Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stasiuk Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stasiuk Andrzej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 maja 2013

"O Hrabalu" Andrzej Stasiuk

A teraz będzie o Bohumilu Hrabalu. Umarł i trudno się do tej myśli przyzwyczaić. Może nawet jest tak, że moje łzawe i słowiańskie serce najzwyczajniej nie ufa realności i nie wierzy w to zdarzenie. Wychodzę przed dom, jest pogodna noc i wszystko sobie trwa w swoim starym kształcie. Gwiazdy świecą, ludzie śpią, ziemia wiruje pewnie, aczkolwiek niezauważalnie, zwinięte w kłębek psy i koty drzemią w swoich zakamarkach i guzik je obchodzi, że kiedyś będzie jakiś kolejny dzień. Jednym słowem zwyczajność sobie hula i świat per saldo nie zmienia się ani na lepsze, ani za bardzo na gorsze. A przecież całe stworzenie, cała widzialność, jednostkowe byty, wszystkie egzystencje i przynajmniej obywatele wyszehradzkiego trójkąta powinni trwać w pomieszaniu i pytać: Jeśli jego nie ma, to kto nas zapamięta? Kto opisze? Kto nas ocali przed bezmyślnym pyskiem kosmosu i analityczną, ezoteryczną paszczą historii, która smak i gust ma wysoce wysublimowany, i jeśli ktoś nie był zapisany, dajmy na to, w „Zeszytach Literackich”, to nie było go w ogóle?  Kto będzie teraz odmawiał tę litanię do wszystkich świętych, w której niepostrzeżenie zjawiają się imiona z książki telefonicznej i nazwiska z powszechnego spisu ludności.

Ale wokół jest cicho jak gdyby nigdy nic. Zupełnie tak, jakby wciąż odjeżdżał ten sam autobus do Kerska z tą samą kobietą, którą kiedyś wziął za niewidomą, a ona tylko szkoliła psy dla ociemniałych. Zupełnie tak, jakby doczesność zmieniła się jakimś cudem w wieczność, zupełnie tak samo, jak podczas tych poranków, gdy żona była już w pracy, a on mógł spokojnie zaczynać dzień od mocnej kawy i kilku papierosów, a świat za oknem zastygał w swej ruchliwej postaci i minuty ogromniały jak baloniki nadęte nieskończonością. Tak było. Wystarczy zajrzeć gdzie trzeba i przeczytać.

Bohumil Hrabal na fotografiach wygląda tak, jakby na nikogo nie czekał, jakbyśmy go akurat przy czymś zastali. Spodnie w paski, wiatrówka na suwak, coś tam wychodzi spod czegoś, na ramieniu podejrzana torba, z której wystaje nie wiadomo co. Przypomina wcielenie wszystkich swoich postaci. Gdyby wszedł pomiędzy nie, byłby nie do odróżnienia. Tak też najprawdopodobniej wygląda jego duch. I czas pewnie nie poradzi sobie z tym wizerunkiem, ponieważ sam wizerunek jest nieskończenie tymczasowy i pokonuje przemijalność jej własną bronią. No bo co może zrobić świat i czas komuś, kto całe życie powtarzał: „W porządku, ja się zgadzam”. Nic mu nie może zrobić, bo to jest egzystencjalne aikido, czyli wykorzystanie energii atakującego przeciwnika. A potem któregoś dnia wchodzę do Gazdy. Jest dziewiąta rano, czarno-biały telewizor nadaje wieści, lecz nikogo one nie obchodzą. Trzech facetów siedzi przy stoliku i popija piasta. Kompozycja jest nieskończenie spokojna i ostateczna, jakby czas o tej dziewiątej, piętnaście kilometrów od słowackiej granicy w kwietniu, nagle przestał płynąć. Przypominają plebejską i ziemską wersję Trójcy Andrieja Rublowa. Jak przystało na świeckie wykonanie, światło obrazu jest właściwie monochromatyczne. Składa się z kilkunastu odmian szarości. Najprawdopodobniej na nic nie czekają. Nie zamieniają ani słowa. Ich obecność jest całkowicie elementarna. I jeślibym miał znaleźć jakiś emblemat dla pisarstwa Bohumila Hrabala, to byłoby to tych trzech siedzących facetów. Nie ma w nich śladu heroizmu, nie ma w nich śladu literackości, nie ma pragnienia, by uzasadniać własną egzystencję. W końcu fundamentem świata nigdy nie były czyny, ale jedynie zwykłe, najzwyklejsze istnienie. I Hrabal, jak nikt inny, potrafił nam to opowiedzieć.

