Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoszewski Miron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoszewski Miron. Pokaż wszystkie posty

piątek, 25 października 2013

Miron i Ameryka (4), czyli o tym jak trudno znaleźć siusialnię na Manhattanie


czwartek 14 paźdz. 1982

Jazda samodzielna metrem z przesiadką do Queensu. Tam czekał Lech Michał Brodacz. Iście do banku. Bez wyniku. U Brodacza w domu. Herbaty, mocne. Telefony. Żona Brodacza, Julita, załatwiła z bankiem, tym od czeku, że mi wypłacą jutro. Jazda metrem. Czekanie na zreperowanie taksówki Brodacza. Obwoził mnie potem po Harlemie i dzielnicach bogaczy. Na siedząco, po wyspaniu nowy odbiór miasta. Dziś wydało mi się niesłychane, monumentalne. Szersze ulice. Okna czarnych wieżowców świecą jak ze złota.
W gościach u lekarki, pani Piaseckiej, która jako dziewczynka z matką przekradła się przez granice socjalizmu zasznurowanym wozem UNRRY, zresztą ileś wozów z ilomaś ludźmi. Za grube pieniądze. Pojechały do ojca i męża w Anglii, wyjazd do Argentyny, tam ciężkie prace, ona na studiach i do USA. Mieszka z córeczką w 12-piętrowej starej kamienicy. W środku przestronnie, ładnie. Sporo obrazów polskich malarzy, m.in. Tetmajera, jak Królowa Jadwiga odwiedza żniwiarzy. Ładne w kolorach i ruchu.
Wymaniłem od niej codeinę i efedrynę. Ta ostatnia - jak się okazało - bez recept, trzeba znać nazwę, a jej etykietkę mi dała.
Herbaciarnia. Z nią i jej wujem, który też jest gościem z Polski.
Pokazywała mi po drodze kilka osobliwości. M.in. - obok jej domu - kino dla homoseksualistów.
Po pożegnaniu się z nią i wujem pod jej bramą szybko wdałem się w to kino. Tylko 6 dolarów, a ogląda się i ogląda. Na widowni tu i ówdzie ktoś siedzi, przesiada się, coś czasem się dzieje.
Pijak za mną palił papierosy, komentował na głos to, co szło na ekranie, w końcu podmacał mnie, potem gadał, przesiadał się. Po długim czasie, po iluś filmach Murzyn powiedział
- gut najt
Spojrzałem na zegarek: wpół do drugiej w nocy, i choda 7 Avenue trzy czy cztery kilometry. Ludzie tu i ówdzie, troszkę zaśmiecone, mijałem dwóch leżących żebraków, jeden z nogą w gipsie, Murzynów kopiących puszki. I tylko przelatywałem Poprzeczne, leżące postaci podnoszone jak glissando po klawiaturze.
53-cia
52-ga
51-a
50-a
49-ta
Tak dobrnąłem w pół godziny do swojej 23, skręt, minięcie 8 Avenue i ze strachem pod daszek hotelu zakonnic. Czy mnie wpuszczą? Dziad wydzwoniony ukazał się między podwójnymi drzwiami, machał ręką, wołał
- noł, noł
- noł noł
Wreszcie napisałem 711 i pokazałem kartkę. Wpuścił, wymyślał, ale wpuścił. Wyciągnąłem dolara
- noł noł
i piechotą na 7 piętro w siódmych potach, uszczęśliwiony.

Nowojorczycy w wagonie metra w 1981 roku.
Autor nieznany. Źródło.

Trudno tu znaleźć siusialnię na Manhattanie. Kiedy po odstawieniu taksówki poszliśmy się trochę przejść, szukałem siusialni.
Metro zawiodło. Wychodek zamknięty. Na wielu stacjach tak jest. Wreszcie wleciałem do restauracji, tam się udało. Kiedy wyszedłem, Brodacz wyczytał napis na szybie tej restauracji, że nie wolno korzystać z ubikacji nie-klientom.
Brodacz pokazał mi kwartał Rockefellera i stację metra na utrzymaniu Rockefellera. Elegancka i pucowana. Inne zaniedbane. Kolejki w metro nadjeżdżają obsmarowane całe od wierzchu i od środka. Od niedawna nie wolno ich obsmarowywać, kara.

