Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwicki Tadeusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konwicki Tadeusz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 lipca 2014

Słowo jest śmieciem


"Słowa to fonetyczny albo graficzny zapis myśli, wzruszeń, asocjacji, lęków, radości, tęsknoty, gniewu, głupoty albo mądrości, dobra człowieczego albo złości. Słowa to pomost miedzy ludźmi. Słowa to nić babiego lata, która sczepia dwoje ludzi. 

Kiedyś słowo było drogocenne. Szare komórki z rzadka produkowały jakąś myśl, jakiś ciąg słów o zaskakująco trafnym znaczeniu. Szare komórki odziedziczone po szarym ojcu małpiszonie. Słowo było więc nowością. Słowo było luksusem. Słowo było święte.

A kiedy słowo utrwaliło się na wieki w kamieniu albo na papierze, zaczęto czcić słowo jak pacierz, jak modlitwę. Słowo było oknem w wieczność. Słowo było głosem boga. Jeszcze car Mikołaj I powiadał, że poddanym Imperium Rosyjskiego wystarczy do porozumiewania się słowo mówione. Słowo pisane to najwyższy przywilej cesarski i tylko nielicznym wybranym może być udostępnione. Ludziom głoszącym słowo wyrywano języki, ludzi piszących słowo zamykano w domach wariatów.

Dziś już rzadko można spotkać prawdziwego Mikołaja. Dziś już tylko gdzieniegdzie wyrywa się języki i zamyka w domach wariatów. Bo nikt już nie panuje nad słowem. Słowa leją się z ust rozwrzeszczanych tłumów, z głośników radiowych i telewizyjnych, z milionów książek i gazet, z magnetofonów i adapterów, z wieców i kościołów, z nielegalnych druków i z kosmosu. Ogromne rzeki zatrutych słów płyną znikąd donikąd. Wielkie chmury martwych słów unoszą się do stratosfery. Niebotyczne góry kamienieją z żużlu spalonych słów.

Słowo jest śmieciem. Słowo jest najtańszym opakowaniem plastykowym. Słowo jest kłopotliwym odpadkiem współczesnej cywilizacji. Każde indywiduum może grzebać w twoich śmieciach. Każdy przechodzący nędznik może podeptać twoje słowa, opluć je albo zrobić na nich kupę. Każdy przypadkowy osioł może zdmuchnąć je z powierzchni ziemi, zrzucić do szamba niebytu.

W moich słowach również grzebie, kto chce i nie chce. Moje słowa są również rozbełtaną magmą, która nigdy nie zastygnie w dostojny kształt osobowości ludzkiej. Resztka moich okaleczonych, skarlałych wyrazów odpłynie cuchnącym rynsztokiem do Martwego Morza martwych słów." [s. 241-242]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

sobota, 5 lipca 2014

"I ja jestem szmirusem"

Tadeusz Konwicki

"Drogi czytelniku, którego przez fałszywą kurtuazję nazywam powiernikiem. Drogi połykaczu cudzych słów. Drogi niezaspokojony leniu, co szukasz łatwych do strawienia piguł ulepionych z cudzych nieszczęść i trafów życiowych, z cudzych miłości i nienawiści, z cudzego piękna i cudzej szpetoty. Drogie medium wszystkich szczwanych wariatów, pyszałkowatych maniaków i zdradzonych półbogów.

Po co udajesz jakąś wyższość duchową, po co obnosisz się z ambicjami intelektualnymi, po co kłamiesz, że interesuje cię cała prawda o człowieku, dobra i zła? Przecież kochasz szmirę, sztuczne łzy, fałszywe dobro, ckliwe, oszukańcze uczucia, idiotyczne szczęśliwe zakończenia. Przecież łakniesz dwuznacznych plotek, smakowitych oszczerstw o małych znajomych i wielkich nieznanych, łakniesz ludzkiej intymności wywleczonej bezwstydnie przed twoje oczy. Jesteś szmirusem, mój drogi powierniku. I ja jestem szmirusem.