A potem jeden z nich wstał i powoli zaczął się zbierać. Drugi jakby się ocknął, popatrzył na tamtego i powiedział: „Gdzie będziesz szedł?”. Wtedy ten, co wstał, rozejrzał się po knajpie i trochę po świecie i powoli usiadł z powrotem.

„W hołdzie dla Philipa Marlowe’a” Andrzej Stasiuk


 „Z upodobaniem lubi wstawać późno, ale z konieczności musi czasem wstawać bardzo wcześnie. To samo zresztą dałoby się powiedzieć o każdym z nas”. Raymond Chandler o Philipie Marlowe w liście do D. J. Ibbersona

Philip Marlowe jest jedną z kluczowych postaci współczesnej kultury. Używa smith&wessona kaliber.38 z czterocalową lufą i amunicji z pociskiem w miękkim pancerzu. Jego główną cechą jest zmęczenie, ale nigdy nie dowiadujemy się o tym od niego samego, bo jeśli pozwala sobie na autokomentarz, to mówi z ironią. Nie skarży się. Lecz brak snu, alkohol, rzadkie i pospieszne posiłki muszą robić swoje. Wychodzi bez pożegnania, chociaż wie, że może nie wrócić. Ze spokojną rezygnacją przemierza speluny i salony, albowiem posiada wiedzę o tym, że świat pozbawiony jest wyraźnych granic i form. Myślę, że jego umysł skłania się raczej w stronę fizyki niż etyki. Znaczy to tyle, że bardziej interesuje go równowaga świata niż jego sprawiedliwość. W końcu dość swobodnie porusza się na granicy prawa i bezprawia, i często się ześlizguje to na jedną, to na drugą stronę, nie robiąc zresztą zbędnych ceregieli. Czego jak czego, ale przeprosin i usprawiedliwień nie usłyszymy z jego ust. W sposób całkiem naturalny traktuje rzeczywistość jako swoją własność, do której posiada takie same prawa jak inni ludzie. Różni go tylko nieco większe poczucie odpowiedzialności za to, co zastał. Zanim Camus do spółki z Sartre’em wymyślili na siedząco egzystencjalizm, Marlowe już go praktykował. Po prostu wstawał, brał prysznic, szedł do biura, czekał na klientów, a potem wychodził do miasta i próbował coś zrobić, by życie było trochę bardziej możliwe niż zwykle. Przypuszczam, że bez specjalnej nadziei i bez specjalnego powodu. A przynajmniej bez powodu, który domagałby się słów pisanych dużą literą. Moje słowiańskie serce kocha go wierną i beznadziejną miłością. Jest dla mnie najlepszą częścią Ameryki. Poza nim Ameryka ma tylko Faulknera, The Ramones i braci Marx. Ucieleśnia wszystkie te cechy, których Europa nigdy nie umiała wykształcić w zadowalającym stopniu: przede wszystkim brak złudzeń, małomówność i całkowitą odporność na psychoanalizę. Z faktu bycia człowiekiem potrafił wyciągnąć bardzo ludzkie wnioski, które sprowadzają się do stwierdzenia, że jako bezpośredni i jedyni sprawcy dobra i zła jesteśmy odpowiedzialni za to, by jedno i drugie utrzymać w jakiej takiej równowadze. Nic więcej. Ilekroć czytam Dostojewskiego, dla harmonii sięgam zaraz potem po Długie pożegnanie, tak samo jak po łyku alkoholu sięga się po papierosa. Jest to jeden z tych zwyczajnych odruchów, dzięki którym świat się nie rozpada, a osobowość nie ulega dezintegracji. Zamykam oczy i widzę go, jak wychodzi w kalifornijską noc, by z duszą na ramieniu nadstawić karku dla pieniędzy, których często zresztą nie dostaje. I nawet gdy do kogoś strzela, w jego spojrzeniu nie znajdziemy cienia przyjemności.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Karol Bukowski, Brzeska 4

