Klatka schodowa, którą szło się do gabinetu doktora Reefy, w bloku Heffnera nad paryskim magazynem mód, była skąpo oświetlona. Przy wejściu na schody umocowano na ścianie lampę z zasmolonym szkłem. Jej blaszany odblask, zżarty przez rdzę, pokrywał kurz. Ci, co szli na górę, wstępowali śladem wieluset stóp. Drewniane stopnie ugięły się z czasem i zagłębienia w nich znaczyły całą drogę.
U szczytu schodów, kto skręcił w prawo, trafiał do drzwi doktora. W lewo ciągnął się mroczny korytarz zapchany rupieciem. Stare krzesła, manekiny, drabinki sklepowe i puste skrzynie leżały w ciemnościach grożąc łydkom obdarciem skóry. Ta sterta rupiecia należała do paryskiego magazynu mód. Wybrakowane kontuary albo półki sklepowe ekspedienci wnosili na schody i zwalali na stos.
Doktor Reefy miał gabinet wielki jak stodoła. Na samym środku gabinetu rozsiadł się opasły piec. U spodu obsypywały go trociny w ogrodzeniu z ciężkich desek przybitych do podłogi. Pod drzwiami stał ogromny stół, mebel z magazynu krawieckiego, na którym niegdyś demonstrowano garnitury klientom. Zawalały go książki, butelki i instrumenty lekarskie. Na brzegu stołu leżały trzy, cztery jabłka, podarek od przyjaciela, Jana Spaniarda, który miał szkółkę drzewek owocowych i kiedy wchodził do pokoju, wyciągał ukradkiem jabłka z kieszeni.
W sile wieku doktor Reefy był wysoki i niezgrabny. Nie nosił jeszcze siwej brody, tylko górną wargę ocieniał mu brunatny wąs. Doktor nie prezentował się tak ujmująco, jak w późniejszych latach i nie umiał sobie poradzić z własnymi rękoma i nogami.
W letnie popołudnie Elżbieta Willard wchodziła czasami po wysłużonych schodach do gabinetu doktora Reefy; była już dawno po ślubie, a jej syn, Jerzy, liczył sobie lat dwanaście czy czternaście. Jej smukła postać zaczęła się już garbić i przybierać ów niedbały, apatyczny wygląd. Na pozór odwiedzała doktora ze względu na swoje zdrowie, ale nie tylko po to złożyła mu kilka wizyt. Owszem, mówili i o zdrowiu, lecz przede wszystkim rozmawiali o jej życiu, o życiu ich obojga i dzielili się myślami, jakie nasunęły im lata przeżyte w Winesburgu.
W ogromnym pustym gabinecie siedzieli przyglądając się sobie, złączeni wyraźnym podobieństwem. Nie ciała, bo i kolor oczu mieli różny, i nosy mieli różne, i okoliczności ich życia ze sobą się nie pokrywały, ale coś w ich duszy tęskniło za tym samym, pragnęło tego samego wyzwolenia i zostawiłoby w pamięci przygodnego widza wrażenie podobieństwa. Później, kiedy już doktor się postarzał i ożenił z młodą dziewczyną, często jej opowiadał o owych godzinach spędzonych ze swoją pacjentką i wyrażał wówczas niejedno, czego niegdyś nie umiał powiedzieć Elżbiecie. Na starość stał się nieledwie poetą i sprawom minionym nadawał kształt poetycki. – Nadszedł taki czas w moim życiu, kiedy czułem potrzebę modlitwy, wynalazłem więc własnych bogów i do nich się modliłem – mówił. – Nie używałem słów, nie padałem na klęczki, siedziałem tylko w krześle zupełnie bez ruchu. W letnie popołudnia, kiedy upał i spokój panowały na Main Street, albo zimą, kiedy dni ciągnęły się ponure, moi bogowie schodzili do gabinetu i myślałem sobie, że nikt nie wie o nich. I przekonałem się, że właśnie Elżbieta wiedziała, że wielbiła ona tych samych bogów. Mam wrażenie, że przyszła do gabinetu, bo myślała, że zastanie w nim bogów, ale ucieszyła się spostrzegłszy, że nie jest sama. Tego przeżycia nie da się wytłumaczyć, choć przypuszczam, że trafia się ono stale mężczyznom i kobietom w najrozmaitszych okolicznościach.
