San Francisco
Na lotnisku w Nowym Jorku swojskość krzątaniny
prowincjonalnych poczekalni. Nad kontynentami, chmurami i oceanami pojawił się
nowy typ pasażera; większość ludzi podróżuje dziś tak samo obładowana tobołami,
przybrudzona, ciągle coś podjadając, jak dawniej na prowincji podróżowała
krytymi wozami. Świat zaczyna się robić prowincjonalny w kosmicznym sensie tego
słowa.
Na Sutter Street na wystawie fotografa zdjęcia debiutantek:
miejscowe ladies w balowych krynolinach, w wyszukanych kreacjach,
wysztafirowane na pierwszy bal. Przed stu laty w tym mieście żyli niemal tylko
awanturnicy. Kobiet prawie nie było. Gdy z rzadka przybijał tu statek z
pasażerkami - bo czasami z portowych miast nad Morzem Śródziemnym grupy kobiet
wypuszczały się w drogę ku dalekiemu, nowemu kontynentowi, skąd nadchodziły
wieści, że poszukiwacze złota obsypują tam swoje damy złotym proszkiem - ludzie
wybiegali na ulice, gapili się, palcami pokazywali sobie te pramatki. Większość
balowych debiutantek jest prawnuczkami tych kobiet.
Telegraph Hill
W kilku miejscowych knajpach gromadzi się bohema San
Francisco, to tutejszy Montparnasse. Pokolenie „mocnego uderzenia" - tak
ich tu ironicznie nazywają- nie buntuje się, tylko neguje. Negacja jest dla
nich nie środkiem, lecz celem. Ale partyzantka umysłowa prowadzona w regionalnych wymiarach zawsze się w końcu rozpada. W
Ameryce nie istnieje „stolica" w umysłowym sensie tego słowa. Waszyngton
jest centrum politycznym i administracyjnym i nie widać w nim śladu umysłowej
gry zespołowej. Nowy Jork natomiast to wielki market, literacki i teatralny
perski rynek, w którym obrotni kupcy handlują „artykułami umysłowymi".
Jeśli kraj nie posiada intelektualnej stolicy - takiej, jaką był niegdyś Berlin
i jaką do dziś jest Paryż - na okazjonalnych, regionalnych Parnasach panoszy
się arogancki prowin-cjonalizm.
China Town
Obok Formozy i Hongkongu to największe skupisko Chińczyków
za granicą. Zarejestrowanych jest tu ich oficjalnie trzydzieści tysięcy, ale
dokładnych danych nie zna nikt, ponieważ do portu stale zawijają i odpływają z
niego Chińczycy, z dokumentami lub bez. Niedawno aresztowano tu miejscowego
szefa bandy przemytników ludzi, który w minionych latach przeszwarcował tu
przez Hongkong bez wiz i paszportów ponad dwustu członków swojej rodziny.
Ulice tu strome i oślepiająco pstrokate. Pagodowe domki
przypominają dekoracje w operze, poprzyklejano do nich od zewnątrz balkony jak
ogon jaskółki, szpiczaste daszki, ozdobne wschodnie ornamenty. Smoki, demony i
papierowe tygrysy szczerzą zęby ze ścian. Nazwy ulic wypisane znakami
chińskimi. Dzielnica ma własną chińską centralę telefoniczną.
