Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai Sandor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai Sandor. Pokaż wszystkie posty

środa, 20 września 2017

Na sprawy trzeba zaczekać


Zaczekaj, z cierpliwością anioła i świętego, nim sprawy - ludzie, idee, sytuacje - które do ciebie należą, przyjdą do ciebie. Ani jednym krokiem, ani jednym gestem ni słowem nie przyspieszaj ich zbliżania się. Bowiem pewni ludzie, pewne idee, sytuacje, które należą do twojego życia, twojego charakteru, do twojego ziemskiego i duchowego losu, stale są w drodze, zmierzając do ciebie. Książki. Mężczyźni. Kobiety. Przyjaźnie. Poszukiwania. Wielorakie prawdy.
To wszystko zbliża się do ciebie, powolnym przetaczaniem się, i pewnego dnia musicie się spotkać. ale nie działaj w pośpiechu, nie przyspieszaj ich drogi i zbliżania się. Jeżeli bardzo się ku nim spieszysz, może ominąć cię to, co jest ważne i przeznaczone tylko dla ciebie. Czekaj. Mężnie i uważnie, całym swoim losem i całym swoim życiem.

Sandor Marai "Księga ziół"

Grafika: Sarolta Ban

sobota, 2 września 2017

Więcej czytać

Sándor Márai

Więcej czytać. Bardziej metodycznie. Czytać w każdej chwili. Kiedy myślę o możliwościach i zaniedbaniach w lekturze, zaszokowany konstatuję, jak krótkie jest życie. Naprawdę, nie żałuję tego, czego nie przeżyłem - żałuję jednak wielu książek, których nie przeczytałem.  
 Sandor Marai Dziennik 1949-1956, przeł. Teresa Worowska.


wtorek, 22 października 2013

"Żyję już tylko pomiędzy linijkami moich prac"

Sandor Marai

"Każda linijka, którą zapisuję - czy piszę artykuł, czy studium, fragment powieści czy nawet te notatki - budzi we mnie niewypowiedziane napięcie i niepokój. To uczucie nie przemija z latami, z doświadczeniem, z rutyną zdobytą w rzemiośle - cóż to za rzemiosło! - lecz przeciwnie, wzrasta. W porze dnia, którą poświęcam pracy, wszystko mnie denerwuje i przeszkadza, rozmowa telefoniczna wytrąca mnie z równowagi, a wiadomość, że ktoś ma mnie odwiedzić, że muszę się wywiązać z codziennego zadania "na czas", unicestwia mnie dosłownie, jest jak strach przed atakiem bólu fizycznego." 

wtorek, 3 września 2013

Na sprawy trzeba zaczekać




Zaczekaj, z cierpliwością anioła i świętego, nim sprawy - ludzie, idee, sytuacje - które do ciebie należą, przyjdą do ciebie. Ani jednym krokiem, ani jednym gestem ni słowem nie przyspieszaj ich zbliżania się. Bowiem pewni ludzie, pewne idee, sytuacje, które należą do twojego życia, twojego charakteru, do twojego ziemskiego i duchowego losu, stale są w drodze, zmierzając do ciebie. Książki. Mężczyźni. Kobiety. Przyjaźnie. Poszukiwania. Wielorakie prawdy.
To wszystko zbliża się do ciebie, powolnym przetaczaniem się, i pewnego dnia musicie się spotkać. ale nie działaj w pośpiechu, nie przyspieszaj ich drogi i zbliżania się. Jeżeli bardzo się ku nim spieszysz, może ominąć cię to, co jest ważne i przeznaczone tylko dla ciebie. Czekaj. Mężnie i uważnie, całym swoim losem i całym swoim życiem.

Sandor Marai "Księga ziół".

Zdjęcie: Sarolta Ban

Źródło: Ptasia piosenka :)

 

niedziela, 13 stycznia 2013

O twórczości i wykształceniu




Człowiek twórczy i utalentowany nie ma prawa podkradać czegoś dla własnej twórczości z czasu  koniecznego do samokształcenia. Nie jest znowu tak ważne, abyś pisał codziennie; ważniejsze, byś codziennie czytał. Zawsze miej czas na kształcenie, codziennie. Bo nie jest takie pewne, że kiedy coś tworzysz, pomagasz sobie i ludzkości; do tego niezbędna jest łaska Boża. Ale z pewnością pomagasz również sobie, ojczyźnie i ludzkości, gdy codziennie poświęcasz czas na kształcenie swojej duszy, odczytujesz urywek dzieła wyjątkowo twórczego ducha, dokładnie poznajesz pewną prawdę lub gałąź wiedzy. Nie jest istotne, by w jakiejś wspólnocie ludzkiej było wielu pisarzy, natomiast jest istotne, by było wielu czytelników. Nieważne, czy ty opiszesz piękno i prawdę; ważne, abyś je poznał.

Sandor Marai "Księga ziół", Wydawnictwo Czytelnik.

środa, 26 grudnia 2012

O niesprawiedliwości i wtrącaniu się



O NIESPRAWIEDLIWOŚCI I WTRĄCANIU SIĘ

Ilekroć w życiu spotykamy się z niesprawiedliwością lub okrucieństwem — biciem dzieci, dręczeniem zwierząt, upokarzaniem człowieka bądź odmawianiem mu tego, co się mu, wedle praw boskich i ludzkich, należy — zawsze na nowo pojawia się pytanie, czy masz prawo i obowiązek mieszać się, wtrącać w zawiłości cudzych losów i podejmować się niewdzięcznej roli niepożądanego adwokata? Czy też masz iść dalej, z nieczystym sumieniem, ale bez zadraśnięcia? Wiedz, iż do spraw innych ludzi, a także świata, tylko dopóty masz prawo się mieszać, dopóki ty sam, osobiście, bez interwencji obcych osób bądź władz, naprawdę potrafisz pomóc tam, gdzie dostrzegasz krzywdę, niesprawiedliwość lub okrucieństwo. Bo ten, kto w aureoli prawa przerzuca w takich razach ciężar niesienia pomocy na innych, zwraca uwagę władz bądź humanistów na to, co widział, już robi sprawę z ludzkiej nędzy, już podejmuje się roli rozjemcy pomiędzy cierpieniem a pomocą, już oszukuje samego siebie i świat. Pozostań sam z ludzkim cierpieniem i staraj się pomóc na miarę twoich własnych sił. Jeżeli możesz zetrzeć łzy z twarzy dziecka, jeżeli możesz złagodzić los chorego konia, jeżeli możesz ofiarować pieniądze, które należą do ciebie, jeśli możesz dać szmaciarzowi kilka sztuk odzieży, jeżeli osobiście możesz w czymś pomóc radą albo działaniem — wtedy, tylko wtedy masz prawo wtrącać się. Lecz każdy, kto w takich razach wzywa przez telefon policję albo pisze list do gazet, albo zarządza zbiórkę dla biednych, słowem każdy, kto na cudzym nieszczęściu chce sobie upiec własną pieczeń — jest podejrzany. Twój ból i twoja bieda są także tylko twoje i tylko ty osobiście możesz na nie zaradzić. Wszystko inne jest daremne.

O PRÓŻNOŚCI

Największą, tragiczną pokusą wieku męskiego nie jest kobieta, lecz próżność. Naraz napada cię ziemski głód — chcesz zaszczytów, pozycji między ludźmi, tytułu lub orderu, wszystkiego, co błyszczy, co możesz przypiąć do piersi w postaci wisiorków, co możesz wydrukować na swojej wizytówce w słowach pustych i wzniosłych. Chcesz fotela, kiedy większość boso tłoczy się na wielkich traktach i miejskich kocich łbach. Chcesz dostojeństwa, kiedy dla niezliczonych ludzi życie jest tak nędznie puste, że większość traci swoją ludzką godność. To ciężka godzina w życiu mężczyzny. Większość w tym czasie ponosi porażkę. Tylko ten pozostaje człowiekiem i mężczyzną, kto umie pochylić się nad ludzką biedą, kto zadowala się jedynym zaszczytem, jaki przystoi człowiekowi — znajomością swojego rzemiosła i gotowością służenia pomocą, a odrzuca wszystko, co może dać mu świat w geście bezwartościowego uznania. Zważ tylko, jacy nikczemni ludzie dostąpili najwyższych zaszczytów i tytułów! Kto paraduje z orderami! Ty pozostań człowiekiem, bez tytułu, bez ozdób. A wtedy naprawdę będziesz miał rangę pośród ludzi. W przeciwnym razie będziesz tylko wielce szanownym panem — taki jesteś skromny? Myślałem, że pragniesz więcej.