W letnie popołudnia, kiedy Elżbieta i doktor siedzieli w gabinecie i rozmawiali o sobie, wspominali nie tylko swoje życie. Czasem doktor błysnął epigramatem. I chichotał zaraz z uciechy. Od czasu do czasu po chwilach ciszy padało słowo lub aluzja, która rzucała dziwne światło na ich osobiste przeżycia, z życzeń rodziły się pragnienia, a na wpół zwiędłe tęsknoty nagle rozkwitały blaskiem. Zazwyczaj słowa płynęły z ust kobiety, wypowiadała je nie patrząc na doktora.
Z każdą wizytą wyrażała się coraz swobodniej i po godzinie lub dwóch schodziła po schodach na Main Street czując się odrodzona i uodporniona przeciwko okrutnej nudzie swojego bytowania. Niemal z dziewczęcą gracją szła ulicami, ale kiedy wróciła na swoje krzesło pod oknem i kiedy zapadł zmrok, a dziewczyna z jadalni przyniosła jej na tacy posiłek – wszystko stygło. Uciekała myślami w swoją młodość ku owej namiętnej tęsknocie za przygodą i wspominała mocne uściski męskich ramion z minionego na zawsze czasu przygód. Pamiętała zwłaszcza kogoś, kto przez pewien czas był jej kochankiem i w porywie namiętności wołał do niej po stokroć powtarzając szaleńczo wciąż te same słowa: „Och, cudna! Och, cudna! Och, cudna kochana!” Słowa te w jej mniemaniu wyrażały coś, co pragnęłaby w życiu osiągnąć.
W swoim pokoju, W zaniedbanym starym hotelu, schorowana żona hotelarza zaczynała płakać; przyłożywszy dłonie do twarzy kiwała się monotonnie. Dźwięczały jej w uszach słowa doktora Reefy, jedynego jej przyjaciela. – Miłość jest jak wiatr w ciemną noc mierzwiący trawę pod drzewami – powiadał. – Nie wolno miłości usidlać. To Boski przypadek. Spróbujmy tylko zastawić na nią sidła i zasiąść na stałe pod drzewem, gdzie wieje łagodny nocny wiatr, a już nas czeka długi i skwarny dzień rozczarowania, szorstki pył spod kopyt na drodze osiada na wargach czułych i gorejących od pocałunków.
Elżbieta Willard nie pamiętała swojej matki, która umarła, gdy ona sama miała zaledwie pięć lat. Jej dzieciństwo upłynęło absolutnie samopas. Ojciec pragnął tylko spokoju, a hotel mu spokój odbierał. Żył też i umarł w zgryzocie. Codziennie wstawał z uśmiechniętą twarzą, ale już o dziesiątej rano był wyprany z radości do cna. A to gość narzekał, że kuchnia za droga, to znów posługaczka wychodziła za mąż i rzucała pracę – tupał wtedy w podłogę i klął. Wieczorami w łóżku myślał o tym, że córka wzrasta w takim rozgardiaszu, wśród gości, co nieustannie przepływają przez hotel, i robiło mu się ciężko na sercu. Kiedy dziewczyna dorosła i zaczęła spacerować wieczorem z mężczyznami, chciał z nią porozmawiać, ale nie wychodziło mu to zupełnie. Zawsze zapominał, co miał do powiedzenia, i tylko utyskiwał przed córką na swoje kłopoty.
W młodości Elżbieta starała się wieść żywot naprawdę awanturniczy. Osiemnastolatkę życie tak wzięło w obroty, że pożegnała się z dziewictwem, a jednak – chociaż miała z pół tuzina kochanków, nim wyszła za Toma Willarda – nigdy nie kierowała nią tylko zwykła namiętność. Jak wszystkie kobiety na świecie tęskniła za prawdziwym kochankiem. Zawsze szukała czegoś na oślep, zapamiętale, jakiejś ukrytej w życiu cudownej tajemnicy. Nosząca się z taką gracją ta smukła i piękna dziewczyna, która zadawała się z mężczyznami, wyciągała stale dłoń w ciemnościach, by poczuć uścisk innej dłoni. Z całej paplaniny swoich przygodnych kochanków starała się wyłowić słowo jedno jedyne – prawdziwe.
