Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem Stanisław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lem Stanisław. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 stycznia 2017

"Potok życia mnie porwał"

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema
 
Warszawa, 29 lipca 1961 roku
 
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Nieoznaczoność kartofla



"Holiści-pluraliści-behawioryści-fizykaliści orzekli, iż jak wiadomo z fizyki, prawidłowość w naturze jest tylko statystyczna. Podobnie jak nie można z zupełną dokładnością przewidzieć drogi pojedynczego elektronu, tak też nie wiadomo na pewno, jak się będzie zachowywał pojedynczy kartofel. Dotychczasowe obserwacje pouczają, że miliony razy człowiek kopał kartofle, ale nie jest wykluczone, że jeden raz na miliard stanie się na odwrót, że kartofel będzie kopał człowieka". 

Stanisław Lem "Dzienniki gwiazdowe"

wtorek, 4 listopada 2014

"Byłem żarłokiem, ale kochliwym"

Recenzja "Wysokiego Zamku"

"Powiedziałem już, jak wcześnie nauczyłem się czytać i pisać. Preparowałem piękne, ozdobne laurki dla ojca i matki, ozdobione mnóstwem kwiatuszków rysowanych, a i pierwsze lektury były typowe, zwyczajne — wierszy, takich jak o komarze, bajek; kiedy już po wojnie wpadł mi w rękę jakiś zbiór wierszyków dla dzieci, w których rozpoznałem lekturę sprzed trzydziestu kilku lat, zdumiewało mnie, czego też w nich nie odkrywałem jako sześcioletni chłopiec. Jakieś dramaty nieprawdopodobne i niewyrażalne, emocje, już teraz wcale we mnie z sobą nie sąsiadujące, zadziwienia i strachy, ale też i śmieszności, czaiły się dla mnie wtedy w zbiegu najniewinniejszych słów.
Dlaczego historia plamy na podłodze, której miotła nie mogła dać rady, pełna była ponurości, grozy nawet? Dlaczego wyliczanie kolejnych wron bez ogona stanowiło inkantację jakoś aż magiczną, niby ryzykowne wzywanie skrytych jakichś sił, kuszenie niewiadomego licha? Tym dziwniejsze to, że się z takich emocji, strachów, przeczuć dramatycznych nikomu nie spowiadałem, nikomu o nich nie mówiłem. Nie umiałbym chyba owych stanów wyrazić, nazwać, zapewne; ale także — jeślibym może zdolny był o tym wtedy pomyśleć w ogóle — uważałem chyba, że reakcja taka jak moja jest jedyną możliwą i całkiem zwyczajną. W każdym razie byłem wtedy podatniejszym niż dziś instrumentem, nie trzeba było wielu bodźców, uderzeń, aby wydobyć ze mnie, czy raczej, aby w głowie mojej wznieść całe gmachy uczuć i przeżyć; doprawdy, autorzy książeczek dla dzieci sami nie wiedzą, co czynią, jak zapalnym, prawda, że psychicznie tylko, materiałem żonglują bezustannie. Im się zdaje, że opowiadają pouczającą historyjkę, a tymczasem w odbiorze zamienia się ona w zagadkę albo w powikłany dramat; chcąc rozśmieszyć, nauczają misteryjnych tajemnic, rymują po częstochowsku, a rodzi się z tego w jakiejś głowie siedmioletniej wzniosła katharsis. Najniezwyklejsze były te początki, te najpierwsze lektury. Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach.

    Byłem, rzecz jasna, Mowglim, Winnetou i kapitanem Nemo, zapadły mi w pamięć okruszyny tekstów najbardziej nieoczekiwane; kupując po wojnie książkę Umińskiego Podróż bez pieniędzy, starannie ją przekartkowałem, aby odkryć jedno z piękniejszych jej zdań — „Kula, przeleciawszy z charakterystycznym grzmotem przestrzeń” — chodziło o polowanie na krokodyla czy na nosorożca, ale niestety było to wydanie zrewidowane i owa wspaniała kula z jej grzmotem znikła z niego, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. A Dolina bez wyjścia? Okropne działy się ze mną rzeczy, kiedy ją czytałem. Cóż dopiero mówić o Duchu puszczy; takie lektury nie pozwalały na nonszalancką swobodę, na wylegiwanie się pod oknem, z nogą krzesła zręcznie podrzucaną stopami, ani na klęczenie u stołu, z łokciami na blacie — musiałem być bardzo blisko osób zupełnie pewnych i dorosłych, a i tak bywało straszno. Dickensa czytać nie chciałem, był jak deszczowa beznadziejna jesień, zaś w Dumasie po prostu zginąłem, zgubiłem się — zaczęło się niewinnie, od Trzech muszkieterów, a po jakimś czasie wyglądało na to, że dla przeczytania wszystkich jego książek życia nie starczy.

    Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą.
    Czytając, zwykle coś jadłem, bo już chyba dałem do zrozumienia, że byłem żarłokiem, ale kochliwym — godzi się wspomnieć tutaj o pierwszych kobietach. Dziwnym to szło zygzakiem. Na początku była Mila, nasza praczka, miałem może pięć lat i, jak zwykle wtedy, żenić się zaraz chciałem. Cierpiała, biedaczka, na okropne żylaki. Pralek elektrycznych nie było, pranie zamieniało dom w rodzaj parnego piekła, przynajmniej kuchnię z przyległościami, na środek wyjeżdżała ogromna balia, bulgotało wulkanicznie w baniakach, potem pojawiała się maglownica drewniana, z wypełniającym pół domu rumorem; tkwiłem w tym wszystkim, rozgardiasz wcale mi nie przeszkadzał.
     Później kochałem się w nauczycielce ze szkoły powszechnej, nie pamiętam, jak wyglądała; zbiła raz mego sąsiada z ławki — w szkole powszechnej na ogół można było dostać tylko „pacę” linią, w otwartą i wyciągniętą dłoń, ale ten chłopak był twardy, zimny, okropnie krnąbrny i arogancki, ukochana moja wytrzepała mu ze spodenek chmary kurzu. Nawet nie pisnął ani łzy nie uronił, niesłychanie mi tym imponując.
   Powoli specjalnością moją stawała się miłość nieszczęśliwa. Zakochałem się do szaleństwa w dziewczynce starszej ode mnie o jakieś cztery lata, a więc pannie prawie dorastającej, gdy ja miałem koło dziesięciu lat. Dziewczę to obserwowałem z dala, w Ogrodzie Jezuickim, w sposób kontemplacyjny, mało się ruszając. Byłem już porządnie tłusty, postacią zaczynałem przypominać gruszkę, chociaż dokładniej formę jej, najszerszą poniżej środka, imitowałem później w gimnazjum. Twarz miałem pucołowatą, oczy zwykle dość wytrzeszczone, bo z natury byłem ciekawy, a i gębę często rozdziawiałem, zdaje się, sądziłem, że dodaje mi to uroku. Nie miałem tedy zbyt wielu szans, zresztą nie wyobrażałem sobie żadnych ziszczeń, nie wiedziałem bowiem, co można robić z dziewczynkami innego, aniżeli biegać za nimi wieczorem, w ogrodzie, od krzaka do krzaka, i straszyć je latarką. Miłość moja do dziewczynki z Ogrodu Jezuickiego nie miała więc żadnej akcji, nie nosiła piętna rozwoju, a jednak była niezwykle intensywna. Zdaje się, żem wyznał ją rodzicom, inaczej nie udawałoby mi się przebywać dostatecznie często w tym doskonałym punkcie, z którego mogłem ją obserwować. Chyba nic o mnie nie wiedziała, nie zamieniłem z nią jednego słowa, a jednak linia jej profilu, podbródka, warg wypaliła mi się w pamięci tak dokładnie, że pozostał tego ślad do dzisiaj.

