Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poe Edgar Allan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Poe Edgar Allan. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 11 października 2015
czwartek, 27 marca 2014
"Edgar Allan Poe: Love, Death and Women" - dokument BBC
Crime author Denise Mina investigates the life and work of one of the
world's greatest horror writers, Edgar Allan Poe. The relationships
between Poe and the women in his life - mother, wife, paramour and muse -
were tenuous at best, disastrous at worst, yet they provided
inspiration and stimulus for some of the most terrifying and influential
short stories of the early 19th century. Travelling between New
York, Virginia and Baltimore, Mina unravels Poe's tortuous and peculiar
relationships. Dramatised inserts take us into the minds of Poe and his
women through their own letters, journals and published writing.
niedziela, 9 lutego 2014
O tym jak Edgar Allan Poe uśmiercał swoich bohaterów
Przyjrzyjmy się bliżej bujnej wyobraźni Edgara Allana Poego.
Wiadomo, że nie był łaskawy dla swoich bohaterów – lubował się w
przedstawianiu zbrodni i nie był w tym bynajmniej monotonny. Oto, jak
wyglądałoby miejsce pracy detektywów, gdyby ich zadaniem było zbadanie
morderstw popełnianych w opowiadaniach autora „Kruka”.
Tylko dla ludzi o mocnych nerwach!
niedziela, 26 sierpnia 2012
Edgar Allan Poe - "Annabel Lee"
Edgar Allan Poe - Annabel Lee
Stało się wiele lat temu, że była
W królestwie nadmorskiej mgły
Dziewczyna, którą, być może, poznacie
Pod imieniem Annabel Lee;
Tym jedynie żyjąca, by mnie kochać i być mi
Ukochaną po kres naszych dni.
Ja byłem dzieckiem i ona też dzieckiem
W królestwie nad morzem, co grzmi,
Lecz miłością kochaliśmy się większą niż miłość
Ja i moja Annabel Lee;
Że i serafowie niebiescy w połowie
Nie byli szczęśliwi jak my
I właśnie dlatego, wiele lat temu,
W królestwie nadmorskiej mgły
Z chmur wiatr po nocy tak chłodem przejął
Moją śliczną Annabel Lee
Że zjawili się jej urodzeni wysoko
Krewniacy i wzięli mi
Najdroższą, aby ją zamknąć w grobowcu
Nad morzem, które grzmi.
Anieli nam w niebie pozazdrościli,
Że nie są szczęśliwi jak my,
Tak! właśnie dlatego (wszyscy to wiedzą
W królestwie nadmorskiej mgły)
Z chmur wiatr wychynął, aby ostudzić
I zabić mi Annabel Lee.
Lecz nasza miłość przemogła miłość
Tych istot, starszych niż my,
Dużo mądrzejszych niż my,
I ani w niebie nad nami anieli,
Ani też diabły w podmorskiej topieli,
Nikt nigdy już duszy mej nie oddzieli
Od duszy Annabel Lee.
Co wzejdzie księżyc, to mnie się śni
O ślicznej Annabel Lee;
Z gwiazd w podobłoczu mi lśni blask oczu
Mojej ślicznej Annabel Lee;
Do boku jej leżę co noc przytulony,
Mojej miłej, najmilszej, mego życia, mej żony
W grobowcu, gdzie morze grzmi,
W jej grobie nad morzem, co grzmi.
przełożył Robert Stiller
wtorek, 8 maja 2012
"Kruk" - Edgar Allan Poe
Kruk
Edgar Allan Poe
Edgar Allan Poe
tłumaczenie: Jolanta Kozak
Noc już była, północ zgoła; rozmyślałem w pocie czoła
Nad trwożliwą tajemnicą z dawna zapomnianych ksiąg,
Przysypiając niespodzianie, gdy rozległo się pukanie,
Jakby ciche chrobotanie w mój samotny, senny dom.
"Jakiś gość", powiadam sobie, "w mój samotny stuka dom,
Nocny gość - i tylko on".
Ach, dokładnie to pamiętam: zima, grudzień, noc posępna,
Ogień, co dogasał w mękach, słał na ziemie legion zmor.
Nagle zapragnąłem świtu, wiedząc, że już nie wyczytam
Z ksiąg pociechy i dosytu po najmilszej mej Lenore!
Tej, o której aniołowie jedni mówią dziś - Lenore -
Ja już nigdy! Nevermore!