Elżbieta wyszła za Toma Willarda, urzędnika z Hotelu, bo akurat znalazł się pod ręką i chciał się żenić, kiedy ją napadła ochota, żeby wyjść za mąż. Przez pewien czas zwyczajem młodych panienek myślała, że małżeństwo wszystko odmieni. Jeśli miała wątpliwości co do przyszłego pożycia z Tomem, pozbyła się ich czym prędzej. Ojciec, bliski już śmierci, chorował w owym czasie; ją zaś wprawiał w zakłopotanie mizerny koniec romansu, który właśnie przeżyła. Inne dziewczęta z Winesburga wychodziły za mąż za swojaków, sklepikarzy czy młodych farmerów. Wieczorem spacerowały z mężami po deptaku i kiedy je mijała, uśmiechały się szczęśliwie. Zaczęła więc myśleć, że w małżeństwie niejedno zapewne się kryje. Młode mężatki, z którymi rozmawiała, odzywały się łagodnie i wstydliwie. – To wiele zmienia mieć dla siebie męża – powiadały.
W wieczór przed ślubem wzburzona dziewczyna miała rozmowę z ojcem. Później zastanawiała się, czy te samotne godziny z chorym nie przyczyniły się do jej decyzji, żeby wyjść za mąż. Ojciec opowiadał o swoim życiu i przestrzegał córkę, żeby się nie dała wplątać w podobnie paskudną kabałę. Zmieszał z błotem Toma Willarda i to kazało Elżbiecie wziąć go w obronę. Chory zdenerwował się i chciał się wygramolić z łóżka. Nie pozwoliła mu chodzić po izbie, więc zaczął się użalać. – Nigdy nie miałem spokoju – mówił. – Napracowałem się solidnie, a hotel jak nie dawał, tak nie daje zysków. Jeszcze teraz jestem zadłużony w banku. Przekonasz się o tym, jak zamknę oczy.
Głos chorego stężał z podniecenia. Nie mogąc się podnieść, wyciągnął rękę i skłonił do siebie głowę dziewczyny. – Ale jest wyjście – szepnął. – Nie wychodź za Willarda, ani za nikogo stąd, z Winesburga. W blaszanym pudełku, w kufrze, mam osiemset dolarów. Weź to i uciekaj.
Znów głos chorego stał się opryskliwy. – Masz mi przysiąc – oświadczył. – Jeśli nie zechcesz przysiąc, że nie wyjdziesz za mąż, daj mi słowo, że nigdy nie powiesz Tomowi o tych pieniądzach. Pieniądze są moje i jeśli ci je daję, mam prawo postawić taki warunek. Schowaj je.
To ma być rekompensata za moje niewydarzone ojcostwo. Być może da ci to kiedyś szansę, wielką szansę ucieczki. A zatem – powiadam ci, że stoję już nad grobem – obiecaj mi, co wolisz.
W gabinecie doktora Reefy Elżbieta – zmęczona, wychudła i postarzała, choć miała ledwie czterdziestkę – siedziała na krześle nie opodal pieca i patrzyła w podłogę. Przy małym biurku pod oknem siedział doktor. Bawił się ołówkiem, który leżał przed nim na stole. Elżbieta opowiadała o swoim życiu po ślubie. Robiła to w sposób pośredni, zapominając o mężu, który jawił się tylko jako figurant w tej opowieści. – A potem wyszłam za mąż i całkiem mi się nie powiodło – mówiła gorzko. – Jak tylko wdepnęłam w to, strach mnie obleciał. Chyba za dużo wiedziałam przedtem, a potem odkryłam chyba za wiele w pierwszą noc po ślubie. Nie pamiętam.
Jakaż ja byłam głupia. Kiedy ojciec dawał mi pieniądze i próbował wybić mi z głowy małżeństwo, nie chciałam go słuchać. Myślałam, o czym to mówiły mężatki, i sama paliłam się za mąż. Nie zależało mi na Tomie, zależało mi na małżeństwie. Kiedy ojciec zasnął, wychyliłam się przez okno i myślałam o tym, jakie to ja życie wiodę. Nie chciałam być zepsuta. Miasteczko trzęsło się od plotek na mój temat. Zaczęłam nawet bać się, że Tom się rozmyśli.
Głos Elżbiety zadrżał z podniecenia. Doktora Reefy, który całkiem nieświadomie zaczął w niej się kochać, ogarnęło dziwne złudzenie. Zdawało mu się, że Elżbieta mówiąc odmienia się cała, że staje się młodsza, zgrabniejsza, silniejsza. Kiedy nie mógł się otrząsnąć z tego wrażenia, przyjrzał mu się zawodowym okiem. – To gadanie służy jej – mruknął – fizycznie i psychicznie.
