okres świetnej pogody kiedyś bez wąt­pienia będziemy mieli, po czym odczytał poemat wydrukowany nad wyrocznią:

Po cóż wróżyć na jutro, skoro dzień mija za dniem, rok za rokiem.
Ku dalszym horyzontom patrzę mym proroczym wzrokiem.

Tamtego lata piękna pogoda nie nadeszła. Sądzę, że przyrząd był już myślami przy następnej wiośnie.
Są też te barometry w nowym stylu, długie i proste. Za nic nie mogę się w nich połapać. Jedna strona pokazuje dziesiątą rano wczoraj, druga - dziesiątą rano dzisiaj. Ale przecież trudno dzień w dzień tak wcześnie wstawać. Te nowe barometry są strasznie udziwnione: pada, idą do góry, nie pada - też idą do góry. Jak w nie postukać, wcale nie reagują. Trzeba wziąć poprawkę na wysokość nad poziomem morza i przeliczyć wszystko na fahrenheity, a potem i tak nie wiem, czy mam zabrać ze sobą parasol. Ale kto chce, żeby mu wywróżyć złą pogodę? Wystarczy, że nas sponiewiera, jak przyjdzie. Po co się jeszcze wcześniej zamartwiać? Ze wszystkich proroków najbardziej lubimy starca, który w wyjątowo ponury poranek, kiedy nam wyjątkowo zależy na pięknej pogodzie mierzy horyzont przenikliwym okiem i mówi:
- Nie ma zmartwienia, łaskawy panie, na pewno się przejaśni. Jak nic się rozchmurzy, łaskawy panie.
„Furda barometry, ten się dopiero zna - myślimy, życząc mu miłego dnia. - Ależ ci staruszkowie czują te sprawy w kościach!"
Naszej sympatii do staruszka nie umniejsza okoliczność, że wca­le się nie przejaśnia, tylko leje rzęsiście przez cały dzień. „No cóż - myślimy - starał się".
Inaczej z człowiekiem, który wróży złą pogodę. Wobec niego ży­wimy tylko gorzkie, mściwe uczucia.
- Przejaśni się, myśli pan? - wołamy wesoło, mijając go.
- Gdzie tam, łaskawy panie, jeszcze się zaciągnie - odpowiada, potrząsając głową.
„Stary dureń - mruczymy pod nosem - o niczym nie ma pojęcia!" Jeśli jego proroctwo się sprawdzi, wracamy do domu jeszcze bar­dziej rozgniewani, gdyż dręczy nas niejasne podejrzenie, że maczał w tym palce."

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)", tłumaczenie Tomasz Bieroń.

piątek, 30 listopada 2012

Wróć obejrzeć czaszki!


Katedra w Hereford - ściana grobowa.