O UMOWACH

Do pracy — która jest tylko twoja, od której nie masz możliwości ani prawa uciec, która jest twoim przeznaczeniem — nie wystarczy sama gotowość, zdolność, wiedza, doświadczenie, nie. Do pracy potrzeba nie ko inspiracji i łaski. I nie tylko pilności pociągowego zwierzęcia. Wszystko to jest potrzebne i wszystko to nie wystarcza. Do pracy potrzebna jest także boska cnota. Tą cnotą jest cierpliwość. Nie porzucić pracy. Nie wycofać się. Nie uciec przed nią. Cierpliwie ją znosić, jak tajemniczą chorobę, z dnia na dzień, latami, żyć z nią przez całe życie, jak więzień ze swoim więzieniem, jak chory z dolegliwością, którą Bóg mu wymierzył. Cierpliwość nie jest cnotą człowieka. Jeśli jednak ją podjął i ćwiczy się w niej, wtedy, tylko wtedy, chwilami podobny jest do Boga.

O UMOWIE RAZ JESZCZE

Wszystko, czego świat może chcieć od ciebie, to ugoda i połowiczne rozwiązanie. Liczy się tylko to, na co ty układasz się sam ze sobą i swoim charakterem. Ta umowa nie przewiduje ugody. Życie, bezlitośniej niż lichwiarze, pobiera procent od ludzkiego charakteru. Za wszystko musisz zapłacić, za niezależność, za radość, także za zdrowie cielesne, ale najstraszliwszą cenę musisz zapłacić za umowę, związaną z twoim charakterem i pracą. Temu ciemięzcy nigdy nie możesz powiedzieć — boli mnie głowa. Albo — miałbym chęć na coś innego. Nawet galernikowi jest lżej niż temu, kto umowę o pracę podpisał z własnym charakterem.

O GRZECZNOŚCI

Na ogół ludzie obrażają się, gdy odnosimy się do nich z nadmierną uprzejmością. Mówię o Europejczykach i Amerykanach. Jedynie Chińczycy potrafią znosić bezwzględną, całkowitą i ostateczną grzeczność, która już nasyciła tkaninę ich ciał i dusz, tworzy jedność z życiem, zarówno dla czyściciela flaków, jak i księcia. Ta grzeczność, która jest równoznaczna z formą życia całego narodu, jest najwyższym przejawem ludzkiego współżycia. Ale nasza grzeczność jest całkowicie powierzchowna. Francuzi mają jedynie uprzejmą literaturę i sposób wypowiadania wojny, ale jadalnia, sklep, salon to już nie to. Nie wystarczy powiedzieć — pardon, gdy nadepniemy komuś na nogę. Trzeba też czuć owo pardon — a to już znacznie trudniejsze. Nasza epoka jest jedną z najbardziej niegrzecznych w dziejach ludzkości. Średniowieczny kat jeszcze klękał przed ofiarą i prosił ją o przebaczenie, ponieważ musiał jej ściąć głowę — zaś Maria Antonina na szafocie powiedziała Sansonowi — pardon. A dzisiaj nie proszą siebie o przebaczenie ni kat, ni ofiara. Jest to wysoce zasmucające. I jeśli ktoś w naszych czasach jest doskonale grzeczny, współcześni odbierają tę postawę z zimną, beznamiętną obojętnością. Dzisiaj każdy domaga się wyjawienia prawdziwych zamiarów i grzeczność uważa za wykręt i zdradę. Chociaż to nie to — to po prostu jest tylko doświadczenie. Nie ma innego rozwiązania. Kiedy jedni, z namiętnym zapamiętaniem bądź z durną nienawiścią, grzebią w trzewiach drugich, ty pozostań grzeczny.

O FORMACH

Natomiast form należy przestrzegać do ostatniej chwili. W trakcie posiłku, w trakcie rozmowy. W łóżku i przy stole. W czasach, gdy współżycie między ludźmi staje się coraz bardziej bezforemne, ty pozostań wierny ostatecznie i krystalicznie ukształtowanym formom powitania, ukłonu, uścisku ręki i wyrażania uczuć i sądów. W czasie, gdy wszyscy domagają się, abyś włożył uniform, ty konsekwentnie chodź w marynarce, a wieczorem, gdy akurat wybierasz się na przyjęcie, włóż czarny garnitur. Nie dla samego garnituru, lecz dla formy. Nie tylko książki ocalają kulturę. Kulturę ocalają drobne, powszednie odruchy. Kiedy jakaś epoka idzie przeciwko tobie ze wniesionymi pięściami, ty się jej odkłoń, spokojnie i grzecznie, tak jak uchylasz kapelusza. Nie możesz uczynić nic innego. dla ciebie żadnej wartości. Nie oczekuj od niej dobra, i nie lamentuj, gdy cię skrzywdzą w imieniu ojczyzny. To nieistotne. W ogóle niczego nie oczekuj od ojczyzny. Tylko daj jej

Sandor Marai "Księga ziół".

Książkę można nabyć TUTAJ

sobota, 22 grudnia 2012

O tym, co było twoim zadaniem na ziemi



O TYM, CO BYŁO TWOIM ZADANIEM NA ZIEMI

W końcu powinieneś wiedzieć, co było twoim zadaniem na ziemi. W żadnym wypadku nie to, abyś trzymał w fabryce chemicznej — w pewnej ilości, jakiejś tam jakości i w postaci jakiejś substancji — kości, mięso, tłuszcz i trzewia. Ani też to, abyś zbierał ordery i zaszczyty, abyś prezesował w towarzystwach, spacerował w wytwornych strojach i potrząsał dzwoneczkiem. Ani też — a to już jest bardziej bolesne — abyś był bardziej szczęśliwy, bo szczęścia nie ma, wszak każde twoje pragnienie zniekształca się w chwili urzeczywistnienia i raczej jest ciężarem niż radością. Taki jest człowiek. Nie, jedyne twoje zadanie, jedyna racja twojego istnienia na ziemi jest ta — poznaj prawdziwą naturę spraw ludzkich i ziemskich, wzajemne powiązania ludzkich i ziemskich spraw i zachowuj się godnie także wtedy, gdy twoi bliźni zachowują się niegodnie. Taką miałeś sprawę na ziemi; nic więcej.

O TYM, JAK NALEŻY ŻEGNAĆ SIĘ Z MŁODOŚCIĄ

Młodość należy pożegnać na wesoło. Zatem nie w stanie wzruszenia, nie sentymentalnie, jak to czynią słabeusze, beksy i ludzie zagubieni, którzy ze zwieszoną głową, ze łzą w oku patrzą za odchodzącą młodością, kiwając jej na pożegnanie i głosem drżącym od czułostkowości, od użalania się nad samym sobą, pojękują — vale, młodości! oddalasz się i znikasz, szczęśliwa młodości. Tak nie należy pożegnać młodości. Z młodością należy się żegnać pełną piersią, gromkim śmiechem, jak ktoś, kto uwalnia się od niebudzącego zaufania towarzysza podróży. Należy powiedzieć tak — zniknijże już, młodości. bez żalu patrzę, jak się oddalasz. być młodym — to nie było coś aż tak specjalnego. był zamęt, mgła, tęsknota, dezorientacja, fałszywe pojęcia i jeszcze bardziej fałszywe wyobrażenia, pożądanie i strach, że w wielkim konkursie pozostajemy w tyle. i jakiż zawód, kiedy trzymaliśmy kogoś w ramionach! i ten lęk, że przegapiamy kogoś innego, o ileż prawdziwszego! a ta sława, o której marzyliśmy za młodu, jakże była inna, kiedy już przyszła, o ileż bardziej podejrzana i ulotna! a doczesne dobra, kiedy już przybyły do naszego życia, jakże podejrzanie lepiły się od brudów ludzkiej zawiści! nie, z młodością można się żegnać bez zbędnej litości. był to stan podwyższonej temperatury, wzruszające i tkliwe omdlenie. teraz, gdy odchodzisz, młodości, z radością zwracam się ku innym okolicom. teraz ja jestem ja, od stóp do głów. nie to, żeby dobry, mądry czy absolutnie sprawiedliwy — ale już trochę domyślam się, czym jest prawda. moje nerki nie są już tak sprawne; ale umysł się wyostrzył. rozczarowania nie dotykają już do żywego, co najwyżej zaskakują. Powiedz tak — bogu dzięki, nareszcie skończyła się młodość.