U szczytu schodów, kto skręcił w prawo, trafiał do drzwi doktora. W lewo ciągnął się mroczny korytarz zapchany rupieciem. Stare krzesła, manekiny, drabinki sklepowe i puste skrzynie leżały w ciemnościach grożąc łydkom obdarciem skóry. Ta sterta rupiecia należała do paryskiego magazynu mód. Wybrakowane kontuary albo półki sklepowe ekspedienci wnosili na schody i zwalali na stos.
Doktor Reefy miał gabinet wielki jak stodoła. Na samym środku gabinetu rozsiadł się opasły piec. U spodu obsypywały go trociny w ogrodzeniu z ciężkich desek przybitych do podłogi. Pod drzwiami stał ogromny stół, mebel z magazynu krawieckiego, na którym niegdyś demonstrowano garnitury klientom. Zawalały go książki, butelki i instrumenty lekarskie. Na brzegu stołu leżały trzy, cztery jabłka, podarek od przyjaciela, Jana Spaniarda, który miał szkółkę drzewek owocowych i kiedy wchodził do pokoju, wyciągał ukradkiem jabłka z kieszeni.
W sile wieku doktor Reefy był wysoki i niezgrabny. Nie nosił jeszcze siwej brody, tylko górną wargę ocieniał mu brunatny wąs. Doktor nie prezentował się tak ujmująco, jak w późniejszych latach i nie umiał sobie poradzić z własnymi rękoma i nogami.
W letnie popołudnie Elżbieta Willard wchodziła czasami po wysłużonych schodach do gabinetu doktora Reefy; była już dawno po ślubie, a jej syn, Jerzy, liczył sobie lat dwanaście czy czternaście. Jej smukła postać zaczęła się już garbić i przybierać ów niedbały, apatyczny wygląd. Na pozór odwiedzała doktora ze względu na swoje zdrowie, ale nie tylko po to złożyła mu kilka wizyt. Owszem, mówili i o zdrowiu, lecz przede wszystkim rozmawiali o jej życiu, o życiu ich obojga i dzielili się myślami, jakie nasunęły im lata przeżyte w Winesburgu.
W ogromnym pustym gabinecie siedzieli przyglądając się sobie, złączeni wyraźnym podobieństwem. Nie ciała, bo i kolor oczu mieli różny, i nosy mieli różne, i okoliczności ich życia ze sobą się nie pokrywały, ale coś w ich duszy tęskniło za tym samym, pragnęło tego samego wyzwolenia i zostawiłoby w pamięci przygodnego widza wrażenie podobieństwa. Później, kiedy już doktor się postarzał i ożenił z młodą dziewczyną, często jej opowiadał o owych godzinach spędzonych ze swoją pacjentką i wyrażał wówczas niejedno, czego niegdyś nie umiał powiedzieć Elżbiecie. Na starość stał się nieledwie poetą i sprawom minionym nadawał kształt poetycki. – Nadszedł taki czas w moim życiu, kiedy czułem potrzebę modlitwy, wynalazłem więc własnych bogów i do nich się modliłem – mówił. – Nie używałem słów, nie padałem na klęczki, siedziałem tylko w krześle zupełnie bez ruchu. W letnie popołudnia, kiedy upał i spokój panowały na Main Street, albo zimą, kiedy dni ciągnęły się ponure, moi bogowie schodzili do gabinetu i myślałem sobie, że nikt nie wie o nich. I przekonałem się, że właśnie Elżbieta wiedziała, że wielbiła ona tych samych bogów. Mam wrażenie, że przyszła do gabinetu, bo myślała, że zastanie w nim bogów, ale ucieszyła się spostrzegłszy, że nie jest sama. Tego przeżycia nie da się wytłumaczyć, choć przypuszczam, że trafia się ono stale mężczyznom i kobietom w najrozmaitszych okolicznościach.