Chgarles Bukowski
Że też wszystkiego o Los Angeles muszę dowiadywać się z trzech źródeł: z amerykańskich seriali, od Chandlera i od Bukowskiego. I mam coraz mniejszą ochotę pojechać do Ameryki, zwłaszcza do Kalifornii. Na serialowe salony mnie nie wpuszczą, czasy Chandlera przeminęły i prywatny detektyw nie jest już postromantycznym samotnikiem, a detektywów od bandziorów trudno odróżnić. A Bukowski...? Jaki z niego Amerykanin czy - niechby tylko po matce - Niemiec?! To jest zwykły Polak, który wzorem większości Polaków postanowił zrobić karierę w Ameryce. W dodatku był cwańszy od reszty i zrobił. Późno bo późno, ale zrobił. Z tym „późno”, tak sobie myślę, to była przemyślana strategia. Bo jakby zrobił wcześnie, to - znając jego upodobania - nie dożyłby swoich siedemdziesięciu paru lat. Dla tych, co picie i pisanie traktują zamiennie albo wręcz równolegle, bieda jest błogosławieństwem. Póki trzeba pisać, żeby można się było napić, wszystko jakoś idzie; i pijący, i literatura na tym wygrywają. Kariera (oczywiście w Ameryce) jest natomiast sytuacją, w której nie trzeba już pisać, żeby można było napić się do woli. Chwilami mam podejrzenie, że kariera jest podstępnym wymysłem konkurentów-abstynentów. Ale miało być o tym cwanym Polaku... 

sobota, 30 marca 2013

"Terra incognita"