O północy głośno na ulicach. Wszystkie sklepy w blasku
neonów, mnóstwo kupujących. Apteka, w której sprzedają zarówno penicylinę, jak
i smocze zęby. Restauracje, w których karcie obok zupy z jaskółczych gniazd i
bambusa na słodko widnieje schab z czerwoną kapustą. Na wystawie delikatesów
różnokolorowe pudełeczka z dalekowschodnimi przyprawami. Na rogu ulicy
krzykliwi gazeciarze sprzedają gazety pełne chińskich znaków. Wszystko jest tu
butnie, demonstracyjnie chińskie, odrębne. Nie mają kompleksu niższości. Przy
skrzyżowaniu dwóch alej bielona świątynia buddyjska, o pomocy pełna jest wiernych, którzy stale wchodzą i wychodzą. Chińczycy z San
Francisco są lojalnymi obywatelami amerykańskimi. Lecz jednocześnie w głębi
duszy pozostali Chińczykami i zachowali poczucie wyższości. Nie chodzi tu o
kolor skóry, lecz o samoświadomość. Nie mają zamiaru się mieszać z Amerykanami,
nie chcą „zjankesieć". Wielki Mur, który dawniej oddzielał Wschód od
Zachodu, kończy się właśnie tu, na rogu jednej z ulic San Francisco. Są godnymi
zaufania, doskonałymi rzemieślnikami i kupcami. Ale w granicach swego żółtego
przygranicznego zamku żyją skierowani do wewnątrz, rządzą się własnymi prawami,
mają niewidzialne, ale skutecznie działające ogranizacje sądownicze, a nawet
-jak powiedział pewien tutejszy mieszkaniec, który jest dość zorientowany w ich
życiu - własne więzienie. Władze amerykańskie nie są w stanie sięgnąć w głąb
tej żółtej termitiery. Biznes, wychowanie, życie rodzinne, system praw,
wszystko jest całkowicie niezależne od otaczającego ich życia amerykańskiego.
W jadłodajni o północy biedni Chińczycy jedzą pałeczkami z
miseczek bez ucha wieprzowinę i smażony ryż. Właścicielka - wymalowana, gruba
niewiasta - przechadza się w tę i z powrotem po brudnym pomieszczeniu. Tę
potężną burdelmamę na pewno bardziej interesują plotki z Nankinu niż pikantne
opowieści z Waszyngtonu. Siedzą tu wszyscy jak na progu, za którym zaczyna się ich
świat, świat kolorowych. Plotki, sekretne i niewidoczne mrugnięcia okiem
przenoszą wieści z Zachodu na Wschód. Możliwe, że kulisi Mao nie wierzą w
zachodnie rozwiązania społeczne. Ale swoim krewniakom z San Francisco pewnie
wierzą. Ich decyzja - jeśli kiedykolwiek ją podejmą - na długi czas
zdeterminuje los połowy świata.
Wielkie Wahadło kołysze się i niewykluczone, że właśnie
teraz i poza Europą przygotowuje w teraźniejszości i dla przyszłości coś, co na
Zachodzie zwykło się nazywać historią. Coś się obraca, odmienia. Wielki kapitał
amerykański - nie ten spekulacyjny, tylko Wielkie Pieniądze, a więc energia,
energia napędu elektrycznego - powoli migruje ze Wschodu, ze wschodniego brzegu
Oceanu Atlantyckiego, na Zachód, w kierunku Oceanu Spokojnego. Przemysłowe i
handlowe centra San Francisco i Kalifornii stanowią dziś taki magnes dla
kapitału, jak sto lat temu, w epoce pionierskiej, hasło Young man go
West!1. Zarysy Wielkiego Przedsięwzięcia przyszłego wieku urzeczywistniają się
na Wschodzie. A kapitał zachodni powoli, sukcesywnie przesuwa się w stronę
brzegów Oceanu Spokojnego.
Highway No. 1. O świcie, wczesnym rankiem, gdy wyruszamy,
dusząca mgła. Palo Alto było własnością pewnego Kalifornijczyka nazwiskiem
Stanford. Dla uczczenia pamięci zmarłego syna ustanowił tu około 1880 roku
uniwersytet i pozostawił mu trzydzieści milionów twardych dolarów, ponieważ
- jak napisał w liście donacyjnym - chciał, żeby studenci „...poznali, jak
błogosławiona jest wolność, którą reguluje prawo". W centrum kampusu
wielki budynek kościelny w stylu romańsko-mauretańskim, jak w tej okolicy
wszystkie klasztory i kościoły misji. Budynki kościoła, biblioteki, fakultetów
charakteryzuje demonstracyjny przepych. Ta laicka odmiana dawnego ducha
misyjnego dziś chce wychowywać już nie pionierów, lecz fachowców, którzy będą
kontynuować misję cywilizacyjną w duchu pryncypium użyteczności.