W letnie popołudnia, kiedy Elżbieta i doktor siedzieli w gabinecie i rozmawiali o sobie, wspominali nie tylko swoje życie. Czasem doktor błysnął epigramatem. I chichotał zaraz z uciechy. Od czasu do czasu po chwilach ciszy padało słowo lub aluzja, która rzucała dziwne światło na ich osobiste przeżycia, z życzeń rodziły się pragnienia, a na wpół zwiędłe tęsknoty nagle rozkwitały blaskiem. Zazwyczaj słowa płynęły z ust kobiety, wypowiadała je nie patrząc na doktora.
Z każdą wizytą wyrażała się coraz swobodniej i po godzinie lub dwóch schodziła po schodach na Main Street czując się odrodzona i uodporniona przeciwko okrutnej nudzie swojego bytowania. Niemal z dziewczęcą gracją szła ulicami, ale kiedy wróciła na swoje krzesło pod oknem i kiedy zapadł zmrok, a dziewczyna z jadalni przyniosła jej na tacy posiłek – wszystko stygło. Uciekała myślami w swoją młodość ku owej namiętnej tęsknocie za przygodą i wspominała mocne uściski męskich ramion z minionego na zawsze czasu przygód. Pamiętała zwłaszcza kogoś, kto przez pewien czas był jej kochankiem i w porywie namiętności wołał do niej po stokroć powtarzając szaleńczo wciąż te same słowa: „Och, cudna! Och, cudna! Och, cudna kochana!” Słowa te w jej mniemaniu wyrażały coś, co pragnęłaby w życiu osiągnąć.
W swoim pokoju, W zaniedbanym starym hotelu, schorowana żona hotelarza zaczynała płakać; przyłożywszy dłonie do twarzy kiwała się monotonnie. Dźwięczały jej w uszach słowa doktora Reefy, jedynego jej przyjaciela. – Miłość jest jak wiatr w ciemną noc mierzwiący trawę pod drzewami – powiadał. – Nie wolno miłości usidlać. To Boski przypadek. Spróbujmy tylko zastawić na nią sidła i zasiąść na stałe pod drzewem, gdzie wieje łagodny nocny wiatr, a już nas czeka długi i skwarny dzień rozczarowania, szorstki pył spod kopyt na drodze osiada na wargach czułych i gorejących od pocałunków.
Elżbieta Willard nie pamiętała swojej matki, która umarła, gdy ona sama miała zaledwie pięć lat. Jej dzieciństwo upłynęło absolutnie samopas. Ojciec pragnął tylko spokoju, a hotel mu spokój odbierał. Żył też i umarł w zgryzocie. Codziennie wstawał z uśmiechniętą twarzą, ale już o dziesiątej rano był wyprany z radości do cna. A to gość narzekał, że kuchnia za droga, to znów posługaczka wychodziła za mąż i rzucała pracę – tupał wtedy w podłogę i klął. Wieczorami w łóżku myślał o tym, że córka wzrasta w takim rozgardiaszu, wśród gości, co nieustannie przepływają przez hotel, i robiło mu się ciężko na sercu. Kiedy dziewczyna dorosła i zaczęła spacerować wieczorem z mężczyznami, chciał z nią porozmawiać, ale nie wychodziło mu to zupełnie. Zawsze zapominał, co miał do powiedzenia, i tylko utyskiwał przed córką na swoje kłopoty.
W młodości Elżbieta starała się wieść żywot naprawdę awanturniczy. Osiemnastolatkę życie tak wzięło w obroty, że pożegnała się z dziewictwem, a jednak – chociaż miała z pół tuzina kochanków, nim wyszła za Toma Willarda – nigdy nie kierowała nią tylko zwykła namiętność. Jak wszystkie kobiety na świecie tęskniła za prawdziwym kochankiem. Zawsze szukała czegoś na oślep, zapamiętale, jakiejś ukrytej w życiu cudownej tajemnicy. Nosząca się z taką gracją ta smukła i piękna dziewczyna, która zadawała się z mężczyznami, wyciągała stale dłoń w ciemnościach, by poczuć uścisk innej dłoni. Z całej paplaniny swoich przygodnych kochanków starała się wyłowić słowo jedno jedyne – prawdziwe.