Może to jakaś skaza na charakterze, ale mnie osobiście nigdy nie ciągnęło do nagrobków. Wiem, że tak wypada kiedy przyjedziesz do jakiejś wsi czy miasteczka, powinieneś zaraz pędzić na cmentarz i zachwycać się mogiłami. Ja jednak zawsze sobie odmawiam tej rozrywki. Nie bawią mnie też spacery po mrocznych, wyziębionych kryptach i odczytywanie epitafiów w towarzy­stwie dychawicznych staruszków. Nawet widok winkrustowanego w kamień kawałka pękniętego mosiądzu nie budzi we mnie uczucia prawdziwego szczęścia.
Jakże wstrząśnięci są zacni zakrystianie, widząc, z jakim ka­miennym obliczem czytam ekscytujące tablice pamiątkowe, jak nik­ły entuzjazm budzą we mnie dzieje miejscowych rodów, a moje źle skrywane pragnienie, by wyjść na zewnątrz, rani ich uczucia.
W pewien złocisty, słoneczny poranek opierałem się o niski, ka­mienny murek, który otaczał niewielki wiejski kościółek. Pykałem z fajki i oddychałem słodyczą, jaką tchnął ten sielski, cichy obrazek - szary, sędziwy kościółek, porosły bluszczem, z osobliwym rzeźbio­nym w drewnie gankiem; biała drożyna wijąca się ze wzgórza po­między szpalerem strzelistych wiązów; kryte strzechą chaty, wy­zierające sponad starannie przystrzyżonych żywopłotów; srebrzy­sta rzeka w parowie, lesiste wzgórza w oddali!
Pejzaż był cudowny, idylliczny, poetycki. Wzbudził we mnie wzniosłe pragnienia. Poczułem się dobry i szlachetny. Ogarnął mnie wstręt do wszelkiego grzechu i występku. Zamieszkam w tej wsi i już nigdy nie wyrządzę nikomu krzywdy, będę prowadził przy­kładne, nienaganne życie, na starość moje włosy przyprószy siwi­zna, nobliwą twarz pobrużdżą zmarszczki...
W tym momencie wybaczyłem wszystkim moim znajomym i krew­nym ich występność i złośliwość i pobłogosławiłem im. Nie wiedzieli, że im pobłogosławiłem. Oddawali się swemu zatraconemu życiu zu­pełnie nieświadomi tego, co ja, hen, daleko, w tej cichej wiosce dla nich uczyniłem. Jednak uczyniłem to, i żałowałem tylko, że nie mogę dać im o tym znać, bo chciałem, żeby byli szczęśliwi. Wciąż pogrążony byłem w tych wszystkich wzniosłych, tkliwych myślach, gdy nag­le wytrącił mnie z rozmarzenia ostry, piskliwy głos:
-Już idę, panie złoty, już idę. Ze wszystkim się zdąży, proszę łaskawego pana.
Podniosłem wzrok i ujrzałem zarośniętego starca: kuśtykał ku mnie przez cmentarz, niosąc w ręku potężny pęk kluczy, które trzęsły się i dzwoniły przy każdym kroku.
Szlachetnym, milczącym gestem dałem mu znak, by nie zakłócał mi spokoju, lecz on dalej się zbliżał, skrzecząc bez ustanku:
- Już idę, panie złoty, już idę. Trochu jestem chromy. Jużem nie taki żwawy jak onegdaj. Tędy, łaskawco.
- Odejdź, obmierzły starcze, pókiś cały - powiedziałem.
- Zarazem przyleciał, panoczku - odparł. - Moja kobita ino co was ujrzała. Pan pójdzie za mną.
- Odejdź - powtórzyłem - zostaw mnie, zanim wyjdę z siebie i przetrącę ci kark.
Robił wrażenie zaskoczonego.
- Pan nie chce zobaczyć grobowców? - spytał.
-Nie - odparłem. - Nie chcę. Chcę zażyć chwili samotności, wsparty o ten krzepki, stary mur. Odejdź, nie przeszkadzaj mi. Ki­pią we mnie piękne i szlachetne myśli, gdy tak stoję, i jeszcze po­stoję, bo to przyjemne i zdrowe. Na to przychodzisz ty, dręczysz mnie i doprowadzasz do szału, odpędzasz wszystkie moje wzniosłe uczucia tym swoim głupim gadaniem o grobowcach. Odejdź i za­łatw sobie tani pochówek, a ja zapłacę połowę kosztów.
Zamurowało go na chwilę. Przetarł oczy i przyjrzał mi się uważ­nie. Od zewnątrz wyglądałem na istotę z tego świata, więc coś mu się nie zgadzało.
- Pan nietutejszy? Pan tu nie mieszka?
- Nie - odparłem - nie mieszkam. Gdybym mieszkał, ciebie by tu nie było.
- Ano to pan chce obejrzeć grobowce - groby - pochowane ludzie, wie pan - trumny!
- Kłamco! - odrzekłem, tracąc panowanie nad sobą. - Nie chcę oglądać grobowców - twoich grobowców. W imię czego? Mamy swo­je własne groby, moja rodzina. Mój wujek Podger ma grób na cmen­tarzu Kensal Green, który jest ozdobą całej okolicy. Krypta mojego dziadka w Bow może pomieścić ośmiu zwiedzających, a moja cioteczna babka Susan ma ceglany grobowiec na cmentarzu w Finwiley, z płaskorzeźbą w kamieniu nagrobnym, która przypomina czajniczek do kawy. Płyta nagrobna kosztowała ciężkie pieniądze. Kiedy zapragnę grobów, tam się idę rozkoszować. Nie chcę grobów obcych ludzi! Ale jak ciebie pochowają, wpadnę złożyć wizytę na twoim grobie. To wszystko, co mogę dla ciebie zrobić.
Wybuchnął płaczem. Powiedział, że na jednym z grobów jest odła­mek kamienia, który ponoć stanowi pozostałość figury mężczyzny, a innym zaś wygrawerowane są słowa, których nikomu nie udało się jeszcze odcyfrować.
Byłem nieustępliwy. Łamiącym się głosem zapytał:
- Może zobaczy pan przynajmniej pamiątkowe okno.
Nie ugiąłem się nawet przed tą pokusą, więc uciekł się do swego ostatniego atutu. Podszedł bliżej i wyszeptał chrapliwie:
- Mam w krypcie parę trupich czaszek, chodź pan obejrzeć. Tak, tak, chodź obejrzeć trupie czaszki! Młody człowiek na wakacjach musi się trochę rozerwać. Chodź obejrzeć moje czaszki!
Odwróciłem się i uciekłem, a gdy biegłem, słyszałem jego nawo­ływania:
-Tak, tak, chodź obejrzeć moje czaszki! Wróć obejrzeć czaszki!

