Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anderson Sherwood. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Anderson Sherwood. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 listopada 2012

Śmierć

Klatka schodowa, którą szło się do gabinetu doktora Reefy, w bloku Heffnera nad paryskim magazynem mód, była skąpo oświetlona. Przy wejściu na schody umocowano na ścianie lampę z zasmolonym szkłem. Jej blaszany odblask, zżarty przez rdzę, pokrywał kurz. Ci, co szli na górę, wstępowali śladem wieluset stóp. Drewniane stopnie ugięły się z czasem i zagłębienia w nich znaczyły całą drogę.
U szczytu schodów, kto skręcił w prawo, trafiał do drzwi doktora. W lewo ciągnął się mroczny korytarz zapchany rupieciem. Stare krzesła, manekiny, drabinki sklepowe i puste skrzynie leżały w ciemnościach grożąc łydkom obdarciem skóry. Ta sterta rupiecia należała do paryskiego magazynu mód. Wybrakowane kontuary albo półki sklepowe ekspedienci wnosili na schody i zwalali na stos.
Doktor Reefy miał gabinet wielki jak stodoła. Na samym środku gabinetu rozsiadł się opasły piec. U spodu obsypywały go trociny w ogrodzeniu z ciężkich desek przybitych do podłogi. Pod drzwiami stał ogromny stół, mebel z magazynu krawieckiego, na którym niegdyś demonstrowano garnitury klientom. Zawalały go książki, butelki i instrumenty lekarskie. Na brzegu stołu leżały trzy, cztery jabłka, podarek od przyjaciela, Jana Spaniarda, który miał szkółkę drzewek owocowych i kiedy wchodził do pokoju, wyciągał ukradkiem jabłka z kieszeni.
W sile wieku doktor Reefy był wysoki i niezgrabny. Nie nosił jeszcze siwej brody, tylko górną wargę ocieniał mu brunatny wąs. Doktor nie prezentował się tak ujmująco, jak w późniejszych latach i nie umiał sobie poradzić z własnymi rękoma i nogami.
W letnie popołudnie Elżbieta Willard wchodziła czasami po wysłużonych schodach do gabinetu doktora Reefy; była już dawno po ślubie, a jej syn, Jerzy, liczył sobie lat dwanaście czy czternaście. Jej smukła postać zaczęła się już garbić i przybierać ów niedbały, apatyczny wygląd. Na pozór odwiedzała doktora ze względu na swoje zdrowie, ale nie tylko po to złożyła mu kilka wizyt. Owszem, mówili i o zdrowiu, lecz przede wszystkim rozmawiali o jej życiu, o życiu ich obojga i dzielili się myślami, jakie nasunęły im lata przeżyte w Winesburgu.
W ogromnym pustym gabinecie siedzieli przyglądając się sobie, złączeni wyraźnym podobieństwem. Nie ciała, bo i kolor oczu mieli różny, i nosy mieli różne, i okoliczności ich życia ze sobą się nie pokrywały, ale coś w ich duszy tęskniło za tym samym, pragnęło tego samego wyzwolenia i zostawiłoby w pamięci przygodnego widza wrażenie podobieństwa. Później, kiedy już doktor się postarzał i ożenił z młodą dziewczyną, często jej opowiadał o owych godzinach spędzonych ze swoją pacjentką i wyrażał wówczas niejedno, czego niegdyś nie umiał powiedzieć Elżbiecie. Na starość stał się nieledwie poetą i sprawom minionym nadawał kształt poetycki. – Nadszedł taki czas w moim życiu, kiedy czułem potrzebę modlitwy, wynalazłem więc własnych bogów i do nich się modliłem – mówił. – Nie używałem słów, nie padałem na klęczki, siedziałem tylko w krześle zupełnie bez ruchu. W letnie popołudnia, kiedy upał i spokój panowały na Main Street, albo zimą, kiedy dni ciągnęły się ponure, moi bogowie schodzili do gabinetu i myślałem sobie, że nikt nie wie o nich. I przekonałem się, że właśnie Elżbieta wiedziała, że wielbiła ona tych samych bogów. Mam wrażenie, że przyszła do gabinetu, bo myślała, że zastanie w nim bogów, ale ucieszyła się spostrzegłszy, że nie jest sama. Tego przeżycia nie da się wytłumaczyć, choć przypuszczam, że trafia się ono stale mężczyznom i kobietom w najrozmaitszych okolicznościach.
W letnie popołudnia, kiedy Elżbieta i doktor siedzieli w gabinecie i rozmawiali o sobie, wspominali nie tylko swoje życie. Czasem doktor błysnął epigramatem. I chichotał zaraz z uciechy. Od czasu do czasu po chwilach ciszy padało słowo lub aluzja, która rzucała dziwne światło na ich osobiste przeżycia, z życzeń rodziły się pragnienia, a na wpół zwiędłe tęsknoty nagle rozkwitały blaskiem. Zazwyczaj słowa płynęły z ust kobiety, wypowiadała je nie patrząc na doktora.