 Fot. Matt Weber. Źródło.

W Harlemie widziałem ze 3 białych zaledwie. Mijaliśmy wypalone domy, ruchliwe sklepy, dziadowszczyznę.
Brodacz do taksówki Murzynów zabiera tylko wyglądających porządnie. Mogą go oszukać albo kazać gdzieś jechać i obrabować, a nawet zabić. Jego kolega Polak został obrabowany i zadźgany przez Portorykańczyków. Julita zabroniła mu szoferować po tym wypadku, ale wrócił do owego zajęcia, dobry zarobek. Przedtem sprzątał na 12 piętrze, mało płatne. I buchalterował, nuda i mało płatne. Teraz jeździ na zmianę z dziewczyną. On w dzień, ona w nocy, taki układ. Podobno ona się nie boi.
Pożary, mimo zabezpieczeń i pilnowaczy, zdarzają się. Niedawno na b. wysokim pietrze młodzieniec ukazał się w oknie na tle płonącego mieszkania. Tylko to jedno mieszkanie się paliło, ale od drzwi odcięty odwrót. Na pomoc za mało czasu. Na oczach ludzi owinął się w koc i rzucił z okna w dół miasta. Wolał to szybkie niż spalenie się żywcem.
Napisałem dziś nowojorską Kicię Kocię, co mi od razu dodało pewności siebie.

Książka jest dostępna TUTAJ

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

 

czwartek, 4 lipca 2013

Miron i Ameryka (3), czyli ciekawe popołudnie w Nowym Jorku

Miron Białoszewski
 
środa, 13 pażdziernik1982

Brodacz - aktor-szofer - załatwiał ze mną bankowości. Ale nie zdołaliśmy dziś nic. Jutro znów, ale bez latania, bo będzie taksówka, którą brodaty aktor-szofer Lech Michał jeździ. Dziś miał dzień wolny. stracił na mnie dużo czasu. Byliśmy w Queensie, u niego w domu. Dwa razy u jego żony Julity w redakcji tutejszego polskiego "Nowego Dziennika". Telefonowanie do jednej z moich patronek, pani Krzywickiej. Telefon przerywany. Julita z redakcją śpieszyły się namiętnie na manifestacje antyp0olskorządowe pod konsulat. Mnie porwały w pędzie, ale zatrzymałem się w pewnej odległości. Powiedziałem, że mi nie wypada, skoro tam wczoraj byłem jako załatwiacz i od konsulatu dalej potrzebuję łaski, pomocy w powrotnym bilecie. Zresztą co mi przyjdzie ze słuchania pokrzykiwań i gwizdów małej grupki Polaków. Najgłosniej krzyczała jakaś kobieta. Niczym wczorajsza Murzynka o Jezusie. Zamiast to kontemplować, poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie w Nowym Jorku. W każdym porno-sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej męsko-męska, obfita niezwykle. Tam tyle mężczyzn, co i tu. Każdy sobie ogląda, co chce. Jak długo chce. Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów.
Ciepło, deszczyk. Powrót jak i wczoraj, z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z Murzynami, czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole [chodzi zapewne o Grand Central Terminal], jednocześnie poczta główna naprzeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję.
Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim "interesem" sam sobie robi minetę. Olbrzymi "interes" podobny do owego miałem dwa razy.
Dużo przeżyłem w życiu dobrego, złego i ciekawego. I dlatego nie może się powtórzyć oszołomienie takie jak Paryżem w 1959 roku. Jeszcze było wspaniale z Egiptem.
Z tymi porno mieszkam sobie u zakonnic. I wszystko dobrze. To tak jak chodzenie do konsulatu i miłe rozmowy z wygwizdywaczami.
Leżę w pokoju, piszę, czytam. Za oknem cisza. Czasem lekki szum czegoś jadącego, spokój - spokój. Tylko rano o 10-tej dyńdylinda tu obok z kościółka sygnaturka. Dziś mnie wybiła ze snu, przez co spałem ledwie 4-5 godzin. Jest tak ostra, tak długo dzwoni, że niewiele pomagają zatyczki w uszach.
Siusianie nocne przy łóżku do dużego pudła po soku pomarańczowym z grubej tektury. Nie przecieka. Nawet po tygodniu.
Nie mogę nauczyć się uruchomiania telefonu ani otwierania okna typu angielskiego. Więc jednak pułapki.
W Pradze czeskiej byłem z Polakiem z mojej grupy późno wieczorem pod Hradczanami, na starym Mieście, na moście Karola. Szukałem sladów Meyrinka, Kafki, pytałem Czechów wyglądających oknami o drogę. Pewien zaułek był naprawiany, latarki nad wykopem, niczym Koguci Zaułek w Golemie. Ta starówka jest duża. Cała na pochyłości. Polak, ten ze mną, chciał sprawdzić, gdzie to urzędował Bolesław Chrobry. Ja mu przypomniałem, że zdobył Pragę, urzędował, ucztował. Nagle wpadli ludzie
- Czesi! Zbrojni! Uciekać!
Poderwali się od żarcia, picia, uciekli. W tejże Pradze czeskiej Kazimierz Wielki miał kochankę. Raz w nocy w łóżku spadła jej z głowy peruka. Okazała się łysa. Obrzydził ją sobie.