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)", tłumaczenie Tomasz Bieroń.

Pakowanie jest moją chlubą


Źródło
Zaproponowałem, że będę pakował. Przyznaję bez bicia, że pakowanie jest moją chlubą. Należy do tych licznych umiejętności, w których czuję się niedoścignionym mistrzem. (Sam jestem czasem zaskoczony, jak wiele jest tych dzie­dzin). Nie widziałem powodu, by kryć się z tym przed George'em i Harrisem. Powiedziałem, żeby mnie pozostawili całą sprawę. Gotowość, z jaką przystali na moją propozycję, miała w sobie coś taje­mniczego. George nabił fajkę i umościł się w fotelu, a Harris skrzy­żował nogi na stole i zapalił cygaro.
Rozmijało się to zupełnie z moimi intencjami. Chodziło mi, rzecz jasna, o to, bym ja sterował całą robotą, a oni karnie wykonywali polecenia, no, chyba że nie umieliby sobie z czymś poradzić - odsu­wałbym ich wtedy na bok z życzliwym „Ech, ty...", „Daj, ja to zro­bię", „Proszę, wcale nie takie trudne!" Słowem, chciałem, żeby się odrobinę podszkolili pod moim kierunkiem. Byłem poirytowany, że tak opacznie mnie zrozumieli. 
Nic mnie bardziej nie irytuje niż wi­dok ludzi, którzy się obijają, gdy ja pracuję. Mieszkałem kiedyś z człowiekiem, który doprowadzał mnie tym do szaleństwa. Rozwalał się na sofie i godzinami patrzył, jak pracu­ję koło domu, chodził za mną po pokojach i wodził za mną oczyma. Powiedział, że to dla niego prawdziwe dobrodziejstwo tak patrzeć, jak się krzątam. Nabiera dzięki temu przekonania, że życie nie jest czczym snem, który można przedrzemać, ziewając z rzadka, lecz wzniosłym posłannictwem, pełnym trudów i obowiązków. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem zupełnie się nie załamał, zanim mnie po­znał, gdy nie miał nikogo, komu mógłby się przyglądać przy pracy.
Ja jestem z innej gliny. Nie potrafię siedzieć bezczynnie i pat­rzeć, jak ktoś inny wypruwa sobie żyły. Ja chcę wstać i nadzorować, chodzić dokoła niego z rękami w kieszeniach i mówić, co ma robić. Taką już mam energiczną naturę. To silniejsze ode mnie.
Nic jednak nie powiedziałem, tylko zacząłem pakowanie. Robota okazała się bardziej czasochłonna, niż początkowo sądziłem. W końcu jednak zapakowałem walizę, usiadłem na niej i zapiąłem rzemienie.
- Nie będziesz pakował butów? - spytał Harris.
Rozejrzałem się dokoła i stwierdziłem, że istotnie zapomniałem o butach. Cały Harris. Nie mógł, oczywiście, pisnąć choć słówka, zanim zamknąłem i zapiąłem walizę. A George zaśmiał się - tym swoim irytującym, głupkowatym, rzężącym śmiechem, który dopro­wadza mnie do białej gorączki.
Otworzyłem walizę i włożyłem do środka buty. Nagle, gdy mia­łem ją z powrotem zamknąć, naszła mnie straszna myśl. Czy zapa­kowałem swoją szczoteczkę do zębów? Nie wiem, jak to się dzieje, ale nigdy nie pamiętam, czy zapakowałem szczoteczkę do zębów.
Szczoteczka do zębów zawsze mnie prześladuje podczas podróży, i zatruwa mi życie. W nocy śni mi się, że jej nie zapakowałem, bu­dzę się zlany zimnym potem, wstaję z łóżka i wszędzie jej szukam. Rano pakuję ją, zanim umyję zęby, po czym się okazuje, że jest na samym dnie walizki. Przy ponownym pakowaniu zapominam ją włożyć do środka, w ostatniej chwili biegnę po nią na górę i niosę na stację w chusteczce do nosa.
Oczywiście musiałem przetrząsnąć całą walizę i oczywiście szczo­teczki do zębów nie znalazłem. Gdy wszystko przerzuciłem, dokoła powstał chaos, jaki zapewne poprzedzał stworzenie świata. Oczy­wiście na George'ową i Harrisową natknąłem się po sto razy, ale swojej nie znalazłem. Wkładałem rzeczy do walizki po jednej, uno­sząc je i potrząsając. Znalazłem szczoteczkę w bucie. Znów wszyst­ko zapakowałem.
Kiedy skończyłem, George spytał, czy jest w środku mydło. Po­wiedziałem, że guzik mnie obchodzi, czy jest w środku mydło.