Z każdą wizytą wyrażała się coraz swobodniej i po godzinie lub dwóch schodziła po schodach na Main Street czując się odrodzona i uodporniona przeciwko okrutnej nudzie swojego bytowania. Niemal z dziewczęcą gracją szła ulicami, ale kiedy wróciła na swoje krzesło pod oknem i kiedy zapadł zmrok, a dziewczyna z jadalni przyniosła jej na tacy posiłek – wszystko stygło. Uciekała myślami w swoją młodość ku owej namiętnej tęsknocie za przygodą i wspominała mocne uściski męskich ramion z minionego na zawsze czasu przygód. Pamiętała zwłaszcza kogoś, kto przez pewien czas był jej kochankiem i w porywie namiętności wołał do niej po stokroć powtarzając szaleńczo wciąż te same słowa: „Och, cudna! Och, cudna! Och, cudna kochana!” Słowa te w jej mniemaniu wyrażały coś, co pragnęłaby w życiu osiągnąć.
W swoim pokoju, W zaniedbanym starym hotelu, schorowana żona hotelarza zaczynała płakać; przyłożywszy dłonie do twarzy kiwała się monotonnie. Dźwięczały jej w uszach słowa doktora Reefy, jedynego jej przyjaciela. – Miłość jest jak wiatr w ciemną noc mierzwiący trawę pod drzewami – powiadał. – Nie wolno miłości usidlać. To Boski przypadek. Spróbujmy tylko zastawić na nią sidła i zasiąść na stałe pod drzewem, gdzie wieje łagodny nocny wiatr, a już nas czeka długi i skwarny dzień rozczarowania, szorstki pył spod kopyt na drodze osiada na wargach czułych i gorejących od pocałunków.
Elżbieta Willard nie pamiętała swojej matki, która umarła, gdy ona sama miała zaledwie pięć lat. Jej dzieciństwo upłynęło absolutnie samopas. Ojciec pragnął tylko spokoju, a hotel mu spokój odbierał. Żył też i umarł w zgryzocie. Codziennie wstawał z uśmiechniętą twarzą, ale już o dziesiątej rano był wyprany z radości do cna. A to gość narzekał, że kuchnia za droga, to znów posługaczka wychodziła za mąż i rzucała pracę – tupał wtedy w podłogę i klął. Wieczorami w łóżku myślał o tym, że córka wzrasta w takim rozgardiaszu, wśród gości, co nieustannie przepływają przez hotel, i robiło mu się ciężko na sercu. Kiedy dziewczyna dorosła i zaczęła spacerować wieczorem z mężczyznami, chciał z nią porozmawiać, ale nie wychodziło mu to zupełnie. Zawsze zapominał, co miał do powiedzenia, i tylko utyskiwał przed córką na swoje kłopoty.
W młodości Elżbieta starała się wieść żywot naprawdę awanturniczy. Osiemnastolatkę życie tak wzięło w obroty, że pożegnała się z dziewictwem, a jednak – chociaż miała z pół tuzina kochanków, nim wyszła za Toma Willarda – nigdy nie kierowała nią tylko zwykła namiętność. Jak wszystkie kobiety na świecie tęskniła za prawdziwym kochankiem. Zawsze szukała czegoś na oślep, zapamiętale, jakiejś ukrytej w życiu cudownej tajemnicy. Nosząca się z taką gracją ta smukła i piękna dziewczyna, która zadawała się z mężczyznami, wyciągała stale dłoń w ciemnościach, by poczuć uścisk innej dłoni. Z całej paplaniny swoich przygodnych kochanków starała się wyłowić słowo jedno jedyne – prawdziwe.
Elżbieta wyszła za Toma Willarda, urzędnika z Hotelu, bo akurat znalazł się pod ręką i chciał się żenić, kiedy ją napadła ochota, żeby wyjść za mąż. Przez pewien czas zwyczajem młodych panienek myślała, że małżeństwo wszystko odmieni. Jeśli miała wątpliwości co do przyszłego pożycia z Tomem, pozbyła się ich czym prędzej. Ojciec, bliski już śmierci, chorował w owym czasie; ją zaś wprawiał w zakłopotanie mizerny koniec romansu, który właśnie przeżyła. Inne dziewczęta z Winesburga wychodziły za mąż za swojaków, sklepikarzy czy młodych farmerów. Wieczorem spacerowały z mężami po deptaku i kiedy je mijała, uśmiechały się szczęśliwie. Zaczęła więc myśleć, że w małżeństwie niejedno zapewne się kryje. Młode mężatki, z którymi rozmawiała, odzywały się łagodnie i wstydliwie. – To wiele zmienia mieć dla siebie męża – powiadały.
W wieczór przed ślubem wzburzona dziewczyna miała rozmowę z ojcem. Później zastanawiała się, czy te samotne godziny z chorym nie przyczyniły się do jej decyzji, żeby wyjść za mąż. Ojciec opowiadał o swoim życiu i przestrzegał córkę, żeby się nie dała wplątać w podobnie paskudną kabałę. Zmieszał z błotem Toma Willarda i to kazało Elżbiecie wziąć go w obronę. Chory zdenerwował się i chciał się wygramolić z łóżka. Nie pozwoliła mu chodzić po izbie, więc zaczął się użalać. – Nigdy nie miałem spokoju – mówił. – Napracowałem się solidnie, a hotel jak nie dawał, tak nie daje zysków. Jeszcze teraz jestem zadłużony w banku. Przekonasz się o tym, jak zamknę oczy.