    Ciekawe, że gwałtowność takich platonicznych zakochań wcale nie przeszkadzała w miłostkach (jeżeli to były miłostki) bardziej, jak by powiedzieć — gminnych? Bodajże ośmioletniego, ojciec, wchodząc do kuchni, zastał mnie raz przy trywialnym zajęciu szczypania służącej w zadek. Zmieszany, powiedział coś w rodzaju „ach, tak” lub „ach, przepraszam” i zaraz wyszedł. Ciekawe też, że mogę przypomnieć sobie nieco z ówczesnych moich czynów, a nawet emocji, natomiast żadnych myśli; bardzo możliwe, że w ogóle nie wybiegałem nimi poza krąg danych bezpośrednio, zmysłowych doświadczeń. Na ulicy Słowackiego znajdowało się naprzeciw Poczty Głównej biuro Cunard Line, towarzystwa okrętowego, a w każdym z jego okien stał wielki model oceanicznego parowca. Chodziły za mną, śniły mi się te wspaniałe statki, miały wszystko, jak się należy, nawet mosiężne śruby u sterów, olinowania, maszty, niezliczone okna w szeregach, pokłady, mostki, miniaturowe szalupy, schodki i koła ratunkowe. Marzyłem o nich beznadziejnie i żarliwie, prawdopodobnie w sposób równie idealny marzył Kuba Rozpruwacz o dziewczynkach, które nie powpadały mu w ręce. Jego rojenia były pewno tak samo niewinne jak moje, u szyb Cunard Line, dopiero urzeczywistnienie stawało się drogą wiodącą do zbrodni. Może więc i dobrze się stało, że żadnego z owych dwumetrowych cudów nie udało mi się nigdy przybliżyć na odległość ręki — albowiem prędzej czy później sięgnąłbym po młotek.
   Dziecko, którym byłem, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowałem nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej należy wziąć pod uwagę, że byłem słaby fizycznie i obawiałem się represji ze strony dorosłych. Ojciec nie bił mnie nigdy, matka czasem kuksała, to wszystko, ale było wszak wiele innych, mniej bezpośrednich środków i sposobów, od reprymendy słownej po obostrzenia leguminowe. Gdyby czteroletnie dzieci dorównywały wszakże siłą rodzicom, świat nasz wyglądałby inaczej. Tworzą doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie są mniej skomplikowane od ludzi dojrzałych — a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu. Czy bowiem nie z rozpaczą w sercu rozwalałem zabawki? Czy nie żałowałem potem (niezależnie od nakładanych kar) ich utraty? Dlaczego, taki strachliwy, smakowałem w sytuacjach ryzykownych — naprawdę? Coś ciągnęło wszak, aby wychylać się z okna możliwie daleko, a dobrze wiedziałem, choćby dzięki historii „człowieka-muchy”, czym grozi upadek z drugiego piętra. Pamiętam też, jak przeraziłem wuja, kiedy zimą na wakacjach w Tatarowie wlazłem naraz pod lokomotywę pociągu, który miał właśnie ruszyć, żeby czym prędzej odłamać zwisający spod cylindrów sopel lodu. Bałem się bardzo, że pociąg ruszy i obetnie mi nogi, ale widocznie ów sopel był mi nadzwyczaj potrzebny. Czyżby to miała być tak zwana przez psychologów czynność przymusowa, rodzaj natręctwa? Są to zjawiska znane, przechodziłem przez okresy liczenia okien, drzwi, przez fazy skomplikowanych rytuałów, musiałem chodzić tak, aby stąpać tylko po płytach chodnika, nie zbliżając się stopą do ich złączeń, a już z oddychaniem miałem niesamowite kłopoty. Próbowałem nie oddychać, jak długo się dało, albo znów robić to jakoś specjalnie, były tam jakieś wdechy i wydechy, szczególnie przed zaśnięciem, jakieś osobliwe formowanie jaśka i poduszki pod głową, budowanie kojca z kołdry i tak dalej.
    Zdarzały mi się także, czasem w chorobie, a czasem i kiedy byłem całkiem zdrów, osobliwe sensacje, zwane — jak się o tym dowiedziałem trzydzieści lat później — zaburzeniami schematu ciała. Leżałem sobie w łóżeczku, z rękami na piersiach, i naraz dłonie zaczynały rosnąć, natomiast ja sam spoczywałem pod ich ogromem nieprawdopodobnym coraz to mniejszy — powtarzało się to, zawsze w sposób dość podobny, i na pewno na jawie. Pięści urastały mi do rozmiarów iście górskich, palce przemieniały się w jakieś zamknięte, ogromne łuki, wszystko w nich ulegało zmonstrualnieniu, elefantiazie, lękałem się tego trochę, ale znów nie zanadto, było to bardzo dziwne — i nikomu o tym nie mówiłem.



Stanisław Lem, Wysoki Zamek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, str. 44-48
 

piątek, 12 września 2014

93 rocznica urodzin Stanisława Lema



W związku z tym, że dziś przypada 93 rocznica urodzin Stanisława Lema, jednego z moich ulubionych pisarzy, postanowiłem to jakoś uczcić i zaznaczyć na blogu. To początek skromnego cyklu, Urodziny Mistrzów, zapoczątkowanego wpisem o 100 urodzinach Julio Cortazara.



"Ojciec, kiedy pisał – a jeśli akurat nie czytał, to zazwyczaj pisał – palił niemal bez przerwy. Kiedy wchodziło się do jego pokoju, pod sufitem unosiła się chmura mentolowego dymu Salemów. Atmosfera, na którą składał się dym papierosowy, zapach zakurzonych książek, stukot maszyny do pisania, przy której siedział nieobecny, zatopiony w myślach, miała w sobie coś, od czego mogło się zakręcić w głowie – coś głębokiego, nieuchwytnego, magicznego i podniosłego zarazem".

Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia".


*** 

 Nic.

* * *



Nic.



* * *



Nic, ale to zupełnie nic.



* * *



Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.



* * *



Nie ma nic — mnie też nie.



* * *



Jak długo jeszcze? Nic.



* * *



Jak gdyby coś, chociaż to niepewne. Muszę się skoncentrować.



* * *



Coś, ale bardzo niewiele tego. W innych okolicznościach uznałbym, że nic.



* * *



Lodowce białe i błękitne. Wszystko jest zrobione z lodu. Ja też.



* * *



Ładne te lodowce, gdyby tylko nie było tak cholernie zimno.



* * *



Igły lodowe i śniegowe kryształki. Arktyka. Kra w gębie. Szpik w kościach? Jaki tam szpik — czysty, przezroczysty lód. Jest lodowaty i sztywny.



* * *



Mrożonka — to ja. Ale co to znaczy „ja”? Oto pytanie.



* * *



Jeszcze nigdy nie było mi tak zimno. Całe szczęście, że nie wiem, co to „mi”. Mnie? Niby komu? Lodowcowi? Czy góry lodowe mają dziurki?



* * *



Jestem zimowym kalafiorem w promieniach słońca. Wiosna! Wszystko już taje. Ja przede wszystkim. W ustach — sopel albo język.



* * *



Jednak to język. Męczą mnie, turlają, łamią, trą, a nawet, zdaje się, biją. Leżę pod plastykową płachtą, nade mną — lampy. A więc stąd mi się wziął ten inspektowy kalafior. Musiałem majaczyć. Biało — wszędzie biało, ale to ściany, nie śnieg.



* * *



Odmrozili mnie. Z wdzięczności postanowiłem pisać dziennik — jak tylko będę mógł wziąć pióro do zgrabiałej ręki. W oczach — wciąż jeszcze lodowe tęcze i niebieskie lśnienia. Zimno piekielne, ale już mogę się wygrzewać.


Stanisław Lem "Kongres futurologiczny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 60-61.

środa, 12 lutego 2014

"Prąd czasem jest, a czasem go nie ma"

Portret Stanisława Lema, Kraków, 1997, Fot. Elżbieta Lempp.

List Stanisława Lema do Sławomira Mrożka
 
Kraków, 1 lutego 1963

Droga Sieci!!