Języka tu w Nowym Jorku nie używam. Załatwiam na migi. Zresztą podobno w N. Jorku na ogół mówią źle po angielsku. Żywioł języka - końcówki.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 804-805.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miron i Ameryka (2), czyli o Murzynach i białej rasie

Miron Białoszewski

12 październik 1982, wtorek

Rano wyglądam oknem. Domiska olbrzymie sterczą, ale ruch w dole jak w Sieradzu. Trochę samochodów i parę osób przechodzi.
Wyjście na miasto. Nie ma tłoku. Ale wsiąka się od razu w nasycenie. Sklepy. Staroświeckość ulic. Wszystkie rasy. Nie ma podziemnych przejść. Jezdnię przechodzi się wierzchem.
Zmęczenie.
Fundacja odszukana z trudem. A pani umówiona. Dała czek.
Konsulat. Konsulowie uprzejmi. Stary dom secesyjny. Obie polskie strony chętnie ustalają mój wieczór w Polskim Instytucie Nauk. Powrót. Łóżko. Dzwonią do mnie. Gadam. Buch leżeć. Jeszcze raz poniosło mnie na 42 ulicę z rozrywkami. Światła, takie graniastosłupy świateł jak na filmie, ale na krótkim odcinku. Ulice wcale nie szaleją od neonów. Murzyni, Murzyni.
To ten mój Paryż 1959 tak mnie zaszokował konwulsjami reklam, ciągami świateł. Stolicą świata. Tłumami, gąszczem pełznących samochodów. Już nigdy tak nigdzie nie było. Trochę w Kairze, na gęstość. Pewnie i ja obyłem się z efektami. Powtarzałem sobie
- więc taki jest wielki świat. Te tajemnice otwierane.
Mam lepszy pokój. Ciepło. Roleta. Cicho. Idealnie. Wyrocznia z Hożej-Niewczasowej sprawdza się.
Nie można było znaleźć po sklepach portfela (mój za ciasny na paszport) ani lemoniadek do rozpuszczania.
Dużo zaniedbania, starych chodników, spękań, bylejakości. Schody z metra najczęściej zwykłe, wcale nie ruchome.
Ważniejsze stacje mają wielkie odnogi, ciągi, skręty, tłumy, nieraz sklepy. Wychodek znaleźć trudno. 
Bardzo mi się podoba Manhattan. Jak pawi ogon, rozłożony do podziwiania i wyrywania piór. Sposób na to: energia i dolary. Teresa przez telefon daje rady. Uważać. Inni też.
W konsulacie zakłopotanie, że będą mieli nazajutrz pod oknami manifestację. Już było spokojnie, już coś nawiązywali, a tu buch! - skasowanie "Solidarności" i wybuch sprzeciwu.
Ja wysłuchuję tych i tamtych. Bo niby co innego wypada? Nie ukrywam swojego dystansu do polityki ani zmęczenia polityką, gospodarką, życiem społecznym, musem polskim. chcę inności, choćby na 6 tygodni. Świata. Ale tu problem murzyński. Opanowali Waszyngton, biali uciekają do miasteczek. Coraz wiecej tych czarnych i w N. Jorku.
Sam odczułem tu i tam możliwość niepewności siebie - białego, kiedy wracałem 87 Avenue wieczorem między raczej czarnymi niż białymi.
W Związku Radzieckim mnożą się islamczycy, żółtacy. Może to zmierzch białej rasy? Panowała na świecie krótko. Wiele dała, w myśli, sztuce. Wiele nie dała. wiele nabroiła. Uroda białych często działa. Ale - biorąc bezstronnie a tanecznie, teatralnie - to to rasa mało rytmiczna, ciężka, krowiasta, a z pretensją, leniwa, a porządnicka, niewytrzymująca konkurencji w zewnętrzności bycia, jako sztuki, w urodzie zwierzęcia.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 802-804.