Głos chorego stężał z podniecenia. Nie mogąc się podnieść, wyciągnął rękę i skłonił do siebie głowę dziewczyny. – Ale jest wyjście – szepnął. – Nie wychodź za Willarda, ani za nikogo stąd, z Winesburga. W blaszanym pudełku, w kufrze, mam osiemset dolarów. Weź to i uciekaj.
Znów głos chorego stał się opryskliwy. – Masz mi przysiąc – oświadczył. – Jeśli nie zechcesz przysiąc, że nie wyjdziesz za mąż, daj mi słowo, że nigdy nie powiesz Tomowi o tych pieniądzach. Pieniądze są moje i jeśli ci je daję, mam prawo postawić taki warunek. Schowaj je.
To ma być rekompensata za moje niewydarzone ojcostwo. Być może da ci to kiedyś szansę, wielką szansę ucieczki. A zatem – powiadam ci, że stoję już nad grobem – obiecaj mi, co wolisz.
W gabinecie doktora Reefy Elżbieta – zmęczona, wychudła i postarzała, choć miała ledwie czterdziestkę – siedziała na krześle nie opodal pieca i patrzyła w podłogę. Przy małym biurku pod oknem siedział doktor. Bawił się ołówkiem, który leżał przed nim na stole. Elżbieta opowiadała o swoim życiu po ślubie. Robiła to w sposób pośredni, zapominając o mężu, który jawił się tylko jako figurant w tej opowieści. – A potem wyszłam za mąż i całkiem mi się nie powiodło – mówiła gorzko. – Jak tylko wdepnęłam w to, strach mnie obleciał. Chyba za dużo wiedziałam przedtem, a potem odkryłam chyba za wiele w pierwszą noc po ślubie. Nie pamiętam.
Jakaż ja byłam głupia. Kiedy ojciec dawał mi pieniądze i próbował wybić mi z głowy małżeństwo, nie chciałam go słuchać. Myślałam, o czym to mówiły mężatki, i sama paliłam się za mąż. Nie zależało mi na Tomie, zależało mi na małżeństwie. Kiedy ojciec zasnął, wychyliłam się przez okno i myślałam o tym, jakie to ja życie wiodę. Nie chciałam być zepsuta. Miasteczko trzęsło się od plotek na mój temat. Zaczęłam nawet bać się, że Tom się rozmyśli.
Głos Elżbiety zadrżał z podniecenia. Doktora Reefy, który całkiem nieświadomie zaczął w niej się kochać, ogarnęło dziwne złudzenie. Zdawało mu się, że Elżbieta mówiąc odmienia się cała, że staje się młodsza, zgrabniejsza, silniejsza. Kiedy nie mógł się otrząsnąć z tego wrażenia, przyjrzał mu się zawodowym okiem. – To gadanie służy jej – mruknął – fizycznie i psychicznie.

wtorek, 30 października 2012

"Cudak"

Ze swojego miejsca na skrzynce w szopie z nie heblowanych desek, co przywarła jak narośl na tyłach firmy Cowley i Syn w Winesburgu, Elmer Cowley, młodsza podpora interesu, miał przez brudne okienko widok na oficynę drukarską „Orła Winesburga”. Elmer zakładał właśnie sznurowadła do swoich butów. Szło mu to nieskładnie i musiał zdjąć trzewiki. Trzymając je w ręce siedział i oglądał wielką dziurę w skarpetce na pięcie. Naraz podniósł szybko wzrok i zobaczył Jerzego Willarda, jedynego reportera w całym Winesburgu, jak stoi w tylnych drzwiach oficyny drukarskiej i z roztargnieniem rozgląda się dokoła. – No, no, tego tylko brakowało! – wykrzyknął młodzieniec z trzewikami w dłoni, zerwał się na nogi i czmychnął spod okna.
Rumieniec wypełzł mu na twarz i ręce zaczęły dygotać. W sklepie jakiś Żydek, handlarz wędrowny, stał przy kontuarze i rozmawiał z ojcem. Elmer wyobraził sobie, że reporter słyszy, o czym się tu mówi, i na samą myśl o tym krew go zalała. Z jednym tylko butem w ręce stał w rogu szopy i nogą w skarpetce tupał w podłogę z desek.
Sklep Cowleya i Syna nie wychodził na główną ulicę Winesburga. Od frontu przytykał do Maumee Street, naprzeciwko Voight miał handel furmankami i mieściła się zajezdnia, w której farmerzy zostawiali konie. W bok od sklepu przebiegała równoległa do głównej tylna uliczka, którą okrągły dzień wywożono i przywożono towary do sklepów na wielkich wozach i platformach. Sam sklep był nie do opisania. Will Henderson wyraził się kiedyś, że sprzedaje się w nim wszystko i nic. Na wystawie stała bryła węgla wielkości baryłki, co oznaczało, że przyjmuje się tutaj zamówienia na węgiel, a obok tej czarnej góry trzy plastry miodu, który zbrunatniał i zbrudził się w swoich ramkach.
