Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hłasko Marek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hłasko Marek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2014

Zmyślenie prawdziwe

"Słaba książka Koestlera Ciemność w południe, którą pozwolę sobie nazwać sentymentalnym wykładem totalitaryzmu, roi się od bredni, o czym już pisałem. Niemniej jest to zmyślenie prawdziwe; Rubaszow rozmawia ze swoim pierwszym sędzią - Iwanowem, który jest jego przyjacielem z lat Rewolucji Październikowej; Iwanow nawet zbytnio się nie wysila, aby przekonać Rubaszowa, iż zostanie skrócony o głowę dla dobra partii. Iwanow powiada: „Co roku miliony ludzi giną z głodu, na skutek chorób, na skutek powodzi i klęsk żywiołowych - dlaczego nie mielibyśmy zabić ileś tam tysięcy ludzi, jeśli przyjmiemy, iż podejmujemy eksperyment mający na celu uszczęśliwienie ludzkości”. Skoro argumentacja Iwanowa nie zdaje się na wiele, miejsce Iwanowa zajmuje Gletkin - młodszy komunista, dziecko Rubaszowa, ale porozumienie ojca z dzieckiem okazuje się niemożliwe. Jeżeli ta powieść posiada jakąkolwiek wartość, to polega ona na konflikcie Rubaszow - Gletkin; ale nie tylko dlatego, że jest to wątek literacko-tradycyjny; to jest po prostu zagadnienie tych niepotrzebnych, którzy muszą odejść. 

"Literatura jest zawsze dziełem szaleńców"

"Pozwolę sobie tu na małą uwagę: literatura, rzeczywiście prawdziwa literatura nigdy nie pełniła żadnej choćby najmniejszej funkcji społecznej, nie czyni tego także dzisiaj i na szczęście nie będzie mogła uczynić tego również w przyszłości. Literatura, rzeczywiście prawdziwa literatura jest zawsze dziełem szaleńców, skąpców, opojów, pederastów, jest wspólnym osiągnięciem zbieraniny dziwaków rozmaitego koloru i asortymentu i uchowaj Boże, aby miała kiedyś mieć wpływ na życie społeczne.

"Hemingway z Koluszek"



"Niewiele wtedy wiedziałem o literaturze amerykańskiej.

Faulknera opowiadał mi własnymi słowami Piotr Guzy; Hemingwaya Edward Bernstein; o innych książkach dowiadywałem się w jedyny możliwy dla mnie sposób; upijając swoich interlokutorów i płacąc za nich rachunek w knajpie.

niedziela, 19 stycznia 2014

"Był to piękny czas"

Fot. kadr z filmu Piękny dwudziestoletni w reżyserii Andrzeja Titkowa

"Wyjechałem więc do Wrocławia, gdzie zamieszkałem u wuja. Miałem trzymiesięczne stypendium i trochę pieniędzy, które dostałem ze Sztandaru Młodych za moje opowiadanie „Baza Sokołowska”. Był to piękny czas; byłem nareszcie sam, mogłem czytać, pisać, chodzić do teatru - ale nie wiedziałem, co mam robić najpierw. Kiedy zaczynałem pisać - zdawało mi się że powinienem czytać, gdyż to pomoże mi w pisaniu; kiedy czytałem - zrywałem się i wybiegałem na miasto, gdyż wydawało mi się, że powinienem podglądać ludzi; rozmawiałem z ludźmi i wtedy znów wydawało mi się, że tracę czas na rozmowy, a przecież powinienem pisać- Chryste Panie, myślałem, że zwariuję. Czytałem jednego dnia Misia-Czeszkę, drugiego - Balzaka; potem odrywałem się od Dostojewskiego, aby czytać słownik Lindego; nocami szukałem wuja i znów wracałem do swoich książek. Nie wiem, ile książek przeczytałem tego roku we Wrocławiu; przypuszczam, że kilkaset. I z każdym dniem wiedziałem mniej, i z każdym dniem popadałem w rozpacz, że nigdy nie przeczytam tego, co powinienem przeczytać. Wreszcie dano mi Gombrowicza do czytania i wtedy już oszalałem zupełnie.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Dzieci (2)