Skrzętny, smętny, jedwabisty szelest zasłon płomienistych
Płoszył, groził, budził jakiś lęk nieznany dotąd mi,
Więc, by serce oszalałe uspokoić, powtarzałem:
"Puka ktoś - a ja zaspałem. Puka ktoś do moich drzwi.
Zagapiłem się, zaspałem, a tu puka ktoś do drzwi!
Nocny gościu - czy to ty?"
Zaraz jednak, czując w duszy nowy przypływ animuszu,
"Panie!", mówię, "czy też - Pani! Wybaczenia udziel mi,
Gdyż jest faktem, że drzemałem i pukania nie słyszałem,
Było bowiem tak nieśmiałe twe pukanie do mych drzwi,
Żem nie wiedział - czy je słyszę, czy to tylko mi się śni -"
Otworzyłem. Noc i mgły.
Martwą ciszę wiercąc wzrokiem, nie ruszyłem się ni krokiem,
Tylko drżałem, śniąc na jawie sny o jakich nie śnił nikt.
Ciemność była niewzruszona Cisza była niezgłębiona.
Tylko ciszy szept - "Lenora!" - zjawił się i zaraz znikł.
To mój własny szept - "Lenora!" - echo oddawało mi.
Echo. Ciemno. Nocne mgły.
Drzwi zamknąłem. Stoję w cieniu, z biedną duszą na ramieniu,
Gdy wtem słyszę znów pukanie, donośniejsze niźli wprzód.
"To z pewnością coś na dworze, coś u okna wisi może;
Sprawdzę, co też to być może i wyjaśnię cały cud.
Tylko serce uspokoję i wyjaśnię cały cud:
Wiatr kołacze do mych wrót."
Szarpię okno - nic! - a potem z wielkim szumem i trzepotem
Kruk postawny wszedł do środka, zwiastun dawnych, świętych dni.
Ni dzień dobry, ni ukłonu, tylko wzleciał bez pardonu,
Jakby był u siebie w domu, nad komnaty mojej drzwi.
Na Pallady siadł popiersiu, które strzegło moich drzwi.
Przyszedł, wzleciał, siadł i tkwi.
Był mój gość ebonitowy tak dostojny i surowy,
Żem uśmiechnął się wbrew sobie i tak mówię, czyniąc skłon:
"Chociaż łeb twój łysy nieco, widać żeś jest nie byle co.
Groźny, górny i złowrogi - skąd przybywasz? Jak cię zwą?
Czy z plutońskich brzegów nocy tu przybywasz? Jak cię zwą?"
"Nevermore!", powiada on.
Zadziwiłem się niezmiernie, że przemawia tak misternie,
Chociaż sensu w jego mowie nadaremnie szukać by,
Bo czyż widział kto nad drzwiami, na popiersiu Pallas pani
Ptaka, który by powiadał wprost, że imię jego brzmi -
Ptaka, czy też inną zgoła bestię, której imię brzmi
"Nigdy więcej?" Chyba nikt.
A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie,
Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim.
Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci,
Aż szepnąłem: "On odleci, rzuci domu mego próg.
Zniknie za dnia jak nadzieje, rzuci mój samotny próg".
"Nevermore!", zakracze Kruk.
Wypowiedział to tak nagle, tak dorzecznie i dosadnie,
Żem aż drgnął, lecz myślę zaraz: "Jedno słowo tylko zna,
Widać jego pan poprzedni, bólem zdjęty, błędny, biedny,
Sforą plag prześladowany, wciąż powtarzał tylko to -
Lotnych plag ścigany sforą mówił w kółko tylko to: -
'Nigdy więcej! Nevermore'"
Uśmiechając się wbrew sobie kruczoczarnej tej osobie
Miękki fotel przysunąłem gdzie popiersie, ptak i drzwi
I w poduszki zapadając, wnet zacząłem łączyć w całość
Luźne myśli, pragnąc dociec, co też ów z zaświatów ptak,
Miał na myśli, mówiąc tak.
Tym swe myśli zatrudniłem, lecz nic głośno nie mówiłem
Do ptaszysko, co płomiennym okiem świdrowało mnie.
Snułem racje i dowody, głowę wsparłszy dla wygody
Na obiciu aksamitnym, gdzie blask lampy ślizgał się;
Tam, gdzie ona swojej głowy, gdzie blask lampy ślizga się,
Nie położy już - o nie!