Miód stał na wystawie od sześciu miesięcy. Był na sprzedaż, tak samo jak wieszadła, patentowane guziki do szelek, puszki farby olejnej, buteleczki z lekarstwem na reumatyzm i mieszanka zastępująca kawę, która wraz z miodem cierpliwie oferowała swoje zalety klientom.
Ebenezer Cowley, jegomość, który stał w sklepie i słuchał natarczywego szwargotu płynącego z ust komiwojażera, był wysoki, chudy i wyglądał jak nie umyty. Na indyczej szyi miał wielką narośl, po części skrytą pod siwą brodą. Nosił długi surdut a la książę Albert, zakupiony z okazji ślubu. Ebenezer, zanim wziął się do handlu, był farmerem i po ślubie wdziewał swojego „księcia Alberta” na niedzielę do kościoła i w sobotę po południu wybierając się do miasta na targ. Kiedy sprzedał farmę, żeby zostać kupcem, nosił ów surdut na co dzień. Zżółkł mu całkiem ze starości i roił się od tłustych plam, ale Ebenezer czuł się w nim zawsze szykownie, gotów w każdej chwili wyjść do miasta.
Jako kupiec Ebenezer niezbyt szczęśliwie się w życiu urządził; tak samo nie urządził się szczęśliwie jako farmer. A jednak jakoś sobie radził. Dzieci, córka imieniem Mabel i syn, mieszkały z nim w pokojach nad sklepem i samo życie niewiele ich kosztowało. Miał kłopoty innej niż finansowa natury. Jego pech kupiecki polegał na tym, że Ebenezer zawsze się bał, ilekroć domokrążca z towarem na sprzedaż wchodził do sklepu. Stał wtedy za kontuarem potrząsając głową. Po pierwsze – bał Się, że się uprze i nie kupi, a więc straci okazję, żeby samemu sprzedać; po drugie, że się nie uprze i w chwili słabości kupi to, czego nie da się sprzedać.
Tego ranka w sklepie, kiedy Elmer zobaczył, że Jerzy Willard sterczy na tyłach oficyny „Orła” i zapewne podsłuchuje, wytworzyła się taka sytuacja, która go zawsze pobudzała do gniewu. Komiwojażer zachwalał swój towar, a Ebenezer słuchał, całym sobą wyrażając niezdecydowanie. – Widzi pan, jak to sprytnie działa – mówił handlarz; miał do sprzedania zastępującą guziki małą płaską metalową spinkę do zakładania kołnierzyków. Jedną ręką odpiął szybko kołnierzyk od koszuli i znów szybko go przypiął. Wpadł w pochlebczy, przymilny ton. – Powiem panu, ludzie mają dosyć tego guzdrania się z guzikami przy kołnierzykach, pan właśnie zrobisz majątek na tej odmianie. Daję panu wyłączne przedstawicielstwo na całe miasto. Weź pan dwadzieścia tuzinów tych spinek, a ja już dalej nie pójdę po sklepach. Zostawię panu wolną rękę.
Komiwojażer pochylił się nad kontuarem i stukał palcem w pierś Ebenezera. – To gratka, panie, zależy mi, żebyś pan właśnie na niej skorzystał – nalegał. – Mój kompan mówił mi o panu. „Idź do Cowleya – powiada – to rzutki gość”.
Handlarz zamilkł i czekał. Wyjąwszy książeczkę z kieszeni zaczął wypisywać zamówienie. Wciąż z butem w ręce Elmer Cowley zajrzał do sklepu, minął obu zafrapowanych mężczyzn i podszedł do gablotki przy drzwiach wejściowych. Wyjął z niej tani rewolwer i zaczął nim wymachiwać. – Wynoś się pan stąd! – wrzasnął. – Po licha nam pana spinki. – Jakaś myśl zaświtała mu w głowie. – Zauważ pan, że niczym nie grożę – dodał. – Nie mówię, że będę strzelał. Może wyjąłem broń z gablotki, żeby tylko na nią popatrzeć. Ale zmykaj pan lepiej. Tak, mój panie, to moja rada. Zbieraj pan lepiej manatki i chodu.
Młody sklepikarz nie mówił już, ale wrzeszczał; wszedłszy za kontuar napierał na obu kupców. – Nie damy więcej robić z siebie durniów! – krzyczał. – Dość kupowania, póki nie zaczniemy wreszcie sprzedawać. Dosyć już z nas robili cudaków, każdy tylko gapi się na nas i nadstawia uszu. Won stąd!
Komiwojażer ulotnił się. Zgarnąwszy swoje spinki do skórzanej torby – umykał. Maleńki, na bardzo krzywych nogach, biegł nieporadnie. Torba zaczepiła się o drzwi, więc się potknął i upadł. – Wariat, jak Boga kocham, wariat! – bełkotał, kiedy się podniósł z chodnika i zmykał dalej.