Świt gdzieś w Pucku na poboczu drogi i rozciągnięte wąskie chmury nad Zatoką, spod których wyślizgiwało się jasne ostrze wstającego dnia i zimny zapach morza poprzetykany skrzekiem mew. Bardzo możliwe, że dotarłem wtedy na sam brzeg, bardzo możliwe, że po paru godzinach snu gdzieś obok drogi nadjechała furgonetka i facet powiedział, że jedzie przez cały kraj, na południe, i to było stokroć bardziej pociągające niż nuda przypływów i odpływów, więc wskoczyłem na pakę i zawinięty w koc drzemałem pod łopoczącą plandeką, a w półśnie nawiedzały mnie minione pejzaże pomieszane z fantasmagoriami, jakbym oglądał rzeczy, które widzi ktoś obcy. Warszawa umknęła niczym obce miasto, a ja nie poczułem żadnego drgnienia w sercu. W zębach zgrzytał kurz unoszący się z desek podłogi. Przemierzałem kraj, tak jak przemierza się nieznany ląd. Terra incognita między Radomiem i Sandomierzem. Niebo, drzewa, domy, ziemia — to wszystko mogło znajdować się gdziekolwiek indziej. Poruszałem się w przestrzeni, która nie miała żadnej historii, żadnych dziejów, żadnych wartych wspomnienia dokonań. Byłem pierwszym człowiekiem gdzieś u stóp Gór Pieprzowych i wszystko zaczynało się od mojej obecności. Czas zaczynał płynąć, a rzeczy i krajobrazy zaczynały się starzeć dopiero w chwili, gdy dotykałem ich wzrokiem. Za Tarnobrzegiem zastukałem w blachę szoferki. Poraził mnie ogrom siarkowej odkrywki i musiałem wysiąść. Gigantyczne koparki stały na dnie otchłani. Guzik mnie obchodziło, skąd się wzięły. Mogłem sobie wyobrażać, że spadły z nieba, by wgryźć się w ziemię, przebić ją, przekopać na drugą stronę, na antypody, z których przez olbrzymi szyb spłynie bezmiar wód i zatopi wszystko, a z tamtej strony zostanie pustynia. Smród piekieł unosił się nad okolicą, a ja nie mogłem oderwać wzroku od monstrualnej jamy, której martwota kazała myśleć o mogile, wysypisku ciał, o chłodnym infernie. Nic tam się nie poruszało. Mogła być niedziela, jeśli w takim miejscu w ogóle działał kalendarz. No więc to w ogóle nie była Polska, ten ciąg obrazów, to nie był żaden kraj, to był pretekst. Bardzo możliwe, że człowiek odczuwa swoje istnienie dopiero wtedy, gdy czuje na skórze dotyk bezimiennej przestrzeni, która łączy nas z najdawniejszym czasem, ze wszystkimi umarłymi, z prehistorią, gdy umysł dopiero oddzielał się od świata i jeszcze nie zdawał sobie sprawy ze swojego sieroctwa. Wystawiało się dłoń z okna ciężarówki i między palcami przesuwało się najstarsze. Tak, to nie była Polska, to była pierwotna samotność. To mogło być Timbuktu albo Cape Cod. Z prawej Baranów, „perła renesansu”, mijałem go pewnie w tamtych czasach z dziesięć razy, lecz nigdy nie przyszło mi do głowy, by stanąć na chwilę i mu się przyjrzeć. Każde miejsce było dobre, ponieważ mogłem je opuścić bez żalu. Nie musiało nawet w ogóle się nazywać. Nieustanny wydatek, nieustanna strata, rozrzutność, jakiej świat nie widział, karnawał, rozkurz, trwonienie i ani śladu akumulacji. Rano Wybrzeże, wieczorem lasy nad Sanem, faceci nad kuflami jak zjawy w wiejskiej knajpie, jak fantomy zastygłe na mój widok w ćwierć gestu. Tak ich pamiętam, ale równie dobrze mogło się to wydarzyć koło Legnicy albo czterdzieści kilometrów na północny wschód od Siedlec rok wcześniej albo później w jakiejś wsi. Paliliśmy ognisko, a z mroku wynurzały się wiejskie chłopaki i chyba pierwszy raz w życiu widzieli kogoś obcego. Nie byliśmy dla nich realni ani oni dla nas. Stali, patrzyli, w ciemnościach połyskiwały masywne klamry pasów z głową byka albo skrzyżowanymi coltami. W końcu siadali obok, ale rozmowa miała smak halucynacji i nawet wino, które przynieśli, nie sprowadziło nas na ziemię. O świcie wstali i odeszli. Niewykluczone, że dzień albo dwa później stałem dziesięć godzin w Złoczowie i nic mnie nie wzięło. Pamiętam żywopłot i kamienną balustradę mostku, chociaż tego pierwszego nie jestem pewien, żywopłot mógł być gdzieś indziej, tak jak większość rzeczy, które istnieją w pamięci, ponieważ je zapamiętałem, wyrwałem z krajobrazu, na zawsze składając z nich własną mapę, własną fantastyczną geografię. A któregoś dnia jechałem do Poznania na odkrytej pace stara. Kierowca krzyknął: „Wskakuj, tylko uważaj na ryby!”. Leżałem wśród ogromnych foliowych worków wypełnionych wodą. W środku pływały rybki nie większe niż paznokieć. Setki, tysiące rybek. Woda była lodowata i musiałem zawinąć się w koc. We Wrześni ryby skręcały na Gniezno i zostałem sam o świcie na pustej szosie. Słońce jeszcze nie wzeszło i było zimno. Niewykluczone, że przez Poznań jechałem do Wrocławia. Prawdopodobnie po to, by za dzień, dwa wyruszyć na Wybrzeże albo w Bieszczady. W tym drugim wypadku gdzieś nad Osławą w środku lasu zobaczyłem nagiego mężczyznę. Stał w rzece i mył się. Na mój widok po prostu odwrócił się tyłem. A jeśli jednak Wybrzeże, to, zdaje się, Jastrzębia Góra i był wieczór, pusta plaża, szedłem boso w stronę Karwi i na tle czerwonego nieba widziałem czarne megality Stonehenge. Nie miałem gdzie spać i te ruiny spadły jak z nieba. Zrobione były z desek, dykty i grubego płótna. W tamtych czasach zdarzały się takie rzeczy. Ktoś je wybudował i zostawił, pewnie telewizja. Wczołgałem się przez dziurę do jednego z pionowych głazów i zasnąłem.


piątek, 13 lipca 2012

"Wierzę, że fikcja jest prawdą"

Dorota Wodecka: A ten facet na zdjęciu kim jest?

Andrzej Stasiuk: Wygląda jak rzeźnik, prawda? Wygrzebaliśmy je z Moniką z rodzinnego archiwum Zygmunta Haupta i stoi sobie na półce. Dla mnie to najważniejszy polski prozaik. Na szczęście mafia hauptystów na świecie jest bardzo mała, ale jak ktoś go już odkryje, to daje mu nawet pięć gwiazdek.

Na szczęście?