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa), tłumaczył Tomasz Bieroń.

wtorek, 13 listopada 2012

Wyrzuć balast, człowiecze!

- Podeszliśmy do tego od złej strony - powiedział George. - Nie zastanawiajmy się nad rzeczami, które by się przydały, lecz nad tymi, bez których nie możemy się obejść.
George okazuje się czasem bardzo rozsądny. Zdziwilibyście się. Przemówiła przez niego czysta mądrość. Jego uwaga na temat ba­gażu ma szersze zastosowanie, także w odniesieniu do naszej że­glugi rzeką żywota. Iluż to ludzi, płynąc w ten rejs, niebezpiecznie przeciąża swoją łódź niedorzecznymi przedmiotami, które wydają się im niezbędnym warunkiem przyjemności i komfortu podróży, lecz w istocie są tylko zbędnym balastem.
Aż po wierzchołki masztów upychają biedny stateczek pięknymi strojami i wielkimi domami; niepotrzebną służbą i zgrają szykownych przyjaciół, którzy nie daliby za nich złamanego szeląga, choć sami nie są ani tyle warci; drogimi rozrywkami, które nikogo nie cieszą, ceregielami i modami, snobizmem i ostentacją, i wreszcie - och, najcięższy to, najbardziej szalony balast ze wszystkich! - oba­wą przed tym, co pomyśli sąsiad; zbytkami, które tylko zawadzają, rozrywkami, które nudzą, pustym przepychem, który jest jak daw­nymi laty żelazna korona na głowie przestępcy, co wykrwawia i bó­lem przepełnia dźwigające ją skronie!
Wszystko to balast, człowiecze próżny - wszystko to balast! Wy­rzuć go za burtę. Czyni on łódź tak ciężką, że niemal omdlewasz przy wiosłach. Czyni ją bezwładną i niebezpieczną w manewrowa­niu, toteż ani na chwilę nie zaznasz ulgi od brzemienia troski i niepokoju, ani na chwilę nie pogrążysz się w rozmarzonej opiesza­łości - nie znajdziesz czasu, by spojrzeć, jak muskane wiatrem cie­nie falują na mieliźnie, jak promienie słońca mienią się połyskliwie pośród wodnych zmarszczek, jak wielkie drzewa nad brzegiem chy­lą głowy, by zobaczyć swą podobiznę; nie znajdziesz czasu, by spoj­rzeć na złocistozielone lasy, na lilie białe i żółte, na falowanie sito­wia, na turzyce, na storczyki, na niebieskie niezapominajki.
Wyrzuć balast, człowiecze! Niech łódź twego żywota będzie lek­ka, załaduj na nią tylko to, czego naprawdę potrzebujesz - przytulny dom, proste przyjemności, paru przyjaciół godnych tego miana, osobę, którą kochasz i która ciebie kocha, kota, psa, zapas fajek, Pod dostatkiem żywności i pod dostatkiem ubrań oraz trochę więcej niż pod dostatkiem napoju; pragnienie jest bowiem rzeczą niebez­pieczną.
Od razu się przekonasz, że łodzią łatwiej się steruje, że jest mniej: wywrotna, a nawet jeśli się wywróci, to nie szkodzi: rzetelnemu rzemiosłu woda niestraszna. Będziesz miał czas i pracować, i myś­leć. Będziesz miał czas spijać słodycz żywota - będziesz miał czas słuchać eolskiej muzyki, którą boży wiatr wygrywa na harfach ludzkich serc - będziesz miał czas...
Najmocniej przepraszam, zboczyłem z tematu.