Adolf Rudnicki powiada w którejś ze swych „Niebieskich kartek", że młodzi ludzie wierzą, iż przyczyną wszystkich ich nieszczęść jest kobieta; tak więc gniew młodych spada na kobietę. Tu natomiast przyczyną wszystkich nieszczęść młodych ludzi są zawsze rodzice. Jeśli młody człowiek jest fajtłapą, pederastą, alkoholikiem i idiotą ogólnym, od razu słyszymy, że dzieje się to dlatego, że jego ojciec był pantoflarzem i matka dominowała. Jeśli dziewczę kurwi się, to dlatego, iż ojciec był niedołęgą i pantoflarzem; jest rzeczą zastanawiającą, iż we wszystkich filmach amerykańskich poświęconych młodzieży nawet najbardziej mierni - tacy jak Elvis Presley - aktorzy, grają dobrze, jeśli przychodzi do konfliktu między ojcem a synem.
Mnie interesuje jednak odpowiedź na pytanie, co myśli dziecko czytające bajkę o jelly fish. Tu opinie pedagogów-psychiatrów są podzielone. Jedni twierdzą, iż dziecko czytające bajkę rozumie, że chodzi tu o postacie i sytuacje umowne; drudzy twierdzą, że dzieje się przeciwnie, że świat baśni jest rzeczywistym światem dziecka i że dziecko wpierw będzie rozumieć przygody psa Pluto, a później dopiero zagadnienia ministra McNamary. W jednej z tych książek czytamy historię o chłopcu, który panicznie bał się lotu samolotem i nie umiał powiedzieć dlaczego. Aby więc zademonstrować mu, iż latanie nie jest niebezpieczne, ojciec zdał egzamin PP (Privat Pilot); po czym to samo uczynna jego matka i tylko rak uratował teściową i teścia od zdawania tego egzaminu. Jednak dziecko w dalszym ciągu bało się latania; zaprowadzone do psychiatry, po szeregu seansów, dziecko wyjaśniło: „Otóż gdy widzę odlatujący samolot, obserwuję, .że samolot maleje. Po prostu nie chcę być tam w środku i zostać zgnieciony. To wszystko."
Opinie psychiatrów-pedagogów są podzielone i nie będę zabierać głosu, gdyż wydaje mi się, iż ze wszystkich ludzi na świecie ja sam mam najmniej kwalifikacji pedagogicznych. Kiedy patrzę na amerykańskie dzieci i wstrząsający dramat długowłosych, przypomina mi się rozmowa, którą przeprowadził bohater „Podrostka" ze swoim ojcem. Otóż na rosyjskie pytanie: „Co robić w życiu?" - młodzieniec otrzymuje następującą odpowiedź: „Najlepiej nic nie robić. Przynajmniej będzie się miało czyste sumienie, że się w niczym nie uczestniczyło". Muszę szczerze wyznać, iż trafność i słuszność tej odpowiedzi poruszyły mnie tak głęboko, iż jestem jej wierny od lat przynajmniej piętnastu; i myślę, iż uda mi się wytrwać w tej wierze, dopóki pewnego dnia nie odejdę drogą wszystkich ludzi. Opinie psychiatrów na temat stosunku dziecka do gwałtowności są podzielone i trudno tu kusić się o rzeczowy osąd tej sprawy. Czyhałem parę dni temu artykuł lekarza psychiatry, w którym doktor powiada, iż dziecko należy uczyć rozumienia gwałtowności, brutalności i przemocy, aby mogło wkroczyć w życie uzbrojone w wiarę, iż człowiek jakkolwiek bity i poniewierany w ostatecznym wyniku zdolny jest jednak do odniesienia zwycięstwa. Tak więc bohater filmu rysunkowego, który jest kotem wysadzanym w powietrze, elektryzowanym, przejeżdżanym przez walec drogowy i tak dalej, na końcu otrząsa się przecież i niszczy sadystyczną mysz, której zawdzięcza tak wiele utrapień. Taka jest rola pedagogiczna gwałtowności i przemocy w książkach i filmach przeznaczonych dla dzieci.
Trudno mi o tym myśleć w ten sam sposób. Nie jestem wcale przekonany, że dziecko tak właśnie należy przygotowywać do rozumienia życia. Sam będąc dzieckiem podczas okupacji widziałem tak wielu zabitych, zmasakrowanych i publicznie rozstrzeliwanych ludzi, że nie robiło to na mnie wcale wrażenia; i przypuszczam, iż podobnie działo się z wieloma ludźmi, którzy dzisiaj są w moim wieku. Po wojnie dzieci na gruzach Warszawy bawiły się przeważnie w rozstrzeliwanie Żydów. Lata powojenne przyniosły nową falę terroru, tym straszniejszego, że pochodzącego od Polaków; tak więc nie widziałem już zabijania ludzi na ulicach, ale czytałem artykuły z rozpraw sądowych przeciw ludziom z RAF-u; ludziom z AK; czytałem sprawozdania z procesu Doboszyńskiego i biskupa Kaczmarka. Wcześnie rozszedłszy się ze swoją rodziną, przebywałem w rozmaitych środowiskach, w których każde nieporozumienie kończyło się bójką, w najlepszym wypadku na pięści. Nie wiem, czy jestem typowym produktem; lecz dla mnie jest oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd też bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja po prostu nie potrafię wymyśleć opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem. Nie ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co posądzają mnie niektórzy. Jest to infantylizm intelektualny, wynikający z faktu nieumiejętności oceniania człowieka, absolutnej nieznajomości wartości życia ludzkiego, prawdziwości ludzkich zapatrywań i czystości pragnień. Ja o tym wszystkim doskonale wiem już od lat, niemniej nie jestem w stanie wymyślić innych opowiadań jak właśnie opowiadania tego rodzaju. Pytano mnie kiedyś, dlaczego wciąż piszę o tych dwóch opryszkach zabijających psy. Nie wiedziałem tego z początku; teraz przypomniało mi się, iż jako dziecko czekałem kiedyś na stacji wraz z matką na pociąg odchodzący z dworca Warszawa - Służewiec. Zobaczywszy pięknego psa podszedłem do niego i zacząłem się z nim bawić, aż do chwili kiedy silne kopnięcie butem w twarz odrzuciło mnie do tyłu; pies należał do Niemca, który miał po temu powody, aby polskie dziecko nie dotykało jego psa. Dalej: mieszkając jako dziecko poza Warszawą, jechałem kiedyś do Warszawy i widziałem polską kurwę jadącą z niemieckim oficerem, podczas gdy jej pies biegł za pociągiem. W pewnym momencie oficer
zastrzelił psa; i śmiał się wraz z tą polską kurwą. Dalej: znów jako dziecko dostałem od matki kundla Miki; kundla tego zastrzelili nudzący się żołnierze niemieccy. Aby zrozumieć to, o czym mówię, należy pomieszkać trochę w Niemczech i obserwować ich stosunek do zwierząt; czuły, przyjacielski, opiekuńczy. W naszym kraju Niemcy nienawidzili nie tylko nas, lecz również naszych zwierząt. Adolf Rudnicki słusznie pisze, iż nienawiść Niemców była nie nienawiścią panów, lecz nienawiścią lokajów. Trudno zaiste wyobrazić sobie kraj, w którym mały kapral przemawia do półpijanych ludzi w piwiarni oświadczając im, że stanowią najbardziej wartościowy element żyjący na świecie i to upoważnia ich do popełniania zbrodni.
Tak więc ja sam jestem produktem tych czasów i jest to prawdopodobnie krzyż, którego nie pozbędę się nigdy. Czy jednak obserwowanie gwałtowności i przemocy pomogło mi w życiu? Z całym przekonaniem odpowiadam: nie. Wręcz przeciwnie; będąc na Zachodzie, jako dorosły człowiek, musiałem uczyć się elementarnych rzeczy, szacunku dla innych ludzi, poszanowania ich spokoju, ich prawa do odpoczynku; i nie jestem wcale pewien, czy nauczyłem się tego w stopniu dostatecznym. Będąc dorosłym człowiekiem musiałem uczyć się prawidłowego przechodzenia przez jezdnię, nieprzekraczania dozwolonej szybkości w czasie prowadzenia samochodu; musiałem wreszcie uczyć się rzeczy dla mnie najtrudniejszej: rozmowy z urzędnikami i policjantami bez uczucia strachu. I tego również nie nauczyłem się do dziś. Idąc w Niemczech ulicą stale schodzę na jezdnię, gdyż oczekuję, że człowiek idący naprzeciw mnie kopnie mnie nagle lub uderzy pięścią w twarz; i nie przyjdzie mi nawet do głowy, iż ja, ważący dziś przeszło dziewięćdziesiąt kilo, i uprawiający forsowną gimnastykę, mógłbym takiego człowieka rozłożyć, gdyby rzeczywiście przyszła mu ochota, aby mnie uderzyć. Tak więc moja lekcja i moje „wychowanie w gwałtowności" nie przyniosły, jeśli o mnie chodzi, rezultatów zadowalających. Uznawszy nawet, iż jestem najnieznośniejszym z ludzi, nie myślę, aby to wszystko, co widziałem, było rzeczą obojętną, w czasie kiedy kształtował się mój charakter. Obserwując dzieci patrzące na kopiących się ludzi i słysząc głos speakera: „Jaka szkoda dla tych z was, którzy nie macie kolorowej telewizji. Killer Kard Koks właśnie rozcina skórę na czole Riska Romerro; Romerro wspaniale krwawi; każdy z was powinien mieć color TV. Nawet nie wiecie, co tracicie..." - doznaję uczuć raczej niedobrych, wbrew opiniom psychiatrów. Pocieszam się jednak tym, że jak powiedział Voltaire, każde generalne stwierdzenie jest fałszywe, włącznie z tym, które niniejszym uczyniłem.