Wtem w powietrzu gęstym, parnym - woń kadzideł niewidzialnych;
Puch kobierca stopą smukłą musnął Seraf, co je niósł.
"Przez anioły, znaki święte, Pan Bóg zsyła ci nepenthes!"
- zawołałem w głos - "Nepenthes, byś zapomniał o Lenore!
Pij, nieszczęsny, pij nepenthes, i zapomnij o Lenore!"
Kruk mi na to: "Nevermore!"
"Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Czy Kusiciel, czy kurzawa śle cię tutaj na mój próg
- O! Sterany, lecz nietknięty! - na bezludny ląd zaklęty,
Na ten dom mój grozą zdjęty - mów mi prawdę, błagam, mów:
Czy jest balsam w Gileadzie, abym ją zapomnieć mógł?"
"Nevermore!", zakracze Kruk.
"Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Na to niebo wysklepione, gdzie nasz wspólny mieszka Bóg -
Czy w Edenie Żyje ona? I czy wezmę ją w ramiona,
Tę, o której tylko anioł po imieniu mówić mógł?
Moją świętą, jasną, czysta, gdy w Edenu wejdę próg?"
"Nevermore!", zakracze Kruk.
"Gdy tak twardy jest twój upór - precz stąd, diable! precz stąd, kruku!
Wracaj w burzę, skąd przybyłeś i w plutoński nocy brzeg!
Czarne pióro niech, mój panie, nawet tutaj nie zostanie
Na pamiątkę tego kłamstwa, którym uraczyłeś mnie!
Zabierz dziób z mojego serca i Pallady opuść biust!"
"Nevermore!" - Więc nigdy już?
Zamilkł po tej odpowiedzi i wciąż siedzi, i wciąż siedzi,
Na Pallady biuście bladym; nad nim lampy złota kruż.
Szklanym wzrokiem w dal wpatrzony, niczym demon rozmarzony;
Na podłogę cień dziobaty rzuca lampy złota kruż,
Cień, co duszę mą nieszczęsną, jak posępny srogi stróż,
Więzić będzie - zawsze już.
KrukNad trwożliwą tajemnicą z dawna zapomnianych ksiąg,
Przysypiając niespodzianie, gdy rozległo się pukanie,
Jakby ciche chrobotanie w mój samotny, senny dom.
"Jakiś gość", powiadam sobie, "w mój samotny stuka dom,
Nocny gość - i tylko on".
Ach, dokładnie to pamiętam: zima, grudzień, noc posępna,
Ogień, co dogasał w mękach, słał na ziemie legion zmor.
Nagle zapragnąłem świtu, wiedząc, że już nie wyczytam
Z ksiąg pociechy i dosytu po najmilszej mej Lenore!
Tej, o której aniołowie jedni mówią dziś - Lenore -
Ja już nigdy! Nevermore!
Skrzętny, smętny, jedwabisty szelest zasłon płomienistych
Płoszył, groził, budził jakiś lęk nieznany dotąd mi,
Więc, by serce oszalałe uspokoić, powtarzałem:
"Puka ktoś - a ja zaspałem. Puka ktoś do moich drzwi.
Zagapiłem się, zaspałem, a tu puka ktoś do drzwi!
Nocny gościu - czy to ty?"
Zaraz jednak, czując w duszy nowy przypływ animuszu,
"Panie!", mówię, "czy też - Pani! Wybaczenia udziel mi,
Gdyż jest faktem, że drzemałem i pukania nie słyszałem,
Było bowiem tak nieśmiałe twe pukanie do mych drzwi,
Żem nie wiedział - czy je słyszę, czy to tylko mi się śni -"
Otworzyłem. Noc i mgły.
Martwą ciszę wiercąc wzrokiem, nie ruszyłem się ni krokiem,
Tylko drżałem, śniąc na jawie sny o jakich nie śnił nikt.
Ciemność była niewzruszona Cisza była niezgłębiona.
Tylko ciszy szept - "Lenora!" - zjawił się i zaraz znikł.
To mój własny szept - "Lenora!" - echo oddawało mi.
Echo. Ciemno. Nocne mgły.
Drzwi zamknąłem. Stoję w cieniu, z biedną duszą na ramieniu,
Gdy wtem słyszę znów pukanie, donośniejsze niźli wprzód.
