Dorota Wodecka: Kupuje pan książki z dzieciństwa?
Marcin Świetlicki: Tak. Odkupuję sobie wspomnienia. Odzyskałem ich kilkanaście, ale ta jest najpiękniejsza. W dziwnych okolicznościach sobie o niej przypomniałem. Któregoś dnia, rok temu, obudziłem się ze świdrującą w głowie myślą, że mam dziesięć lat, leżę w szpitalu na żółtaczkę i mam w rękach książkę ze szpitalnej biblioteki, która mi się potwornie podoba. Nie tylko przez treść. Jest gruba i na każdej stronie ma mnóstwo obrazków Bohdana Butenki. Gry kolorami, sztuczki graficzne i Butenkowe postaci w tym wszystkim. Pamiętałem ból, że nie przeczytałem jej do końca, bo wypisali mnie ze szpitala. Nigdy już jej nie widziałem. Zacząłem się zastanawiać, czy ona w ogóle istniała, czy też sobie ją wymyśliłem. No i internet, ta suka, wzięła i mi pomogła. Wszedłem na stronę dokonań Butenki i natychmiast mi ten tytuł wyskoczył.
"Stacja nigdy w życiu" Joanny Kulmowej.
- Poprosiłem kolegę, by mi kupił na Allegro, bo sam z tego nie korzystam, i po czterech dniach od mego niespodziewanego objawienia już ją miałem.
Dokończył pan?
- Jeszcze nie, na razie z dumą przeglądam. Boję się, że a nuż nie będzie taka, jak ją zapamiętałem. Piękna, prawda? Tu akcja dzieje się w nocy, dlatego są białe literki na czarnym tle, a tutaj, proszę bardzo, ludziki narysowane przez Bohdana Butenkę wmontowane w biało-czarną fotografię. Cudne. Butenko zilustrował najważniejsze książki mojego dzieciństwa. Gdy w jakimś antykwariacie zobaczę coś, co czytałem jako dziecko, kupuję. Nie potrafię wyjaśnić, czy kieruje mną tęsknota za dzieciństwem, zachwyt piękną książką czy coś innego. Po prostu chcę je mieć. Muszę, dla samej świadomości, że kiedy będę ich potrzebował, by wrócić do jednego fragmentu czy zdania, to będą.
"35 maja, albo jak Konrad pojechał konno do mórz". Wraca pan do niej?
- Pewnie! Duet Erich Kastner i Butenko. Historia przedziwna, jakby autor zażywał poważnych proszków psychodelicznych. Chłopczyk ze swoim stryjem Rabarbarem wędrują przez dziwne krainy, Pasibrzuchów czy Świata Na Opak. Przez tych kilka stron idą przez pustynię, dlatego jest tu tyle narysowanych ziarenek piasku. Kastner napisał też "Emila i detektywów". Genialna postać! W swoje 90. urodziny prof. Jerzy Pomianowski opowiadał w radiu, że też był miłośnikiem Kastnera. We wrześniu '39 miał w żołnierskim plecaku zbiorek jego wierszy. Uwielbiałem też "Szwambranię" Lwa Kassila. Autor to Rosjanin pochodzenia żydowskiego, a jest to historia chłopczyka, który stworzył sobie świat alternatywny, królestwo Szwambrania. A rzeczywistość jest dość nietypowa, bo trwa rewolucja październikowa. Wydanie, które mam, jest bez ilustracji. A była taka wersja, którą ilustrował naturalnie Bohdan Butenko. Niby więc mam swoją ulubioną książkę, ale jakoś jej nie cenię. Książka potrzebuje ilustratora geniusza. Odczuwam wręcz fizyczny ból, kiedy widzę wydania ilustrowane inaczej, niż zapamiętałem w dzieciństwie. To morderstwo dla książki!
Ma pan, widzę, i katalog prac Butenki.
- Z autografem! W marcu był w Poznaniu i mój kolega nabył ów katalog. Nawet wziął dla mnie autograf. Pan Bohdan narysował mi kwiatuszka. Wzruszyłem się. A tu "Wakacje z duchami", i też jego rysunki.
A dlaczego ma pan książki w kartonie? Nie mieszczą się na półkach?
- Moja dziewczyna jest księgarzem i dzięki temu jesteśmy w dość komfortowej sytuacji, bo ma zniżki w hurtowniach. Nie chodzimy do księgarni, tylko naraz zamawiamy powiedzmy z 50 książek po niższych cenach. To tytuły, które niekoniecznie można znaleźć w księgarniach, bo są z małych wydawnictw z małych miast. Otwieramy karton, bierzemy pierwszą książkę z góry i czytamy. To nasz nałóg, z którego ja nie wyleczyłem się od dzieciństwa. Mój syn Maciek też to ma. Widzę siebie w nim. Idzie do szkoły i zabiera ze sobą dwie książki, a kiedy mu się skończą, jest bezradny. Bywało, że przybiegał do mnie zziajany, by coś pożyczyć. Nałóg. Świat bez czytania nie może mieć sensu.
Kiedy pan dokonał tego odkrycia?
- Podobno miałem pięć lat, kiedy nauczyłem się czytać. Rozszyfrowywałem sklepowe szyldy w naszym miasteczku i kojarzyłem, że w księgarni kupuje się książki, a w warzywniaku warzywa. Doszło też do znaczeniowej zmyłki, bo przez długi czas słowo "rarytas" kojarzyło mi się z lokalem gastronomicznym w naszym miasteczku, w którym kupowało się flaki na wynos. Ale kiedy już poznałem litery, stałem się nałogowcem. Od pierwszej klasy byłem namiętnym klientem biblioteki. Jednego dnia brałem kilka książek, a że miałem głód czytania, to następnego dnia szedłem po kolejne. Bibliotekarki nie dowierzały, że je naprawdę czytam, ale potrafiłem im sprawnie opowiedzieć, o czym są.