piątek, 21 czerwca 2013

Miron i Ameryka (1), czyli 8 godzin w czeskim "letadle"

Miron Białoszewski
11 październik 1982

8 godzin w czeskim letadle w towarzystwie polskich panów i pań. Jadą odwiedzić rodziny. Z walizami, prezentami. Pogodni. W ondulacjach.
Przelot nad Nową Funlandią. ziemia jałowa, bezludna. Skały i dzikie wody, jak po stworzeniu świata. Dalej podobnie, tyle że z kosodrzewiną, ślady ludzi, ale rzadkie.
Potem mówią, że tam Boston - w bok - ale nie widać. Słońce ma się od 5 godzin ku zachodowi. Nagle miliony małych domków, szare, duże wody. Słońce czerwone świeci w oczy spomiędzy chmur, horyzontu i mrowiska. Ktoś pokazuje trochę sterczących gwoździ
- odtąd dotąd - i to wszystko
na Manhattan.

piątek, 17 maja 2013

"Blok, ja w nim" Miron Białoszewski

 Miron Białoszewski

blok, ja w nim – Miron Białoszewski

— Ralla
la laa! — radio z babą
— uuu! — gdzieś dziecko
— Ralla
la laa! — baba
— uuu! — dziecko
— Ral
la la — baba
— uu — dziecko
— Ra
la la —
— u
oho
ucho mi zwariowało?
a to nie:
niedziela
rusza
trzymajcie się ludzie!

z tomu „Odczepić się”, 1978

"Przesłuchy" Miron Białoszewski

Miron Białoszewski

Przesłuchy

Co pani zwariowałana suficiei pupu – kui pupu – ku
Łapię szczotkę za sztuczny kij
i walę w górę.
I nic.
Nasłuchuję.
I nic.
Wylatuję. Aż wstyd.
To nie ona.
Ucho do ścian.
Po piętrach.
Tu?
Nie.
Tu?
Tam.
I tam.
Dom.
Cały.
Sam.
Mgła.

Miron Białoszewski

środa, 15 maja 2013

„Wywód jestem’u” Miron Białoszewski

Miron Białoszewski
 
„wywód jestem’u”

jestem sobie
jestem głupi
co mam robić
a co mam robić
jak nie wiedzieć
a co ja wiem
co ja jestem
wiem że jestem
taki jak jestem
może niegłupi
ale to może tylko dlatego że wiem
że każdy jest dla siebie najważniejszy
bo jak się na siebie nie godzi
to i tak taki jest się jaki jest

Miron Białoszewski


środa, 10 kwietnia 2013

"Ballada o zejściu do sklepu" Miron Białoszewski



Ballada o zejściu do sklepu


Najpierw zeszedłem na ulicę
schodami,
ach, wyobraźcie sobie,
schodami.

Potem znajomi nieznajomych
mnie mijali, a ja ich.
Żałujcie,
żeście nie widzieli,
jak ludzie chodzą,
żałujcie!