O TYM, ŻE NIKT NIE MOŻE POMÓC

Trzeba się z tym pogodzić, że człowiek nie umie pomóc. Nie ma takiej kobiety i takiego przyjaciela. Trzeba się z tym pogodzić, że pomoc być może nie jest konieczna — to miotanie się, ta beznadzieja, te chwilowe rozwiązania, ta wieczna nierozwiązywalność wszystkiego, co ludzkie — to właśnie jest warunkiem, abyś stał się człowiekiem i na ludzki sposób wypowiedział się w świecie.

O PERSPEKTYWIE

Rzeczy nie są tylko same w sobie — mają swoją perspektywę. Dlatego nigdy nie mów o jakimś zjawisku — jest takie czy siakie — mów jedynie — kiedy patrzy się z tej perspektywy, wydaje się, że jest takie.

O POKORZE I GODNOŚCI

Ludzie chętnie pysznią się i nienawidzą, gdy nadarza się ku temu okazja; najczęściej naprawdę są osobliwie okrutni, jak dzieci. Lecz ty bądź pokorny i jednocześnie strzeż swojej godności. Bowiem obu możesz strzec jednocześnie. Twoja godność zmieni się w zwyrodniałą maskę, jeśli nie zaświta za nią świadomość pokory twojej omylnej osoby; twoja pokorna postawa będzie kalką tchórzostwa mięczaka, jeśli inni nie poczują za nią twojej człowieczej rangi. Skoro musisz żyć wśród ludzi — i nie jesteś tapirem ni sępem, gdzież indziej tedy możesz żyć? — jednocześnie musisz panować i być posłuszny, zawsze z klasą i skromnie, zawsze poważnie i chętnie, zawsze pokornie i godnie. W przeciwnym razie będziesz tylko zuchwałym facetem, budzącym litość tchórzliwym niewolnikiem. Epiktet w rzeczywistości był niewolnikiem, a jednak — z pokorą znosił ten los i panował nad ludźmi.

O TYM, ŻE ZAWSZE JESTEŚ W DRODZE

Wydaje ci się, że zbudowałeś dom, i z dumnych szczytów swojej kariery możesz, zadowolony, oglądać świat. Czy nie wiesz, że na wieki pozostaniesz wędrowcem, i wszystko, co czynisz, jest ruchem wędrowca, podążającego drogą? Po wsze czasy idziesz przed siebie pośród miast, celów, okresów życia, zmian, i jeśli odpoczniesz, nie odpoczniesz pewniej i trwalej niż wędrowiec, który przycupnął na pół godzinki w cieniu przydrożnej jabłoni. Miej to na względzie, kiedy układasz plany. Sensem twojej drogi nie jest cel, lecz wędrówka. Nie żyjesz w określonych sytuacjach, ty zawsze jesteś w drodze.


O ŻYCIU I O ŚMIERCI

Czasami czujesz, że w następnej chwili umrzesz. Wtedy nie trzeba bezwarunkowo wzywać lekarza. Naucz się nie bać i nie żywić nadziei. Śmierć nie jest czymś najgorszym, co może się przydarzyć śmiertelnikowi, nie, śmierć w ogóle nie jest zła — śmierć jest nijaka. Umierajmy, skoro tak trzeba, po ludzku, a więc z godnością, bez pośpiechu i bez pisku. Ale i żyjmy, póki można, po ludzku, a więc uważnie, szukając sensu zjawisk, badając ich prawdziwą naturę. Bo też co byś mógł powiedzieć lekarzowi, gdybyś go wezwał w chwili niebezpiecznej, a on jął wypytywać o przyczynę twojego złego samopoczucia? Umysł twój działa, a więc wypadałoby, byś wszystko wiedział, co się tyczy twojego ciała. I kiedy tak przyglądasz się sobie, to zarazem dziwisz się, jak bardzo powikłana jest rzeczywistość — każda ludzka sprawa ma nieskończoną ilość przyczyn, każdy związek, jaki cię łączy z wszechświatem, jest przyczyną czegoś, co w pewnej chwili zdarzy się w naszym życiu albo w naszym organizmie, zaś z wszystkich przyczyn główną jestem ja sam — fakt istnienia. Ta przyczyna kryje się za każdym fenomenem życia. Tę przyczynę można samowolnie usunąć, ale nie można jej całkowicie rozebrać, ani objaśnić, ani zrozumieć.

O PRAWDZIE I O TYM, CO JEST ZA NIĄ

Kochaj, głoś i wyznawaj prawdę, małą i wielką prawdę, prawdę dnia powszedniego i prawdę chwil tragicznych, zawsze, odważnie, bez lęku. Ale nie zaszkodzi, jeśli, czyniąc to, cicho się śmiejesz — i z siebie, i z prawdy. Bowiem prawda jest stała i niezmierzona jak wielkie prawa natury. Lecz ty, który jesteś człowiekiem, wierzysz w prawdę i wyznajesz ją, nie jesteś stały ani niezmierzony. Nawet pogoda zmienia swoje zamiary, nawet padający śnieg zbacza z drogi wyznaczonej mu z boskiego rozkazu, nawet kobieta może mieć wpływ na ciebie — oto jak bardzo jesteś niestały. Czegóż więcej możesz spodziewać się po sobie? Głoś prawdę, ale też nie zaszkodzi, jeśli, czyniąc to, czasami się uśmiechniesz.

Sandor Marai "Księga ziół".

Książkę można kupić TUTAJ

czwartek, 13 grudnia 2012

O pisarzach pustelnikach

Cape Cod

W tym miejscu brzeg oceanu nie jest tak grzebieniasto-spieniony jak gdzie indziej. Wydmy, krzewy o cierpko-słodkim zapachu, ptasie sanktuaria wzdłuż wybrzeża. Ciche miasteczka i skromne kąpieliska, gdzie ani śladu florydzkich atrakcji w rodzaju cyrku Barnuma. Wszędzie dobre formy, które pozostawili tu Anglicy, kiedy oficjalnie stąd odeszli. Krajobraz we wczesnojesiennym świetle świeży i błyszczący. Laski kosodrzewiny, pobłyskujące jeziorka, kolorowe drewniane domki, melodyjna monotonia łagodnej falistości wybrzeża, zielononiebieska gra wielkiej wody: to wszystko różni się od widoków reszty kontynentu, jest w bardziej ludzkiej skali, swojskie.

Niewielka miejscowość, Concord, prawie się nie zmieniła: dziś panuje tu ten sam malarski nieład jak w czasach Thoreau, Emersona i Hawthorne'a. W pobliżu Concord kałuża, sławne jeziorko Walden, nad którym Thoreau, ten amerykański Rousseau, przed stu trzydziestu laty własnymi rękami zbudował sobie chatkę, ponieważ „nie mógł wytrzymać tłumu i hałasu miejskiego życia". (Jeziorko zmieniło się obecnie w publiczne kąpielisko, a chatkę Thoreau rozebrano i przeniesiono do muzeum). Concord w zeszłym wieku było amerykańskim Szephalom, a nawet Weimarem. Ta mała miejscowość w stanie Massachusetts jest dziś literackim sanktuarium. Emerson był Kazinczym amerykańskiego ducha zbuntowanego przeciw literackiej wyniosłości angielskiego kolonializmu. W swej sławnej deklaracji zatytułowanej American Scholar, w połowie zeszłego wieku napisał: The nation... was certainly building railroads and launching steamboats but... no expression of a high national feeling is present. To wywołało poruszenie. Jak Dostojewski, kiedy wygłosił mowę o Puszkinie. Właściwie żaden z nich nie powiedział nic szczególnie ważnego ani nowego, ale obaj przemówili w najwłaściwszym momencie. „Duchowa niezależność amerykańska", którą ogłosił Emerson, jest pięknym wspomnieniem; dziś komercjalizm pozbawia pisarzy możliwości spotkania się z sobą samymi i ze światem tak samo jak niegdyś kolonializm.

