Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster Paul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster Paul. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 7 stycznia 2014

"Nic nie jest rzeczywiste oprócz przypadku"


"Wszystko zaczęło się od pomyłki telefonicznej: głuchą nocą trzy razy zadzwonił telefon i spytano o kogoś całkiem innego. Dużo później, kiedy mógł już się zastanowić, co mu się właściwie przytrafiło, uznał, że nic nie jest rzeczywiste oprócz przypadku. Było to jednak naprawdę dużo później. Początkowo istniało tylko zdarzenie i jego skutki. To, czy sprawy mogły się potoczyć inaczej, czy też wszystko zostało przesądzone w chwili, gdy z ust nieznajomej osoby padło pierwsze słowo, w ogóle się nie liczy. Liczy się sama opowieść i nie jej rzeczą jest osądzać własny sens lub nonsens.
 

piątek, 17 maja 2013

„Sunset Park” (fragment) Paul Auster

Ma dwadzieścia osiem lat i jest świadomy braku jakichkolwiek ambicji. Nie przejawia ambicji w związku z żadną konkretną dziedziną ani nie ma pojęcia, co powinien dać z siebie, aby zadbać o bezpieczną przyszłość. Wie, że długo nie zostanie na Florydzie, że bliska jest chwila, kiedy znowu odczuje potrzebę pójścia dalej, i póki potrzeba nie przerodzi się w czyn, jest zadowolony z teraźniejszości i nie ma zamiaru wybiegać myślą naprzód. Jeśli w ciągu siedmiu i pół roku, które upłynęły, odkąd porzucił college i poszedł własną drogą, udało mu się cokolwiek osiągnąć, to jest to zdolność do życia w teraźniejszości, do ograniczenia się do tu i teraz, i mimo że nie jest to najbardziej chwalebne osiągnięcie, jakie można sobie wyobrazić, wymagało od niego dużej dyscypliny i samokontroli. By nie mieć żadnych planów, czyli nie mieć tęsknot i nadziei, być zadowolonym z tego, co niesie los, by przyjmować, co wydziela ci świat od jednego wschodu słońca do drugiego – aby tak właśnie żyć, musisz chcieć bardzo mało, tak mało, jak jest to w ludzkiej mocy.

Stopniowo ograniczał swoje pragnienia, aż zbliżył się do absolutnego minimum. Całkowicie rzucił picie i palenie, nie chodzi do restauracji, nie posiada radia, telewizora ani komputera. Chętnie zamieniłby samochód na rower, ale nie może, bo do pracy musi pokonywać dużą odległość. Telefon komórkowy, który ma stale w kieszeni, też z najwyższą chęcią wyrzuciłby na śmietnik, lecz w pracy nie może się obejść bez niego. Aparat cyfrowy był raczej słabością, ale czuje, że przy całym trudzie i monotonii pracy w jakiś sposób ocala mu życie. Czynsz płaci niski, bo wynajmuje małe mieszkanie w biednej dzielnicy, i poza wydatkami na podstawowe potrzeby jedynym luksusem, na jaki sobie pozwala, jest kupowanie książek, w miękkich oprawach, głównie powieści, amerykańskich, brytyjskich, tłumaczonych z obcych języków, w sumie jednak książki nie są aż takim luksusem, raczej koniecznością, bo czytanie stało się uzależnieniem, z którego nie ma ochoty się wyleczyć.

Gdyby nie dziewczyna, prawdopodobnie wyjechałby jeszcze przed końcem miesiąca. Ma wystarczające oszczędności, żeby przenieść się, dokąd zechce, i już wie, że do tego stopnia nasycił się słońcem Florydy, by przekonać się, że bardziej szkodzi duszy, niż w czymkolwiek pomaga. Uważa, że słońce jest w swojej naturze makiaweliczne, ma w sobie jakąś hipokryzję, a jego światło niczego nie rozjaśnia, tylko zaciemnia – oślepia tępym, jaskrawym blaskiem, osacza masą oparów wilgoci, wprowadza w stan niepokoju, kiedy tworzy miraże i fale drgającego nicością powietrza. Samo w sobie jest błyskiem i lśnieniem, ale nie daje niczego wymiernego, żadnego spokoju ani ukojenia. Jednak to w tym słońcu po raz pierwszy zobaczył dziewczynę i ponieważ nie potrafi sam siebie przekonać, by z nią zerwać, nie przestaje żyć w słońcu i próbuje się z nim pogodzić.