Wstąpiłem do zupełnego sklepu;
paliły się lampy ze szkła,
widziałem kogoś – kto usiadł,
i co słyszałem?… co słyszałem?
szum toreb i ludzkie mówienie.

No naprawdę
naprawdę
wróciłem.

Miron Białoszewski

piątek, 23 listopada 2012

Miron Białoszewski na Manhattanie

15 listopada 1982 roku 

Chodziłem po dzielnicy chińskiej i po innych bliżej cypla. Ziąb. Im bliżej cypla, tym większy wydmuch. Między Chińczykami nie ma się uczucia obawy, co nie zawsze między Murzynami. Dużo ich pijanych, Murzynów, gadających do ulicy. W sklepach i sklepikach chińskich często taniej niż gdzie indziej. Stare Chinki na zakupach, jak żony ostatniego wcielenia Buddy, półożywione.
Dzwonił Miłosz. Mówiłem mu o jego pisaniu. On, że stara się nie rozgraniczać prozy od wierszy. Ja mu na to, że niektóre jego wiersze są esejowate. Przytaknął, jakby z wahaniem. Zwierzyłem mu, że czuję się wobec niego gapowaty, intelektualnie nierozgarnięty. On na to, że mi trochę zazdrości mojego pisania połączonego z ulicą Warszawy. On tego nie miał, bo w jego stronach było się między językami. Polacy mówili jak gdyby językiem z kronik, Białorusini po swojemu. Rozmowa zeszła na Nowy Jork. Dopiero od Miłosza dowiedziałem się, na czym polega zmiana. Kiedy on tu przyjechał, pod ziemią było całe drugie miasto. Potem to zniknęło. W subwayach pusto i niebezpiecznie. 


Trochę pożałowałem tego podziemia żywego, ale pewnie dzięki temu jeszcze żywiej jest na wierzchu. Chodziłem dziś kilometrami ulic sklepowych i stragano­wych. Kupiłem zegarek za 6 dolarów. Jednorazowy, jak się zepsuje, to przepadło. To tyle, co kino. A na prezent dobre. Do kina też pojechałem wieczorem. Na Poltergeist. Gdybym tu dłużej mieszkał, pewnie bym się ogłupił. Ale może nie. Pornografia zupełnie mnie dziś nie ciągnęła. Ponadto – zaczął działać zmysł oszczędności. W drodze powrotnej bardzo zmarzłem. Zmęczenie tym większe. Zacząłem uważniej przechodzić przez ulice. A tych jezdni strasznie dużo.
O Niagarze Miłosz, że już dawno niemodna. Teraz modny Grand Canyon. Kilka razy w różnych miejscach nagle wpadał mi w ucho Mozart. Odczuwałem to jako wezwanie do Europy, na swoje łóżko. Mozart o wiele bliższy niż Manhattan z jego ludźmi.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 828–829.

Źródło: Płaszcz zabójcy

niedziela, 2 września 2012

Dzień z życia pisarza - Miron Białoszewski

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku

"[...] Zjazd [festiwal poezji] się kończy. Zawieźli nas na upał pod daszki na długi nudny obiad. Obok motel i jezioro między samymi kamieniami. W Ohrydzie [sic!] w starym soborze, prostokątnym, nie centralnym, Świętej Zofii, późnym wieczorem, a właściwie w nocy, odbyło się wręczenie nagrody i tak zwana koronacja starego poety hiszpańskiego Albertiego. Alberti dostał nagrodę za swoją twórczość poetycką. Stał we wnęce głównej cerkwi pod Mądrością Bożą z wyciągniętymi rękami na fresku. Sam wyglądał w długich siwych włosach, z wyciągniętymi rękami i przemawiający patetycznie jak Bóg Ojciec. W rzędach krzeseł w cerkwi, w światłach siedzieli eleganccy ludzie, intelektualiści rozmawiający wszystkimi językami świata. Damy w oryginalnych sukniach. Ja chodziłem po kruchcie oddzielonej od reszty murami. W cieniu oglądałem freski jeszcze nieodnowione. Różne postacie białe, w pochodach, a przez prześwity oglądałem całą uroczystość, chodząc.