Elżbieta wyszła za Toma Willarda, urzędnika z Hotelu, bo akurat znalazł się pod ręką i chciał się żenić, kiedy ją napadła ochota, żeby wyjść za mąż. Przez pewien czas zwyczajem młodych panienek myślała, że małżeństwo wszystko odmieni. Jeśli miała wątpliwości co do przyszłego pożycia z Tomem, pozbyła się ich czym prędzej. Ojciec, bliski już śmierci, chorował w owym czasie; ją zaś wprawiał w zakłopotanie mizerny koniec romansu, który właśnie przeżyła. Inne dziewczęta z Winesburga wychodziły za mąż za swojaków, sklepikarzy czy młodych farmerów. Wieczorem spacerowały z mężami po deptaku i kiedy je mijała, uśmiechały się szczęśliwie. Zaczęła więc myśleć, że w małżeństwie niejedno zapewne się kryje. Młode mężatki, z którymi rozmawiała, odzywały się łagodnie i wstydliwie. – To wiele zmienia mieć dla siebie męża – powiadały.
W wieczór przed ślubem wzburzona dziewczyna miała rozmowę z ojcem. Później zastanawiała się, czy te samotne godziny z chorym nie przyczyniły się do jej decyzji, żeby wyjść za mąż. Ojciec opowiadał o swoim życiu i przestrzegał córkę, żeby się nie dała wplątać w podobnie paskudną kabałę. Zmieszał z błotem Toma Willarda i to kazało Elżbiecie wziąć go w obronę. Chory zdenerwował się i chciał się wygramolić z łóżka. Nie pozwoliła mu chodzić po izbie, więc zaczął się użalać. – Nigdy nie miałem spokoju – mówił. – Napracowałem się solidnie, a hotel jak nie dawał, tak nie daje zysków. Jeszcze teraz jestem zadłużony w banku. Przekonasz się o tym, jak zamknę oczy.
Głos chorego stężał z podniecenia. Nie mogąc się podnieść, wyciągnął rękę i skłonił do siebie głowę dziewczyny. – Ale jest wyjście – szepnął. – Nie wychodź za Willarda, ani za nikogo stąd, z Winesburga. W blaszanym pudełku, w kufrze, mam osiemset dolarów. Weź to i uciekaj.
Znów głos chorego stał się opryskliwy. – Masz mi przysiąc – oświadczył. – Jeśli nie zechcesz przysiąc, że nie wyjdziesz za mąż, daj mi słowo, że nigdy nie powiesz Tomowi o tych pieniądzach. Pieniądze są moje i jeśli ci je daję, mam prawo postawić taki warunek. Schowaj je.
To ma być rekompensata za moje niewydarzone ojcostwo. Być może da ci to kiedyś szansę, wielką szansę ucieczki. A zatem – powiadam ci, że stoję już nad grobem – obiecaj mi, co wolisz.
W gabinecie doktora Reefy Elżbieta – zmęczona, wychudła i postarzała, choć miała ledwie czterdziestkę – siedziała na krześle nie opodal pieca i patrzyła w podłogę. Przy małym biurku pod oknem siedział doktor. Bawił się ołówkiem, który leżał przed nim na stole. Elżbieta opowiadała o swoim życiu po ślubie. Robiła to w sposób pośredni, zapominając o mężu, który jawił się tylko jako figurant w tej opowieści. – A potem wyszłam za mąż i całkiem mi się nie powiodło – mówiła gorzko. – Jak tylko wdepnęłam w to, strach mnie obleciał. Chyba za dużo wiedziałam przedtem, a potem odkryłam chyba za wiele w pierwszą noc po ślubie. Nie pamiętam.
Jakaż ja byłam głupia. Kiedy ojciec dawał mi pieniądze i próbował wybić mi z głowy małżeństwo, nie chciałam go słuchać. Myślałam, o czym to mówiły mężatki, i sama paliłam się za mąż. Nie zależało mi na Tomie, zależało mi na małżeństwie. Kiedy ojciec zasnął, wychyliłam się przez okno i myślałam o tym, jakie to ja życie wiodę. Nie chciałam być zepsuta. Miasteczko trzęsło się od plotek na mój temat. Zaczęłam nawet bać się, że Tom się rozmyśli.
Głos Elżbiety zadrżał z podniecenia. Doktora Reefy, który całkiem nieświadomie zaczął w niej się kochać, ogarnęło dziwne złudzenie. Zdawało mu się, że Elżbieta mówiąc odmienia się cała, że staje się młodsza, zgrabniejsza, silniejsza. Kiedy nie mógł się otrząsnąć z tego wrażenia, przyjrzał mu się zawodowym okiem. – To gadanie służy jej – mruknął – fizycznie i psychicznie.