(Wyjaśnienie niżej). My Was rozumiemy W domku za to naszym gwar i ruch. Jedno chodzi i numerki, ładnie na papirku wypisane, do szaf przykleja i stołów. Drugie czerwonym ołówkiem znaczy, odkąd się najpirwi rżnąć zacznie. Trzecie zaś do Banku PKO biega, TEŻ z dolarami, ale na węgiel. I już obiecują, ale nas tak zasypało, że mam dwie pierzyny śniegu za oknem, a w domu ogólny mróz. Zanim wyjdę dziś, Droga Sieci, włożę gacie elektryczne i Yubkę takąż z NRD, kilka koszul, trzy-cztery pary skarpetek, spodnie narciarskie, buty, a wewnętrzną wolną przestrzeń wypcham mymi felietonami wyciętymi z „Przeglądu Kulturalnego". Co do tych felietonów, to pisze teraz najstraśniejsze makabry, w których cybernetalia różne. Ruchu literackiego spoza zasp nie dostrzegam. Sam ostatnio jeździłem z łopatą, ale więcej pomaga Pych. Piszę też, gdzie się da, zażalenia na Królową Zimę, która w szał wpadła widać i robi nowe tytuły do „Herald Tribune", w rodzaju Cold Wave Hits Europe, Venice in Snow and Ice itp.

piątek, 7 lutego 2014

"Humor mój jest infernalny"

"Science fiction zrujnowałem podług możliwości i sił we wszystkim, co o niej pisałem, przede wszystkim jako zawiedziony, znudzony śmiertelnie, rozczarowany, ogłupiany systematycznie Czytelnik, a nie jako pisarz". [24 marca 1972]

Kraków, 24 marca 1972

Drogi Panie,

…Ma Pan rację — oczywiście humor mój jest infernalny. O to właśnie szło, inaczej, myślę, lektura byłaby już nadto odpychająca. Lukier dowcipu osładza pigułkę tylko w momencie jej połykania, potem pozostaje gorycz, której, nie muszę chyba Pana zapewniać o tym, nie wymyśliłem sobie prywatnie, bo pochodzi ona raczej z zewnątrz, tj. ze świata, w jakim żyjemy. Tak: Dostojewski jest może najbliższym mi duchowo pisarzem, chociaż jest to bliskość choroby, nieszczęścia, piekła, zmory i wreszcie widma mogiły, a nie jakaś inna. Cytaty z Dostojewskiego można znaleźć w moich Dialogach chociażby (z Wyznań człowieka z lochu 1 np.). Co się tyczy Pana głodu Absolutu… głód ten znam chyba, ale jestem prywatnie przeświadczony o tym, że nie można go zaspokoić, bo Absolut nie istnieje w postaci do przyjęcia; w pewnym sensie jedyny Absolut, albo jedyny „model” Boga, jaki mogę serio zaakceptować, jest Bogiem oo. Destrukcjanów z 21. podróży Tichego, bo wyznania wiary tam zawarte są, tj. były pisane z najwyższą powagą, na jaką w ogóle mnie stać. W Filozofii przypadku nie brak explicite wyrażonych zastrzeżeń, o czym ta książka NIE JEST, co w niej pominięte, a mianowicie praktycznie w całości — estetyczna problematyka, problematyka przeżycia przedmiotu estetycznego, ponieważ uważam, że jej się metoda moja nie ima, tak że tu nie może być mowy o różnicy zdań między nami — po prostu milczałem świadomie na ten temat, który wydaje mi się niedyskursywny w całości.

sobota, 18 stycznia 2014

"Chętnie przyjmę, że nie jestem całkiem normalny"

Ze Stanisławem Lemem rozmawia Tomasz Fiałkowski.

"— Kiedy czyta się „Wysoki Zamek”, książkę o pańskim dzieciństwie, wchodzi się w obszar poza czasem i historią. Nie ma prawie odbicia wydarzeń zewnętrznych, jest zamknięty świat pasji dziecięcego bohatera. Czy to cecha właściwa odbiorowi rzeczywistości przez dziecko, czy tez pańska szczególna właściwość?
 
— Chętnie przyjmę, że nie jestem całkiem normalny. Opowiem anegdotę — późna sprawa, ale rzuca światło wstecz. Kiedy mój syn studiował fizykę w Princeton — spędził tam cztery lata — utrzymywałem z nim dość intensywną korespondencję. I on się skarżył matce w liście, że ojciec, zamiast pisać o swoim życiu wewnętrznym albo pytać o jego nastroje, pisze o galaktykach, o czarnych dziurach, o zakrzywieniu przestrzeni. Żona moja odpowiedziała mu: życiem wewnętrznym twojego ojca są właśnie czarne dziury i galaktyki. I naprawdę tak jest.
 

czwartek, 23 maja 2013

Papyrokracja


"Jest ironicznym paradoksem dziejów, że o cywilizacjach wczesnego neogenu, o prakulturach Asyrii, Egiptu, Grecji wiemy daleko więcej aniżeli o czasach praatomistyki i astrogacji pierwotnej. Te archaiczne kultury pozostawiły po sobie wszakże trwałe pomniki z kości, kamienia, łupku i brązu, podczas gdy w środkowym i późnym neogenie do utrwalania całokształtu wiedzy służył tak zwany papyr. Tę pochodną celulozy, substancję wiotką, prawie białą, walcowano i cięto na czworoboczne arkusze, na których ciemną farbą tłoczono wszelkiego rodzaju informacje, po czym składano je razem i zszywano w specjalny sposób.[…]

sobota, 18 maja 2013

„Do Yourself a Book” Stanisław Lem

Stanisław Lem
Napisanie historii wzejścia i upadku „Do yourself a book” byłoby rzeczą pouczającą. Ów nowotwór wydawniczego rynku stał się przedmiotem polemik tak zaciekłych, że przesłoniły samo zjawisko. Toteż przy­czyny, dla których przedsięwzięcie skrachowało, do dziś są niejasne. Nikt nie pokusił się o przeprowadze­nie badań opinii publicznej w tym względzie. Może i słusznie; może publiczność, która przesądziła o losie imprezy, sama nie wiedziała, co czyni. Wynalazek ten wisiał w powietrzu od dobrych dwu­dziestu lat i tylko dziwić się należy, że go wcześniej nie urzeczywistniono. Pamiętam pierwsze egzemplarze tego „budownictwa powieściowego”.