Salem, Concord

Zabita deskami mieścina w New England. Podobnie jak Manhattan Mellville'a, Brooklyn Whitmana, Bronx Poego... Jakież to grajdoły duchowe istniały w połowie zeszłego wieku! Pisarze żyli w nich jak Indianie w rezerwatach. Thoreau, gdy spacerował sobie tu po lesie, pisał piękne wersety o tym, że „człowiek zawsze podąża na Zachód". Dla pisarzy amerykańskich „Zachód" oznaczał zawsze Dziki Zachód, ale nie tylko oni podążali na Zachód. Od chwili, gdy Człowiek - gdzieś w Środkowej Azji - stanął na nogi i zaczął chodzić, zawsze podążał na Zachód. Czasami zatrzymywał się, na przykład w Europie, na przeciąg dwóch-trzech tysięcy lat, zmieniał buty, tworzył kulturę, ale potem znów szedł na Zachód, a więc w kierunku Ameryki, w stronę Oceanu Atlantyckiego. Sensem tej wędrówki było zawsze: dotrzeć na Zachód. Do kontynentu, który uwolnił się od kolonialnego statusu, Amerykanie odnosili się z niespokojną radością lokalnych patriotów. I Thoreau pisał miłosne strofy do amerykańskiej mgły, wiatru, natury, wiewiórek i ludzi... amerykański panteizm sapie i entuzjazmuje się w patosie tej literatury. „Tylko to Wielkie, co Dzikie..." - woła. „Arcydzieło też jest tylko wtedy Wielkie, gdy jest Dzikie" - wykrzykuje tu w lesie, na brzegu bajorka Walden. I żałuje Szekspira, że już nie zaznał on natury, a więc nie mógł być „naprawdę Dziki". Ambulator nonfit, sed nascitus! - ryczał.

Istotą społecznej reformy Thoreau było przekonanie, zgodnie z którym jedynym trybem życia godnym człowieka jest „tygodniowo jeden dzień pracy i sześć dni odpoczynku". (Półtora wieku później, w epoce automatyzacji ten projekt pracy zaczyna się stawać realny). Kiedyś, około 1840 roku odwiedził Nowy Jork i przeżył wstrząs: „Tłumy pożerają tu wszystko..." - pisał. (Miał rację, Tłum to nie Wielu, tylko Inny). Stąd, ze swojej chatki, znad brzegu jeziorka chadzał do „grzesznego miasta", do Concord, zmieniać bieliznę. Mawiano o nim, że żyje w Walden jak święty Franciszek, „potrafi rozmawiać z ptakami i ze zwierzętami". Był typem pustelnika, który (według określenia Renar-da) dobrze zna kolejowy rozkład jazdy.

Emerson niezbyt dobrze znosił idyllę w Concord. Uciekał stąd, kiedy tylko mógł, wygłaszał wykłady w dalekich miastach, kilkakrotnie odwiedził Europę. Wśród pisarzy pustelników z okolic Concord Hawthorne był największym talentem twórczym. „Old Manse", dom, w którym tu mieszkał, stoi do dziś - to coś w rodzaju amerykańskiej Willi Kisfaludyego w Badacsony. Wybuch sił duchowych rzucał stąd światło daleko. Członkowie wspólnoty rozumieli, że nie są „mieszkańcami", lecz „narodem". Jąkając się, czasem sepleniąc, z purytańską skromnością lub z patosem wyzwolonego dzikusa pisarze ci opiewają kontynent, który jest naraz Ojczyzną i Mitem - otoczone z trzech stron oceanem ogromne góry, jeziora jak morza, rzeki, pustynię i dzikie lasy, a potem zwierzęta, nowe maszyny. I jednocześnie stropieni słyszą własny głos, bo w nieobjętej przestrzeni śpiewają samiusieńcy; i podejrzewają już, że żądny zysku, purytański, kupiecki świat słucha ich z niedowierzaniem. Jak dziś.

(1958)

Sandor Marai "Dziennik".

niedziela, 9 grudnia 2012

O powieści dziewiętnastowiecznej


"Nad brzegiem oceanu. Repryza Balzaka. Około 1840 roku pisarz jeszcze się wtrącał do powieści - był to nowy gatunek, czytelnikowi wiele rzeczy „trzeba było wytłumaczyć". Podobnie jak na początku XX wieku w iluzjonie pod namiotem Objaśniacz wskazywał pałeczką na drgające na ekranie postaci niemego filmu i tłumaczył, co przedstawiają kolejne sceny. Na kartach powieści Balzakowskiej dosadnym „wyjaśnieniom" pisarza towarzyszą szerokie gesty; podobnie jak w zeszło wiecznym francuskim dramacie obyczajowym, gdzie zgodnie ze scenicznymi poleceniami autora aktor wyjaśniał publiczności „na stronie", o co w istocie chodzi. Na początku XIX wieku powieść znajdowała się jeszcze w stadium eksperymentalnym; pisarz i czytelnik gawędzili ze sobą podczas pisania i czytania powieści, badali granice gatunku."

Sandor Marai "Dziennik".

środa, 5 grudnia 2012

Podróż po Ameryce i Meksyku (2)

Eva Karpati Sandor Marai
1959

Rosarita

Obok szlabanu granicznego, nad sklepioną bramą komory celnej napis informuje wielkimi literami: MEXICO. Straż graniczna niewidoczna, wszyscy swobodnie przechodzą przez granicę w tę i z powrotem. Napis jest prowincjonalny, wędrowiec wkracza do wielkiego kraju przez furtkę. W autobusie, który z Tijuany, przygranicznego miasta, wiezie pasażerów do letniska nad oceanem, zaduch: mieszanka zapachu mięsa, tłuszczu, oleju i zwierzęcego ciepła. Pasażerowie siedzą nieruchomo w tym stajennym smrodzie, wszyscy milczą, nawet dzieci. To południowa cisza - zwierzęcy bezruch, gnuśność pełna napięcia. Tak leży na słońcu wąż, nieruchomy, lecz w każdej chwili gotów zadać śmiertelną ranę. Wysłużony autobus kołysze się powoli wśród przydrożnych skał. Wszędzie dookoła spalone słońcem kamienie, łyse góry rdzawej barwy. Budynki nadmorskie jak wymarłe. Do pokoju prowadzi przybysza pies, ogrzewanie tu podłogowe, opalają gazem ziemnym. Rankiem gwałtowny blask słoneczny jak uderzenie biczem. Tuż przed drzwiami szum przypływu, fale Oceanu Spokojnego spryskują pianą próg domu. Światło tu palące, gna człowieka do cienia, piecze w oczy. Pustkowie nadbrzeża. Kilka drzew palmowych i domów z suszonej na słońcu cegły. Pies jest przyjazny i zachowuje się jak cicerone. W pobliżu znajduje się większe osiedle, Ensenada, tam prowadzi przybysza. Około południa przypływ się kończy. Fale wyrzucają na brzeg muszle, zdechłe morskie pająki, pancerze rozmaitych skorupiaków. Pies pogodnie bawi się muszlami i pancerzami raków. Potem siada u stóp pagórka i znieruchomiały długo wpatruje się w ocean, w to ucieleśnienie nieskończonego Ruchu. Węszy obojętnie i okrutnie konsekwentną, zawsze miękką, a jednak bardziej zwartą niż jakiekolwiek ciała stałe Siłę. Wraz z odpływem pojawiają się małe ptaszki wodne, myszkują, przeszukują wilgotny piasek nadbrzeżny. W tle góry krasowe. Słońce świeci, ale teraz już nie pali tak gorąco, raczej otula jak flanelowy pled.

W Meksyku nie jest źle. Gdy przemieszka się kilka lat w Stanach Zjednoczonych, tu nagle znów nie czuje się proletariackiego otoczenia. Pomocną część Ameryki zajęli proletariusze obdarzeni awanturniczą żyłką, ludzie biedni i umiejący zmagać się z losem, którzy opanowali ten kontynent, walcząc z niezwykle twardymi warunkami życiowymi. Rewolucja przemysłowa błyskawicznie stworzyła tu cywilizację, w miejsce proletariusza-pioniera pojawił się w Stanach Zjednoczonych proletariacki parweniusz, który wsiadł do wielkiego auta, zaś Wielkie Organizacje umeblowały - na kredyt -jego dom elektrycznie napędzaną wygodą. Ten północnoamerykański proletariusz, „bogaty biedak", pędzi swój parweniuszowski żywot pogrążony w konfuzji i napięciu. W Meksyku są żebracy, ale nigdzie nie widać proletariusza. Fakt posiadania lub nie, proporcje w posiadaniu tu także tworzą duże różnice społeczne, ale nie jest to linia odgraniczająca od siebie ludzi tak nieodwołalnie jak w Stanach Zjednoczonych.