Ja też lecę zdyszany na film, w którym pokazują goliznę. Podkradam książki i czytam z wypiekami te stronice, na których piszą źle o znajomych. Rozkoszuję się komiksami i słodką muzyczką damskich zespołów młodzieżowych. Tak, tak, popłakuję często w kinie, gdy w sposób nierealny dobro zwycięża zło albo spotykają się usta nieszczęśliwych kochanków. Ja także opuszczam skwapliwie opisy przyrody w książkach i ambitne refleksje autorów, szukam jeno tych fragmentów rozjaśnionych dialogami. A niech no tylko ktoś zaśpiewa dziewczęcym głosem "Ave Maria", już okrutny szloch chwyta mnie jak kleszczami za gardło. Ja jestem cały z was.

Ale kiedy zostanę sam na sam z papierem, sam na sam z cienkim kawałkiem martwej, białej substancji, zachodzą we mnie dziwne procesy, nad którymi nie umiem zapanować. To znaczy, chcę być sobą, a więc całym z was, i nie mogę. Chcę opisywać od początku do końca samo dobro, a pisze mi się to dobro jakieś niezbyt dobre, dobro, z którego ciągle wyłazi zło. Pragnę pieścić się prostą i zrozumiałą fabułą, a tu ciągle przyplątują się jakieś dywagacje, jakieś niewczesne uogólnienia, które wszystkim, i mnie, i wam, psują krew. Usiłuję zwieńczyć rzecz szczęśliwym zakończeniem, a wychodzi jakieś takie nieszczęśliwe, więc je natychmiast poprawiam, upozytywniam i widzę, że jeszcze gorzej.

Kto wodzi moją ręką po papierze? Jaka to zła siła mnie, waszego lokaja, pochlebcę i pielęgniarza, kieruje przeciwko wam, rozkazuje czynić przykrości, obrażać uczucia, rozwścieczać bezkarną hucpą? Co to za wszechmocne bóstwo ustawia mnie przeciw mnie?" [s.182-183]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

niedziela, 18 maja 2014

Made in China

Mo Yan

"Poznawałem arkana współczesnej poezji chińskiej. Z zawrotem głowy śledziłem te niesłychane rymy, które w zwrotce rymują się wszystkimi końcówkami, a do tego jeszcze na wszystkie skosy wewnątrz zwrotki, a do tego jeszcze rymują się nie tylko sylaby, ale i pewne znaczenia, niektóre alegorie. Wiersz chiński to piramida skomplikowanych rytmów, rymów i symboli. wiersz chiński to matematyka plus wieszczba plus muzyka. Wiersz chiński to prawdziwa nieskończoność.

A kiedy nadziwowałem się tym wierszom, w bystry sposób skonstruowałem logiczną teorię. Chiny mają genialną poezję, bo są krajem chłopskim, do niedawna feudalnym. Kraje mieszczańskie, kraje uprzemysłowione i zurbanizowane stworzyły powieść. Chiny nie mogły wyprodukować powieści, więc dlatego, poprzestając na wierszach, doprowadziły kunszt poetycki do zawrotnych wyżyn.

Nasmakowałem się swoją teorią i zacząłem ją głosić z odrobiną dumy, ale wtedy właśnie lektor języka polskiego na uniwersytecie pekińskim nieśmiało mnie poinformował, że powieść chińska, powieść już najzupełniej perfekcyjna, powieść w stanie degeneracji, powieść, która przeszła wszystkie etapy rozwoju epiki, symbolizmu, naturalizmu, ekspresjonizmu, małego realizmu, prozy obyczajowej, prozy-strumienia świadomości, prozy amorficznej, lingwistycznej, zdezintegrowanej, prozy intelektualnej, prozy-bełkotu, prozy amoralnej, prozy erotyki i lubieżności, prozy przemieszanych czasów, prozy kreacyjnej i antyprozy, że ta sędziwa i wszystko już mająca za sobą powieść chińska zmarła śmiercią naturalną w XIII albo XIV wieku". [s. 188-189]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

piątek, 10 stycznia 2014

Tajemnica powodzenia w życiu

Tadeusz Konwicki

"Drogą wytrwałej dedukcji rozwiązałem pewną istotną zagadkę. Myślę o tajemnicy sukcesu, powodzenia w życiu. Kierując się pobudkami humanitarnymi, mam obowiązek podzielić się z lekko skołowanymi bliźnimi swoim krzepiącym odkryciem.