W Skopie [sic!] dzisiaj czytanie wierszy na tureckiej górze. Nad twierdzą turecką. W różnych językach świata. Wsiedliśmy do autobusu, żeby nas tam zawiózł. Zobaczyłem Rumunkę, która przedtem za każdym razem z kim innym szła i mówili, że co kilka godzin zmienia partnera do flirtu. Teraz siedziała uśmiechnięta w dziwnym, jakby ślubnym stroju. Ktoś mi powiedział, że ona jest w stroju ludowym rumuńskim. W kolorowym welonie. Na tureckiej górze noc, w dole światełka miasta, pod podcieniami ustawili nas, a właściwie usadzili w osobne rzędy krzeseł, naprzeciwko rzędy krzeseł z widownią. Pośrodku estrada. Oryginał czyta autor, po jednym wierszu, tłumaczenie po macedońsku czyta aktor albo aktorka. Pierwsza wystąpiła Brazylijka, ciemna, w czerwonej sukni. Potem Francuz czytał jakiś nudny wiersz o braku broni. Poświęcony partyzantom tutejszym, wspomnieniowy. Ten wiersz wszystkich nudził, jak i większość innych. Niektórzy czytali wiersze napisane tu i poświęcone Macedonii. Rumunka mówiła coś nastrojowo o księżycu

– Luna – luna

Ja przeczytałem szybko i rytmicznie Wywód jestem’u. Już po polsku miałem spore brawa, co mnie zdziwiło. Aktorka przeczytała to po macedońsku bardzo dobrze. Uśmiechy ze śmiechami. Czyli żywy odbiór. Tłumaczył ten wiersz nasz opiekun – Macedończyk. Podobno było mu trudno przetłumaczyć, ale mi się wydawało, że ten przekład mu wyszedł dobrze. [...]"

Fragment znaleziony na blogu Płaszcz zabójcy, a pochodzi [z]: Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 558.


Białoszewski Miron - Wywód jestem'u


jestem sobie

jestem głupi

co mam robić

a co mam robić

jak nie wiedzieć

a co ja wiem

co ja jestem

wiem że jestem

taki jak jestem

może niegłupi

ale to może tylko dlatego że wiem

że każdy dla siebie jest najważniejszy

bo jak się na siebie nie godzi

to i tak taki jest się jaki jest


wtorek, 10 kwietnia 2012

Dzień z życia pisarza (3) - Miron Białoszewski

Miron Białoszewski
NOWY JORK, JESIEŃ 1982

9.00 - Rano "wygląda oknem" po nocy w hoteliku zakonnic na 23 ulicy. "Z ulicy, dość mrocznej, pustawej, wejście w hall ze świętym Józefem z gipsu. Jak w Sieradzu. Winda - & piętro. Pokoik z tradycyjnym wyrkiem. Serce Jezusa. Wychodeczek. Krany. Roleta w oknie. Wrażenia jak w Sieradzu. Właściwie dobre, żadnych pułapek". 

11.00 - Pierwszy spacer po nowojorskich ulicach, odszukanie siedziby Fundacji Jurzykowskiego, której nagrodę otrzymał. "Fundacja odszukana z trudem. A pani umówiona. Dała czek".

14.00 - "Powrót. Łóżko. Dzwonią do mnie. Gadam. Buch leżeć".

18.00 - "Poniosło mnie na 42 ulicę z rozrywkami". "Poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie (...) W każdym porno sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej męsko-męska, obfita niezwykle. (...) Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów. Ciepło, deszczyk. Powrót (...) z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z (...) czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole, jednocześnie poczta główna na przeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję. Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim "interesem" sam sobie robi minetę. Olbrzymi "interes" podobny do owego miałem dwa razy".

21.00 - Powrót do hoteliku. Dziennik, wiersze, cieszenie się sprawionymi sobie prezentami.

2.00 -  Sen?

Źródło: Marcin Sendecki "Dzień z życia sławnego pisarza", "Książki", NR 1 (4) marzec 2012,