"To z pewnością coś na dworze, coś u okna wisi może;
Sprawdzę, co też to być może i wyjaśnię cały cud.
Tylko serce uspokoję i wyjaśnię cały cud:
Wiatr kołacze do mych wrót."
Szarpię okno - nic! - a potem z wielkim szumem i trzepotem
Kruk postawny wszedł do środka, zwiastun dawnych, świętych dni.
Ni dzień dobry, ni ukłonu, tylko wzleciał bez pardonu,
Jakby był u siebie w domu, nad komnaty mojej drzwi.
Na Pallady siadł popiersiu, które strzegło moich drzwi.
Przyszedł, wzleciał, siadł i tkwi.
Był mój gość ebonitowy tak dostojny i surowy,
Żem uśmiechnął się wbrew sobie i tak mówię, czyniąc skłon:
"Chociaż łeb twój łysy nieco, widać żeś jest nie byle co.
Groźny, górny i złowrogi - skąd przybywasz? Jak cię zwą?
Czy z plutońskich brzegów nocy tu przybywasz? Jak cię zwą?"
"Nevermore!", powiada on.
Zadziwiłem się niezmiernie, że przemawia tak misternie,
Chociaż sensu w jego mowie nadaremnie szukać by,
Bo czyż widział kto nad drzwiami, na popiersiu Pallas pani
Ptaka, który by powiadał wprost, że imię jego brzmi -
Ptaka, czy też inną zgoła bestię, której imię brzmi
"Nigdy więcej?" Chyba nikt.
A kruk sterczał niewzruszenie na Pallady biustu scenie,
Rzekłszy jedno tylko słowo, jakby duszę zawarł w nim.
Ani słowa już nie wznieci, nieruchomym ślipiem świeci,
Aż szepnąłem: "On odleci, rzuci domu mego próg.
Zniknie za dnia jak nadzieje, rzuci mój samotny próg".
"Nevermore!", zakracze Kruk.
Wypowiedział to tak nagle, tak dorzecznie i dosadnie,
Żem aż drgnął, lecz myślę zaraz: "Jedno słowo tylko zna,
Widać jego pan poprzedni, bólem zdjęty, błędny, biedny,
Sforą plag prześladowany, wciąż powtarzał tylko to -
Lotnych plag ścigany sforą mówił w kółko tylko to: -
'Nigdy więcej! Nevermore'"
Uśmiechając się wbrew sobie kruczoczarnej tej osobie
Miękki fotel przysunąłem gdzie popiersie, ptak i drzwi
I w poduszki zapadając, wnet zacząłem łączyć w całość
Luźne myśli, pragnąc dociec, co też ów z zaświatów ptak,
Miał na myśli, mówiąc tak.
Tym swe myśli zatrudniłem, lecz nic głośno nie mówiłem
Do ptaszysko, co płomiennym okiem świdrowało mnie.
Snułem racje i dowody, głowę wsparłszy dla wygody
Na obiciu aksamitnym, gdzie blask lampy ślizgał się;
Tam, gdzie ona swojej głowy, gdzie blask lampy ślizga się,
Nie położy już - o nie!
Wtem w powietrzu gęstym, parnym - woń kadzideł niewidzialnych;
Puch kobierca stopą smukłą musnął Seraf, co je niósł.
"Przez anioły, znaki święte, Pan Bóg zsyła ci nepenthes!"
- zawołałem w głos - "Nepenthes, byś zapomniał o Lenore!
Pij, nieszczęsny, pij nepenthes, i zapomnij o Lenore!"
Kruk mi na to: "Nevermore!"
"Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Czy Kusiciel, czy kurzawa śle cię tutaj na mój próg
- O! Sterany, lecz nietknięty! - na bezludny ląd zaklęty,
Na ten dom mój grozą zdjęty - mów mi prawdę, błagam, mów:
Czy jest balsam w Gileadzie, abym ją zapomnieć mógł?"
"Nevermore!", zakracze Kruk.
"Mów, Proroku z piekła rodem! Czyś jest bies, czy bestia z dziobem,
Na to niebo wysklepione, gdzie nasz wspólny mieszka Bóg -
Czy w Edenie Żyje ona? I czy wezmę ją w ramiona,
Tę, o której tylko anioł po imieniu mówić mógł?
Moją świętą, jasną, czysta, gdy w Edenu wejdę próg?"