W sklepie Elmer z ojcem wytrzeszczali na siebie oczy. Teraz, kiedy bezpośrednia przyczyna jego gniewu już znikła, Elmer czuł się zakłopotany. – Tak, to nie były żarty. Myślę, że już dosyć
robiliśmy z siebie cudaków – stwierdził podchodząc do gablotki i odkładając rewolwer na miejsce. Usiadłszy na beczce nałożył i zawiązał but, który trzymał w ręce. Oczekiwał od ojca słów zrozumienia, ale to, co stary powiedział znowu wzbudziło w nim gniew, więc wybiegł ze sklepu nie odpowiedziawszy mu. Drapiąc się w siwą brodę długimi brudnymi palcami, kupiec spoglądał na syna tak samo mętnie i niepewnie, jak przed chwilą na komiwojażera. – Niech mnie wykrochmalą – powiedział cicho. – No, no, niech mnie wypiorą, wyprasują i wykrochmalą! Elmer Cowley poszedł za miasto i ruszył polną drogą, która biegła obok toru kolejowego. Nie wiedział, dokąd idzie ani co chce zrobić. W cieniu tunelu, gdzie droga skręciwszy ostro na prawo zbiegała pod nasyp kolejowy, zatrzymał się i czuł, że ta pasja, która go w sklepie porwała, znów go ogarnia. – Nie będę cudakiem... Na takiego każdy tylko gapi się, nadstawia uszu – stwierdził na głos. – Będę sobie na każdy inny. Już ja mu pokażę, temu Willardowi. On zobaczy. Ja mu pokażę!
Stał wściekły na środku drogi i patrzył złowrogo w stronę miasteczka. Właściwie zupełnie nie znał reportera i nie żywił żadnych określonych uczuć do tego wysokiego chłopca, który ganiał po mieście i zbierał lokalne wiadomości. Reporter po prostu, przez samą swoją obecność w redakcji i w drukarence „Orła Winesburga”, wyrósł w jego oczach na pewien symbol. Myślał, że chłopiec, który stale biegał i przebiegał obok firmy Cowley i Syn, który na ulicach przystawał, żeby porozmawiać z ludźmi, musi i o nim myśleć, a może nawet z niego się wyśmiewać. Czuł, że Jerzy Willard żyje miastem, uosabia miasto, że w nim się wyraża duch całego miasta. Elmer nigdy by nie uwierzył, że Willard też ma swoje godziny smutku, że tak samo napadają go niejasne pragnienia i skryte, nienazwane żądze. Czyż to nie on wyrażał opinię publiczną i czyż ta opinia w całym Winesburgu nie skazała Cowleyów na cudactwo? Czyż to nie on chodził sobie gwiżdżąc i śmiejąc się po głównej ulicy? Czy uderzywszy w jego osobę nie uderzało się w większego wroga – co śmieje się i chodzi samopas – w opinię Winesburga?
Elmer Cowley był niebywale wysoki, ręce miał długie i silne. Włosy, brwi i sypiący się meszkiem zarost tak jasne, że wpadały prawie w biel. Zęby miał sterczące, a oczy niebieskie tym wypłowiałym błękitem kamyczków, zwanych „agatkami”, które chłopcy w miasteczku nosili po kieszeniach. Elmer mieszkał w Winesburgu od roku i nie zyskał sobie przyjaciół. Czuł, że jest skazany na życie bez przyjaciół, i nienawidził tej myśli.
Ponuro wlókł się drogą z rękami w kieszeniach spodni. Dzień był zimny, dął porywisty wiatr, ale właśnie słońce zaczęło świecić i droga stała się miękka i błotnista. Koleiny odtajały i błoto czepiało się butów. Elmer zmarzł w nogi. Po kilku milach skręcił w bok, przeszedł przez pole i zagłębił się w las. Nazbierał patyków, rozpalił ognisko, przy którym usiadł, żeby się rozgrzać, znękany na duchu i na ciele.
Siedział tak przy ogniu na kłodzie z dwie godziny, a potem wstał i skradając się ostrożnie po stosach igliwia podszedł do ogrodzenia i patrzył wskroś pól na małą zagrodę otoczoną przez niskie szopy. Uśmiech pojawił mu się na wargach? zaczął machać łapskami do człowieka, który łuszczył na polu kukurydzę.
W godzinie smutku młody kupczyk wrócił na farmę, gdzie mu upłynęło całe dzieciństwo i gdzie czekała na niego ludzka dusza, od której mógł się spodziewać zrozumienia.: Był to Mook, głupkowaty staruszek. Swego czasu pracował u Ebenezera i został na gospodarce po jej sprzedaży. Odnajmował nie pomalowaną szopę za domem i krzątał się dzień cały po polach.

piątek, 26 października 2012

Pigułki z papieru

Sherwood Anderson
Stary człowiek z białą brodą, potężnym nosem i takimiż rękoma. Na długo przedtem, zanim go poznamy, był lekarzem i powoził zmordowaną siwą szkapą przez ulice Winesburga, od domu do domu. Później ożenił się z dziewczyną, która miała pieniądze. Odziedziczyła po ojcu wielką, żyzną farmę. Dziewczyna była cicha, wysoka i ciemna; w oczach wielu ludzi uchodziła za bardzo piękną. Cały Winesburg nie mógł się nadziwić, czemu wyszła za doktora. Niespełna rok po ślubie umarła.