Było to pudełko o kształcie sporej książki, zawierające instrukcję, spis oraz zestaw „elementów budowlanych”. Elementami były paski papieru niejednakowej szerokości,  zadru­kowane fragmentami prozy. Każdy pasek miał na marginesie otworki, pomocne w introligatorce, oraz kilka cyfr, wytłoczonych różnymi kolorami. Ułożyw­szy wszystkie paski podług numeracji w kolorze „ba­zowym”, czarnym, zyskiwało się „tekst wyjściowy”, który składał się zwykle z dwóch co najmniej dzieł światowej beletrystyki, odpowiednio  skróconych. Gdy­by zestaw miał służyć tylko takiej rekonstrukcji, był­by pozbawiony sensu i komercjalnego waloru. Tkwił on w możliwości tasowania elementów. Instrukcja po­dawała zwykle kilka przykładowych wariantów re­kombinacji i do nich się odnosiły kolorowe cyferki na marginesach. Pomysł opatentował „Universal”, sięgając po książki, do których prawa autorskie już wy­gasły. Były to utwory klasyków, Balzaka, Tołstoja, Dostojewskiego, skracane odpowiednio przez anoni­mowy sztab wydawnictwa. Niechybnie wynalazcy adresowali ten melanż do pewnego rodzaju ludzi, któ­rym może sprawić uciechę deformowanie i wyinaczanie arcydzieł (a raczej ich prymitywnych wersji). Do­stajesz do ręki „Zbrodnię i karę”. „Wojnę i pokój” i możesz robić z postaciami, co zechcesz. Natasza może się puszczać przed ślubem i po nim, Swidrygajłow – ożenić się z siostrą Raskolnikowa. Ten ostatni – ujść sprawiedliwości i wyjechać z Sonią do Szwajcarii. Anna Karenina zdradzi męża nie z Wrońskim, lecz z lokajem itd. Krytyka jednogłośnie zaatakowała taki wandalizm: wydawca, jak mógł, bronił się, nawet dość zręcznie. Instrukcja, dołączona do zestawu, twierdziła, że tak można się nauczyć reguł komponowania materiału be­letrystycznego („doskonałe dla początkujących pisa­rzy!”), można też zestaw stosować jako projekcyjny tekst psychologiczny („powiedz mi, co zrobiłeś z »Anią z Zielonego Wzgórza«, a powiem ci, kim jesteś”), jed­nym słowem – i „trenażer” dla kandydatów litera­tury i zabawa dla każdego jej amatora. Nietrudno się było przekonać, że wydawcom patro­nowały mniej szlachetne intencje. „World Books” ostrzegały w instrukcji nabywcę przed stosowaniem kombinacji „niewłaściwych”. Chodziło o przestawienia ustępów tekstu, które nadawały przewrotny sens sce­nom pierwotnie jak śnieg białym: przez wtrącenie jednego zdania, niewinna rozmowa dwóch kobiet za­czynała sugerować afekty lesbijskie, można było do­prowadzić i do tego, żeby w zacnych rodzinach Dickensa uprawiano kazirodztwo – co komu dusza za­pragnie. „Ostrzeżenie” było, rozumie się, zachętą dzia­łania, sformułowaną tak, żeby nikt nie mógł oskarżyć wydawcy o obrazę przystojności. No, bo skoro zapowiadał w instrukcji, że tego robić nie należy. Rozwścieczony bezsilnością (pod względem praw­nym rzecz była nie do zaatakowania, wydawcy się o to postarali), znany krytyk Ralph Summers pisał wtedy: „A więc współczesna pornografia już nie wystarczy. Trzeba analogicznie zohydzić wszystko, co dawniej po­wstało, nie tylko wyzbyte brudnych intencji, lecz wła­śnie im oponujące. Ta nędzna namiastka Czarnej Mszy, którą każdy może uprawiać w domowym ustroniu za cztery dolary na bezbronnym ciele pomordowanych klasyków, jest prawdziwą hańbą”. 


Niebawem okazało się, że Summers przesadził w swoim kassandrycznym wystąpieniu: interes wcale nie prosperował tak dobrze, jak tego oczekiwali wy­dawcy. Sporządzono wnet nowy wariant „budownic­twa”, tom złożony z samych pustych kart, w którym od ręki można było układać paski z tekstami, ponie­waż tak one, jak stronice tomu, powleczone były monomolekularną folią magnetyczną. Dzięki temu upro­ściła się znacznie robota „introligatorska”. Lecz innowacja ta również nie chwyciła. Czyżby, jak przypu­szczali poniektórzy (bardzo już rzadcy dzisiaj) idealiści, publiczność odmawiała udziału w „znęcaniu się nad arcydziełami”? Doszukiwanie się postawy tak szlachetnej mam, niestety, za nieuprawnione. Cichym za­łożeniem wydawców była nadzieja, że sporo osób zagustuje w nowej grze: na te ich myśli naprowadzają np. takie ustępy „instrukcji”: „»Do yourself a book« pozwala Ci zdobyć taką samą władzę nad losami ludzkimi, podobną do boskiej, jaka dotąd była przywile­jem tylko największych geniuszów świata!” Co Ralph 


Summers w jednym ze swych napastliwych artyku­łów wykładał: „Możesz od ręki poniżyć każdą wznio­słość, zapaskudzić wszystko, co czyste, przy czym twej robocie będzie towarzyszyła przyjemna świadomość, że nie musisz już wysłuchiwać tego, co jakiś Tołstoj, jakiś Balzak miał do powiedzenia,  bo możesz się w tym szarogęsić, jak tylko zechcesz!” Ale cóż – tych kandydatów „zanieczyścicieli” było jakoś osobliwie mało. Summers przewidywał roz­kwit „nowego sadyzmu, przejawiającego się jako agre­sja wobec trwałych wartości kultury”, a tymczasem „Do yourself a book” ledwo się chciały sprzedawać. Przyjemnie byłoby wierzyć, że publicznością powodo­wała „ta naturalna szczypta rozsądku i prawości, któ­rą drgawki subkulturowe skutecznie nam przesłoniły” (L. Evans w „Christian Science Monitor”). Piszący te słowa nie podziela – chociaż chciałby! – opinii Evansa. Cóż się więc stało? Rzecz o wiele prostsza, jak wol­no przypuszczać. Dla Summersa, Evansa, dla mnie, dla kilkuset krytyków, pochowanych po kwartalni­kach uniwersyteckich, i jeszcze dla dalszych kilku tysięcy jajogłowych w całym kraju – Swidrygajłow, Wroński, Sonia Marmeladow czy też – Vautrin, Ania z Zielonego Wzgórza, Rastignac – to postaci doskonale znane, bliskie, nieraz wręcz bardziej plastyczne od wielu realnych znajomości. Dla szerokiej publicz­ności to puste brzmienia, nazwiska bez treści, więc dla Summersa, Evansa, dla mnie połączenie Swidrygajłowa z Nataszą byłoby rzeczą horrendalną, ale dla publiczności to akurat tyle, co związek pana X z pa­nią Ypsylon. Nie mając dla tej szerokiej publiczności waloru utrwalonych symboli – czy to szlachetności uczuć, czy rozpustnego zła – postaci takie nie zapra­szały ani do przewrotnej, ani do żadnej innej zabawy. Były po prostu doskonale neutralne. Nikogo nie ob­chodziły. Otóż wydawcy, jakkolwiek cyniczni, tego właśnie się nie domyślili, bo nie orientują się na­prawdę w rynkowej sytuacji literatury. Jeżeli ktoś dopatruje się ogromnego waloru w pewnej książce, wówczas użycie tej książki jako słomianki do wycie­rania butów wyda mu się nie tylko wandalizmem, ale i aktem „Czarnej Mszy” – co właśnie myślał sobie Summers, bo tak przecież pisał. Lecz zobojętnienie na takie wartości kultury zaszło w naszym świecie znaczniedalej, niż to sobie wysta­wili autorzy imprezy. Nikt się nie chciał bawić w „Do yourself a book” nie dlatego, że powstrzymywał się szlachetnie od znieprawiania cenności, ale po prostu dlatego, ponieważ między książką czwartorzędnego pismaka a epiką Tołstoja nie widział żadnej różnicy. Jedna pozostawiała go tak samo obojętnym, jak druga. Jeśli nawet tkwiła w publiczce „chęć deptania”, to – z jej stanowiska – „nie było do deptania nic intere­sującego”. 