W nocy w Tijuana ta „inna ludzkość" stroi grymasy. Meksykańczycy nie są proletariuszami w klasycznym sensie tego słowa, lecz nie są też harmonijni. W zachowaniu, spojrzeniu, gestach ludzi wyczuwa się swoistą wytworność, ale owa maniana - gęsta krew dawnych ras, klimat, zmieszanie krwi hiszpańskiej z indiańską i postawa obojętnej gnuśności - nie są wytworne, raczej chore. To choroba hiszpańska, pozostawiają ją wszędzie, gdzie postawią stopę, w Neapolu, w Meksyku, w ludzkiej krwi i postawach. W Tijuanie zapach cygańskiej fermentacji nadgranicznej siedziby. Noc ciepła i najwyraźniej wszyscy wylegli na ulice. W barokowym kościele, przestronnym i zwieńczonym kopułą -ściany pobielone na śnieżny i błękitny kolor, podłoga starannie wymieciona i umyta, w niszach ściennych zezowaci, pstro odziani święci - wierni nie kroczą po kamiennej podłodze, lecz posuwają się na kolanach. Dziwne spojrzenia: Indianka, stara kobieta, z płonącymi oczyma, patrzy dziko i ponuro. Spojrzenia kobiet gdzie indziej takie same - na ulicy, w sklepach: bezlitosne, atakujące i pożądliwe. W tak jednoznaczny, drapieżny sposób spoglądają nie tylko młode kobiety; także stare patrzą tak spod czarnych chust, których końce zarzucają na ramiona - w ich spojrzeniu czai się wieczna gotowość Kreatury, by schwycić każdy okruch. Ale w tych surowych spojrzeniach nie ma żądzy zysku. Czekają na „szansę", nie na zysk. Na ulicy nie widać księży. Mówi się, że antyklerykalizm wierzącego zabobonnie ludu meksykańskiego po dziś dzień pozostał żywy i porywczy. Około północy adwokaci i prostytutki pełnią dyżur wzdłuż całej długości ulicy. Autobus ruszający późną nocą w kierunku Ensenady j est brudny i nieoświetlony. Na siedzeniach ludzie pogrążeni we śnie, pootulani w łachmany. W pustej jadłodajni po północy chiński kucharz podaje meksykańską kolację, ale trudno rozróżnić jej składniki, bo ostre, palące przyprawy tłumią wszystkie inne smaki: ryby, mięsa i jarzynowego puree, wszystko płonie mi w ustach, jakbym był połykaczem ognia

San Diego

Z powrotem do Stanów Zjednoczonych w skrzącym się świetle, pomiędzy przykrytymi folią milowymi plantacjami pomidorów. Czysty, chłodzony autobus. Woda w przydrożnej gospodzie, której można się spokojnie napić, „zemsta Montezumy" nie zagraża. Opiekuńcza, udzielająca schronienia ochrona cywilizacji. Z pięknego, dzikiego, butnego Meksyku z powrotem do proletariacko-parweniuszowskich Stanów Zjednoczonych, gdzie w ciągu minionych stu lat pomimo surowych warunków pokolenie silnych ludzi Zachodu stworzyło masom taki poziom życia, jakiego w Meksyku tamtejsi mieszkańcy, pomimo istnienia refleksów wielkiej, dawnej kultury, nie byli w stanie stworzyć przez stulecia. Południowokalifornijskie miasto od pierwszego wejrzenia robi uspokajające, przyjazne wrażenie. Powietrze jest chłodne, słodkie i słone naraz. Przy szerokich alejach duże, ale nie luksusowe sklepy, spojrzenie przyciągają pobudowane na okolicznych wzgórzach gustowne, lecz nie wielkopańskie osiedla niewielkich rezydencji. Miasto amerykańskie, w którym wszystko jest łatwo dostępne, kojąco bliskie. I eleganckie na sposób południowy, jak Palermo. Park Balboa, miasto nad zatoką z budynkami w stylu hiszpańskiego renesansu, pod arkadami - to w Ameryce rzadkość. Budynki, które mówią o czymś więcej niż tylko o swoim przeznaczeniu, korzystają z luksusowych możliwości ornamentyki. W cienistym, wielkim parku, w szeregu pałaców pod arkadami kilka muzeów. W galerii obrazów niewiele dobrze wybranych płócien: kilku Flamandów, ale jest Goya, Greco, Tycjan i Rembrandt. W parku chłodne i wonne cienie. W „Cafe del Rey Moro", w niewielkim renesansowym pałacyku, pośród rzadkich krzewów, za kamienistą bramą o szlachetnym rysunku ciche patio i bezszelestny, uprzejmy personel. Do świetnej herbaty dają chłód, woń roślin i nade wszystko czas — nie pospieszają gościa. Na brzegu Oceanu Spokojnego nagle odzywa się tu cicho Europa -dawna Europa, ze swoimi zwyczajami i formami. W jednym z porośniętych magnoliami kątów parku parterowe domki jak z piernika. Całe ich urządzenie: w jednym fortepian, w innym ekspres do kawy. Nazwa tego miniaturowego osiedla: House of Pacific Relations, jest grą słowną o podwójnym znaczeniu. Nad drzwiami wejściowymi domków z piernika napisy: Chiny, Dania, Anglia, Węgry. Zamieszkali w okolicach San Diego przybysze z daleka w niedziele mają zwyczaj odwiedzać domki tej cottage. Tablica na ścianie powiadamia, że domki i urządzane tu spotkania to living symbol of the vitality of a vibrating lifeblood of many lands and owing loyality to one flag and one country. Jest w tym coś z poczciwości kółek śpiewaczych i męskich stowarzyszeń. Ale obok dyletantyzmu jest w tym prawdziwy idealizm: duch tolerancji i zdyscyplinowanej współpracy, a to sekret Ameryki. The lifeblood of many lands, krążenie tych rozmaitych rodzajów krwi w wielkim ciele, gotowość wtopienia się w całość i przyjęcia roli. To nie gładki frazes z niedzielnych kazań - to także dziś sekret prawdziwej wielkości Ameryki. Kto wyklucza, odgradza się, chroni czystość rasy, zawsze obumiera. Żyć i być wielkim potrafi tylko ten, kto zechce otworzyć się na świat.

Phoenix

Tablica umieszczona na fasadzie hotelu wielkimi literami obwieszcza, że w pokojach hotelowych i w całym budynku przez okrągły rok utrzymywana jest temperatura siedemdziesięciu stopni Fahrenheita. Ta stała temperatura jest tu na pustyni ogromnym luksusem. Miasto pełne jest bujnych ogrodów, kwiatów o krzyczących kolorach. Zauważalnie wiele prywatnych banków, które obiecują rozmaite „pożyczki" -piaski czekają na przedsiębiorczych pionierów. Przybysz z Europy byłby niesprawiedliwy, gdyby kręcił tu nosem na brak „kultury". W ciągu minionych pięćdziesięciu lat pionierom, którzy tu zawędrowali, przychodziło rozwiązywać na co dzień zupełnie inne problemy, nie mieli czasu prowadzić dysput o poezji francuskich symbolistów. Były to codzienne, dzikie zmagania z klimatem, skalistym, piaszczystym gruntem i z ludźmi. Połowa tutejszych gruntów to piasek, druga połowa - skały. Jest trochę kopalń i ziemi ornej. Teren jest ubogi w wodę, na zboczach wzgórz widać wielkie cysterny, w które chwytają wodę z tamtejszych źródeł. Mówi się, że Indianie po dziś dzień nie spieszą się do wzięcia udziału w tej wspólnej pracy. Latem wszystko tu zostaje wypalone. Powietrze jest zupełnie pozbawione pary, a deszcze rzadkie, tropikalne. W tym suchym klimacie nerkowcy niemal zdrowieją, podobnie jak w Egipcie.