Marek Hłasko "Listy z Ameryki".

sobota, 17 listopada 2012

Dzieci (1)


Dzieci Williama i Judy bawią się razem. Dzieciom oczywiście nie wolno niczego zabraniać, gdyż to powoduje narastanie kompleksów, które później odbijają się fatalnie - na czym? - na wszystkim; co do tego wszyscy są zgodni, nawet Bruce. W związku z tym, kiedy jedziemy czasem z Williamem, jego żoną i dziećmi do Disneylandu, a dzieci jego drą się wniebogłosy, William nie mówi po prostu: ,,Trzymać dziób jeden z drugim", lecz wymyśla dla nich najrozmaitsze gry i przekrzykując je, mówi: „OK. Ja myślę teraz o zwierzęciu, którego imię zaczyna się na T". To pomaga; dzieci nie przestają się co prawda drzeć zespołowo, ale zaczynają się drzeć indywidualnie: T for Tiger, T for Tiger...
Żona Williama pokazała mi wczoraj piękną książeczkę pod tytułem: „Listy dzieci do Boga". (Children's letters to God, compiled by Eric Marshall and Stuart Hample). 
„Dobry Boże - Kocham Cię, ponieważ jesteś dobry. Próbuję być taki, jaki Ty jesteś. Jestem dobry dla wszystkich ludzi; dla matki i dla ojca, i dla moich dwóch sióstr. To musi być fajnie; być Bogiem i wiedzieć, że wszyscy Cię kochają. - Twój Życzliwy Thomas".
"Dobry Boże - Nie zdałem. Dziękuję Ci bardzo - Raymond". 
„Dobry Boże - Nazywam się Robert i chciałbym mieć brata. Moja mama powiedziała, abym się udał w tej sprawie do ojca; ojciec kazał poprosić Ciebie. Myślisz, że mógłbyś to zrobić? Życzę ci powodzenia - Robert".
„Dobry Boże - Mój młodszy brat ma cztery lata. Bądź łaskaw zrobić coś, aby on przestał mnie wściekać. - Twój przyjaciel - Mark".
„Dobry Boże - I myślę, że to wspaniałe, w jaki sposób nasi astronauci latają ponad światem. Proszę Cię, uczyń coś, aby nie spadli tylko na nasz dom. Twój przyjaciel - Norman".
„Dobry Boże - Co będzie, jak Ty umrzesz? Nikt mi nie chce tego powiedzieć. Twój przyjaciel - Mike".
„Dlaczego nie możesz zrobić czegoś, żeby deszcz przestał padać każdej soboty? - Rose".
,,Dobry Boże - Chłopcy są lepsi od dziewcząt. Ja wiem, że Ty jesteś jednym z nich, ale mimo to bądź fair. - Sylvia".
„Dobry Boże - Uczymy się teraz o Jonaszu i wielorybie. Kiedy on go połknął i tak dalej. To jest najlepsza historia ze wszystkich, które słyszałem, z akcją i napięciem. Mój tata mówi, że to wszystko brzmi trochę podejrzanie. Czy myślisz, że to jest zabawne? - Twój Sidney".
„Dobry Boże - Jeśli rzeczywiście umiesz tak dużo, dlaczego nie uczyniłeś, aby rzeka była dostatecznie duża i aby nie zalało naszego domu, tak że musimy się teraz przeprowadzać - Victor".
Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, iż dla mnie dzieci należą nierozerwalnie do pejzażu Ameryki. Widzę je codziennie: rano jadą do szkoły specjalnym autobusem, zaopatrzonym w czerwone światła; potem wracają; potem czekają na samochód z lodami, który na naszej ulicy pojawia się około czwartej; potem siedzą przy telewizorach obserwując przygody „Człowieka-Nietoperza". Pomiędzy godziną siódmą a dziewiątą na naszej ulicy rozlegają się straszne ryki; jest to pora, w której dzieci trzeba oderwać od telewizora i położyć spać.  Dzieciom nie zabrania się niczego i nie bije się po łapach, gdyż okazuje się to zgubne w przyszłości. Nie umiem jednak pozbyć się uczucia zdziwienia patrząc na dzieci siedzące przy telewizorach i obserwujące przygody „Człowieka-Nietoperza"; przygody agentów policji i sadystycznych osobników działających w szulerniach, ciemnych ulicach i w barach z kobietami; na temat ich obyczajów można w najlepszym wypadku powiedzieć, iż są specyficzne. Co chwila pada trup; co chwila samochód zlatuje w przepaść eksplodując; w najlepszym wypadku kowboj wyrzuca kopnięciem pokrwawionego człowieka mówiąc przy tym: „Bierz konia i wynoś się z miasta". Czyżby to nie odbijało się na psychice dzieci? Żona Williama powiada, iż telewizja w jakiś sposób rozładowuje sadystyczne instynkty człowieka, co być może stanowi część prawdy. W książce „Świat seksu" przeczytałem, iż ludzie obserwujący walki bokserów czy zapaśników przeżywają uczucia podobne do orgazmu. Ponieważ książka ta została napisana przez psychiatrę, trudno tutaj zabierać głos; w tym kraju, w każdej sprawie psychiatra ma głos decydujący.
Ale cóż na przykład myśli dziecko czytające bajeczkę „Dlaczego jelly fish nie ma kości"? Proste: pewnego dnia córka króla oświadczyła, że jest chora. Doktor-ośmiornica po gruntownym zbadaniu królewskiej córy oświadczył, iż potrzebna jest niezbędnie porcja małpiej wątroby. Aby wykonać to zlecenie, wydelegowano jelly fish, będącą najlepszym pływakiem. Jelly fish płynęła przez ocean i nagle zobaczyła tonącą małpę. Zaofiarowała małpie pomoc; małpa wskoczyła na jej grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W czasie rozmowy, jaka wywiązała się pomiędzy rybą a małpą, ryba poprosiła małpę, aby dała jej trochę swojej wątroby, gdyż jest to niezbędne z punktu widzenia zdrowia córy królewskiej. Małpa oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale że zostawiła swoją wątrobę na wyspie; tak więc ryba z małpą na plecach popłynęły w kierunku wyspy; małpa wyskoczyła na brzeg i wszedłszy na drzewo powiedziała: „A teraz pocałuj mnie w dupę". Ryba popłynęła z powrotem i opowiedziała o swojej przygodzie doktorowi-ośmiornicy. Doktor zameldował o tym królowi, który wpadłszy we wściekłość polecił swoim giermkom bić rybę; bili ją tak długo, aż pogruchotali jej wszystkie kości. Oto dlaczego jelly fish nie ma kości. Nie jest to jednak koniec tej budującej historyjki. Otóż po egzekucji wykonanej na rybie królewska córka oświadczyła, iż wcale nie jest chora, o dolegliwościach zaś, o których myślała, iż pochodzą z chorej wątroby, nie warto w ogóle mówić, gdyż są one rezultatem lekkiego bólu głowy. Jest to najbardziej sadystyczna bajka, jaką znam. Mamy w niej element odwagi i poświęcenia, zniweczony przez zdradę; element oszukanej wiary; element tortur fizycznych; element nie zawinionej kary, i to wszystko jest tylko wynikiem kaprysu młodej i nudzącej się idiotki. Mamy tu również element trwałego kalectwa, który stanowi wytłumaczenie na zadawane przez dzieci pytanie: dlaczego jelly fish nie ma kości? Jest to najlepsze opowiadanie Sartre'a, jakie czytałem, i muszę przyznać, iż czytając jego ciężkie, teutońskie wypracowania nigdy nie myślałem, że ten chłopak zajdzie tak daleko.