Czy Wydawcy pojęli tę szczególną lekcję? W pew­nym sensie tak. Nie sądzę, żeby sobie uświadomili stan rzeczy podług powyższych słów, ale – wiedzeni instynktem, nosem, wyczuciem – przecież zaczęli do­starczać na rynek warianty „budownictwa”, które już lepiej szły, ponieważ pozwalały po prostu sporządzać czysto pornograficzne i obsceniczne składanki. Niedo­bitki pięknoduchów odetchnęły z ulgą, że przynaj­mniej czcigodne zwłoki arcydzieł pozostawiono wre­szcie w spokoju. Zarazem problem przestał ich intere­sować i znikły ze szpalt elitarnych kwartalników lite­rackich artykuły, w których szaty rozdzierano i gło­wy (jajowate) popiołem posypywano. Gdyż to, co się dzieje w nieelitarnych kręgach czytelnictwa, nic, ale to zupełnie nic Olimpu sztuk i jego Zeusów nie ob­chodzi. Olimp przebudził się potem raz jeszcze, kiedy to Bernard de la Taille, zbudowawszy z przetłumaczo­nego na francuski zestawu „The Big Party” – po­wieść, otrzymał za nią „Prix Femina”. Doprowadziło to zresztą do skandalu, ponieważ zmyślny Francuz nie powiadomił jury o tym, że jego powieść nie jest całkowicie oryginalna, lecz stanowi wynik składanki. Powieść de la Taille („Wojna po ciemku”) nie jest zresztą pozbawiona wartości; lecz budowa jej wyma­gała tak uzdolnień, jak zainteresowań, których nor­malnie nabywcy zestawów „Do yourself a book” nie przejawiają. Odosobniony ten wypadek nie odmienił niczego; od początku było jasne, że impreza oscyluje między głupią farsą a pornografią komercjalną. Ma­jątku na „Do yourself a book” nikt nie zbił. Pięknoduchów, przyuczonych do mirumalizmu, raduje dziś to, że figury z brukowych romansów nie wkraczają już na parkiety tołstojowskich salonów, a szlachetne dziewice, w rodzaju siostry Raskolnikowa, nie muszą się już puszczać z oprychami i zwyrodnialcami. W Anglii wegetuje jeszcze  farsowa wersja „Do your­self a book”; wydaje się tam zestawy, pozwalające budować króciutkie teksty według reguły „pure non-sense”; domorosły literat cieszy się tym, że w jego mikronowelce wlewają do butelki całe towarzystwo zamiast soku, że sir Galahad ucina romans z własnym koniem, że podczas mszy kapłan puszcza kolejki elek­tryczne na ołtarzu itp. Widać bawi to Anglików, skoro niektóre dzienniki umieszczają nawet stały kącik ta­kich elukubracji. Na kontynencie jednak „Do your­self a book” praktycznie przestały się pojawiać. Mo­żemy zacytować przypuszczenie pewnego krytyka szwajcarskiego, który inaczej niż my wyłożył klęskę tego interesu. „Publiczność – powiedział – jest już zbyt rozleniwiona, żeby jej się chciało własnoręcznie nawet zgwałcić kogoś, rozbierać lub męczyć. To wszy­stko robią teraz za nią fachowcy. »Do yourself a book« zrobiłyby, być może, karierę, gdyby powstały 60 lat temu. Narodziwszy się zbyt późno, zmarł w połogu”. Cóż można dodać do tej konstatacji – oprócz ciężkiego westchnienia?


Stanisław Lem „Doskonała próżnia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1985, s. 97-102.

piątek, 17 maja 2013

Stanisław Lem: „Matematyczny ład świata to nasza modlitwa do piramidy chaosu”

Stanisław Lem

A jeżeli tak nie jest? Jeżeli nie ma nic do imitowania? Jeżeli świat nie jest rozsypaną przed nami łamigłówką, tylko zupą, w której pływają bez ładu i składu kawałki, od czasu do czasu zlepiające się przez przypadek w jakąś całość? Jeżeli wszystko, co istnieje, jest fragmentaryczne, nie donoszone, poronne, zdarzenia mają koniec bez początku albo tylko środek, sam przód albo tył, a my wciąż segregujemy, wyławiamy i rekonstruujemy, aż zaczynamy widzieć całe miłości, całe zdrady i klęski, chociaż naprawdę jesteśmy cząstkowi, byle jacy. Nasze twarze, nasze losy urabia statystyka, jesteśmy wypadkową ruchów brownowskich, ludzie to nie dokończone szkice, przypadkowo zarysowane projekty. Perfekcja, pełnia, doskonałość — to rzadki Wyjątek, zdarzający się tylko dlatego, że wszystkiego jest tak niesłychanie, niewyobrażalnie wiele!

środa, 15 maja 2013

Potrzeba świętego spokoju

Stanisław Lem, 1966

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duzy tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem. 

"W obliczu nadciągających zmór"

Stanisław Lem z Pegazem
List Stanisława Lema do Sławomira Mrożka


Klińskie Roztopiszcza, 11 marca 1962 roku

Bracie w Bycie,
przepraszam za brzmienie tego okrzyku wstępnego, ale nastroić pragnąłem lutnię duszy mojej na ton wysoki, i tak mi się jakoś kiksnęło, a żebym miał wykręcać papier z maszyny i od nowa zaczynać – co to, to za nic. Listów Twoich, Treściami tak Naładowanych, że nie wiem, Worek pod moim łożem madejowym. I byłbym Ci ja z miejsca na ostatni Zew Duszy Twej odpisał, wprost mi się palce do klawiatury Żarzyły, ale myślałem, czy Ty czasem po drodze do Warszawki gdzieś do Genewki lub Konstantynopola nie zboczysz. [...]

Ja tu w obliczu nadciągających zmór. Dom cały, niestety, ma być malowany od środka; garaż cementowany; życie zrujnowane. Porządek cichy, powolne Dżynu sączenie obalone na czas jakiś; piszę rozmaite bzdury, a ostatnio zacząłem pisać wiersze, lecz nie we własnym imieniu, a tylko w imieniu Robotów, per procura niejako. Najpierw zapragnąłem, w obliczu nadciągającej zmiany pokoleń (że niby te roboty nas zastąpią), ocalić dla nich bezcenne skarby literatury naszej ojczystej, no więc przekładam (np. „Cóż to za robot, piękny i młody”) – ale potem ruszyłem śmielej:

Idę samotny borem i Lasem
Choć wszędy wicher i słota
I tylko głucho skrzypię zawiasem
Albo o kamień potknę się czasem
Robot – sierota. [...]

A propos mopsa, mamy małego jamnika, wabi się Pegaz, a tamtego pieseczka mamy też. Co robić; to nie ja sprowadzam tę menażerię do domu. Przybądź kiedy. Mam obecnie martini bianco, gin (London Gin), rum jamaica, Arak, który Jaś Sz. przywiózł z Persyi, likier Chartreuse i wodę sodową; w ten sposób doraźnie udaje mi się czasem nieco zmniejszyć Ból i Rozpacz Istnienia, które dławią i męczą, jak o tym mówią słusznie Podania i Klechdy Starych Robotów.

A w ogóle to powinienem był napisać jakoś całkiem inaczej, ale beztalencie rozpościera się u mnie na dziedzinę epistolografii też. Ty, mój drogi, to umiesz prawdziwe listy pisać z takim zimnym ogniem wewnętrznego uwznioślenia ponad szkieletów ludy, że składam i się tylko cieszę na to pośmiertne ich wydanie. Narobi szumku-huczku, spokojna głowa! Kanalizuj te pasje, wciskaj je w koryta Twórczości i przybywaj, Maestro Vitae Ofaidane, na Kliny, gdzie już skowronek śpiewa.

Your Old Robot

wtorek, 14 maja 2013

Co to są sepulki?

Stanisław Lem
Czy słyszeliście może kiedyś o sepulkach? Nie? To Wam o nich opowiem. Podoba mi się to słowo - sepulka. Budzi różne skojarzenia i jest zabawne. Wymyślił je Stanisław Lem. Jak zresztą wiele innych równie ciekawych słów: kurdel, ściorg, murkwie, pćmy. Był w tym prawdziwym mistrzem. Zatem co to są te sepulki? Po raz pierwszy wspomniane zostają w Podróży czternastej Dzienników gwiazdowych, opowiadań, których bohaterem jest Ijon Tichy. Ponownie można się na nie natknąć w innej książce Lema pt. Wizja lokalna. Wiadomo, że służą do sepulenia i odgrywają wielką rolę w cywilizacji Ardrytów: odniesienia do nich pojawiają się  w tamtejszej sztuce i reklamie.
 
Ijonowi Tichemu nie udało się ustalić szczegółów, gdyż sepulki są tematem tabu – sama rozmowa o nich jest traktowana jako wielki nietakt. Z pozoru może się wydawać, że sepulki mają związek ze sferą erotyczną (wielkie oburzenie wywoływały próby zakupu ich, czy użycia przez Ijona Tichego, jako osobę samotną), jednak zaprzeczają temu sami Ardryci.