Mgła podnosi się. Szosa numer 1 na brzegu oceanu przechodzi
w El Camino Real, trasę pierwszych hiszpańskich misjonarzy i ich towarzyszy,
wędrownych żołnierzy, awanturników spragnionych krwi i złota. W drugiej połowie
XVIII wieku po ówczesnych bezdrożach wędrował - raz boso, innym razem obuty -
Padre Serra, franciszkanin, założyciel nadbrzeżnych misji. Musiał być
wyjątkowym człowiekiem: posiadał zmysł strategiczny i administracyjny i -
podobnie jak święty Stefan - dostrzegł na pustkowiu miejsca, na których trzeba
budować, łączył zalety wodza i inżyniera. Pozostała po nim ta droga z betonu,
biegnąca wzdłuż brzegu oceanu.
W amerykańskiej przestrzeni zdumiewa, z jaką siłą i w jak
krótkim czasie zajęli i poznali ten kontynent przybysze z Europy. Podbój
ojczyzny przez budowę dróg jest jednym z wergiliuszowych rozdziałów
bohaterskiego eposu Ameryki.
W Europie są doskonałe drogi, ale zaczynano je budować
przed dwoma tysiącami lat, razem z Via Appia. Natomiast w Ameryce tę
niezmierzoną i doskonałą sieć dróg ludzka wola wyczarowała z pustkowia i
dzikiego stepu w przeciągu kilku dziesięcioleci.
Wzdłuż krętej nadbrzeżnej Camino Real wszędzie winiarnie i
przydrożne budki, w których sprzedają świeżo zerwane awokado, pomarańcze,
cytryny, rozmaitego rodzaju renklody, jabłka, gruszki, figi. Dostatek
kanaański, porównywalny z bogactwem sadów Kampanii, okolic Neapolu. Drzewa
rosnące przy drodze - eukaliptusy, magnolie, bananowce, cała ta roślinna grupa
Laokoona - budzą dziwnie antropologiczne skojarzenia, jak drzewa figowe w
Italii. Świeci słońce, ocean prawie nieruchomy, dosłownie „spokojny".
Praciało wodne lśni w świetle niczym rtęć. Skaliste wybrzeże pełne patosu, jak
okolice Włoskiej Riwiery koło Ravello. Ale nadbrzeżna roślinność nie jest tak
swojska jak w okolicach Morza Śródziemnego. Natura jeszcze tu nie złagodniała,
jak na ogół w krajobrazie europejskim. Dziwne te drzewa podczas nadbrzeżnych
wichur gną się i opierają ze świstem i wyciem. Mimozy drżą i zasypują drogi
wełnistymi, puszystymi lokami swych żółtych włosów.
Monterey
Miasteczko ma historyczną rangę: przed stu laty, kiedy
Kalifornia, opuściwszy hiszpańsko-meksykański świat, przeszła na status
janke-ski, to osiedle było stolicą, tu wciągnięto po raz pierwszy na maszt
sztandar Unii. Przedziały czasowe są tu inne niż w Europie: wydarzenia sprzed
stu lat grubo pokrywa mech historii. Komora celna w porcie, gdzie władze
meksykańskie przesłuchiwały przemytników, domek, w którym podczas gorączki
złota poszukiwacze kruszcu przechowywali zdobycz, złoty proszek, wszystko to
przebrzmiała przeszłość tu, gdzie nie ma jeszcze przeszłości. Wielu
intelektualistów schroniło się tu przed pustką biznesu właściwą amerykańskiej
cywilizacji miejskiej. Ale ich idylla już się kończy: miasto zajmują zamożni
emeryci, a spekulanci nieruchomościami zwąchali zysk „historycznego
miejsca".
Jednak w Monterey pozostał swoisty historyczny zapach: po
dziś dzień wyczuwa się tu hiszpańskość, inność. W porcie rybacy w czółnach o
szklanym dnie obserwują podwodny świat. Powietrze można tu gryźć, kroić, jest
czyste i ma dobry smak, jak gazowany, dobrze zamrożony napój orzeźwiający. Po
rozgrzanym przez Golfstrom niczym pralnia, wilgotnym klimacie nadbrzeża Oceanu
Atlantyckiego to powietrze działa tak jak kieliszek szampana na czczo.