Marek Hłasko "Listy z Ameryki".

wtorek, 23 października 2012

Judy i Kira

Judy jest tak śliczna, iż z punktu widzenia opowiadania nie nadaje się na nic; nie nadaje się poza tym do niczego z każdego innego punktu widzenia, ponieważ ma dwadzieścia sześć lat, troje dzieci i trzy nieudane małżeństwa za sobą; jest ponadto wiecznie na gazie. Judy stanowi wspólne zmartwienie moje, Williama i wszystkich mieszkańców domu.
Judy otrzymuje od rządu sześćdziesiąt dolarów tygodniowo. Ta suma musi starczyć jej i dzieciom. Nie starcza, gdyż Judy pije jak smok, a butelka whisky kosztuje jednak sześć dolarów. Tak więc dzieci Judy latają głodne i bose; czasami karmi je żona Williama, czasami inni ludzie. Teraz Judy usiłowała popełnić samobójstwo; odratowano ją jednak i jest już z powrotem w świetnym humorze. Patrząc czasem na nią i myśląc o jej nieudanym samobójstwie, myślę o opowiadaniu Adolfa Rudnickiego „Pył", którego bohaterka, Kira, również usiłuje popełnić samobójstwo po szeregu nieudanych afer miłosnych. Kira jest młoda, ładna, uganiają się za nią mężczyźni; dziewictwo straciła będąc jeszcze właściwie dzieckiem; jako dojrzała kobieta jedzie w noc wigilijną pociągiem z Warszawy do Łodzi, aby popatrzyć na choinkę, która jej przypomina dzieciństwo.
W filmie włoskiego reżysera Blow-up [Powiększenie Antonioniego], uznanego za arcydzieło i monument myśli ludzkiej widzimy bohatera, długowłosego młodzieńca, mającego doświadczenie erotyczne rozpustnego i bogatego starca; młodzieniec ten pewnego dnia kupuje w antykwariacie drewniane śmigło samolotu; symbol czy też rekwizyt epoki, której nie może pamiętać; do której odnosi się z pogardą i z którą nic go nie łączy. Nie potrafi przy tym wytłumaczyć, po co potrzebne mu jest to śmigło.
W filmie francuskiego reżysera, „Oszuści" widzimy młodzieńca, który ryzykuje życie, aby wybawić kota z opresji, po czym oświadcza zgromadzonym i struchlałym widzom: „Nie cierpię kotów".
Dramat długowłosych ludzi nie jest rzeczą łatwą do zrozumienia. Dramaty młodych ludzi zawsze uderzmy ostrością. Dwudziestoczteroletni Iwan Karamazow prowadził rozmowy z diabłem; młody Werther zastrzelił się z miłości; Fabrycy del Dongo postanowił zamknąć się w klasztorze, aby w ascezie i ciszy znaleźć ukojenie w rozpaczy; Adolf latami nie umiał zdobyć się na zerwanie z kobietą, gdyż nie chciał sprawiać jej bólu; bohater powieści Faulknera odrzuca karierę, stanowisko, następnie możliwość ucieczki przed karą i możliwość samobójstwa, wybierając smutek, który pomoże mu zachować w pamięci ukochaną kobietę; młody Raskolnikow popełnia morderstwo snując asocjację między sobą a osobą Cesarza Francji; Robert Jordan, bohater powieści Hemingwaya, postanawia przed śmiercią polatać trochę z karabinem po polu, wysadzić parę mostów w powietrze i to wszystko po to, aby nie będąc ani komunistą, ani monarchistą, zginąć jak mężczyzna. Dramaty tych wszystkich młodych ludzi mogą nam wydawać się wyjątkowe, nawet sentymentalne, prawdziwe lub nie, lecz uderzają one ostrością. Na czym jednak polega dramat długowłosych? Jest to niewątpliwie dramat ludzi zagadkowych. Kazimierz Brandys napisał kiedyś: „Powiedziano mi, abym poszedł do kabaretu STODOŁA, gdyż tańczy tam zagadkowa młodzież. Nie pójdę. Ja też kiedyś byłem zagadkowy i nikt nie podglądał mnie w czasie tańca".
Judy i Kira należą do jednego pokolenia. Zapoznały się szybko z seksem; mają nawet pewne pojęcia na temat Freuda i wiedzą, iż sen, w którym natrętnie powtarza się motyw wieży Eiffla nie zawiera w sobie elementów religijnych; obie wiedzą, jak zażywać pigułki pozwalające uniknąć zajścia w ciążę; ta cała wiedza nie przydała im się jednak na wiele. Adolf Rudnicki kończy swoje opowiadanie słowami: „Zabiło ją poczucie winy". William odwożący nieprzytomną Judy do szpitala powiedział to samo. I to jest prawda. Zabiło je obie poczucie winy. Jednakże nie wobec społeczeństwa; nie wobec ludzi żonatych, z którymi nawiązywały romanse; nie wobec dzieci, którym odbierały ojców; nie wobec rodziców, którym ich postępowanie przynosiło wstyd. Zabiło je poczucie winy wobec siebie samych: poczucie, że straciły najlepsze lata swego życia w poszukiwaniu przygód, które okazały się w rezultacie mało ciekawe; rozbijały małżeństwa innych ludzi, lecz nie udało im się samym wyjść dobrze za mąż; straciły dużo czasu, pieniędzy i zdrowia nie myśląc o tym, iż w tym samym czasie dojrzewały inne młode kobiety równie głupie, egoistyczne i zimne jak i one, lecz mające nad nimi nieznaczną przewagę młodości.
William powiada, że dla niego najpiękniejszą ze wszystkich książek Faulknera jest książka „Dzikie palmy. William powiada, iż jest to książka prorocza; książka o umiejętności wytwarzania w sobie napięć uczuciowych. Dzisiaj, powiada William, seks jest sprawą wątłego schematu obyczajowego: Ty spotykasz kobietę, opowiadasz jej o swoim nieudanym małżeństwie; ona opowiada ci o nieudanym swoim; idziecie na kolację, idziecie do lóżka - co dalej? Seks był kiedyś ostatnią stacją w pewnej sytuacji; dziś jest początkiem. Seks stanowił „owoc namiętności", poświęcenia, odwagi; człowiek żonaty wiążący się z inną kobietą występował przeciw społeczeństwu, rodzinie i religii. Dzisiaj, powiada William, seks nie zawiera w sobie tych napięć uczuciowych, jakie zawierał niegdyś. Chciałbym dziś zobaczyć autora, który napisałby książkę o człowieku, który po prostu umarł z miłości tak jak Lucjan, tak jak Eleonora. Dlatego „Dzikie palmy" są w jakimś sensie książką proroczą. Być może jest tak istotnie. Jestem szczęśliwy widząc od czasu do czasu nowe tytuły książek poświęconych Faulknerowi. William Faulkner, którego książki w roku 1944 nie były już wznawiane, jest dzisiaj przedmiotem setek publikacji. W książce Faulkner: The Major Years autor podaje w indeksie, iż przy pracy nad tą książką o autorze „Dzikich palm" korzystał z pomocy 34 książek poświęconych Faulknerowi oraz z kilkuset artykułów krytycznych. Zwycięstwo Faulknera wydaje się całkowite. Myślę, iż najciekawszą książką, jaką czytałem w roku ubiegłym, jest „Faulkner na uniwersytecie".