U rąk sterczały doktorowi niesamowicie wielkie kostki. Gdy zacisnął dłoń, wyglądały one jak grona drewnianych kulek, wielkości orzechów włoskich, splecione stalowymi wiązadłami. Doktor palił fajkę, a po śmierci żony przesiadywał całymi dniami w pustym gabinecie pod oknem zasnutym pajęczyną. Nie otwierał go nigdy. Raz tylko w gorący dzień sierpniowy spróbował to zrobić, ale okno było zamknięte na amen; potem zapomniał o nim zupełnie.
Winesburg przestał interesować się starym człowiekiem, a jednak w doktorze Reefy drzemały ziarna czegoś bardzo ładnego. Samotny w zatęchłym gabinecie nad magazynem tekstylnym pracował nieustannie, budując coś, co sam zaraz niszczył. Wznosił z prawd piramidki, a wzniósłszy burzył je znów, żeby mieć z czego wznosić nowe.
Doktor Reefy, wysoki mężczyzna, chodził w jednym garniturze przez dziesięć lat. Garnitur miał wystrzępione rękawy, a na kolanach i łokciach pokazały się dziurki. W gabinecie doktor nosił też kitel o wielkich kieszeniach, w które wpychał stale skrawki papieru. Po kilku tygodniach powstawały z tego twarde, krągłe kuleczki, a skoro zapełniły obie kieszenie, doktor wysypywał je na podłogę. Od dziesięciu lat miał jednego tylko przyjaciela, też w podeszłym wieku, który nazywał się Jan Spaniard i prowadził szkółkę drzewek owocowych. Czasem stary doktor Reefy w swawolnym nastroju wyjmował z kieszeni garść papierowych kuleczek i ciskał nimi w ogrodnika. – Żeby cię zawstydzić, ty stara sentymentalna pało! – wołał trzęsąc się ze śmiechu. Historia doktora Reefy i jego zalotów do wysokiej, ciemnej dziewczyny, która została jego żoną i obdarzyła go pieniędzmi – to bardzo dziwna historia. Rozkoszna jak pomarszczone jabłuszka, co rosną w sadach Winesburga. Idzie się jesienią przez sad i ziemia jest twarda od mrozu. Jabłka zerwano już z drzew. Zapakowane w baryłki popłynęły do miast, gdzie zostaną zjedzone w mieszkaniach pełnych książek, czasopism, mebli i ludzi. Na drzewach zostało tylko kilka sękatych jabłek, których ogrodnik nie ruszył. Te gruzełki na nich przypominają kostki u rąk doktora Reefy. Starczy nagryźć taki gruzełek, a okazuje się, że jabłuszka są rozkoszne. Cała ich słodycz spłynęła w te sęczki. Więc biega się od drzewa do drzewa zbierając z oszronionej ziemi te artretyczne owoce i napełnia się nimi kieszenie. Tylko nieliczni znają słodycz owych jabłuszek.
Romans doktora i dziewczyny zaczął się pewnym letnim popołudniem. Doktor miał lat
czterdzieści pięć i już zapełniał kieszenie skrawkami papieru, z których robiły się twarde kulki, wyrzucane potem. Zwyczaj ten powstał wówczas, kiedy doktor, siedząc w swojej bryczce za zmordowanym siwym koniem, jechał wolno przez polne drogi. Na papierkach zapisane były myśli – te, co się kończą i te, co zaczynają.
Umysł doktora Reefy produkował myśli jedną po drugiej. Spośród wielu z nich powstawała prawda, która urastała w umyśle do gigantycznych rozmiarów. Zaciemniała cały świat. Stawała się straszna, a potem rozpływała się i drobne myśli gromadziły się od nowa.
Wysoka, ciemna dziewczyna odwiedziła doktora Reefy, ponieważ przeraziła się spostrzegłszy, że jest w błogosławionym stanie. Okoliczności, które się na to złożyły, były również dość dziwne.
Śmierć ojca i matki, żyzne hektary, które przypadły jej w udziale, zwabiły ku niej całe zastępy zalotników. Przez dwa lata nie zaznała prawie wieczoru bez konkurenta. Z wyjątkiem dwóch wszyscy byli jednakowi. Mówili o namiętności; w ich głosie i w oczach, kiedy na nią patrzyli, pojawiały się wysilone gorliwe akcenty. Ci dwaj, wyjątkowi, byli zupełnie do siebie niepodobni. Jeden z nich, szczupły młodzieniec o białych dłoniach, syn jubilera z Winesburga, rozprawiał wciąż o dziewictwie. Będąc w jej towarzystwie nigdy nie zboczył z tego tematu. Drugi, kruczowłosy chłopak o wielkich oczach, nie mówił nic, ale zawsze udawało mu się wciągnąć ją w ciemny zakątek, żeby się z nią całować.