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)".

niedziela, 11 listopada 2012

Jak starszy wiekiem domator zawiesza obraz


Cały Harris, cały on - zawsze gotów dźwignąć brzemię obowiąz­ków i włożyć je na cudze barki. Zawsze mi przypomina mojego biednego wujka Podgera. Cały dom stawał na głowie, gdy tylko wujek Podger postanowił wykonać jakąś robotę. Załóżmy, że od ramiarza przynieśli obraz, który stał w jadalni i czekał, by go powiesić na ścianie. Ciocia Podger pytała, co z nim zrobić, a wujek Podger odpowiadał:
- Och, zostaw to mnie. Niech żadne z was nie zaprząta sobie tym głowy. Ja to zrobię.
Po czym zdejmował marynarkę i zabierał się do pracy. Najpierw posyłał służącą po gwoździe za sześć pensów, potem rozkazywał któremuś z chłopców, żeby ją dogonił i powiedział, jakie to mają być gwoździe; od tego momentu stopniowo brał do galopu cały dom.
- Idź i przynieś mi młotek, Will! - wołał - a ty, Tom, przynieś linijkę. Będę potrzebował drabinę, i taboret kuchenny też się przy­da. Aha, Jim! pobiegniesz do pana Gogglesa i powiesz: „Tato po­zdrawia i pyta, jak szanowna noga i czy mógłby pożyczyć waserwagę?" Ty zostań, Mario, bo będę potrzebował kogoś do przytrzyma­nia światła. Kiedy wróci służąca, pójdzie jeszcze raz po kawałek sznurka. Aha, Tom! Gdzie jest Tom? Tom, chodź no tutaj, podasz mi obraz.
Potem podnosił obraz, upuszczał go, a gdy dzieło wypadało z ramy, chwytał za szybę, żeby się nie stłukła, i przecinał sobie dłoń, po czym gonił po całym pokoju, szukając chusteczki do nosa. Nie mógł znaleźć chusteczki, bo była w kieszeni marynarki, którą zdjął, a ponieważ nie wiedział, gdzie położył marynarkę, domow­nicy musieli zaprzestać poszukiwań narzędzi, aby zacząć szukać marynarki, podczas gdy on przetwierał się i wszystkim przesz­kadzał.
- Czy w całym domu nie ma nikogo, kto wie, gdzie jest moja ma­rynarka? Słowo daję, nigdy w życiu nie spotkałem takiej udanej paczki. W sześć osób nie potrafią znaleźć marynarki, którą odłoży­łem ledwie pięć minut temu! A niech was...
Gdy potem wstawał i okazywało się, że cały czas na niej siedział, wołał do wszystkich:
- Możecie się już nie wysilać! Sam znalazłem. Równie dobrze mógłbym kazać kotu, żeby mi coś przyniósł.
Kiedy po półgodzinie palec został obwiązany, przyniesiono nową szybę i narzędzia, i drabinę, i świecę, podejmował jeszcze jedną próbę, a rodzina, łącznie z dziewczyną na posyłki i służącą, stawała półkolem, gotowa do pomocy. Dwie osoby musiały trzymać krzesło, trzecia pomagała wujkowi na nie wejść, czwarta podawała mu gwóźdź, piąta młotek. Brał gwóźdź do ręki i upuszczał na podłogę.
- No masz! - mówił obrażonym tonem. - Teraz znowu gwóźdź diabli wzięli.
Rodzina padała na kolana i myszkowała po kątach, podczas gdy on stał na krześle, jęczał i pytał, czy ma tak stać cały wieczór.
Gdy wreszcie gwóźdź się znalazł, wujek stwierdzał, że zapodział gdzieś młotek.
- Gdzie młotek? Co zrobiłem z młotkiem? Święci pańscy! Stoicie tu jak cielęta, gapicie się i nie wiecie, co zrobiłem z młotkiem!
Znajdowaliśmy młotek, a wówczas tracił z oczu miejsce, które sobie zaznaczył na ścianie pod gwóźdź. Musieliśmy kolejno stawać obok niego na krześle i próbować dojrzeć znak. Każde z nas do­strzegało go gdzie indziej, toteż wyzywał nas od durniów. Następ­nie brał linijkę i mierzył od nowa, a kiedy wychodziło, że potrzeba mu połowy z trzydziestu jeden i trzech ósmych cala, dostawał białej gorączki.
Wszyscy usiłowaliśmy policzyć to w głowach, każde z nas docho­dziło do innego wyniku i szydziliśmy z siebie nawzajem. W ogólnym harmidrze zapominaliśmy, jaką liczbę należało podzielić, w związ­ku z czym wujek Podger musiał dokonać kolejnego pomiaru.
Tym razem używał do tego celu kawałka sznurka, i w momencie krytycznym, gdy stary głupiec wychylał się na krześle pod kątem czterdziestu pięciu stopni, aby sięgnąć trzy cale dalej, niż pozwalało mu prawo ciążenia, sznurek wyślizgiwał mu się z palców i wujek spadał na fortepian, a nagłość, z jaką jego głowa i tułów uderza­ły we wszystkie klawisze naraz, wytwarzały znakomity efekt mu­zyczny. Ciotka Maria mówiła wtedy, że nie zgadza się, aby dzieci słucha­ły takiego języka.
Wreszcie wujek Podger ustalał ponownie miejsce pod gwóźdź, lewą ręką przytykał go do ściany, a w prawą brał młotek. Pierw­szym uderzeniem rozbijał sobie kciuk i z wrzaskiem upuszczał mło­tek na czyjeś stopy.
Ciotka Maria występowała z postulatem, aby następnym razem wujek uprzedził ją odpowiednio wcześnie o zamiarze wbicia gwoź­dzia, to zorganizuje sobie na ten okres tygodniowy wyjazd do swojej matki.
- Ech, wy kobiety, z wszystkiego robicie wielki problem - repli­kował wujek Podger. - Przecież ja lubię od czasu do czasu machnąć jakąś robótkę.
Potem podejmował jeszcze jedną próbę i tym razem, przy drugim uderzeniu, gwóźdź cały znikał w ścianie, za nim pół młotka, a wu­jek nabierał takiego impetu, że prawie rozkwaszał sobie nos.
Potem musieliśmy znowu znaleźć linijkę i sznurek, lecz po kolej­nych próbach tynk odpadał całymi płatami. Wreszcie, koło północy, obraz wisiał - krzywo i niepewnie, a całe połacie ściany dokoła wy­glądały jak równane grabiami. Wszyscy byliśmy ledwo żywi i przy­bici - z wyjątkiem wujka Podgera.
- No proszę! - mówił, schodząc ciężko z krzesła wprost na odciski służącej i z dumą lustrując dokonane przez siebie spustoszenia. -Są ludzie, którzy wzywają do takiej drobnostki fachowca!