poniedziałek, 22 października 2012

William

William jest moim najbliższym przyjacielem; jest on również przedstawicielem kierunku filozoficznego, o którym mówi się „Amerykański sen". Tak więc William, który jest chwilowo bez grosza przy duszy i nie może znaleźć pracy, wierzy głęboko, iż pewnego dnia wszystko się ułoży; znajdzie pracę, zarobi mnóstwo pieniędzy i tak dalej. W jaki jednak sposób to może się stać? Nikt tego nie wie. I ja również tego nie wiem. Ktoś podobno powiedział, iż pisanie o jakimś kraju jest rzeczą możliwą tylko albo po dwudziestoczterogodzinnym pobycie, albo po dwudziestoczteroletnim. Stwierdzenie to, jakkolwiek efektowne, nie wydaje się prawdziwe. W Stanach Zjednoczonych każda drobna obserwacja stanowi w sumie olbrzymie zjawisko społeczne, nad którym pracuje tysiące ludzi i któremu poświęcone są tysiące publikacji. Wchodząc do drugstore'u i patrząc na okładki książek, widzimy obok książek kryminalnych lub magazynów typu „Poświęciłam małżeństwo dla przygody miłosnej" książki związane z psychiatrią i problemami erotycznymi, napisane przez lekarzy specjalistów. Laikowi trudno zorientować się w wartości tych publikacji; na mnie osobiście duże wrażenie zrobiły książki ,,Samotny tłum" i „Bunt człowieka w wieku średnim". Jesteśmy świadkami fenomenalnego zjawiska, polegającego na wzajemnym mijaniu się ludzi; na nieumiejętności nawiązania kontaktu; nieumiejętności spędzania wolnego czasu.
William, który interesuje się literaturą, nie od rzeczy mówi, że gdyby byt pisarzem, najważniejszą sceną dla niego byłoby pierwsze spotkanie między kochankami. To jest według Williama sprawa zasadnicza dla dobrego opowiadania. Ludzie spotykają się, powiada William, i pierwszymi wrażeniami są zazwyczaj: nieufność i nadzieja. Jeśli ładna dwudziestoparoletnia kobieta spotka mężczyznę w tym samym wieku i powiedzą sobie w rozmowie, że oboje są ludźmi samotnymi, z miejsca zaczynają działać w atmosferze klęski; zaczynają grać z pozycji straconych. Cóż działo się z nimi przez tyle lat; dlaczego są samotni; dlaczego nie udało im się założenie rodziny czy nawiązanie trwałych związków przez tyle czasu; i czy to, co oni sami o tym mają do powiedzenia, stanowi prawdę?
William powiada, iż film i telewizja wytworzyły pewne schematy, które oddziałały na ludzi. W filmach zazwyczaj spotykamy samotnego mężczyznę, który wchodzi do nocnego lokalu; tam spotyka piękną dziewczynę i ratuje ją z kłopotów. Widzimy to codziennie obserwując serię telewizyjną Tighrope, której bohater (glina w cywilu) wchodzi do baru, przez sekundę obserwuje siedzącą tam samotną dziewczynę, nawiązuje na jej temat rozmowę z barmanem; podchodzi do niej; bije innego mężczyznę w zęby i odchodzi z nią. Od miesięcy obserwuję dzielnego agenta i każdy film o nim zaczyna się w ten, i tylko w ten właśnie sposób. Tak samo zresztą dzieje się niemalże w każdym filmie przygodowym; mężczyzna spotykający kobietę, z miejsca ma okazję zademonstrowania swej odwagi, determinacji i lekceważenia obyczajów, których obejście, jakkolwiek przynosi innym klęskę, dla niego i dla niej okazuje się zbawienne.
Książki poświęcone przypadkom histerii, alkoholizmu i rozpaczy, pisane przez lekarzy, przynoszą zupełnie inny obraz od obrazu stwarzanego przez film i telewizję. Ludzie są samotni; boją się jednak zdradzania swych uczuć i swego poczucia klęski. W końcu znajduje jedynego i prawdziwego przyjaciela, którym jest psychoanalityk. Analityk nie podejmuje jednak decyzji w imieniu swego pacjenta; stara się raczej zwrócić mu uwagę i skierować jego energię we właściwym kierunku. Przyjaciółka Williama jest od siedmiu lat pacjentką lekarza analityka i chodzi do niego codziennie, przy czym godzina psychoterapii indywidualnej kosztuje dwadzieścia pięć dolarów. Ponieważ przyjaciółka Williama jest idiotką, kuracja przeciągnąć się może na najbliższe kilka milionów lat świetlnych. I ona również nie spotkała nikogo; i ona również obserwuje Tighrope patrząc na przystojnego agenta policji odchodzącego co wieczór z inną dziewczyną.
William jest z urodzenia pesymistą, do czego przyznaje się niechętnie, gdyż na co dzień reprezentuje kierunek „Amerykańskiego snu". William twierdzi, iż z chwilą kiedy państwo troszczy się o obywateli tak bardzo jak to dzieje się w Stanach, wytwarza się obojętność człowieka wobec człowieka i człowieka wobec bólu i cierpienia. Człowiek rodzi się, działa, żyje i umiera nie umiejąc zainteresować swoim losem innych ludzi. Nikt tu nie jest głodny i w każdego wpajane jest przekonanie, iż własną energią i pomysłowością można zdobyć wszystko. Ten schemat myślenia jest obowiązujący dla wszystkich, powiada William, i człowiek rzadko wyzwala się z tego przed ukończeniem trzydziestu lat życia. A przecież nie wszyscy ludzie są pomysłowi, energiczni; i nie wszyscy poza tym pragną zdobywania fortun, pałaców i luksusowych jachtów. W naszym społeczeństwie istnieje minimalna możliwość kompromisu. Najgorszym tego wszystkiego wynikiem jest, według Williama, obojętność. Dzieci mało troszczą się o starych rodziców wiedząc, że jest im wypłacana renta; że rodzice mają samochód, aparat telewizyjny i telefon. Święta dzieci spędzają z rówieśnikami, a potem - kiedy wstępują w związki małżeńskie - z własnymi dziećmi.
William powiada: człowiek czeka, aby go ktoś odwiedził, a pewnego dnia idzie odwiedzić własne dzieci; i to jest już właśnie starość. William jest kimś, o kim mówi się loser. William jest inteligentny, oczytany, dobry i dostatecznie sceptyczny, aby zachować zimną głowę. William potrafi wszystko: mówić mądrze o przeczytanej książce, wyśmiać zły film, krytykować wybory i kandydaturę gubernatora; William potrafi mówić o armii, o wojnie w Wietnamie, i o wielu innych rzeczach. Nie potrafi tylko jednej rzeczy: nie potrafi pozbyć się wiary, iż pewnego dnia w jego życiu zaistnieje wyjątkowa sytuacja, wyjątkowe spotkanie; pewnego dnia zjawi się wyjątkowy człowiek, a wtedy życie Williama ułoży się inaczej. 

Marek Hłasko "Listy z Ameryki".