Dziewczyna myślała początkowo, że poślubi syna jubilera. Siedziała godzinami w milczeniu przysłuchując się temu, co opowiadał, aż zaczęła się czegoś obawiać. Podejrzewała, że pod tą gadaniną o dziewictwie kryje się żądza większa niż u wszystkich innych. Chwilami miała wrażenie, że on, kiedy mówi, trzyma jej ciało w rękach. Wyobrażała sobie, jak obraca je wolno w swoich białych dłoniach i wpatruje się w nie. W nocy śniła, że zaczął ją gryźć i szczęki ociekały mu krwią. Trzykrotnie nawiedzał ją ów sen, a potem znalazła się w błogosławionym stanie – dzięki drugiemu, który nic nie mówił, ale w chwili namiętności naprawdę ugryzł ją w ramię i na długi czas zostawił ślad po swoich zębach.
Z chwilą kiedy wysoka, ciemna dziewczyna poznała doktora Reefy, wydało się jej, że nigdy nie chciałaby go opuścić. Pewnego ranka wstąpiła do jego gabinetu i bez żadnych z jej strony wyjaśnień on zdawał się wiedzieć, co jej się przytrafiło.
W gabinecie siedziała pewna pani, żona księgarza z Winesburga. Jak wszyscy starzy prowincjonalni lekarze doktor Reefy zajmował się też usuwaniem zębów; pacjentka czekała trzymając chusteczkę przy ustach i jęcząc. Towarzyszył jej mąż; przy wyrywaniu zęba oboje wrzasnęli, a krew poleciała na białą suknię kobiety. Wysoka, ciemna dziewczyna nie zwracała na nich uwagi. Kiedy mąż z żoną sobie poszli, doktor uśmiechnął się. – Zabiorę panią ze sobą na przejażdżkę za miasto – powiedział.
Przez kilka tygodni doktor i wysoka, ciemna dziewczyna widywali się prawie codziennie.
Stan, który ją do niego sprowadził, przeszedł po krótkim niedomaganiu, ale dziewczyna była jak ten, kto raz odkrywszy słodycz pomarszczonych jabłuszek nie sięgnie więcej po krągły, doskonały owoc, spożywany pod dachami wielkiego miasta. W jesieni tegoż roku, kiedy się poznali, wyszła za mąż za doktora Reefy, a następnej wiosny już nie żyła. Zimą doktor zapoznał ją z każdym strzępkiem swoich myśli, nabazgranych na skrawkach papieru. Po ich odczytaniu śmiał się i wpychał je do kieszeni, aby się zamieniły w krągłe, twarde kulki.


Sherwood Anderson "Miasteczko Winesburg. Obrazki z życia w stanie Ohio" (Winesburg, Ohio) , przełożył Jerzy Krzysztoń.

czwartek, 25 października 2012

Księga dziwactw

Sherwood Anderson
Nasz pisarz, starzec o siwym wąsie, miał kłopot ze swoim łóżkiem. Chciał mieć widok na drzewa, kiedy się rano obudzi, a okno w jego pokoju znajdowało się wysoko od podłogi. Przyszedł więc stolarz, aby sprawie zaradzić i dostosować łóżko do poziomu okna. Zrobił się z tego nie lada ambaras. Stolarz, weteran Wojny Domowej, przyszedł do pokoju pisarza i usiadł, żeby omówić sprawę podium, na którym łóżko powinno stanąć. Pisarz miał trochę cygar pod ręką i stolarz sobie zapalił.
Przez pewien czas rozmawiali o łóżku, a potem o innych sprawach. Weteran zaczął wspominać wojnę; w istocie pisarz sam na ten temat go naprowadził. Jako jeniec wojenny stolarz przesiedział się niegdyś w lochach w Andersonville i stracił brata, ów brat umarł z głodu; ilekroć stolarz o tym wspomniał, zaraz zbierało mu się na płacz. Miał siwe wąsy, tak jak i stary pisarz, i kiedy płakał, krzywił wargi i strzygł wąsami.
Płaczący staruszek z cygarem w ustach robił zabawne wrażenie. Własny projekt ustawienia łóżka wywietrzał pisarzowi z głowy i potem stolarz zmajstrował wszystko na swój sposób, a pan pisarz z sześćdziesiątką na karku musiał się na noc gramolić do łóżka po krześle.
W pościeli przewracał się na bok i leżał całkiem bez ruchu. Całe lata przejmował się swoim sercem. Palił za wiele i serce mu dokuczało. Niegdyś przyszło mu na myśl, że w pewnej chwili umrze niespodziewanie, i zawsze, jak się położył do łóżka, o tym sobie dumał. Nie czuł wcale strachu. Odnosił w istocie całkiem szczególne wrażenie, które niełatwo da się wytłumaczyć. Właśnie wtedy, w łóżku, stawał się bardziej żywotny niż kiedykolwiek indziej. Leżał sobie zupełnie bez ruchu, ciało miał stare i licha warte, a jednak siedziało w nim coś młodego. Ot, jak w brzemiennej niewieście, tylko że nie dziecko, ale cały młodzieniec. Nie, nie młodzieniec, lecz dziewczyna, młoda i w kolczudze, zupełnie jak rycerz. Nie ma sensu, jak widzicie, pokazywać, co tam w starym pisarzu siedziało, kiedy spoczywał na wysokim łóżku i słuchał, jak mu serce łopocze. Trzeba się dobrać do tego, o czym sam pisarz, czy to-to młode w pisarzu – myślało.