"Nevermore!", zakracze Kruk.
"Gdy tak twardy jest twój upór - precz stąd, diable! precz stąd, kruku!
Wracaj w burzę, skąd przybyłeś i w plutoński nocy brzeg!
Czarne pióro niech, mój panie, nawet tutaj nie zostanie
Na pamiątkę tego kłamstwa, którym uraczyłeś mnie!
Zabierz dziób z mojego serca i Pallady opuść biust!"
"Nevermore!" - Więc nigdy już?
Zamilkł po tej odpowiedzi i wciąż siedzi, i wciąż siedzi,
Na Pallady biuście bladym; nad nim lampy złota kruż.
Szklanym wzrokiem w dal wpatrzony, niczym demon rozmarzony;
Na podłogę cień dziobaty rzuca lampy złota kruż,
Cień, co duszę mą nieszczęsną, jak posępny srogi stróż,
Więzić będzie - zawsze już.
Edgar Allan Poe
tłumaczenie: Stanisław Barańczak
W głuchą północ, w snów tumanie, gdy znużyło mnie dumanie Nad księgami zapomnianej magii, znanej w dawnych dniach, Chyląc głowę nad foliałem, niespodzianie usłyszałem Chrobot, jakby ktoś nieśmiałym palcem skrobał znak na drzwiach.Gość, mruknąłem,tym sygnałem daje znać, że stanie w drzwiach: Skąd ten zimny pot i strach?Och, pamiętam: wlókł się żmudnie grudzień, jak to zwykle grudnie, Po podłodze pełgał złudnie żar, co gasł już w siwych drwach. I pragnąłem, by nieskory świt prześwietlił wreszcie story, By oderwał od Lenory myśl zbłąkaną w niebios mgłach, Od Lenory, której imię do tej pory śpiewa w mgłach Chór aniołów w moich snach. Lękiem się o serce otarł szelest purpurowych kotar, Grożąc cieniem, mrożąc drżeniem, które niosło się przez gmach; By nad tętnem rozszalałem zapanować, powtarzałem:To gość jakiś tym sygnałem daje znać, że stanie w drzwiach; Tak, to późny gość– szeptałem –stanie wnet w otwartych drzwiach; Po cóż ten dziecinny strach?Czując, że znów głos mi służy, nie wahałem się już dłużej:Panie– rzekłem –czy też Pani – gościu, któryś pod mój dach Zbłądził – dowiedz się, mój panie, że to nocne chrobotanie, Gdy zabrzmiało niespodzianie, w ścianie jakby lub przy drzwiach, Wziąłem zrazu za szmer myszy– tu otwarłem drzwi; lecz w drzwiach Mrok stał tylko, mrok i strach. Całą trwożną mocą wzroku wpatrywałem się w głąb mroku, Jakbym stanął nad otchłanią nie widzianą w ludzkich snach; Ale ciemność trwała niema, świadcząc, że za drzwiami nie ma Żywej duszy; tylko trzema sylabami poprzez gmach SzeptLenora!niósł się z moich ust i echem poprzez gmach Wracał, drżąc w okiennych szkłach. Zawróciłem więc od proga, czując, jaka mi pożoga Duszę niszczy, jak się iskrzy głownia serca w gniewnych skrach. I znów chrobot przerwał ciszę:Pewnie– rzekłem –wiatr kołysze Okiennicę, albo słyszę zgrzyt obluzowanych blach Jakiejś rynny; ten niewinny chrobot przerdzewiałych blach To nie powód, by czuć strach. Pchnąłem okno. I z łopotem skrzydeł, z czarnych piór furkotem Wdarł się przez nie szumnym lotem kruk, ptak święty w dawnych dniach. Musiał znać swą przeszłość – zatem, jakby gardził ludzkim światem, Z wielkopańskim majestatem zasiadł w ciszy tuż przy drzwiach, Na Atenie marmurowej tkwiącej w niszy tuż przy drzwiach: Siadł, a mnie ogarnął strach. Lecz przemogłem trwogi władzę: komizm jakiś był w powadze Ptaka-starca, odzianego w zdartych piór żałobny łach.A to z waści kawał mruka!