Pogórze Zabobonów

W rozświetlonym oceanie pustyni oazy, rancza - kaktusy, ogrody pełne palm i pstrych kwiatów, wyposażone w praktyczne udogodnienia parterowe pałace, które pobudowali tu jako zimowe rezydencje kacykowie Ameryki, tutejsi „arystokraci". Kto jest „arystokratą"? Z pewnością nie decyduje tu pochodzenie, ale też i nie majątek, choć deklaracja podatkowa pełni tu taką rolę, jaką w Europie dyplom szlachecki. Hotele wzniesione pośrodku morza piasku. Na jasnozielonym trawniku podlewanym drogocenną wodą hotelowi goście grają w golfa w nabożnym, liturgicznym skupieniu sekty religijnej. Na kolorowych leżakach rozłożonych wzdłuż pola golfowego wylegują się ze szklaneczką whisky wielcy darmozjadzi Ameryki. Bizantyńskie towarzystwo: stroje, jakie noszą, już nawet nie są „feministyczne", przypominają po prostu liturgiczne szaty kapłanów jakiegoś Tajemnego Wyznania. Pieniądz to Potęga - w nowym Bizancjum, a więc nie tylko w salach pancernych nowojorskich kanionów przy Wall Street, ale także tu, pomiędzy Oceanem Atlantyckim a Spokojnym, w luksusowym hotelu w Arizonie, wierzą w to kapłani należący do kleru tej pogańskiej religii. Czerwone spodnie, liliowa koszula, żółte safianowe trzewiki, jasnoniebieska chustka na szyi - tak ubierają się członkowie tego stanu, a więc Wzięty Reporter, Znany Producent Artykułów Wędliniarskich, Wybitny Agitator Partyjny. Nie wydaje mi się, że wybór podobnego przebrania musi być oznaką skłonności homoseksualnych. To objaw czegoś bardziej skomplikowanego. To kostium na sekretną zabawę maskową, strój Wielkiego Wtajemniczenia. Co się za nim kryje? Wspólnota Władzy. Jak Nerona niosła po Via Appia kwadryga, tak tych współczesnych Neronów przenoszą po amerykańskich lustrzanych szosach luksusowe samochody napędzane siłą trzystu koni mechanicznych. A kardynałowie religii pieniądza w swych żółtych, czerwonych, niebieskich, zielonych jedwabnych szatach ponuro siedzą za kierownicą. W drugiej połowie XX wieku, w świecie mas ich widok jest niepokojący. Kiedy słońce gaśnie, Phoenix, skąpane w świetle miasto w Arizonie, traci swoje pustynne lśnienie i zmienia się w bezduszne amerykańskie prowincjonalne osiedle. Nowoczesne miasto nieruchomieje w nocy niczym zimą jaszczurka w chłodnym piasku. O czym myśli w nocy Amerykanin? Dni upływają mu na odrabianiu wielkiego zadania  biznesu. Ale o czym myśli nocą, kiedy już skończył z whisky i telewizją? Ile prawdy jest w tym „stałym optymizmie", którym - podobno - nasączona jest świadomość Amerykanów zamieszkałych pomiędzy trzema oceanami? Miejsca, mieszkań, żywności starczy tu dla jeszcze setek milionów ludzi. Możliwości rozwoju są nieogarnione. Cywilizacja amerykańska i świetne metody organizacyjne na długi czas zapewnią Ameryce przewagę i przywódczą rolę. Wierzą w bezwarunkową skuteczność reklamy. Czy dobrze się przy tym czują? Europejskie przysłowie uczy, że bywają sytuacje, w których drzewa zasłaniają las. Tu, w Ameryce, las zasłania drzewa: Statystyka przesłania Jednostkę, zza rozmaitych Wielkich i Licznych nie widać Małego. Ameryka zasłania Amerykanów. Wszystkie stacje radiowe i telewizyjne, wszystkie gazety dniem i nocą huczą od informacji, że trzydzieści milionów ludzi pali takie papierosy, czterdzieści milionów Amerykanów coś tam je albo pije, pięćdziesiąt milionów wierzy w to i tamto, do tego i owego jest przekonane... Ale las składa się przecież z drzew. Poeci w tych stronach muszą być przeraźliwie samotni.

Nowy Meksyk

Od świtu do późnego wieczora szosą przecinającą Nowy Meksyk. Czterysta mil drogi, głównie górskich serpentyn wyciętych w skalistym gruncie. W głębi, pod skałami - pustynia, ponure pustkowie bez kaktusów i roślinności. Położona wysoko droga pokryta jest szronem, śliska, autobus kręci po górskich serpentynach, ślizga się, zgrzytają hamulce. Słońce Arizony nagle zgasło, jakby w operze pogaszono światła do zmienionych dekoracji następnej sceny. Na niebie ciemnoniebieskie chmury, lodowaty wiatr. Rzadko widzi się przydrożną gospodę, gdzie można dostać coś gorącego do picia. Nie widać też ludzi ani zwierząt. W przeciągu kilku godzin następuje tak ogromna zmiana klimatyczna, jakby człowiek przeniósł się z Grecji do Norwegii. I oba te klimaty - suchy i gorący Arizony i wietrzny, zimny Nowego Jorku -stykają się w bezpośrednim sąsiedztwie. Przy kasie na poczcie siedzi starsza, starannie umalowana, platynowa blondynka. Czyta tanią zeszytową powieść. W zamyśleniu spogląda na kręcących się po pomieszczeniu klientów. Z daleka od wszystkiego, co może być jej bliskie, pogrążona w wielkiej samotności, wśród skał Nowego Meksyku, ośnieżonych, oblodzonych górskich szczytów, kowbojów: miejscowa Pani Bovary. Krótkowzrocznie, z odrazą mierzy wzrokiem pasażerów. Bardzo samotna.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

Podróż po Ameryce (1)

1959

San Francisco

Na lotnisku w Nowym Jorku swojskość krzątaniny prowincjonalnych poczekalni. Nad kontynentami, chmurami i oceanami pojawił się nowy typ pasażera; większość ludzi podróżuje dziś tak samo obładowana tobołami, przybrudzona, ciągle coś podjadając, jak dawniej na prowincji podróżowała krytymi wozami. Świat zaczyna się robić prowincjonalny w kosmicznym sensie tego słowa.

Na Sutter Street na wystawie fotografa zdjęcia debiutantek: miejscowe ladies w balowych krynolinach, w wyszukanych kreacjach, wysztafirowane na pierwszy bal. Przed stu laty w tym mieście żyli niemal tylko awanturnicy. Kobiet prawie nie było. Gdy z rzadka przybijał tu statek z pasażerkami - bo czasami z portowych miast nad Morzem Śródziemnym grupy kobiet wypuszczały się w drogę ku dalekiemu, nowemu kontynentowi, skąd nadchodziły wieści, że poszukiwacze złota obsypują tam swoje damy złotym proszkiem - ludzie wybiegali na ulice, gapili się, palcami pokazywali sobie te pramatki. Większość balowych debiutantek jest prawnuczkami tych kobiet.

Telegraph Hill

W kilku miejscowych knajpach gromadzi się bohema San Francisco, to tutejszy Montparnasse. Pokolenie „mocnego uderzenia" - tak ich tu ironicznie nazywają- nie buntuje się, tylko neguje. Negacja jest dla nich nie środkiem, lecz celem. Ale partyzantka umysłowa prowadzona w regionalnych wymiarach zawsze się w końcu rozpada. W Ameryce nie istnieje „stolica" w umysłowym sensie tego słowa. Waszyngton jest centrum politycznym i administracyjnym i nie widać w nim śladu umysłowej gry zespołowej. Nowy Jork natomiast to wielki market, literacki i teatralny perski rynek, w którym obrotni kupcy handlują „artykułami umysłowymi". Jeśli kraj nie posiada intelektualnej stolicy - takiej, jaką był niegdyś Berlin i jaką do dziś jest Paryż - na okazjonalnych, regionalnych Parnasach panoszy się arogancki prowin-cjonalizm.

China Town

Obok Formozy i Hongkongu to największe skupisko Chińczyków za granicą. Zarejestrowanych jest tu ich oficjalnie trzydzieści tysięcy, ale dokładnych danych nie zna nikt, ponieważ do portu stale zawijają i odpływają z niego Chińczycy, z dokumentami lub bez. Niedawno aresztowano tu miejscowego szefa bandy przemytników ludzi, który w minionych latach przeszwarcował tu przez Hongkong bez wiz i paszportów ponad dwustu członków swojej rodziny.

Ulice tu strome i oślepiająco pstrokate. Pagodowe domki przypominają dekoracje w operze, poprzyklejano do nich od zewnątrz balkony jak ogon jaskółki, szpiczaste daszki, ozdobne wschodnie ornamenty. Smoki, demony i papierowe tygrysy szczerzą zęby ze ścian. Nazwy ulic wypisane znakami chińskimi. Dzielnica ma własną chińską centralę telefoniczną.