Dla jasności sprawy muszę się posłużyć niezbyt wykwintną przenośnią. Otóż wyobraźmy sobie niebo albo to miejsce, gdzie przebywają opatrzność, los czy fatum. Stoją tam niezliczone rzędy kanistrów z indywidualnymi sukcesami każdego z nas, z sukcesami, które, załóżmy to sobie dla wygody, są jakąś płynną substancją. Kanistry te są jednakowe, ani duże, ani małe, raczej takie jakby średnie.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Sam na sam z kotem Iwanem


"Dotrzymuję towarzystwa kotu Iwanowi, który nie lubi jeździć na wakacje. Siedzę zatem w Warszawie i znoszę fanaberie rozwydrzonego bydlaka. Wczoraj przyszła pani posprzątać. ale ten egocentryczny cham nie znosi sprzątania. Coś mu się w tym cywilizowanym obrządku nie podoba. Więc zamknąłem go w pokoju Ani, żeby nie rozszarpał sprzątaczki. Wracam po obiedzie i od razu słyszę wściekłe wrzaski. W pokoiku panieńskim nieszczęsnej Ani kupa tragicznych ruin. Całe pomieszczenie zdemolowane. Na środku podłogi zimowa czapka Marysi wypełniona po brzegi szczynami, wielka kałuża obok. Wycinane cały rok z różnych pism zdjęcia idolów piosenkarskich pozrywane ze ścian i totalnie zniszczone. Rozjuszony zwierz stoi na tylnych łapach i wali pięściami w szkło drzwi.

sobota, 19 stycznia 2013

Krytyk wściekły pozytywnie (3), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach

"Krytycy, ja tylko tak. Naprawdę to was kocham. Chcę was wielbić w swojej zrusyfikowanej, kulawej polszczyźnie. Bo krytyk to niespełniony prozaik, a prozaik to niespełniony krytyk. bo wy jesteście naszym negatywem, a my jesteśmy waszym.
Miotacie się resztką sił w tej przeklętej sprzeczności zawartej między interpretacją i objaśnieniem a miarą wartości i oceną moralną. I my się miotamy, skryci za fabułą, za metaforą, za bezwstydną figurą stylistyczną, my się też szamoczemy między opisem i wytłumaczeniem a dziesięciorgiem przykazań i kaznodziejstwem.
My się hazardujemy, obstawiając wyścigi idei, psychoz społecznych, codziennych wniebowstąpień naszych bliźnich, i wy się hazardujecie, obstawiając nas w beznadziejnym wyścigu do nieśmiertelności, do pana nobla i do kolejnego redaktora tygodnika "Kultura", który przydziela urzędowe nagrody. Często przegrywamy, źle obstawiwszy, i wy przegrywacie z naszej winy.
Smutne będzie życie bez krytyków. A już je widzimy przed sobą, już wynika z mgieł różnych kryzysów, różnych ruchów tektonicznych w kulturoznawstwie, różnych zawijasów powszechnej demokratyzacji naszego bytowania na wyjałowionej pecynie ulepionej z paru podstawowych pierwiastków chemicznych. Nikt nie chce być oficerem, każdy chce zostać generałem. Nikt nie chce być duchownym, każdy chce zostać bogiem. Nikt nie chce objaśniać wszechświata, każdy chce stwarzać wszechświaty.
Żegnam się więc z wami, umierający w przytułkach dobroczynności krytycy, krytycy-harmoniści i krytycy wściekli, krytycy, którzy się przegryźli, i krytycy-tabliczki mnożenia, krytycy rybki-pielęgnice i krytycy-Leonardowie, rozpieszczone hybrydy, co się pchacie nachalnie na pokład "Titanica"".

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, 2005, s. 41-42.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Krytyk wściekły pozytywnie (2), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach

Źródło

"Warto wspomnieć o drobiazgu, który pomyka żwawo przez artystyczne akwarium. To są ogromne ławice małych rybek-krytyków filmowych. Rządzi nimi prawo rybiego stada. Z niewiadomych, a chyba raczej przypadkowych powodów ulegają raptownej euforii, jakiejś rybiej ekstazie i mkną w górę pod powierzchnię wody, ku słońcu, a kiedy indziej, także z pozoru bez przyczyny, opadają rozpaczliwie na dół z odwróconymi do góry brzuchami. Konrad Lorenz twierdzi, że o kierunku ich ruchu decyduje ilość osobników, która weźmie udział w nowym, przypadkowym ukierunkowaniu. Dodaje jednak, że gdy pewnej rybce amputowano przednią połowę mózgu, gdzie umiejscowione są ośrodki instynktu stadnego, ta rybka nie oglądała się już na ławicę, sama zbaczała z własnej woli ku pokarmowi albo rywalowi i całe stado posłusznie waliło jej śladami. Ta ułomna rybka stała się wzorowym przywódcą swojej społeczności.