- Nie zależy mi, aby ktoś podzielał moją miłość. Czuję się wtedy ograbiony. Jest w Haupcie coś, co chciałoby się mieć tylko dla siebie. Tak jak z podróżą w fajne strony, którą chciałbym zachować dla siebie, a jednocześnie prostytucyjny zawód pisarza każe mi je opisać. I czuję wtedy, że zdradziłem coś głęboko intymnego, sprzedałem swój świat razem z literaturą. Dlatego cieszę się, że Haupt jest mało znany. To pisarz tak dyskretny, tak kruchy, że na pewno nie będzie nigdy bohaterem. Nie obchodzi mnie, że nie zostawił po sobie tak zwanego "dzieła", że są od niego ważniejsi, słynniejsi Iwaszkiewicze czy Gombrowicze. Bo ja, jak go czytam, mam łzy w oczach albo ciarki na ciele i wcale się tego nie wstydzę.

A pan jak go odkrył?

- Późno. Pod koniec lat 80. Mieszkałem w Czarnem jeszcze sam. Jest zima, jestem zupełnie odcięty od świata, za towarzystwo mając tylko kozy i barany. I czytam przy naftówce w chałupinie pachnącej dymem, starością, wiejskością. Czytam w cieniu dawnej łemkowskiej wsi sprzęgniętej ze Wschodem za pomocą kultury, języka i religii. Małe, paryskie wydanie "Szpicy", w którym są Hauptowskie ukraińskie kawałki z jego dzieciństwa z zapachem nafty, zimy, drzewnego dymu. I po prostu świat czytam, a nie jakąś wymyśloną historię. I kiedy z Moniką wydaliśmy moją pierwszą książkę, nie było dyskusji, w co wpakować zarobione pieniądze. To był hołd dla Haupta - opublikować pierwsze krajowe wydanie jego wybranych utworów. Niedoskonałe, skażone naszą wydawniczą nieumiejętnością, ale dzięki nam, nieskromnie mówiąc, zaistniał od nowa w polszczyźnie. A ja nigdy się już od niego nie oderwałem. Myślę Hauptem.

Co to znaczy?

 - Nie umiem tego opowiedzieć. Ale otwieram go sobie jak Pismo Święte, czytam dziesięć zdań i czuję, i wiem, że jest w nich wszystko to, o co mi chodzi. A jednocześnie napisane inaczej, głębiej. Przeszywa mnie ta proza, ale jest wielu, którzy pozostaną na nią obojętni. Bo ich nie zajmie.  Ale czy rzeczą prozy jest zajmować kogoś? Czas mu jego wypełniać?! Tym się różni wielka literatura od beletrystyki codziennego użytku, z którą po prostu spędzam tylko ciekawy wieczór. Bo wciąga mnie akcja, a poza tym mam kaca, nie mam telewizora, a coś robić trzeba. Ale odkładam i po chwili nic z tej książki nie pamiętam. A te niedoczytane, których nie można przeczytać za jednym dotknięciem, zostają.

Obok "Baskijskiego diabła" Haupta Schulz stoi.

- Też jest wielorazowy. Ja ktoś mi mówi: Przeczytałem Schulza, to pytam: No i co z tego? Mądrzejszy jesteś? Nie jesteś! Bo Schulz jest od tego, żeby wracać, czytać sobie po pół strony, po zdaniu, po pięć. Po tym poznaje się wielkich pisarzy, że wchodzą w twoją pamięć bez śladu, jak cienka igła, ale już nigdy się od nich nie uwolnisz.

Naprawdę wciąż aż do łez?

- No tak, ale chyba nie będziemy czytali tu na głos. Ale tak, "Z kroniki o latającym domu" mnie wzrusza. Haupt próbuje w niej stworzyć od nowa swoją młodość, skleić z resztek świat, który przeminął tragicznie. Świat Wschodu: polsko-ukraińsko-rusko-żydowskiego. Być może on zapadł we mnie tak mocno, bo i mnie ten Wschód prześladuje i ta moja niejasność - mówmy wprost - etniczna. Nigdy we mnie Wschód nie wywietrzał, a on potrafił opisać w nim to, co zaledwie podejrzewam. Uchwycić jego oddech, dziwność. Rozkrusza ten świat na jakieś migotliwe cudowności, na mgławicę przeczuć, poblasków, a potem go scala. Dobrze, że jest. No i stoi sobie na półce.

Jerzy Pilch ma na ścianie fotografię Andrieja Płatonowa.