Według Lema, sepulki są bardzo podobne do murkwi, a kolorystycznie trochę przypominają pćmy łagodne. Ich funkcja użytkowa jest oczywiście inna. Definicję sepulek można było znaleźć w Encyklopedii Kosmicznej prof. Tarantogi, którą pożyczył od niego Ijon Tichy, niewiele to jednak wyjasniło.

„W artykule tym wszystko jest dla mnie jasne, z wyjątkiem wzmianek o sepulkach, transmie i strumie. Niestety, ostatni tom Encyklopedii, który się ukazał, kończy się na haśle „SOS GRZYBOWY”, więc o transmie ani o strumie nie ma nic. Poszedłem jednak do Tarantogi, żeby zajrzeć pod „SEPULKI”. Znalazłem krótką informację:

SEPULKI – odgrywający doniosłą rolę element cywilizacji Ardrytów (ob.) z planety Enteropii (ob.). Ob. SEPULKARIA

Poszedłem za tą radą i przeczytałem:

SEPULKARIA – obiekty służące do sepulenia (ob.)

Poszukałem pod „Sepulenie”, było tam:

SEPULENIE – czynność Ardrytów (ob.) z planety Enteropii (ob.).  Ob. SEPULKI.

Krąg się zamknął, nie było już gdzie szukać.”[1] 

W powieści Wizja lokalna okazuje się jednak, że Encyklopedia Kosmiczna to oszustwo, o czym profesor miał powiedzieć Tichemu, ale zapomniał. Także w tej powieści okazuje się, że nie istnieje też sama planeta Enteropia, a domniemany świat był jedynie kamuflażem dla planety Encja. Wszystko niby się wyjaśniło, tyle, że dalej nie wiem co to właściwie są te sepulki...

Sepulki są jednak obecne także w naszej rzeczywistości, nie tylko w tej powieściowej, wymyślonej przez Stanisława Lema. W kulturze na przykład. Od sepulek bowiem wzięła nazwę polska literacka nagroda w dziedzinie twórczości fantastycznej, Złota Sepulka. Pojawiły się też w tytule książki Wojciecha Orlińskiego poświęconej twórczości Stanisława Lema, Co to są sepulki?

Sepulki istniały również w przeszłości. Radziecki entomolog Aleksander Rasnicyn, pracujący w jednym laboratorium z pisarzem Kiryłem Jeskowem, w 1968 na cześć Lema nazwał sepulkami (rodzina sepulkowate (Sepulcidae), z rodzajami Sepulca i Sepulenia oraz gatunkami Sepulca mirabilis, Sepulca mongolica oraz Sepulenia syricta) odkryte na Zabajkalu skamieliny późnomezozoicznych owadów.
______________________________
[1] Stanisław Lem Podróż czternasta „Dzienniki gwiazdowe”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 131.

sobota, 9 marca 2013

"Jak ocalał świat" - Stanisław Lem

Konstruktor Trurl sporządził raz maszynę, która umiała robić wszystko na literę n. Kiedy była gotowa, na próbę kazał jej zrobić nici, potem nanizać je na naparstki, które też zrobiła, następnie wrzucić wszystkie do sporządzonej nory, otoczonej natryskami, nastawniami i naparami. Wykonała polecenie co do joty, ale ponieważ nie był jeszcze pewny jej działania, kolejno musiała zrobić nimby, nausznice, neutrony, nurty, nosy, nimfy i natrium. Tego ostatniego nie umiała, i Trurl, bardzo zmartwiony, kazał się jej tłumaczyć.
- Nie wiem, co to jest - wyjaśniła. - Nie słyszałam o czymś takim.
- Jak to? Ależ to sód. Taki metal, pierwiastek...
- Jeżeli nazywa się sód, jest na s, a ja umiem robić tylko na n.
- Ale po łacinie nazywa się natrium.
- Mój kochany - rzekła maszyna - gdybym mogła robić wszystko na n we wszelkich możliwych językach, byłabym Maszyną Która Może Wszystko Na Cały Alfabet, bo dowolna rzecz, w jakimś tam obcym języku na pewno nazywa się na n. Nie ma tak dobrze. Nie mogę robić więcej, niż to wymyśliłeś. Sodu nie będzie.

poniedziałek, 4 marca 2013

Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju

Stanisław Lem


Z listów Stanisława Lema do Sławomira Mrożka

kwiecień 1967

Zauważyłem ciekawy fenomen, na sobie samym, który do myślenia daje. Oto bardzo różne są losy moich książek na Wschodzie i na Zachodzie. Na Wschodzie jestem po prostu rodzaj oceanu, otrzymuję z Rosji otchłanne listy, całe duże i czasem niegłupie nawet filozoficzne traktaty, jako ów Mądry Starzec, który wie, jak żyć, a potargane egzemplarze moich polskich edycji służą do nauki naszego języka ojczystego. Polska to casus specjalny, bo nikt nie jest u siebie prorokiem. Ale pewien Czech pisze sobie z powieści mej operę. Różne wysoko uczone osoby zaś z Rosji przysyłają mi swe dzieła z dedykacją itp.

24 listopada 1964

Zapewne, z grubsza biorąc, to jest tak, że gdy kto już jest uznany i ma patent (...) wtedy, w pewnym sensie przynajmniej i w pewnych granicach, może sobie i chały pisać, chociaż raczej nie nazbyt w ich chałowatości klarowne, bo i tak za dzwoniące złoto dukatowe zostanie poczytane. A gdy nie ma patentu ktoś, to też może pisać, co sobie chce, bo jednakowo to zignorowane zostanie; tak zatem, w tym punkcie nierozpoznania, niepostawienia diagnozy "właściwej", produkta oba się ze sobą zejdą i pokryją. Sprawa jednakże samej diagnozy, tego rozpoznania właściwego wartości, jest niewątpliwie interesująca. Mnie się zdaje, że innej, oprócz własnej oceny, być nie może, mnie przynajmniej na innych nie zależy, jako odbiorcy, rozumie się. Cóż na to można poradzić, jeśli mnie się pewne płótna, czy, z branży już, utwory bardzo sławne, nie podobają ani trochę? Wpędzać siebie w kompleksy domniemaniem jakowychś ślepych plam, jakowejś ślepoty lokalnej, własnej? I po co właściwie? Nic prostszego zresztą, niż w podobnej sytuacji ekstrapolować na całość odbiorców, tj. ustalić, powiedzmy, że oni mają wszyscy razem taką ślepą plamkę w odniesieniu do tych czy innych utworów. ale mnie taki punkt widzenia nie odpowiada, ponieważ zakłada on jednak istnienie jakiejś wyższej, ostatecznej, to jest, po prostu, absolutnej skali ocen, takiej, wicie, wszechmocy wprawdzie absolutnie biernej, która palcem nie rusza, ale po eonach czasu jednak sprawiedliwość wymierzy, jednych wzniesie, innych na zapomnienie skaże itd. Jednakże ja się w żadnej mierze na takie stanowisko nie piszę. Uważam, że od wyroków żyjących nie ma w ogóle żadnego apelu, i gadanie o potomności, co się pozna, jest jednakowo bzdurą, czy się pozna, tj. czy zauważy, czy też nie zauważy (się nie pozna). Bo jeżeli my znajdujemy stary nocnik w jakimś grobowcu sprzed 11 000 lat i się tym nocnikiem będziemy szczerze zachwycali, to z tego nie wynika doprawdy, aby on, jako nocnik, był wtedy, gdy do niego faraon kupki sadził, był też takim nadzwyczajnym Dingiem. Po prostu okoliczności, upływ czasu, nasza wiedza o nim itd. itp., wszystko to razem wwindowało nam ów nocnik na odpowiednie wyżyny. A jeżeli ktoś był Norwid i prekursor, to też nie można powiedzieć, że ci, co w dupie go mieli, się głęboko mylili, tacy, wicie, tępi, a my, lepsi, żeśmy się poznali, co i nam, i jemu honor, ale nam większy, przynosi. Tak nie jest. Ja wiem, że tę moją relatywizację posuwam, z punktu widzenia zdrowego rozsądku, o włos, o krok za daleko, ponieważ niby to nie jest takie proste i są "wartości trwałe", którym się jedna epoka przygląda, bekając z niesmaku, a inna je do serc tuli; wszelako, generalnie, i w pierwszym przybliżeniu, które mi na razie wystarcza, jednak lepiej już uznać, że zarówno uznanie, jak i nieznanie, jest to zjawisko immanentne, bez apelacji, odniesień, skarg i trybunałów w łonie wieczności ukrytych.