Jerome K. Jerome "Trzech panów w łódce (nie licząc psa)", tłumaczył Tomasz Bieroń.

niedziela, 28 października 2012

Ofiara stu siedmiu śmiertelnych chorób

Jerome K. Jerome ze swoim psem
Było nas czterech - George, William Samuel Harris, ja i Montmorency. Siedzieliśmy w moim pokoju, paliliśmy i rozmawialiśmy o tym, jak bardzo z nami źle - oczywiście z medycznego punktu widzenia.
Czuliśmy się wszyscy podle, co budziło w nas poważne obawy. Harris powiedział, że miewa czasem tak gwałtowne zawroty głowy, że nie wie, gdzie góra, a gdzie dół. Na to odezwał się George, że i on ma czasem podobne wątpliwości. U mnie z kolei szwankowała wąt­roba. Wiedziałem, że szwankuje mi wątroba, ponieważ dopiero co przestudiowałem prospekt opatentowanych pigułek na wątrobę, gdzie wyszczególnione były rozmaite objawy, na podstawie których człowiek może rozpoznać, że szwankuje mu wątroba. Miałem je wszystkie.
Dziwna rzecz, ale jeszcze mi się nie zdarzyło, abym przeczytaw­szy prospekt opatentowanego lekarstwa, nie uznał, że cierpię na odnośną chorobę w jej najbardziej zjadliwej formie. Diagnoza zdaje się zawsze dokładnie odpowiadać wszelkim boleściom, jakie kiedy­kolwiek odczuwałem.
Pamiętam, jak pewnego dnia poszedłem do British Museum, aby poczytać o metodzie leczenia pewnej dolegliwości, która w stopniu śladowym u mnie wystąpiła - bodajże katar sienny. Zdjąłem książ­kę z półki i przeczytałem wszystko, co na ten temat znalazłem. Po­tem, z czystego roztargnienia, zacząłem bezmyślnie przewracać kartki i leniwie przyswajać sobie wiedzę o różnych chorobach, bar­dzo ogólną. Wyleciało mi z głowy, w jaką dolegliwość zagłębiłem się na początku - na pewno w jakąś straszliwą, śmiercionośną zarazę - lecz zanim dotarłem do połowy listy „objawów ostrzegawczych", nie miałem najmniejszych wątpliwości, że mnie dopadła.
Dłuższą chwilę siedziałem zmartwiały z przerażenia; potem, zo­bojętniały z rozpaczy, zacząłem znów wertować książkę. Doszedłem do tyfusu - przeczytałem objawy - odkryłem, że mam tyfus, i to od wielu miesięcy - pomyślałem sobie, ciekawe, co jeszcze mam. Prze­wróciłem stronicę na taniec św. Wita: zgodnie z oczekiwaniami stwierdziłem, że i pląsawica mi nie przepuściła. Postanowiłem za­poznać się ze swoim przypadkiem dogłębnie. I tak, rozpoczynając alfabetycznie, przestudiowałem chorobę Addisona, stwierdziłem, że na nią zapadam, a faza ostra czeka mnie za jakieś dwa tygodnie. Z ulgą się dowiedziałem, że choroba Brighta występuje u mnie w formie złagodzonej i, jeśliby na tym się skończyło, mogę liczyć na wiele lat życia. Cholerę miałem z poważnymi powikłaniami, a z dyf­terytem chyba się urodziłem. Sumiennie przebrnąłem przez wszyst­kie litery alfabetu i jedyną chorobą, której mogłem się nie obawiać, było zapalenie kaletki maziowej rzepki (cierpią na to sprzątaczki, które dużo klęczą).
Z początku zrobiło mi się dość przykro. Czułem się spostponowa­ny. Dlaczego nie mam zapalenia kaletki maziowej rzepki? W czym jestem gorszy od sprzątaczki? Po chwili jednak wzięły we mnie górę mniej zachłanne uczucia. Zreflektowawszy się, że miałem wszyst­kie pozostałe choroby znane medycynie, powściągnąłem swój ego­izm i postanowiłem się obyć bez zapalenia rzepki. Podagra, w swej najbardziej złośliwej postaci, dorwała mnie, jak się zdaje, bez mojej wiedzy; na żółtaczkę zaś najwyraźniej cierpiałem od dzieciństwa. Po żółtaczce nie było już żadnych innych chorób, doszedłem zatem do wniosku, że nic więcej mi nie grozi.