O północy głośno na ulicach. Wszystkie sklepy w blasku neonów, mnóstwo kupujących. Apteka, w której sprzedają zarówno penicylinę, jak i smocze zęby. Restauracje, w których karcie obok zupy z jaskółczych gniazd i bambusa na słodko widnieje schab z czerwoną kapustą. Na wystawie delikatesów różnokolorowe pudełeczka z dalekowschodnimi przyprawami. Na rogu ulicy krzykliwi gazeciarze sprzedają gazety pełne chińskich znaków. Wszystko jest tu butnie, demonstracyjnie chińskie, odrębne. Nie mają kompleksu niższości. Przy skrzyżowaniu dwóch alej bielona świątynia buddyjska, o pomocy pełna jest wiernych, którzy stale wchodzą i wychodzą. Chińczycy z San Francisco są lojalnymi obywatelami amerykańskimi. Lecz jednocześnie w głębi duszy pozostali Chińczykami i zachowali poczucie wyższości. Nie chodzi tu o kolor skóry, lecz o samoświadomość. Nie mają zamiaru się mieszać z Amerykanami, nie chcą „zjankesieć". Wielki Mur, który dawniej oddzielał Wschód od Zachodu, kończy się właśnie tu, na rogu jednej z ulic San Francisco. Są godnymi zaufania, doskonałymi rzemieślnikami i kupcami. Ale w granicach swego żółtego przygranicznego zamku żyją skierowani do wewnątrz, rządzą się własnymi prawami, mają niewidzialne, ale skutecznie działające ogranizacje sądownicze, a nawet -jak powiedział pewien tutejszy mieszkaniec, który jest dość zorientowany w ich życiu - własne więzienie. Władze amerykańskie nie są w stanie sięgnąć w głąb tej żółtej termitiery. Biznes, wychowanie, życie rodzinne, system praw, wszystko jest całkowicie niezależne od otaczającego ich życia amerykańskiego.

W jadłodajni o północy biedni Chińczycy jedzą pałeczkami z miseczek bez ucha wieprzowinę i smażony ryż. Właścicielka - wymalowana, gruba niewiasta - przechadza się w tę i z powrotem po brudnym pomieszczeniu. Tę potężną burdelmamę na pewno bardziej interesują plotki z Nankinu niż pikantne opowieści z Waszyngtonu. Siedzą tu wszyscy jak na progu, za którym zaczyna się ich świat, świat kolorowych. Plotki, sekretne i niewidoczne mrugnięcia okiem przenoszą wieści z Zachodu na Wschód. Możliwe, że kulisi Mao nie wierzą w zachodnie rozwiązania społeczne. Ale swoim krewniakom z San Francisco pewnie wierzą. Ich decyzja - jeśli kiedykolwiek ją podejmą - na długi czas zdeterminuje los połowy świata.

Wielkie Wahadło kołysze się i niewykluczone, że właśnie teraz i poza Europą przygotowuje w teraźniejszości i dla przyszłości coś, co na Zachodzie zwykło się nazywać historią. Coś się obraca, odmienia. Wielki kapitał amerykański - nie ten spekulacyjny, tylko Wielkie Pieniądze, a więc energia, energia napędu elektrycznego - powoli migruje ze Wschodu, ze wschodniego brzegu Oceanu Atlantyckiego, na Zachód, w kierunku Oceanu Spokojnego. Przemysłowe i handlowe centra San Francisco i Kalifornii stanowią dziś taki magnes dla kapitału, jak sto lat temu, w epoce pionierskiej, hasło Young man go West!1. Zarysy Wielkiego Przedsięwzięcia przyszłego wieku urzeczywistniają się na Wschodzie. A kapitał zachodni powoli, sukcesywnie przesuwa się w stronę brzegów Oceanu Spokojnego.

Highway No. 1. O świcie, wczesnym rankiem, gdy wyruszamy, dusząca mgła. Palo Alto było własnością pewnego Kalifornijczyka nazwiskiem Stanford. Dla uczczenia pamięci zmarłego syna ustanowił tu około 1880 roku uniwersytet i pozostawił mu trzydzieści milionów twardych dolarów, ponieważ - jak napisał w liście donacyjnym - chciał, żeby studenci „...poznali, jak błogosławiona jest wolność, którą reguluje prawo". W centrum kampusu wielki budynek kościelny w stylu romańsko-mauretańskim, jak w tej okolicy wszystkie klasztory i kościoły misji. Budynki kościoła, biblioteki, fakultetów charakteryzuje demonstracyjny przepych. Ta laicka odmiana dawnego ducha misyjnego dziś chce wychowywać już nie pionierów, lecz fachowców, którzy będą kontynuować misję cywilizacyjną w duchu pryncypium użyteczności.

Mgła podnosi się. Szosa numer 1 na brzegu oceanu przechodzi w El Camino Real, trasę pierwszych hiszpańskich misjonarzy i ich towarzyszy, wędrownych żołnierzy, awanturników spragnionych krwi i złota. W drugiej połowie XVIII wieku po ówczesnych bezdrożach wędrował - raz boso, innym razem obuty - Padre Serra, franciszkanin, założyciel nadbrzeżnych misji. Musiał być wyjątkowym człowiekiem: posiadał zmysł strategiczny i administracyjny i - podobnie jak święty Stefan - dostrzegł na pustkowiu miejsca, na których trzeba budować, łączył zalety wodza i inżyniera. Pozostała po nim ta droga z betonu, biegnąca wzdłuż brzegu oceanu.

W amerykańskiej przestrzeni zdumiewa, z jaką siłą i w jak krótkim czasie zajęli i poznali ten kontynent przybysze z Europy. Podbój ojczyzny przez budowę dróg jest jednym z wergiliuszowych rozdziałów bohaterskiego eposu Ameryki.

W Europie są doskonałe drogi, ale zaczynano je budować przed dwoma tysiącami lat, razem z Via Appia. Natomiast w Ameryce tę niezmierzoną i doskonałą sieć dróg ludzka wola wyczarowała z pustkowia i dzikiego stepu w przeciągu kilku dziesięcioleci.

Wzdłuż krętej nadbrzeżnej Camino Real wszędzie winiarnie i przydrożne budki, w których sprzedają świeżo zerwane awokado, pomarańcze, cytryny, rozmaitego rodzaju renklody, jabłka, gruszki, figi. Dostatek kanaański, porównywalny z bogactwem sadów Kampanii, okolic Neapolu. Drzewa rosnące przy drodze - eukaliptusy, magnolie, bananowce, cała ta roślinna grupa Laokoona - budzą dziwnie antropologiczne skojarzenia, jak drzewa figowe w Italii. Świeci słońce, ocean prawie nieruchomy, dosłownie „spokojny". Praciało wodne lśni w świetle niczym rtęć. Skaliste wybrzeże pełne patosu, jak okolice Włoskiej Riwiery koło Ravello. Ale nadbrzeżna roślinność nie jest tak swojska jak w okolicach Morza Śródziemnego. Natura jeszcze tu nie złagodniała, jak na ogół w krajobrazie europejskim. Dziwne te drzewa podczas nadbrzeżnych wichur gną się i opierają ze świstem i wyciem. Mimozy drżą i zasypują drogi wełnistymi, puszystymi lokami swych żółtych włosów.

Monterey

Miasteczko ma historyczną rangę: przed stu laty, kiedy Kalifornia, opuściwszy hiszpańsko-meksykański świat, przeszła na status janke-ski, to osiedle było stolicą, tu wciągnięto po raz pierwszy na maszt sztandar Unii. Przedziały czasowe są tu inne niż w Europie: wydarzenia sprzed stu lat grubo pokrywa mech historii. Komora celna w porcie, gdzie władze meksykańskie przesłuchiwały przemytników, domek, w którym podczas gorączki złota poszukiwacze kruszcu przechowywali zdobycz, złoty proszek, wszystko to przebrzmiała przeszłość tu, gdzie nie ma jeszcze przeszłości. Wielu intelektualistów schroniło się tu przed pustką biznesu właściwą amerykańskiej cywilizacji miejskiej. Ale ich idylla już się kończy: miasto zajmują zamożni emeryci, a spekulanci nieruchomościami zwąchali zysk „historycznego miejsca".

Jednak w Monterey pozostał swoisty historyczny zapach: po dziś dzień wyczuwa się tu hiszpańskość, inność. W porcie rybacy w czółnach o szklanym dnie obserwują podwodny świat. Powietrze można tu gryźć, kroić, jest czyste i ma dobry smak, jak gazowany, dobrze zamrożony napój orzeźwiający. Po rozgrzanym przez Golfstrom niczym pralnia, wilgotnym klimacie nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego to powietrze działa tak jak kieliszek szampana na czczo.