[W]: Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s.84-87.

środa, 27 lutego 2013

"Awantury na tle powszechnego ciążenia" - Tomasz Lem

Stanisław Lem jest, już właściwie od czasów dzieciństwa, moim ulubionym polskim pisarzem. Pod względem liczby przeczytanych tytułów jednego autora mogą się z nim jedynie równać Edmund Niziurski oraz Zbigniew Nienacki. Dokładnie pamiętam jak z wypiekami na twarzy pochłaniałem w ciągu jednej nocy „Niezwyciężonego”, podobnie rzecz się miała z „Opowieściami o pilocie Pirxie”. Lektura „Dzienników gwiazdowych”, opisujących przygody Ijona Tichego,  co jakiś czas przerywana była wybuchami śmiechu. Do niektórych z książek Lema powoli dorastałem, dopiero drugie czytanie „Solaris”, kiedy byłem już dorosły, przyniosło mi całkowite zrozumienie i ogromną satysfakcję. To Stanisław Lem i jego książki spowodowały między innymi, że zacząłem się interesować nauką, a biologią i fizyką w szczególności.

Znałem zatem Stanisława Lema jako pisarza, myśliciela, filozofa, guru radzieckich naukowców i kosmonautów, genialnego człowieka o nieprzeciętnej inteligencji. Z „Wysokiego Zamku”,  jego autobiograficznej, wspomnieniowej książki, dowiedziałem się wiele interesujących rzeczy na temat domu rodzinnego, pierwszych, tak ważnych w rozwoju dziecka lat życia, jego dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonych we Lwowie. Przeczytałem także, już jednak dużo później, dwie książki wywiady-rzeki, które przeprowadzili ze Stanisławem Lemem Tomasz Fijałkowski „Świat na krawędzi” oraz Stanisław Bereś „Tako rzecze … Lem”. Wymienione przeze mnie książki zawierają tylko to co Lem sam chciał o sobie powiedzieć, co on uważał za ważne lub stosowne. Miałem jednak trochę niedosyt i cały czas czułem, że nie poznałem jeszcze „całego” Stanisława Lema, nie dowiedziałem się jakim tak na prawdę był człowiekiem. Żył przecież wśród nas i jak każdy obywatel musiał załatwić sobie węgiel na zimę, naprawić gdzieś zepsuty samochód, wyjechać czasem na wakacje. Był czyimś mężem, ojcem, przyjacielem i sąsiadem. Żywym człowiekiem. Czegoś takiego właśnie mi brakowało, dlatego też bardzo chciałem przeczytać wspomnienia o nim napisane przez jego syna Tomasza, a zatytułowane „Awantury na tle powszechnego ciążenia”.

Niełatwa to sprawa opisać tak wszechstronną osobowość. Stanisław Lem był nieprzeciętnym, często myślącym i działającym w niekonwencjonalny sposób człowiekiem, kierującym się w życiu swoistą logiką, pomimo racjonalnego patrzenia na świat. Do rzeczywistości miał jednak często stosunek dosyć luźny, co przysparzało rodzinie sporo kłopotu i sprzyjało zabawnym zdarzeniom. W codziennym pożyciu nie był najłatwiejszym człowiekiem, często zamyślonym i roztargnionym, czasami porywczym i w gorącej wodzie kąpanym. Miłośnik chałwy i marcepanu w czekoladzie, mianowany przez samego siebie „opiekunem słodyczy”. Fascynowały go maszyny i mechaniczne przyrządy, maszyna elektrostatyczna Wimshursta należała do ulubionych, ale także dziecięce zabawki, które kupował pod pretekstem prezentów dla syna. Jak na prawdziwego mężczyznę przystało posiadał w swoim życiu samochody, jeździł nimi i zmagał się z ich naprawami, gdy się popsuły. Nigdy też nie pytał o drogę, gdy zabłądził w podróży. Podróże samochodem i związane z nimi zabawne sytuacje, to w ogóle osobny rozdział omawianej książki pt. „Potyczki z motoryzacją”. Należy się cieszyć, że wszystko skończyło się dobrze i nikt nie odniósł poważniejszych obrażeń.

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” są, pełną ciepła, czułości i szacunku, opowieścią o ojcu, ale też kimś niezwykłym. Tak jak w twórczości i życiu Stanisława Lema, tak i w tej książce obecna jest duża dawka humoru. Jedynie traumatyczne wspomnienia wojenne ze Lwowa, wydarzenia marcowe 1968 roku, kiedy to Lem poważnie zastanawiał się nad opuszczeniem na zawsze Polski, oraz wprowadzenie stanu wojennego, są poważniejsze i rzucają cień na tę opowieść. Tomasz Lem, często przy pomocy delikatnej ironii, zawsze jednak połączonej z miłością, podziwem i szacunkiem, stara się możliwie wiernie i szczerze, przedstawić nam złożony i fascynujący obraz człowieka jakim był Stanisław Lem. Autor opowiada nie tylko o ojcu, ale również o znacznej części swojego życia. Jest to dla mnie interesujące z innego jeszcze powodu. Tomasz Lem, podobnie jak ja urodzony w 1968 roku (nawiasem mówiąc był to bardzo dobry rocznik) opowiada o życiu w czasach PRL-u, co budzi we mnie wiele wspomnień związanych z dzieciństwem, szkołą, telewizją i brakiem Teleranka w momencie wprowadzenia stanu wojennego.

Należy także koniecznie wspomnieć o Barbarze Lem, żonie Stanisława, a matce Tomasza, której postać obecna jest niemal na każdej stronie książki, a bez której pomocy, śmiem twierdzić, nie powstałyby tak wspaniałe dzieła. Pod względem wielu cech charakteru, stosunku do świata i rzeczywistości, podejścia do życia, Barbara była przeciwieństwem Stanisława Lema. Stanowiła źródło rozsądku we wszelkich pochopnych działaniach, była strażniczką dobrych manier i obyczajów, będąc jednocześnie wysłannikiem i pośrednikiem w kontaktach pisarza ze światem zewnętrznym, zapewniając mu święty spokój, którego tak potrzebował podczas pisania.

„Awantury na tle powszechnego ciążenia” czyta się szybko, lekko i przyjemnie, głownie za sprawą wszechobecnego humoru oraz licznych anegdot z życia rodzinnego państwa Lemów i nie tylko. Dodatkowym atutem tej książki są zamieszczone w niej liczne fotografie pochodzące z archiwum rodzinnego oraz cytaty z listów Stanisława Lema do przyjaciół i tłumaczy, z wywiadów, a także z dziennika jaki prowadziła w podroży Barbara Lem.

Na koniec kilka fragmentów dla zaostrzenia apetytu:

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

"Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duży tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem.

UFF!!!!!!!!! Rozumieszże Ty mnie, Ściborowa, wewnętrzno-samotnicza, Ascetyczno-Uduchowiona Istoto Bratnia!!!!??

Ten Spokój!"

Fragment listu Stanisława Lema do Sławomira Mrożka

24 listopada 1964 roku

"Co ja teraz robię? Robię dosyć śmieszną, głupawą rzecz: szukam skarbów. A to w ten sposób, że znoszę z wypożyczalni książki stare dosyć, różnych tam Gawalewiczów, Gruszeckich, o których możeś nawet i nie słyszał, bo też i nikt poza historykiem literatury chyba wielu nazwisk takich nie zna.