Po drodze do Carmelu widoki sławnej „siedemnastomilowej
drogi". W popołudniowym słońcu na nadbrzeżnych skałach wygrzewają się
foki. Za jednym z zakrętów daje się słyszeć sławna „podwójna fala" oceanu:
uderzenie fal nadchodzi z dwóch kierunków, podobnie jak na północy przy końcu
wyspy Long Island, w zakątku Montauk Point. Kąpiel tu jest ogromnie
niebezpieczna, dwie fale nieustannie zmagają się ze sobą, pędzą ku sobie i
razem opadają na brzeg, jak gladiatorzy.
Carmel
To miejsce jest czymś w rodzaju Capri nad Pacyfikiem. Ma
charakter hiszpański, patia domów, sklepy pełne delikatnego meksykańskiego
srebra i wyrobów wyplatanych, tarasy kawiarni, wszystko hiszpańskie. Obsiadła
je bohema, która przy kawie i czerwonym kalifornijskim winie tkwi w pełnym
urazy i bezradnym oczekiwaniu. Na ścianach kawiarni obrazy - a właściwie
„bezobrazy" - tak zwane abstrakcyjne, które wyemigrowały z piwnicznych
pracowni dzikich artystów dzielnicy bohemy nowojorskiej, Greenwich Village, i
przybyły tu na brzeg oceanu. Żyją tu jak Indianie w rezerwatach. Brodaci
młodzieńcy w beretach trwonią czas na niczym, w kominku dymią żywiczne polana.
Całe towarzystwo spowija aura wielkiej samotności. W przybrzeżnej zatoce
pelikany stoją pogrążone w takiej samej pełnej oczekiwania samotności. W głębi
zielonej wody oceanu wieloryby puszczają fontanny.
Droga pomiędzy Monterey a Santa Barbara, pewnie ze dwieście
kilometrów nadbrzeżem, jest jednym z odurzająco pięknych nadmorskich krajobrazów kalifornijskich. Gdzieniegdzie zielone
trawniki obok plaż, słynne pola golfowe, jak Pebble Beach. Cała okolica skrzy
się w słonecznym blasku. Spokojna wyższość oceanu, uderzenia zielonej piany fal
o brzeg, śnieżyca białych ptaków na skałach, wszędzie na granitowych głazach
foki, a w spienionej wodzie wieloryby: wszystko to jest uroczyste i
wielkoświatowe. Porośnięte trzciną wydmy nadbrzeża Oceanu Atlantyckiego nie są
tak poetyckie. Wszędzie kwitnące drzewa mimozy. Wieje silny wiatr, surowy i
słony wiatr zachodni, patetyczny jak pierwsze wersy ody Shelleya. Wzdłuż drogi
na jednej ze skrzynek pocztowych wypisano białą farbą nazwisko: „Miller".
Pisarz, którego książki o tematyce erotycznej mogły się przez długi czas
ukazywać jedynie w Europie - Henry Miller - jest teraz wiodącym autorem rynku
seksualnej powieści brukowej. Jego utwory napisane z wymuszoną dosłownością,
pełne mętnych wywodów, udające erotomanię, sprzedawane są teraz w tanich
wydaniach, a turyści z przejęciem zwiedzają osadę o nazwie Big Sur, gdzie ów
seksuolog znalazł schronienie na stare lata. Ale to wszystko tylko interes,
starannie obliczony na zbijanie pieniędzy.
W ciemnej głębi ogrodów zdarzają się budowane z kamienia,
samotne domy w hiszpańskim stylu. Po drodze miejscowość San Simeon, w której
Hearst, wielki mistrz amerykańskiej prasy bulwarowej, wybudował sobie
szczególne wesołe miasteczko: posprowadzał z Europy kamienie z rozmaitych
zamków, wieże kościelne, balkony, rzadkie meble i wzniósł na szczycie góry
spektakularną stupokoj ową rezydencję, z basenem, katedrą, importowanymi
palmami i kaktusami. Okolica jest pagórkowata, porośnięta cyprysami, przypomina
Toskanię. W pobliżu Santa Maria w przybrzeżnych wodach stoją off-shore--oil \
jak wielkie metalowe komary, które spod wody, z głębi przybrzeżnego mułu
wysysają ropę naftową. Potem jeszcze wioska duńska, gdzie na wydrążonych w
skałach półkach przechowują obrośnięte pajęczyną butelki, rzadkie wina kalifornijskie.