Po drodze do Carmelu widoki sławnej „siedemnastomilowej drogi". W popołudniowym słońcu na nadbrzeżnych skałach wygrzewają się foki. Za jednym z zakrętów daje się słyszeć sławna „podwójna fala" oceanu: uderzenie fal nadchodzi z dwóch kierunków, podobnie jak na północy przy końcu wyspy Long Island, w zakątku Montauk Point. Kąpiel tu jest ogromnie niebezpieczna, dwie fale nieustannie zmagają się ze sobą, pędzą ku sobie i razem opadają na brzeg, jak gladiatorzy.

Carmel

To miejsce jest czymś w rodzaju Capri nad Pacyfikiem. Ma charakter hiszpański, patia domów, sklepy pełne delikatnego meksykańskiego srebra i wyrobów wyplatanych, tarasy kawiarni, wszystko hiszpańskie. Obsiadła je bohema, która przy kawie i czerwonym kalifornijskim winie tkwi w pełnym urazy i bezradnym oczekiwaniu. Na ścianach kawiarni obrazy - a właściwie „bezobrazy" - tak zwane abstrakcyjne, które wyemigrowały z piwnicznych pracowni dzikich artystów dzielnicy bohemy nowojorskiej, Greenwich Village, i przybyły tu na brzeg oceanu. Żyją tu jak Indianie w rezerwatach. Brodaci młodzieńcy w beretach trwonią czas na niczym, w kominku dymią żywiczne polana. Całe towarzystwo spowija aura wielkiej samotności. W przybrzeżnej zatoce pelikany stoją pogrążone w takiej samej pełnej oczekiwania samotności. W głębi zielonej wody oceanu wieloryby puszczają fontanny.

Droga pomiędzy Monterey a Santa Barbara, pewnie ze dwieście kilometrów nadbrzeżem, jest jednym z odurzająco pięknych nadmorskich krajobrazów kalifornijskich. Gdzieniegdzie zielone trawniki obok plaż, słynne pola golfowe, jak Pebble Beach. Cała okolica skrzy się w słonecznym blasku. Spokojna wyższość oceanu, uderzenia zielonej piany fal o brzeg, śnieżyca białych ptaków na skałach, wszędzie na granitowych głazach foki, a w spienionej wodzie wieloryby: wszystko to jest uroczyste i wielkoświatowe. Porośnięte trzciną wydmy nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego nie są tak poetyckie. Wszędzie kwitnące drzewa mimozy. Wieje silny wiatr, surowy i słony wiatr zachodni, patetyczny jak pierwsze wersy ody Shelleya. Wzdłuż drogi na jednej ze skrzynek pocztowych wypisano białą farbą nazwisko: „Miller". Pisarz, którego książki o tematyce erotycznej mogły się przez długi czas ukazywać jedynie w Europie - Henry Miller - jest teraz wiodącym autorem rynku seksualnej powieści brukowej. Jego utwory napisane z wymuszoną dosłownością, pełne mętnych wywodów, udające erotomanię, sprzedawane są teraz w tanich wydaniach, a turyści z przejęciem zwiedzają osadę o nazwie Big Sur, gdzie ów seksuolog znalazł schronienie na stare lata. Ale to wszystko tylko interes, starannie obliczony na zbijanie pieniędzy.

W ciemnej głębi ogrodów zdarzają się budowane z kamienia, samotne domy w hiszpańskim stylu. Po drodze miejscowość San Simeon, w której Hearst, wielki mistrz amerykańskiej prasy bulwarowej, wybudował sobie szczególne wesołe miasteczko: posprowadzał z Europy kamienie z rozmaitych zamków, wieże kościelne, balkony, rzadkie meble i wzniósł na szczycie góry spektakularną stupokoj ową rezydencję, z basenem, katedrą, importowanymi palmami i kaktusami. Okolica jest pagórkowata, porośnięta cyprysami, przypomina Toskanię. W pobliżu Santa Maria w przybrzeżnych wodach stoją off-shore--oil \ jak wielkie metalowe komary, które spod wody, z głębi przybrzeżnego mułu wysysają ropę naftową. Potem jeszcze wioska duńska, gdzie na wydrążonych w skałach półkach przechowują obrośnięte pajęczyną butelki, rzadkie wina kalifornijskie. Właściciel, wzruszając ramionami, powiada, że mieszkańcy Kalifornii po dziś dzień chętniej piją mocny alkohol niż wino, bo „szybciej działa". „Nie piją tak, jak powinno się pić", powiada z przyganą.

Droga robi się stroma, przybrzeżne skały są kruche. Zimny wiatr znad oceanu z wyciem szarpie listowie cytrynowych gajów. Potem widać pola karczochów, potężna wzgórze porośnięte winoroślą, posadzonymi w równiuteńkich rzędach suchymi krzewami winorośli.

W hotelu w Santa Barbara rozgadany tłum: zjazd komiwojażerów, tych hałaśliwych statystów amerykańskiego prowincjonalnego życia hotelowego, którzy pod pozorem kolejnej kursokonferencji co jakiś czas wyjeżdżają, by - ryczałtem i grupowo - uwolnić się na kilka dni od swoich żon. Przeżuwające, pewne siebie istoty stadne, a przy tym aż do śmieszności, przesadnie wymagające. Amerykańscy turyści są prawie zawsze skromni, uprzejmi i cisi, wszędzie posłusznie czekają na swoją kolej, a za duże pieniądze, które płacą, nie żądają niczego ekstra, są dobrze wychowani i cierpliwi. Natomiast uczestnik kursokonferencji - siła w masie! -jest hałaśliwy i wulgarny.

Pasadena

Wysoko nad Los Angeles, w muzeum Huntingtona Biblia pauperum. Księga dla niepiśmiennych księży i wiernych powstała w jednym czasie z Biblią Gutenberga. Na jej stronicach małe obrazki przedstawiają najbardziej charakterystyczne momenty wydarzeń z Pisma Świętego. Prosty lud na podstawie takich właśnie obrazków dowiadywał się o sensie słów Pisma - Jonasz ukazany w brzuchu ryby. Podobnie jak dziś, kiedy w dodatkach do gazet głupawe rysunki comic strip opowiadają prymitywnemu czytelnikowi historyjki ze świata mas. Pewnego dnia te klocki z rysunkami ożyły. Potomkiem Biblii pauperum jest kino, tak jak je urzeczywistnia Hollywood. Z okien muzeum Huntingtona widać w dole miasto, do którego pielgrzymują ludzie najrozmaitszego autoramentu, kupcy i geniusze, błędni rycerze i awanturnicy ze świata fantazji, by robić filmy, nową biblię dla ubogich duchem.

Pewien tutejszy dziennikarz, urodzony w Los Angeles i zapalony patriota miasta, powiada: „W minionych dziesięcioleciach inteligencję amerykańską kusiły dwa kierunki życia intelektualnego - komunizm i psychoanaliza. Potomkowie tak jeszcze niedawnego pokolenia pionierów, ludzi twardych i rzetelnych, mogli zamiast postawy indywidualnego przetrwania wybrać bezosobową odpowiedzialność". Powiada też, że w Ameryce żołnierz zawodowy nie ma tak wysokiej rangi społecznej, jak osiągający sukcesy człowiek interesu. „To naturalne - dodaje z powagą - ponieważ tak naprawdę uchyla się on od walki. Nie chodzi o czas wojny, bo wtedy żołnierze zawodowi trwają na swoich posterunkach jak wszyscy na polu walki. Ale w czasie pokoju uchylają się od walki, wybierając stałą pensję i nęcący dobrą emeryturą status żołnierza zawodowego. W czasie pokoju trudniej jest sprzedać elektroluks, niż być żołnierzem". Pokazuje mi osiedle domków, w nich drogie mieszkania, pobudowane dla podstarzałych małżeństw żyjącej w dostatku klasy średniej; ci ludzie opuszczają swoje domy w okolicy, bo ich dzieci są już dorosłe, a życie na prowincji jest nudne. Dziennikarz informuje mnie, że w całym Los Angeles na takie domy przypada największa liczba samobójstw - bogaci starcy nie mają czym wypełnić swych ostatnich lat. Cytuje jednego z miejscowych lekarzy psychiatrów, który powiedział: „Nie wystarczy dodać życiu lat. Do tych lat potrzeba jeszcze dać życie. A to bardzo trudne".

Sandor Marai "Dziennik".