Ale najboleśniejszy dla nas, gryzipiórków, jest typ krytyka Leonarda, najboleśniejszy i najbardziej ubliżający. Taki Leonardo przejrzy naszą pisaninę na wskroś, wywlecze, schwyciwszy za kołtun, całą naszą biedę, całą nędzę, ukaże ją światu, wyśmieje, wychłosta szyderstwem i odrzuci ze wstrętem. A potem siądzie sobie, zapali papierosika, wypije trochę kawki i machnie prózkę foremną, intelektualną, wykwintną, całą w heksametrach i trochejach, łatwo przetłumaczalną nawet na język swahili, podtekstową i obiektywistyczną, nie obciążoną koślawymi kompleksami autora. Całe miasto czyta, stęka z zachwytu i podziwu, zagranica przyklaskuje życzliwie. A my, wałachy, muły, woły robocze tylko zgrzytamy po cichu zębami, żeby nawet zona nie słyszała. Co my z trudem, z męką, z wybałuszonymi od wysiłku oczami, on lekko, bez mozołu, od niechcenia, jak ptak. Co my drżąc gatkami ze strachu, obsikani zawstydzeniem, z gilami matołectwa pod nosem, on nonszalancko, kapryśnie, autoironicznie. Straszny jest los mało zdolnych i robotnych, nikczemne jest życie tępawych i gęgających monotonnie w kółko to samo, katorżnicza to wegetacja nieucałowanych w czoło przez geniusz.

Więc szemrząc tchórzliwie pod nosem, więc jęcząc skrycie od kolki nienawiści, stajemy z nim codziennie na starcie. Ale kiedy padnie strzał startera, zapominamy jednak o naszym upodleniu. Bo my przecież wiemy o jednej rzeczy, o której on nie wie, o jednej jedynej okoliczności, której on, znając wszystko lepiej od nas, nawet się nie domyśla. Bo ten bieg jest biegiem na dziesięć kilometrów. I my biegniemy ciężkim krokiem, brzydko wykrzywieni, chrypiąc przeraźliwie stwardniałymi skrzelami, i wiemy, że tak będziemy biec ten długi dystans aż do mety, przez ulewę czy przez upał, przez śnieżycę czy przez burzę. A on, gardząc nami, wychodzi już na czoło stawki. On lubi prowadzić i mieć przewagę. Biegnie lekko, prawie nie dotykając ziemi, biegnie ślicznie, już mu klaszczą na pierwszym wirażu, biegnie, jakby motyl leciał śród traw. Już się oddalił, już znika na wirażu. Ale my jesteśmy teraz spokojni, beznamiętnie spoglądamy za nim oczami zmęczonych wołów, bo wiemy, że za kilka okrążeń zatka go raptem w jednej chwili, że pęknie mu trzustka, że skicha się i zasmarka i że zniosą go na zawsze z boiska. bo taki straszny bieg na długim dystansie nie jest dla pięknoduchów, pieszczochów, prymusów. Taki bieg wymyśliła Opatrzność dla nas, krzywonogich wołów roboczych".

C.D.N.

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 39-41. 

sobota, 15 grudnia 2012

Krytyk wściekły pozytywnie (1), czyli gatunki krytyków wg Tadeusza Konwickiego

Źródło

"Naszła mnie nagle dzisiaj ochota, aby popieścić się z krytykami. W końcu żyję śród nich tyle lat i codziennie odczuwam ich obecność. A to któryś poczochra mi raptem pobłażliwie włosy, a to szczypnie boleśnie w policzek, a to kopnie znienacka i odejdzie sobie jak gdyby nigdy nic. Przyzwyczaiłem się do nich, polubiłem te permanentne zaczepki, pokochałem właściwie ową czujną ich obecność, którą słyszę za plecami.[...]