Właściciel, wzruszając ramionami, powiada, że mieszkańcy Kalifornii po dziś
dzień chętniej piją mocny alkohol niż wino, bo „szybciej działa". „Nie piją
tak, jak powinno się pić", powiada z przyganą.
Droga robi się stroma, przybrzeżne skały są kruche. Zimny
wiatr znad oceanu z wyciem szarpie listowie cytrynowych gajów. Potem widać pola
karczochów, potężna wzgórze porośnięte winoroślą, posadzonymi w równiuteńkich
rzędach suchymi krzewami winorośli.
W hotelu w Santa Barbara rozgadany tłum: zjazd
komiwojażerów, tych hałaśliwych statystów amerykańskiego prowincjonalnego życia
hotelowego, którzy pod pozorem kolejnej kursokonferencji co jakiś czas
wyjeżdżają, by - ryczałtem i grupowo - uwolnić się na kilka dni od swoich żon.
Przeżuwające, pewne siebie istoty stadne, a przy tym aż do śmieszności,
przesadnie wymagające. Amerykańscy turyści są prawie zawsze skromni, uprzejmi i
cisi, wszędzie posłusznie czekają na swoją kolej, a za duże pieniądze, które
płacą, nie żądają niczego ekstra, są dobrze wychowani i cierpliwi. Natomiast
uczestnik kursokonferencji - siła w masie! -jest hałaśliwy i wulgarny.
Pasadena
Wysoko nad Los Angeles, w muzeum Huntingtona Biblia
pauperum. Księga dla niepiśmiennych księży i wiernych powstała w jednym czasie
z Biblią Gutenberga. Na jej stronicach małe obrazki przedstawiają najbardziej
charakterystyczne momenty wydarzeń z Pisma Świętego. Prosty lud na podstawie
takich właśnie obrazków dowiadywał się o sensie słów Pisma - Jonasz ukazany w brzuchu
ryby. Podobnie jak dziś, kiedy w dodatkach do gazet głupawe rysunki comic strip
opowiadają prymitywnemu czytelnikowi historyjki ze świata mas. Pewnego dnia te
klocki z rysunkami ożyły. Potomkiem Biblii pauperum jest kino, tak jak je
urzeczywistnia Hollywood. Z okien muzeum Huntingtona widać w dole miasto, do
którego pielgrzymują ludzie najrozmaitszego autoramentu, kupcy i geniusze,
błędni rycerze i awanturnicy ze świata fantazji, by robić filmy, nową biblię
dla ubogich duchem.
Pewien tutejszy dziennikarz, urodzony w Los Angeles i
zapalony patriota miasta, powiada: „W minionych dziesięcioleciach inteligencję amerykańską kusiły dwa kierunki życia intelektualnego -
komunizm i psychoanaliza. Potomkowie tak jeszcze niedawnego pokolenia
pionierów, ludzi twardych i rzetelnych, mogli zamiast postawy indywidualnego
przetrwania wybrać bezosobową odpowiedzialność". Powiada też, że w Ameryce
żołnierz zawodowy nie ma tak wysokiej rangi społecznej, jak osiągający sukcesy
człowiek interesu. „To naturalne - dodaje z powagą - ponieważ tak naprawdę
uchyla się on od walki. Nie chodzi o czas wojny, bo wtedy żołnierze zawodowi
trwają na swoich posterunkach jak wszyscy na polu walki. Ale w czasie pokoju
uchylają się od walki, wybierając stałą pensję i nęcący dobrą emeryturą status
żołnierza zawodowego. W czasie pokoju trudniej jest sprzedać elektroluks, niż
być żołnierzem". Pokazuje mi osiedle domków, w nich drogie mieszkania,
pobudowane dla podstarzałych małżeństw żyjącej w dostatku klasy średniej; ci
ludzie opuszczają swoje domy w okolicy, bo ich dzieci są już dorosłe, a życie
na prowincji jest nudne. Dziennikarz informuje mnie, że w całym Los Angeles na
takie domy przypada największa liczba samobójstw - bogaci starcy nie mają czym
wypełnić swych ostatnich lat. Cytuje jednego z miejscowych lekarzy
psychiatrów, który powiedział: „Nie wystarczy dodać życiu lat. Do tych lat
potrzeba jeszcze dać życie. A to bardzo trudne".
Sandor Marai "Dziennik".