- Też mam! I Pilch mi ją przysłał. Wisi w szałasie. Pokażę pani. Podobny jest do Baudelaire'a, co?

A Beckett co tu robi?

- On to ze względów literackich i plastycznych. Ta jego twarz na poły mineralna, piękna...

A Płatonow czemu?

- No, fundamentalny jest. Najpierw czytałem jakieś jego rzeczy wydane jeszcze za komunizmu. Ale już miałem nawyk rozglądania się za nim i kiedy w 1990 r. pokazał się "Wykop" w przekładzie Drawicza, to niedługo potem go miałem. I też smakowałem po kęsku, po łyczku i nigdy tak na jeden raz nie przeczytałem. No bo to jest za wielkie, za bardzo przeszywające. Tego się czyta stronę, jeden obraz się przyswaja i to wystarcza. Bo wystarcza świadomość, że istnieje książka, która w jakiś sposób uporała się z największą przygodą człowieczeństwa od narodzin Chrystusa, czyli z komunizmem. Że jest dzieło - 159 stron nikczemnego formatu - które zawarło i pytania, i odpowiedzi. I że to jest książka, która jest też na przyszłość. Bo mam podejrzenie, że mimo tej chwilowej nędzy człowieczej, w jaką popadliśmy ostatnio, tej mizerii, to jeszcze będziemy w stanie wykonać rzeczy wielkie i zarazem straszliwe. I że nie ma na to rady.

Nędzy?

- Tak. Duchowo jesteśmy w całkowitej dupie. Życie wewnętrzne zastąpiły nam internet oraz zakupy.

Wieszczy pan rewolucję?

- Nie. Po prostu mam nadzieję, że będzie nas jeszcze stać na wysiłek, by opuścić ramy własnego gatunku... Ja z tym Płatonowem do Rosji zacząłem jeździć, żeby za tymi wizjami powęszyć, żeby tego płatonizmu uszczknąć. I powiem pani, że to tam wciąż jest albo ja sobie tam jestem w stanie wciąż to wyobrazić. I jeżdżę z "Wykopem" jak z jakimś Pascalem albo Lonely Planet.

Posklejany plastrem. A te banknoty zakładki w środku? 

- Z Mongolii. Ta flaga, co sobie jeszcze na Dzień Flagi powiesiłem nad oknem, też mongolska. Płatonowa dobrze się czyta w Mongolii. W ogóle im dalej na wschód, tym lepiej. Ale tutaj, w Wołowcu, też dobrze, bo to samo się działo w okolicach Ułan-Ude i w moim byłym pegeerze, gdy zaczynali w nim hodowlę nowego człowieka. No, w trochę innej skali oczywiście. Właściwie to jest całkiem płatonowowski obraz: niszczono Łemkowszczyznę, palono, unicestwiano i wysiedlano, by z jej resztek, z resztek chat i cerkwi zbudować tutejsze pegeery, czyli najdoskonalszą w naszej ojczyźnie realizację utopii komunizmu.

Wyobrażał pan sobie kiedyś siebie tutaj pisarzem?

 - Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek sobie siebie wyobrażał. Byłem tak zanurzony we własnym życiu, skrajnie zaangażowany w istnienie, że nigdy nie chciałem być nikim innym. Moje życie mi wystarczało. Osiedlowa choszczówkowska chuliganerka, młodzieńcza erotyka, ekscytacja, a jednocześnie marzenie, żeby się wszyscy ode mnie odczepili, bym mógł czytać. Kiedy kumple wracali do domu wyspać się, najeść albo oglądać telewizję, ja wchodziłem w literaturę. Czytałem do świtu, a potem szedłem niewyspany do szkoły, żeby znowu brać udział w życiu.  To było naturalne, że literatura żywi się życiem, a jednocześnie napędza je. Do dziś tak mam.

Co pan od niej dostawał?

 - Jak to co? Nowe światy, większe życie, większą wyobraźnię. Literatura to podnieta dla umysłu, coś w rodzaju wódy, narkotyków, erotyzmu. Ożywia umysł i świat, który czasami jest nieco niezadowalający. Nigdy nie chciałem być pisarzem, ale tak bardzo lgnąłem do literatury, tak bardzo chciałem być blisko niej, że nim zostałem. Ale najpierw to chciałem być postacią literacką. Martinem Edenem Londona. Czytała pani?