Siedziałem pogrążony w myślach. Jakimże ciekawym muszę być przypadkiem z punktu widzenia nauki, jakimż cennym byłbym nabytkiem dla adeptów medycyny! Mając mnie, żywy almanach wszystkich chorób, nie musieliby chodzić od szpitala do szpitala. Ja sam wystarczałem za szpital, za materiał na pracę dyplomową dla wszystkich studentów.
Potem zacząłem się zastanawiać, ile mi jeszcze zostało życia. Spróbowałem się zbadać. Ująłem palcami przegub. Z początku w ogóle nie wyczuwałem tętna. Potem ni stąd, ni zowąd jakby się wzbudziło. Wyjąłem zegarek i zacząłem mierzyć. Wyszło mi sto czterdzieści siedem na minutę! Położyłem dłoń na sercu. Nic nie
czułem. Przestało bić. Później doszedłem do przekonania, że cały czas jest na swoim miejscu i pracuje jak należy, tylko ja nie potrafię tego dowodnie stwierdzić. Opukałem się po całym tułowiu, od talii aż po głowę, zahaczając odrobinę o boki i górną część pleców. Nicze­go się jednak nie domacałem ani nie dosłuchałem. Spróbowałem obejrzeć sobie język. Wysunąłem go maksymalnie do przodu, za­mknąłem jedno oko i usiłowałem mu się przyjrzeć drugim. Widzia­łem tylko koniuszek, co nic mi nie dało, prócz tego, iż utwierdziłem się w przekonaniu, że mam szkarlatynę.
Wszedłem do czytelni jako szczęśliwy, zdrowy człowiek. Wyszed­łem jako niedołężny wrak.
Udałem się do swojego lekarza. To mój stary kumpel, więc kiedy mi się zdaje, że jestem chory, mierzy mi tętno, ogląda język i opo­wiada o pogodzie, nie biorąc za to wszystko ani grosza. Pomyślałem sobie, że mu się odwdzięczę, idąc do niego teraz. „Lekarz potrzebuje praktyki" - myślałem. „Ja mu ją zapewnię. Wypraktykuje na mnie więcej niż na tysiącu siedmiuset zwyczajnych, tuzinkowych pacjen­tów z dwiema chorobami na krzyż". Poszedłem więc prosto do nie­go, a on spytał:
- No, co tam? Co ci dolega? Odparłem:
- Nie będę zabierał ci czasu, drogi chłopcze, mówiąc, co mi dole­ga. Życie jest krótkie, więc mógłbyś nie doczekać końca. Powiem ci za to, co mi nie dolega. Nie mam zapalenia rzepki. Dlaczego nie mam zapalenia rzepki, to dla mnie zagadka, ale fakt pozostaje fak­tem. Wszystko inne mam jednak bezapelacyjnie.
Następnie opowiedziałem mu, w jaki sposób to odkryłem. A on otworzył mi usta i zajrzał do środka; złapał mnie za przegub, potem zaprawił mnie bykiem w klatkę piersiową, gdy się tego najmniej spodziewałem - co muszę uznać za objaw tchórzostwa. Następnie usiadł i wypisał receptę, złożył na pół i podał mi, a ja wsunąłem ją do kieszeni i wyszedłem.
Nie zajrzałem do recepty. Udałem się prosto do najbliższej apte­ki. Aptekarz wziął ode mnie receptę, przeczytał i oddał mi.
Powiedział, że tego nie prowadzi.
- Jest pan aptekarzem? - spytałem.
- Jestem aptekarzem - odparł. - Gdybym miał sklep spożywczy Połączony z pensjonatem, być może zrobiłbym coś dla pana. Jako aptekarz mam ograniczone możliwości.
Przeczytałem receptę. Brzmiała następująco:

1 x befsztyk, plus 1 x kwarta piwa co sześć godzin.
1 x dziesięciomilowy spacer co rano.
1 x łóżko punkt jedenasta co wieczór.
I nie zaśmiecaj sobie głowy sprawami, których nie rozumiesz.

Zastosowałem się do wskazówek, z tym szczęśliwym - mówię za siebie - rezultatem, że memu życiu chwilowo nie zagraża niebez­pieczeństwo.
Wracając jednak do prospektu pigułek na wątrobę - ponad wszel­ką wątpliwość miałem wszystkie wymienione tam objawy, z których najważniejszym była „ogólna niechęć do wszelkiego rodzaju pracy".
Nie da się opisać, co ja się w tym względzie nacierpiałem. Już jako osesek byłem męczennikiem tej choroby. W wieku chłopięcym do rzadkości należały dni, kiedy wypuszczała mnie ze swych szpo­nów. Nikt wtedy nie wiedział, że przyczyna tkwi w wątrobie. Medy­cyna była wszak znacznie słabiej rozwinięta, toteż wszyscy składali to na karb lenistwa.
- Ty paskudny leniu, ty - mawiali - może byś tak wstał i zabrał się do jakiejś pracy, co? - Nie wiedzieli, oczywiście, że jestem chory.
Nie aplikowali mi żadnych pigułek, tylko kuksańce w głowę. Jed­nak, choć wyda się to dziwne, owe kuksańce w głowę często mnie uzdrawiały, ale tylko na jakiś czas. Jeden taki kuksaniec znacznie skuteczniej leczył moją wątrobę i znacznie silniej pobudzał mnie do tego, by bez dalszej zwłoki zrobić, co mi każą, niż teraz cała fiolka pigułek.
Powiem wam zresztą, że często tak jest - te proste, staroświeckie środki czasem działają skuteczniej niż cała ta nowoczesna farma­kologia.
Siedzieliśmy tak przez pół godziny, opisując sobie nawzajem swo­je dolegliwości. Wyjaśniłem George'owi i Williamowi Harrisowi, jak się czuję, gdy wstaję rano; William Harris opowiedział nam, jak się czuje, gdy kładzie się spać, George zaś stanął na dywaniku przed kominkiem i odegrał przejmującą scenę, która nam zobrazowała, jak się czuje w nocy.
George tylko wyobraża sobie, że jest chory, ale powiem wam, że tak naprawdę to okaz zdrowia.