środa, 17 października 2012

Panowie bez krawatów, czyli pamiętnik nikczemnika (2)

Owej nocy jadąc ze stacji szeryfa w Malibu do więzienia Centralnego wsłuchiwałem się w radio. Słyszałem głos jakiejś młodej kobiety mówiący do wszystkich radiowozów: „Podejrzanego widziano na rogu Fuller i Sunset. Podejrzany krwawi i jest uzbrojony. Ucieka w kierunku Santa Monica Boulevard. Potwierdźcie". Potem usłyszałem kilkanaście głosów, podających numery swych jednostek i wypowiadających słowo Roger. Przez chwilę trwała cisza, a potem któryś z policjantów działających na tamtym terenie powiedział: „Mamy go. Sprowadźcie ambulans". Młoda kobieta powiedziała: „Roger. W Fordzie Fairlane, rocznik prawdopodobnie pięćdziesiąt siedem, ucieka podejrzany o posiadanie narkotyków. Numer licencji nie zidentyfikowany; kolor czarny lub ciemnoniebieski. Potwierdźcie. Podejrzanego widziano uciekającego z Santa Monica w kierunku South". I znów usłyszałem głosy policjantów podających numery swych jednostek. A nim skręciliśmy na autostradę, usłyszałem głos policjanta, znów tak samo spokojny i beznamiętny jak i głos młodej kobiety: „Mamy go. Over and out"; na co znów młoda kobieta odpowiedziała Roger i znów usłyszałem inną transmisję. Słowa Roger, Over, Out należą do frazeologii lotniczej i policyjnej. Słowo Roger oznacza potwierdzenie; słowa over and out oznaczają: „Otrzymałem twoją ostatnią transmisję i nie spodziewam się od ciebie odpowiedzi". Tak więc w sprawie tych dwóch ludzi, z których jeden uciekał zakrwawiony w stronę południową, podczas gdy drugi w tę samą stronę uciekał skradzionym samochodem, nie będzie się już więcej mówić tej nocy przy pomocy radia. Czekają ich godziny, a może miesiące śledztwa; po czym wyrok i kara. Ale kim byli ci ludzie? Nie wiedziałem; mogłem o tym tylko myśleć patrząc na innych więźniów. Być może wmieszali się w zbrodnie przez głupotę; być może zostali namówieni przez innych; być może zawinili tu rodzice, przyjaciele czy ich żony. Lecz teraz nie było to już ważne; teraz nie byli już tymi samymi ludźmi, którymi byli przed pięcioma minutami. Ich działanie, ich myślenie, nawet ich funkcje fizjologiczne zależeć będą od myślenia, działania i fizjologii innych ludzi. Stając się więźniem stajesz się dla samego siebie człowiekiem nowym i nie znanym. To, co było dla ciebie rzeczą naturalną przed minutą, może stać się przestępstwem teraz; to co napawało cię ohydą przed minutą, musi stać się teraz dla ciebie rzeczą normalną. Nim odsłonisz swoje myśli przed innymi ludźmi, musisz wpierw odsłonić swoje ciało, którego być może się wstydzisz; które być może jest brzydkie i słabe i brudne z powodu tobie znanego, ale który innym wyda się niewystarczającym usprawiedliwieniem. Tym innym, którzy także stali się innymi. A potem musisz jeszcze odkryć swoje myśli. Od twej inteligencji i od twego sprytu zależeć będzie, czy odkryjesz je w sposób dla ciebie korzystny. Sartre w swej książce o Jean Genet, mówi:

The fascination that ihe police have for ihe Chief is manifesied by ihief s tempiation to confess when he is arrested. In the presence of ihe examining magisirale who quesiions him, he is seized wiih giddiness; the magistrale speaks gently to him, perhaps with kindness, explaining what is expected of him; practically nothing; an assent. If only once, just once, he dit what was asked of him, if he uttered the ‘yes' that is requested, harmony of minds would be achieved. He would be told, 'That’s fine ; perhaps he would be congratulated. It would be the end of haired. The desire to confess is the mad dream of universal love; it is, as Genet himself says, the tempiation of the human.

W tym, co napisał Sartre, jest zalążek prawdy, czemu nie należy się dziwić.

W ciekawym piśmie „Psychology Today" znajdujemy artykuł pt. The Psychology of Police Confessions. Między innymi opisany tu został casus Whitmore'a; historia o człowieku, który przyznał się do całego szeregu nie popełnionych zbrodni. W czerwcu 1964 policjant Frank Isola przybył na pomoc Mrs. Elbie Borrero, która została napadnięta przez jakiegoś osobnika w Bronxville, części dzielnicy Brooklyn. Napastujący zbiegł; Mrs. Borrero opisała go jako Murzyna, 5 stóp 9 cali wzrostu, ze śladami ospy, ważącego około 165 funtów, ubranego w płaszcz deszczowy, z którego udało jej się w czasie walki z napastującym urwać guzik. Guzik ten stanowił jedyny materiał obciążający w tej sprawie. O godzinie ósmej dnia następnego policjant Frank Isola i detektyw Richard Aidala zaaresztowali George'a Whitmore'a, Jr. pod zarzutem usiłowania dokonania gwałtu na wspomnianej już Mrs. Borrero. Whitmore był osobnikiem stosunkowo niskiego wzrostu - około 5 stóp i 5 cali - i ważył zaledwie 140 funtów. Ale Whitmore miał na sobie płaszcz deszczowy bez jednego guzika i był Murzynem. Został aresztowany, ponieważ, jak cytuje autor: There was a reasonable ground for suspicion supported by circumstances sirong in themselves. Mrs. Borrero zidentyfikowała go jako napastnika i o godzinie 10.30 tego samego ranka Whitmore zeznał, iż usiłował dokonać gwałtu na oskarżającej. Około południa tego samego dnia Whitmore zeznał również, że zamordował za pomocą noża niejaką panią Edwards.

wtorek, 16 października 2012

Panowie bez krawatów, czyli pamiętnik nikczemnika (1)