Stary pisarz, jak wszyscy ludzie na świecie, nagromadził w ciągu długiego żywota całe masy pojęć pod czaszką. Był niegdyś całkiem przystojny i sporo kobiet w nim się kochało. Poza tym, rzecz jasna, znał ludzi, wielu ludzi, tak jakoś osobiście i bezpośrednio, zupełnie inaczej niż my ich znamy. Przynajmniej tak mu się wydawało i ta myśl sprawiała mu przyjemność. Czemuż mamy się kłócić ze staruszkiem o jego myśli?
W łóżku pisarz miał sen, który nie był snem. Kiedy już drzemał, ale jeszcze nie spał, zaczęły mu się jawić przed oczyma postacie. Wyobrażał sobie, że to-to młode, co w nim siedzi, wyprowadza mu przed oczy całą ich procesję.
Widzicie, cały dowcip kryje się właśnie w tych postaciach, które wędrowały przed oczyma pisarza. Były to same dziwadła. Wszyscy ludzie, mężczyźni i kobiety, jakich kiedykolwiek pisarz znał, cudacznie się poodmieniali.
Nie każde z tych dziwadeł było straszne. Niektóre – zabawne, niektóre wprost piękne, a jedno – kobieta całkiem zniekształcona – boleśnie dotknęło staruszka swoją dziwacznością. Gdy przeszła, zakwilił jak maleńki psiak. Wchodząc do pokoju moglibyście pomyśleć, że staruszek ma nieprzyjemne sny albo cierpi na niestrawność.
Przez godzinę procesja dziwadeł ciągnęła się przed oczami starca, a potem – chociaż ciężko mu to przyszło – wygramolił się z łóżka i zaczął pisać. Któryś z tych dziwolągów zrobił na nim takie wrażenie, że musiał to wszystko opowiedzieć.
Przy biurku stary pisarz pracował okrągłą godzinę. I tak stworzył dzieło, które nazwał „Księgą Dziwactw”. Nigdy jej nie opublikował, ale ja sam raz ją przeglądałem i wywarła na mnie niezatarte wrażenie. Książka miała jedną myśl przewodnią, bardzo dziwną, którą dobrze sobie zapamiętałem. Mając ją na uwadze potrafiłem zrozumieć wielu ludzi i wiele spraw, jakich przedtem zupełnie nie mogłem pojąć. Myśl była skomplikowana, ale w prosty sposób można by ją oddać mniej więcej tak: Otóż na początku, kiedy świat był jeszcze młody, istniało całe mnóstwo myśli, lecz nie istniała ani jedna prawda. Człowiek dopiero sam je stworzył i na każdą prawdę złożyło się mnóstwo nieuchwytnych myśli. Cały świat zaroił się od prawd, a wszystkie były piękne.
Staruszek wyliczył setki prawd w swoim dziele. Nie próbuję nawet powiedzieć wam o wszystkich. Była tam prawda o dziewictwie i prawda o namiętności, prawda o bogactwie i prawda o ubóstwie, o zapobiegliwości i marnotrawstwie, o lekkomyślności i wyrzeczeniu. Setki i setki prawd i wszystkie były piękne.
A potem nadeszli ludzie. Każdy, jak się tylko pojawił, chwytał sobie jedną z prawd, a silniejsi łapali ich ile się da. I właśnie prawdy zrobiły z ludzi dziwolągi. Staruszek miał w tej kwestii solidnie opracowaną teorię. Głosił tezę, że z chwilą kiedy człowiek zabierał jedną z prawd dla siebie, nazywał ją swoją prawdą i starał się nią żyć, zamieniał się sam w dziwadło, a prawdę swoją – w fałsz.
Sami możecie sobie wyobrazić, jak to staruszek, który całe życie obracał piórem i słów miał ponad miarę, napisałby setki stron w tej właśnie materii. Temat tak by mu się rozrósł w głowie, aż groziłoby mu niebezpieczeństwo, że sam zostanie dziwolągiem. Nie został – jak przypuszczam – z tej samej przyczyny, dla której nigdy nie opublikował swego dzieła, to-to młode właśnie, co w nim siedziało, uratowało staruszka.
Starego stolarza natomiast, który przysposabiał pisarzowi łóżko, wspomniałem tylko dlatego, ponieważ on, jak wielu tak zwanych całkiem prostych ludzi, stał się najbliższy temu, co zrozumiałe i ukochane – ze wszystkich dziwactw w książce pisarza.

Sherwood Anderson "Miasteczko Winesburg. Obrazki z życia w stanie Ohio" (Winesburg, Ohio) , przełożył Jerzy Krzysztoń.