Zacznijmy od okazu krytyka-harmonisty, co go się zaprasza na wesela, imieniny albo chrzty. Jest to krytyk okolicznościowy. Dobrze ugoszczony, zagra z ochotą, solidnie, do białego rana. Znajdzie się grzecznie, nie zrobi raptem grandy, można go pokazać bez wstydu krewnym, znajomym, a nawet ważniejszym gościom. Krytyk-harmonista wywodzi się jeszcze z czasów przedwojennych, a więc uformował się w epoce spokojnej, respektującej fachowość i reguły gry. Taki na pewno nie zafałszuje.

Szacunek musi budzić także gatunek krytyka wściekłego. Krytyk wściekły jest wściekły charakterologicznie. Jeśli znielubi ciebie od pierwszego wejrzenia, to żebyś później same "Księgi pielgrzymstwa" rodził, i tak go nie udobruchasz, nie rozchmurzysz, nie rozśmieszysz. Przeciwnie, każdy twój mizerny sukcesik będzie go coraz silniej rozwścieczał. Każdy ochłap, który ci życie upuści na podłogę, on będzie przyjmował jako osobistą zniewagę. Pogrążając się w grobie, pokaże ci jeszcze mimicznie, żeś grafoman.

Ma on pozytywnego brata wściekłego. Wściekły krytyk pozytywny lubi upatrzyć sobie jakąś piśmienną ofiarę w gąszczu ciał literackich i ogłosić ją nowatorem, prekursorem, geniuszem. Wściekły krytyk pozytywny wlecze swoją ofiarę za kołnierz przez całe życie i okazuje ją z maniackim uporem zmęczonym rówieśnikom przy każdej sposobności. Jeśli współcześni, sterani zresztą ciężkim życiem, okazują obojętność, jeśli nie padają na kolana, jeśli nie intonują "Te Deum", wściekły krytyk pozytywny robi się jeszcze bardziej wściekły, zacina się w sobie, zaczyna gardzić wszystkimi i wszystkich nienawidzić. Przypomina on czcigodną postać Solonego z "Trzech sióstr", który do końca upierał się z posępną zawziętością, że w Moskwie są dwa uniwersytety, choć wszyscy wiedzieli, że tylko jeden.

W pojedynczych egzemplarzach ukazuje się nam również bardzo ciekawy okaz krytyka, który tak się wgryzł w sztukę, że przegryzł się na drugą stronę. Taki krytyk z początku bywał normalnym krytykiem, to znaczy chwalił, co mu się podoba, ganił, co go brzydzi. Ale pod wpływem pewnych układów zewnętrznych postanowił raz i drugi pokierować "na rozum" gustem. Raz i drugi pochwalił "na rozum", raz i drugi zganił "na rozum". Później robił to już coraz częściej, bo okoliczności zewnętrzne, jak to się okazało, wymagały takich praktyk coraz częściej. Więc ten narząd wewnętrzny otrzymany razem z genami od Pana Boga, wiec ten system hormonów albo, mówiąc staroświecko, ta cząstka duszy, która pozwala odróżniać dobry wiersz od grafomanii, dobrą prozę od zakalca, wiec to tajemnicze coś zaczęło raptownie usychać, aż w końcu skurczyło się i zanikło. I takim przegryzionym krytykiem rządzą już tylko przeciągi. Raz wielkie i wspaniałe, kiedy indziej słabe i z zapachem.

Mało się już widzi, niestety, krytyków-mózgowców, krytyków-tabliczki mnożenia. Ci są najsłodsi. Ze zmarszczonym naukowo czołem biorą powieść pod lupę jak szkolny przykład chemiczny. W nich siedzi groźny, ale kochany belfer gimnazjalny. Przed nimi żadnych karesów, żadnej zalotności, żadnych prysiudów. Przed nimi trzeba zdawać. Podkreślają, rysują na marginesach wykrzykniki, stawiają stopnie. Patrzą i widzą tylko rysunek, lecz nie widzą barw, słuchają i słyszą tylko rytm, lecz nie słyszą melodii, czytają i odczytują tylko sylogizmy, lecz nie odczytają nigdy poezji. Są podobni do doktora Roentgena, którego zachwycały kości i tylko kości potrafił utrwalić na wieczność".

C.D.N.