W tym roku obchodzę osiemnastolecie tak zwanej działalności przestępczej. Często myśląc o tym skromnym jubileuszu niepokoiłem się, iż to tak wiele znaczące dla mnie święto spędzę w ciszy i zapomnieniu; stało się jednak zupełnie inaczej dzięki życzliwości i serdeczności policji hrabstwa Los Angeles. Wdawszy się w awanturę, zostałem zaproszony przez deputowanych szeryfa do złożenia im wizyty i już na miejscu, drogą łagodnych perswazji, pozbawiony zostałem sznurowadeł i paska, po czym udałem się na spoczynek. Po częściowym odzyskaniu przytomności, uniosłem ze snu skroń i postanowiłem również odzyskać wolność. Długie łomotanie do drzwi nie przyniosło skutku. Na dole jakaś młoda kobieta wrzeszczała histerycznie i od czasu do czasu słyszałem monotonny głos policjanta, pytający:
- Jak się pani nazywa? Jak się pani nazywa?
Młoda osoba musiała znajdować się pod działaniem jakiegoś narkotyku, gdyż odpowiedzi jej wprowadzały w zdumienie nie tylko policjanta, ale również moich współtowarzyszy, obiecujących młodzieńców z więzienia San Quentin, których przedwczoraj zwolniono warunkowo, a którzy teraz oczekiwali na transport do więzienia Centralnego w Los Angeles, skąd mieli wrócić do swego poprzedniego przytuliska, aby następnie znów powrócić do miejsca, w którym ich zaaresztowano pod zarzutem sfałszowania czeku opiewającego na
sumę czternastu dolarów. I tak na kolejne pytanie policjanta „Jak się pani nazywa" młoda osoba odpowiedziała: »Kitty Golden Cunt", po czym poczęła bredzić: „Czy są w ogóle diabły? A jeśli są, to co diabeł robi na deszczu? Moja matka zawsze mówiła, że jeśli mężczyzna nie ożeni się do trzydziestki, to potem nie ożeni się, nawet żeby go rąbać siekierą". Młodą osobę uznano za chwilowo niezdolną do złożenia zeznań i zaproponowano jej spędzenie nocy na koszt hrabstwa Los Angeles. Postanowiono wobec tego opróżnić celę, w której siedziałem wraz z mymi młodymi druhami, i zaprowadzić tam dziewczynę. Najpierw wyprowadzono mnie. Kiedy przechodziłem obok śpiącej dziewczyny i usiłowałem przekonać policjanta, że jestem już w stanie udać się do domu na własnych nogach, policjant powiedział ostrzegawczo:
- Uważaj brudny skurwysynu! To jest kobieta, nie?
Umieszczono nas w sąsiedniej celi, gdzie były tylko dwa łóżka, na których smacznie spali jacyś panowie o wyglądzie łachudrów. Kiedy obudziliśmy ich prosząc, aby ustąpili nam nieco miejsca, spotkaliśmy się ze wściekłym oporem popartym argumentacją moralną, polegającą na stwierdzeniu, iż obaj panowie nie posiadają stałego miejsca pobytu i że czekanie na transport do więzienia Centralnego stanowi być może jedyną okazję do wygodnego wyspania się. Ponieważ mnie kompletnie zawiódł kunszt oratorski, a młodzieńcy z San Quentin nie należeli do ludzi o usposobieniu gadatliwym, skończyło się na tym, iż jeden z nich kopnął bezdomniaka w twarz, drugi bezdomniak zszedł już w milczeniu i położył się obok swego towarzysza na ziemi, a ja położyłem się na dolnym łóżku z chudszym przestępcą. Koło godziny dwunastej obudzono nas ku wyraźnemu niezadowoleniu wszystkich mieszkańców celi i misternie skuwszy nas kajdanami wyprowadzono do samochodu policyjnego, który brzegiem Pacyfiku powiózł nas ku Los Angeles. Jeden z młodzieńców, należący do tak zwanych specjalistów-wróżek, głośno dzielił się swymi myślami ze mną:
- Reszta parolu - sześć miesięcy. Sfałszowanie czeku może być dwa, może być pięć. Opieranie się w czasie aresztu, to może być pół roku. Pijaństwo za kierownicą po raz trzeci, znowu pół. Wszystko zależy od tego, czy mój adwokat każe mi powiedzieć „winny" czy „niewinny". I w ogóle wszystko zależy od sędziego.
Przyjechawszy do więzienia Centralnego spotkaliśmy się z żywym i uprzejmym przygięciem. I podczas kiedy niektórzy z nas pozbywali się raźno swych rzeczy, inni musieli poddać się oględzinom dwumetrowego policjanta w wieku lat może dwudziestu dwóch, który do każdego więźnia zwracał się per „synu", nawet jeśli więzień miał lat sześćdziesiąt. Zapadł mi w serce dialog, który przeprowadził z pewnym beznogim starcem.
- Stanowczo domagam się mojej nogi - mówił starzec.
- Nie miałeś nogi, synu – mówił łagodnie policjant.
- Owszem, oficerze, miałem - mówił rozgoryczony patriarcha. - Każdemu więźniowi przysługuje prawo do drewnianej nogi, sztucznej szczęki, a nawet okularów w drucianej oprawie.
- Klnę się na Boga, synu, że nie miałeś nogi - mówił policjant z męczeńskim uśmiechem.
- Pan jest oficerem policji, prawda?
- A co? Może nie wyglądam na takiego?
- To dlaczego nie zna pan regulaminu obowiązującego w Federal Correctional Institution, Texacarana?
- Przecież my nie jesteśmy w Texacarana. To jest więzienie Centralne w Los Angeles.
- To jak to się stało, że ja jestem tutaj? - powiedział ze zdziwieniem patriarcha. - Przecież jeszcze dwa dni temu byłem w Texacarana.
- A czy nie wstąpiłeś na piwo, po tym jak cię zwolnili stamtąd?
Na twarzy patriarchy odbiła się męka myślenia.
- Owszem, wstąpiliśmy - powiedział. - Co leci przeciw mnie, oficerze?
- Pijaństwo i włóczęgostwo, synu.
- Włóczęgostwo? Przecież nie mam nawet nogi.
- Prawo nie myli się nigdy - powiedział policjant. - Nie utrudniaj mi, synu.