– rzekłem kpiąco. –Do kaduka, Tak wyleniałego kruka nie ma i na piekieł dnach! Zdradź mi, jakie nosisz imię na Hadesu mrocznych dnach?Kruk zakrakał:Kres i krach. Osłupiałem; czy to wszystko sen? jak mogło się ptaszysko Tak odezwać, jak orator, co na wylot zna swój fach? Choć w tym sensu było mało, przecież słusznie się zdawało Rzeczą całkiem niebywałą, że ptak, siedząc przy mych drzwiach, Na popiersiu marmurowym, bielejącym tuż przy drzwiach, Kracze schryple:Kres i krach. Gęstą czernią na boginię cień rzucając, kruk jedynie Parę słów wykrakał, jakby skakał w nich po kruchych krach. Potem milczał dłuższą chwilę – widać chciał rzec właśnie tyle . Lecz gdym rzekł:Czy się nie mylę? czy zbłądziłeś pod mój dach, By mi zdradzić, jakie szczęście znajdzie drogę pod mój dach?. Kruk zakrakał:Kres i krach. Słysząc znów tych słów dźwięk nagi, więcej w nich znalazłem wagi: Brzemię wróżby spadło na mnie, jak na trumnę spada piach.Pewnie– spróbowałem zatem –te dwa słowa są cytatem Z wieszcza, znużonego światem, wciąż skąpanym w krwi i łzach, Z mistrza, który swoją lutnię stroił smutnie, cały w łzach, Na dwa tony: .Kres i krach.?Lecz wciąż miał nade mną władzę komizm tkwiący w tej powadze, Przeto w kąt, gdzie bielał marmur i gdzie czerniał ptak przy drzwiach, Pchnąłem mój obity skórą fotel, by w nim wszcząć ponurą Medytację nad naturą słów zrodzonych w zmierzchłych dniach, Zgłębiać głuchą wróżbę, którą ów ptak, w dawnych czczony dniach, Zawarł w krótkim:Kres i krach. Gdym brnął przez hipotez listę, kruk źrenice swe ogniste Utkwił we mnie, jak szachista, gdy szyderczo syczy:Szach!; Trwało to milczące starcie; spoglądałem nań uparcie, Głowę wsparłszy o oparcie: skóra, pękająca w szwach Lecz wciąż gładka, odbijała światło świec, a w czaszki szwach Huczał pogłos:Kres i krach. I pojąłem w owej chwili: już się nigdy nie odchyli Na poduszki droga głowa, z iskrą światła w złotych brwiach... I załkałem:Tak, niestety! Bóg cię skrapia wodą z Lety, Aby obraz tej kobiety nie nawiedzał cię już w snach! Tak, spal wszystkie jej portrety – wtedy ujrzysz w przyszłych snach...Kruk dokończył:Kres i krach!.Zły proroku!– zakrzyknąłem –czartem jesteś, nie aniołem, Czy Kusiciel cię tu przysłał, czy sztorm cisnął cię na piach Mojej duszy, na wybrzeże, gdzie Samotność pustki strzeże . Zanim życiu sens odbierze Rozpacz, uśmierz w sercu strach: Jestże balsam w Galaadzie? Powiedz, bo mnie dręczy strach!Kruk zakrakał:Kres i krach.Zły proroku!– zakrzyknąłem –czartem jesteś, nie aniołem, Na to niebo ponad nami – na ten Boga wzniosły gmach – Zdradź mej duszy, którą pali ból: co czeka na nią w dali? O, gdybyśmy się spotkali z mą Lenorą w nieba mgłach! Co mnie czeka, co ocali – czy Lenora w rajskich mgłach?Kruk zakrakał:Kres i krach.Zgrzyt tych słów niech nam się stanie pożegnaniem, zły szatanie!. Poderwałem się. –Leć w zamieć, w zamęt, zgiń na piekieł dnach! Nie waż się uronić pióra – niechaj czarna twa natura Sczeźnie, wroga i ponura; nie chcę widzieć cię w tych drzwiach Nigdy więcej! Wyrwij z serca dziób – i precz, bo stoi w drzwiach...Kruk dokończył:Kres i krach. I wciąż jego czerń skrzydlata nie drgnie, jakby chciała lata Spędzić nad Pallady bladym czołem, w niszy tuż przy drzwiach; I wciąż w oczach mu się żarzy demoniczny blask lichtarzy, A cień kruka trwa na straży mojej duszy, która w snach Miota się, lecz nie powstanie, bo wciąż jawi się w jej snach Krecha krwawa – kres i krach!
Subskrybuj:
Posty (Atom)