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 36-39.

czwartek, 13 grudnia 2012

"Moje pokolenie wierzyło w książki"

"Moje pokolenie zaczytywało się w książkach na śmierć. Co gorsza, moje pokolenie wierzyło w książki. Wy, którzy spokojnie i ze znudzeniem przerzucacie kartki dzieł markiza de Sade w kawiarni, na zebraniu partyjnym albo czekając na spowiedź, nie możecie sobie wyobrazić, ile mnie kosztowało zdobyć tom Żeromskiego i po cichu, ukradkiem, połknąć go tak, żeby nikt nie widział. W moich okolicach, w moich sferach czytanie książek to był pierwszy, a może ostatni stopień do piekieł. Moi mentorzy życiowi traktowali książkę jak szatana.
Więc te książki, które były oknem na świat i oknem w niebie, połykaliśmy gorączkowo w dzień i w nocy kryjąc się przed najbliższymi. I każdą książkę przechorowaliśmy ciężko, bo wierzyliśmy każdej książce.
Kiedy spadła pierwsza bomba na Wilno, ja wypełzłem na świat, na niewielki, prowincjonalny świat wileński, opity ambrozją książkową jak pijawka krwią.
A z tych naszych polskich, polsko-polskich i nadpolskich książek wyrywaliśmy niczym główną stronicę jeden jątrzący się imperatyw: umrzeć za Polskę".

Tadeusz Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Czytelnik, Warszawa 1976, s. 62-63.

środa, 12 grudnia 2012

O XIX wieku i triumfie literatury, czyli kiedyś to były czasy

"Wymiera pokolenie schorowane na literaturę. Wymierają literaci chorzy na literaturę i znikają w niepamięci czytelnicy chorzy na literaturę. To naprawdę ostatnia pora, żeby spróbować objaśnienia tego krótkiego momentu w niedługich dziejach ludzkości, kiedy literatura przeżywała swój wielki triumf.
Jeszcze się widzi dostojne oblicza literackie, jeszcze ogląda się czasem majestatyczne gesty demiurgów, jeszcze spostrzeże się raptem osobnika z piórem, który potrząsa słuchawką telefonu dyspeczerskiego, instruując tłumy, prowadząc te tłumy do walki, rządząc autorytatywnie światem maluczkich, choć sznur od tej słuchawki już dawno został odcięty przez koła tak zwanego parowozu dziejów.
Wielu literatów obraziło się na cały świat. Patrzą przez szyby z pogardliwym uśmiechem na szamotanie się bliźnich, którzy nic nie wiedzą o literaturze, czyli o umarłej, i nic nie chcą wiedzieć. Patrzą z wysoka na te biedne masy, co odwróciły się od nieba literatury. Patrzą z uczuciem mściwej satysfakcji. Patrzą ze świadomością wzniosłego arystokratyzmu. I wierzą w zmartwychwstanie literatury. I wierzą w totalne pokajanie się tłuszczy za zdradzenie literatury.
Bo przecież to niemożliwe, że ta, co z najwyższych regionów niebios ducha przez duże D rządziła wielkim światem, żeby ta królowa albo święta mogła stać się biedną, nikomu specjalnie nie potrzebną kurwą, co włóczy się o każdej porze, na wszystkich rogach szukając byle jakiego klienta. Bo przecież to nie do pojęcia, żeby despotyczna siła, która obalała cesarstwa, powoływała nowe narody do życia, wymyślała nowych bogów i nowe religie, żeby taka siła stała się tragiczną, śmieszną bezsiłą.