sobota, 13 października 2012

Zadziwiający człowiek pająk

Marek Hłasko, 1957. Fot. PAP
Pewnego dnia, po szeregu błyskotliwych sukcesów w branży filmowej oraz sukcesów towarzyskich, odniesionych dzięki darowi żywego słowa w więzieniu Centralnym Los Angeles, znalazłem się bez grosza przy duszy. Dzięki jednak życzliwości ludzkiej otrzymałem pracę tragarza. O umówionej godzinie, czysto umyty i ogolony, stanąłem przed obliczem szefa, który patrzył na mnie chwilę w milczeniu, a potem powiedział:
- Pan będzie pracował jako zadziwiający człowiek pająk. Co pan na to?
Powiedziałem, iż przez całe życie nie marzyłem o niczym innym, jak właśnie o przeobrażeniu się w zadziwiającego człowieka pająka; i że na chwilę tę czekałem trzydzieści cztery lata; i oto właśnie sny moje stały się prawdą.
- Widzi pan - powiedział mój szef. - Nasza firma zajmuje się kolportażem komiksów. Nie ma gówna, którego by pan u nas nie znalazł. Mamy wszystko: „Miłość dziewczyn", „Prawdziwe wyznania", „Misja nie do wykonania", „Człowiek-Nietoperz" i tak dalej. Myto rozprowadzamy po mieście. Pan będzie w grupie „Przygody"; pana kierownikiem będzie Mickey, czyli automatycznie będzie pan w podgrupie „Fantastyczne" czyli że również automatycznie stanie się pan członkiem sekcji „Zdumiewający człowiek pająk". Jasne?
- Oczywiście - powiedziałem.
- Czy pan był kiedy zatrzymany przez policję?
- Nie.
Mój szef spojrzał na mnie raz jeszcze.
- Komu pan to mówi? - powiedział z rozbawieniem. Przeszedłem na salę i zbliżyłem się do mego kierownika, Mickeya. Przedstawiłem mu się i zapytałem jak mam do niego mówić, na co Mickey powiedział, żeby mówić mu po imieniu. Następnie dał mi fartuch, na plecach którego namalowany był człowiek wyglądający jak potomek Nikity Chruszczowa i Florence Nightingale; twór ten wplątany był w jakąś pajączynę; pod zachwycającym wizerunkiem biegł olbrzymi napis:
ZADZIWIAJĄCY CZŁOWIEK PAJĄK I to byłem ja.
Praca zaczynała się o godzinie siódmej rano. Na salę wjeżdżał olbrzymi samochód ciężarowy, a ja i jeszcze inny człowiek o twarzy syfilityka-sadysty, na którego fartuchu wymalowane było serce przebite strzałą oraz napis: PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zabieraliśmy się do dzieła.
- Ty bierz swoje, a ja będę brał swoje - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Uważaj, żeby nam się wszystko nie popierdoliło. Jeżeli dołożysz swojego PAJĄKA do moich kurew, to Francesco dostanie szału.
- Kto to jest Francesco?
- Kierowca ciężarówki - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - To jest skurwysyn. On potem pójdzie do Mickeya, powie, że jego wóz miał przestój z naszej winy, i w piątek obaj wyskakujemy z roboty. Jasne?
Zaczęliśmy zrzucać paczki, a Francesco stał patrząc na nas z szyderczym uśmiechem i opatrując nasz wysiłek komentarzami nie nadającymi się do powtórzenia nawet w towarzystwie filmowców. Jego słowa miały w sobie dużo zachęty; co nie było bez znaczenia, jeśli weźmie się pod uwagę, iż ciężar jednej paczki wynosił najmniej czterdzieści kilo. Po kilkunastu minutach wszedł powolnym krokiem na salę jakiś starzec o wyglądzie człowieka stojącego nad grobem. Na plecach patriarchy wypisane było: SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY KOCHANEK. Ciężko dysząc i wybałuszając oczy w śmiertelnym wysiłku, SEKSUOLOGIA wdrapał się na ciężarówkę i szepnął mi na ucho:
- Uważaj! Mickey tu był dwa razy i widział, jak siedzisz. - Przecież dźwig odjechał - powiedziałem. - Musieliśmy czekać na następny.
- W naszej firmie się nie siada - powiedział SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY KOCHANEK. - Nawet jeśli nie ma dźwigu, musisz stać. Jeśli Mickey cię zobaczy, to wykopie cię od razu. - Charcząc i dysząc z wysiłku SEKSUOLOGIA. WSPANIAŁY KOCHANEK zlazł z ciężarówki i patrząc przed siebie błędnym wzrokiem odszedł; jego rybie oczy łzawiły. Mickey wszedł na salę i krzyknął:
- Przerwa.
Widziałem, jak PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT podnosił akurat paczkę i puścił ją w tym samym momencie, kiedy rozległ się ryk Mickeya. Wszyscy usiedliśmy, gdzie kto mógł, i każdy jadł przyniesione ze sobą sandwicze. Nagle na salę wszedł jakiś garbus, wyglądający przy tym jak przejście Żydów przez Morze Czerwone w jednej osobie. Na plecach miał napis: HERKULES, CZŁOWIEK MIĘŚNI. Garbus płakał rozdzierająco.
- Dlaczego ten bękart płacze? - zapytałem.
- Nie wiesz dlaczego? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Nie.
- Nasz szef ma dziwne poczucie humoru - odparł PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Widzisz, on nas wszystkich tak ponazywał, żeby nas krew zalewała, jak o tym myślimy. Ten garbus najpierw był TARZAN, SYN KNIEI, potem go zrobili PIĘKNO I SIŁA MĘŻCZYZNY, a teraz jest HERKULES. Kiedy ja tu przyszedłem, kiedy dali mi ten fartuch i gdy zobaczyłem, że już nie jestem Billy Andersonem, tylko PIERWSZĄ MIŁOŚCIĄ DZIEWCZĄT, poszedłem do szefa i mówię: „Szefie, czy nie mógłbym być CZŁOWIEKIEM BESTIĄ, MORDERCĄ DO WYNAJĘCIA?" A on popatrzył na mnie i powiedział: „Moim zdaniem ty wyglądasz jak PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT". Odwrócił się do swojej sekretarki i powiedział: „Susan, czy to nie jest najprzystojniejszy chłopak w Down-Town?" A Susan na to: „Tak, panie Fischbajn". A on do mnie: „I co, teraz mi wierzysz?" I tak się skończyło.
PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT zamyślił się. Jego ponura twarz syfilityka-sadysty stężała; czółko, które normalnie miało wielkość znaczka pocztowego, zniknęło zupełnie; zdawało się, że szczęka wyrastała mu wprost z głowy.
- A ja przecież nawet seks muszę kupować - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Tak jak inni kupują kartofle. Jestem wstrętny i nikt mnie nie chce. Kiedyś poszedłem do jednego baru z kurwami na Vine Street i one tam siedziały i piły whisky, którą kupowali im faceci, a potem wyprowadzali je ze sobą. Więc ja też chciałem kupić jednej i zapytałem ją, co ona pija, a ona mi na to: „Ja piję Seven and Seven. A ty co? Krokodyle gówno?" I nie chciała nawet ze mną mówić. Wtedy jakiś szofer taksówki powiedział mi, że
zna w Down-Town jedną prostytutkę, która nazwała siebie Josephine, i że mnie tam zawiezie. Zawiózł mnie, kazał zapukać do drzwi trzy razy i powiedzieć, że Harry mnie przysyła. On miał czekać na dole. Zapłaciłem mu osiem dolarów za kurs; poszedłem na górę, zapukałem; otworzył mi jakiś Murzyn. Ja mówię: ,,Chciałbym się widzieć z Josephiną". Czy wiesz, kim był ten Murzyn? To był zapaśnik, który zabił człowieka na ringu, za co odebrali mu licencję; nie umiał udawać i bił się naprawdę. Ten Murzyn dostał szału i potem
ja leżałem trzy tygodnie w szpitalu.
- Pewnie chciał ci zrobić kawał - powiedział człowiek POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.
- Kto?
- Ten szofer taksówki - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.
- Tak myślisz? - zapytał PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Człowiek czasem myśli, że jest śmieszny, jak upierdoli drugiego - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.
- Ja go jeszcze znajdę - rzekł PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Oni nas tu wszystkich wpierdolili - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Żeby dostać tę pracę, musisz należeć do związku. Nasz szef nikogo nie wyrzuci, bo Związek by go wykończył w jeden dzień. Daddy Hoffa nie pozwoliłby nikomu z nas nic zrobić. Dlatego my dostajemy dwa pięćdziesiąt trzy na godzinę, a nasz szef musi tyle płacić; on nienawidzi Daddy Hoffy i odgrywa się na nas. Ja na przykład jestem po dwóch zawałach serca, czterech operacjach przepukliny, nie mam ani jednego własnego zęba. i dlatego mój szef pchnął mnie na tę serię o bandycie, który grzebie ludzi żywcem. W zeszłym miesiącu zagrzebał dwie
małe dziewczynki, zakonnicę i swojego własnego teścia. A to wszystko dlatego, że w młodości coś się z nim stało i on, zdaje się, nienawidzi ludzi. Tak to przynajmniej wygląda. 
- Powiedz PAJĄKOWI, jak nazywałeś się przedtem - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT.
- Wolałbym o tym nie mówić.
- Powiedz mu.
- OK - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Przedtem nazywałem się JOE ZMARTWYCHWSTANIEC. To o takim jednym chłopaku z Kansas City, który porywał trupy.
- I co z nimi robił?
- Ja nie wiem. Akurat jak to się miało wyjaśnić, przeszedłem do innej grupy - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM.
- Nasz szef zawsze tak robi - zauważył PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Jak ktoś się naprawdę zainteresuje, co tam piszą w tych śmieciach, to zaraz przesuwa cię na inną robotę. Ja jestem PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT, a nawet nie wiem, o czym tam jest.
- To wszystko dlatego, że nasz szef nienawidzi Daddy Hoffy - powiedział POGRZEBCIE MNIE ŻYWCEM. - Daddy był dobrym człowiekiem, chciał nam nawet dać opiekę dentystyczną. Teraz go zamknęli, ale nasz szef boi go się dalej.
- On nienawidzi Hoffy, bo Hoffa był kierowcą ciężarówki i gdyby powiedział dziś jedno słowo, to cały kraj by stanął - powiedział PIERWSZA MIŁOŚĆ DZIEWCZĄT. - Tylko że Daddy tego nie zrobi. Daddy nie pozwoli nikomu nas wpierdolić, ale nie może się mieszać w sprawy wewnętrzne naszego szefa. Dlatego on nas wszystkich zrobił błaznami. Mickey wszedł na salę i krzyknął: - Let's go!