Czytam więc te stare, lekko spróchniałe książki, romanse itp., wszelako wyznać muszę uczciwie, żem skarbów, jak dotąd, nie znalazł, ani nawet ich śladów; a tylko ramoty nieszczęsne, w poczciwości swej i prostocie szalenie nudne, i nie wiem, długoż mi jeszcze sił starczy, aby dalej ten cmentarz moimi zapędami nekrofilskimi znieważać - bo to jest jakaś nekrofilia, dalipan! ale jedno, co i tak pewno zauważyłeś, a to, styl się, mnie taki trochę od tej starzyzny, nią nasiąkłszy, XIX-wieczny zrobił, z taką patyną swojskiego lichego chowu.

Już ja teraz żadnej prassy twórczej naszej nie czytam, i najdziwniejsze, że braku takowego w ogóle nie postrzegam, ani też w sobie i ni na sobie istotnych dziur w świadomości swojej, które by mnie się miały robić, liczne, z tak wrednej ignorancji. Piszę też, tj. mielę na żarnach, moje rakiety, ot tak sobie, z obowiązku, nie bez znudzenia, i żadnej poza tem nie mam rozrywki, co źle zresztą wyraziłem, pisania tego bowiem, pańszczyzną będącego, żadną miarą nie da się rozrywką nazwać".

Tomasz Lem „Awantury na tle powszechnego ciążenia”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 268.

wtorek, 26 lutego 2013

"Powrót z gwiazd" - Stanisław Lem


„Człowiek musi jeść, pić i ubierać się; reszta jest szaleństwem.”


Powieść „Powrót z gwiazd” Stanisława Lema powstała w 1960 roku, w najlepszym, „złotym okresie”, jego twórczości, kiedy to spod jego pióra wychodziły tak znakomite książki jak „Eden”, „Niezwyciężony”, „Cyberiada”, „Głos Pana”, czy wydana rok później „Solaris”.

Nie jest to moja ulubiona książka z „Lemowego kanonu” lektur obowiązkowych, mimo to przeczytałem ją kolejny już raz z dużą przyjemnością. Poprzednio czytałem ją wiele lat temu, mogłem zatem porównać dzisiejszy jej odbiór z tamtym sprzed lat, a także z innymi książkami z gatunku SF, które zdążyłem w międzyczasie przeczytać. Z pewnością przeczytałem ją teraz bardziej dojrzale, zwracając uwagę na szczegóły, skupiając się na zupełnie czymś innym niż kiedyś.

„Powrót z gwiazd” to wizja społeczeństwa przyszłości, w życiu którego znaczącą rolę odgrywa proces betryzacji, polegający na pozbawianiu ludzi zaraz po narodzeniu wszelkich dzikich instynktów. Ludzie tacy nie są zdolni do jakichś gwałtownych reakcji, agresji, nie potrafią nawet, nie są w stanie, pomyśleć o zabiciu drugiego człowieka. Z takim społeczeństwem skonfrontowany zostaje główny bohater powieści, Hal Bregg, oraz jego koledzy astronauci wracający na Ziemię po stukilkudziesięciu latach, które minęły od momentu rozpoczęcia ich wyprawy w kosmos. Wskutek znanego paradoksu czasowego Einsteina Hal Bregg postarzał się o niewiele lat, na Ziemi natomiast minęło ich aż 127.

Powrót rodzi wiele problemów. Na Ziemi minęło wiele lat, nie żyją już ich rodzice, dziewczyny, znajomi, przyjaciele. Świat, jaki zostawili kiedyś już nie istnieje, a ten zastany jest bardzo często dla nich nie do przyjęcia. Co więcej, okazuje się, że ich wyczyn, bohaterstwo i śmierć wielu z nich są już nikomu niepotrzebne. Nowe pokolenia ludzi nie interesują się podbojami kosmicznymi, ceniąc sobie spokój, brak konfliktów i konieczności podejmowania ryzyka. Zmieniły się obyczaje, potrawy, ubrania, meble, mieszkania i środki transportu. Samochody są dostępne już tylko w antykwariatach, a książki, w postaci kryształków, czyta się w specjalnych urządzeniach. Proces betryzacji nie tylko pozbawił ludzi dzikich instynktów, ale spowodował także inne zmiany w ich życiu i psychice. Unikają wszelkiego trudu i niebezpieczeństwa, oddając się prawie wyłącznie rozrywkom i przyjemnościom.

To co bohaterom książki, przybyszom z przeszłości przeszkadza najbardziej, to paradoksalnie wszechobecna sztuczność i wygoda, sztuczne materiały, fotele, w których się nie czuje, że się w nich siedzi, wszechobecne światła i dźwięki, przeźroczyste ściany, a wszystko  jakieś miałkie i mdłe. Największa rozrywką tych ludzi jest real, coś w rodzaju gry wirtualnej, tyle, że odgrywanej w wykreowanej rzeczywistości, gdzie, jak to w grze komputerowej, nic nikomu stać się nie może. Takim „łagodnym” społeczeństwem łatwo jest sterować, szczególnie gdy używa się hipnagogu, urządzenia do uczenia się podczas snu. Podstawowe rzeczy i usługi są za darmo. Istna sielanka, żyć nie umierać. Jednak nie dla „staruszków”, którzy pamiętają dawne czasy. Trudno jest im żyć, trudno nawiązać kontakt z kobietami. Osobną sprawą jest kwestia robotów, które przejęły wykonywanie większości niebezpiecznych prac, opiekują się i usługują ludziom, nadzorując też pracę i stan samych robotów oraz decydując o likwidacji zepsutych lub przestarzałych modeli. To dosyć niepokoi Bregga. Ludzie nie potrafią zabijać, ale co z maszynami.

Sam Stanisław Lem nie bardzo lubił tę swoją książkę, uważając, że:
„Razi mnie sentymentalizm tej książki, krzepa bohaterów, papierowość bohaterki. Coś mi tam zalatuje Remarkiem z jego Trzech towarzyszy. Jest w tym jakieś gówniarstwo. A mówiąc spokojniej – autorowi nie wolno robić bohaterom przyjemności dlatego, bo im sprzyja. Romans w końcu mógł się skończyć jak w powieści, ale warunkiem koniecznym byłaby osobowość tej ukochanej narratora, a w istocie jest ona pustym miejscem. Co prawda sam problem betryzacji uważam nadal za sensowny, ale jego realizację zbytnio uprościłem. Ten świat jest zbyt płaski, jednowymiarowy. Mój obojnaczy stosunek do tej książki najlepiej widać po tym, że jednak pozwalałem ją tłumaczyć”. [1]
Trudno z Mistrzem się nie zgodzić, ale …. Dla mnie najbardziej interesujący w „Powrocie z gwiazd” jest problem obcości, obecnej w kosmosie, gdy Bregg wspomina przeżycia z wyprawy, i na Ziemi wśród jej mieszkańców, a także osamotnienia i alienacji jednostki wywołanej tą obcością. Jak tu myśleć cokolwiek o szukaniu obcych cywilizacji i kontakcie z nimi, gdy nie można się porozumieć z członkami własnej społeczności. „Powrót z gwiazd” daje dużo do myślenia, stawiając wiele ciekawych pytań natury filozoficznej i egzystencjalnej. Powieść zaczyna się w miejscu, w którym większość z utworów SF się kończy, tylko Lem postawił sobie pytanie co będzie się działo, kiedy już z tego kosmosu się wróci. Nie przypominam sobie drugiej podobnej książki, tak wśród polskich jak i zagranicznych utworów SF, także pod względem interesującego i dokładnego opisu społeczeństwa przyszłości. Jak przekonało się o tym  już wielu, nie jest to taka prosta sprawa.

O Stanisławie Lemie i jego książkach pisałem także tutaj oraz tutaj.

Stanisław Lem „Powrót z gwiazd”, Wydawnictwo Agora, 2008, s.246.

[1] Lem.pl