Lew Tołstoj i Antoni Czechow w Jasnej Polanie

Wszak jeszcze niedawno hrabia Lew Tołstoj, twórca wielkiej, światowej sekty tołstojowców, mędrzec i prawodawca moralny drugiej połowy XIX wieku, ten olbrzym z Jasnej Polany wierzył szczerze, iż on pierwszy i być może jedyny w tym wielkim pochodzie ludzkości otrzyma w darze od boga nieśmiertelność i po prostu nigdy nie umrze. Wszak zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu nasz Adam Mickiewicz stawał do walki z Bogiem i w pewnych momentach nawet osiągał przewagę. Wszak jeszcze dziś niektórzy moi koledzy wezbrani świętością, najczęściej po wprowadzeniu do organizmu kilku setek polskiego narkotyku, każą mi klękać przed sobą i całować ich po rękach, i okazywać im cześć boską.
Dobrotliwy, czcigodny Wiek Dziewiętnasty. Zwycięski wiek pary i elektryczności. wiek nauki i racjonalizmu. Wiek ufności w przyszłość i w rozum ludzki. Wiek uniwersalizmu i szacunku dla indywidualności człowieka. Jak dobrze było literaturze w tym Dziewiętnastym Wieku. Jak suto, wystawnie i bezpiecznie. Jak ślicznie długowieczny okazał się ten Dziewiętnasty. Dożył do pierwszej wojny światowej, gdzieniegdzie przetrwał jeszcze na ostatnich nogach do drugiej światowej. I właśnie tam gdzieniegdzie spłodził nas, nazywanych Kolumbami (znowu ten Bratny), zarażonymi śmiercią, otrutymi wojną, pryszczatymi, inteligenciakami, marginesem społecznym, reakcjonistami, mięczakami, kompleksiarzami, zrozpaczonymi pesymistami, neurotykami, zboczeńcami, bezsilnymi opozycjonistami, odchodzącą klasą, niewierzącymi fideistami.
My jesteśmy cali z Dziewiętnastego. Kurcze odbytnicy historii wyrzuciły nas na śmietnisko odpadów uranowych, nieudanych przeszczepów, zdezelowanych rakiet kosmicznych. Grzebiemy w tym śmietniku pełni ufności, wynajdując butwiejące cząstki świata, który nas wydał, taplając się w łożysku, w którym przyszliśmy na ów świat. Wpełzamy pod szczątki książek i mówimy: nad nami wielkie, jasne, kojące niebo literatury. Wczołgujemy się na gipsową łysinę popiersia z utrąconym nosem i mówimy: jak daleko stąd widać, ile epok przed nami, ile nieskończoności.[...]
Literaturo, literaturo kochana. Epicka i zmysłowa, ezoteryczna i obyczajowa, lingwistyczna i wagonowa, majestatyczna i z rynsztoka, intelektualna i grafomańska, rozpuczona pychą i fałszywie pokorna, święta i sprzedajna, literaturo słów spisanych pracowicie w rozpaczy albo w zadufaniu, w nienawiści albo w nudzie, w nadziei albo w chwili śmierci, literaturo lawiny słów podobnych do siebie, koślawych, monotonnych, banalnych, takich samych jak biliony słów niezapisanych, co rodzą się w każdej chwili i na zawsze giną w każdej chwili.
Jaka szkoda, że literatura nie rządzi już tym konwulsyjnym światem. Jaka szkoda, że biedne jej ciałko depczą zwycięskie środki masowego przekazu. Jaka szkoda, że nie budzi już tych największych namiętności, że nikogo nie zabija i nikt jej nie zabija, że nikogo nie deprawuje i nikogo nie uświęca, że nie obala tyranów i nie rodzi męczenników. Jaka szkoda, że kiedy wdarłem się do jej świątyni, okazała się ta świątynia gruzem rozpadających się wspaniałych murów i złomami wyniosłych kolumn, co kiedyś podtrzymywały sklepienie niebieskie nad nami."

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 133-135.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

I tak nie przeczytam wszystkich książek

Tadeusz Konwicki

"Janusz Grabiński (rysownik, przyjaciel), który był na targach książkowych tego roku we Frankfurcie nad Menem, opowiadał mi, że sam na własne oczy widział pokazane na stoiskach 70 000 nowych tytułów. A trzeba pamiętać, że nie wszystkie domy wydawnicze eksponowały się na owych targach. 
Ale i to nieźle. W 1973 roku wydano zatem co najmniej 70 000 nowych książek. 70 000 nowych książek łasi się i szuka czytelników. 70 000 facetów pisało w pocie czoła swoje książki, rojąc o sukcesach i gotówce.
70 000 ludzi to siedem dywizji wojska. Siedem dywizji to prawie korpus. Z takim korpusem można bronić stolic, łańcuchów górskich albo sporych odcinków frontu. Z siedmioma dywizjami można zacząć wojnę i nawet ją szybko przegrać.
70 000 ludzi to już ludność sporego miasta. W tej liczbie zmieszczą się i fabrykanci, i milionerzy, i rzemieślnicy, i drobnomieszczanie, i sklepikarze, i kloszardzi, i wariaci, i bandyci, i święci.
70 000 ludzi piśmiennych, ta upiorna armia nieproszonych ochotników, chce Noblów, chce zachwytu, chce nieśmiertelności. 70 000 trochę ułomnych facetów lewituje, wieszczy, wadzi się z Bogiem.
Ludzie, którędy tu się przebić?"

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 77.