Dziewczyna nazywa się Pilar Sanchez, zobaczył ją w parku sześć miesięcy temu, zupełnie przypadkowe spotkanie pewnego późnego sobotniego popołudnia w połowie maja, najmniej prawdopodobne, jakie można sobie wyobrazić. Siedziała na trawie i czytała książkę, on siedział niedaleko i także czytał, jak się potem okazało, tę samą książkę, w tej samej miękkiej oprawie, Wielkiego Gatsby’ego, po raz trzeci, odkąd dostał go od ojca na szesnaste urodziny. Siedział tak może od pół godziny, zatopiony w czytaniu, odcięty od otoczenia i nagle usłyszał czyjś śmiech. Odwrócił się i po tym pierwszym decydującym spojrzeniu, gdy złapał ją, jak uśmiecha się do niego i wskazuje tytuł swojej książki, domyślił się, że ma nawet mniej niż szesnaście lat, jest po prostu dorastającą dziewczyną, nastolatką w obcisłych szortach, sandałach i skąpym topie zawiązanym na szyi, ubraną jak niemal wszystkie mało atrakcyjne dziewczyny przewijające się w rozgrzanych słońcem miejscowościach południowej Florydy. Jeszcze dziecko, powiedział do siebie, jednak ona dalej tam była, miała gładkie, odsłonięte ciało i bystrą, śmiejącą się twarz, a on, który rzadko do kogokolwiek i czegokolwiek się uśmiecha, popatrzył w jej ciemne, ożywione oczy i uśmiechnął się. [...]

Jest zdumiony jej otwartością i inteligencją. Już pierwszego dnia, kiedy siedzieli i rozmawiali o Wielkim Gatsbym, był pod wrażeniem, że czyta książkę sama dla siebie, a nie jako lekturę zaleconą w szkole przez nauczyciela, a potem jeszcze bardziej go zadziwiła, gdy przekonywała, że najważniejszą postacią w książce nie jest Daisy ani Tom, ani nawet sam Gatsby, tylko Nick Carraway. Poprosił, żeby mu to wyjaśniła. Dlatego, że to on opowiada całą historię, mówiła. Jest jedyną postacią, która mocno stoi na ziemi i tylko on potrafi widzieć więcej niż siebie samego. Wszyscy pozostali są zagubieni i powierzchowni, gdyby nie Nick, jego zrozumienie i współczucie, niczego byśmy wobec nich nie czuli. Cała książka zbudowana jest na Nicku. Gdyby historię opowiadał wszystkowiedzący narrator, nawet w połowie nie byłaby tak dobra, jak jest.

środa, 3 kwietnia 2013

Nowości książkowe (1)

Sodoma-i-Gomora_Cormac-McCarthy,images_big,11,978-83-08-05062-0"Sodoma i Gomora" Cormac McCarthy. "Sodoma i Gomora" to ostatni tom słynnej "Trylogii Pogranicza". Tak jak w poprzednich częściach, "Rączych koniach" i "Przeprawie", znajdziemy tu: pomysłową fabułę, malarsko odmalowany świat i delikatne poczucie humoru. Pojawi się także - co w prozie McCarthy'ego rzadkie - wątek miłosny! Historia rozpoczyna się w 1952 roku. John Grady Cole i Billy Parham pracują razem na ranczu. Ujeżdżanie wierzchowców, aukcje koni, wieczorne opowieści przy ognisku - życie mężczyzn toczy się spokojnym trybem. Lecz już wkrótce wszystko ma się zmienić. John Grady zakochuje się bez pamięci w pięknej meksykańskiej prostytutce. Para planuje wspólne życie. Billy stara się odwieść przyjaciela od tego pomysłu. Gdy namowy nie skutkują, niechętnie zgadza się pomóc w ratowaniu dziewczyny z rąk brutalnego alfonsa...


Dziennik-Mistrza-i-Malgorzaty_Muza,images_big,5,978-83-7758-265-7"Dziennik Mistrza i Małgorzaty" Michaił Bułhakow, Jelena Sergiejewna Bułhakow. Dziennik Michaiła Bułhakowa i jego żony Jeleny Siergiejewny:  świadectwo tragicznego losu artysty w państwie totalitarnym; bogata dokumentacja życia geniusza literatury XX wieku, uzupełniona listami pisarza do władz państwowych ZSRR oraz do przyjaciół i rodziny; także historia życia zwyczajnych ludzi i obraz świata, który dziś jest już nie do odtworzenia; dodatkowym walorem są fotografie oraz komentarze Wiktora Łosiewa, znawcy twórczości Bułhakowa (tu również znajdują się przejmujące fragmenty "dziennika choroby" prowadzonego przez Jelenę do ostatnich chwil życia męża) Książka jest podzielona na dwie części. Pierwsza z nich to prowadzony od 1921 roku dziennik Bułhakowa, w którym opisuje swoją aklimatyzację w wielkomiejskiej i drogiej Moskwie. Nie jest to jednak tylko zapis dokumentalny jego życia. Pisarz jest świadomy, że jego notatki mogą być czytane przez pokolenia, dba więc o szczegóły. Rejestruje pozornie niemające znaczenia detale - ceny produktów, zmiany tras tramwajów czy kursy walut. Drugą część tej książki stanowią zapiski żony, Jeleny Bułhakowej, która od 1933 roku aż do śmierci pisarza na jego prośbę i często pod dyktando skrupulatnie prowadziła wspólny dziennik małżonków. Zapiski Jeleny to gromadzone z miłością i szacunkiem słowa, myśli i wspomnienia czynów człowieka, któremu poświęciła życie.

Niespodziewane-stronice_Julio-Cortazar,images_big,1,978-83-7758-316-6"Niespodziewane stronice" Julio Cortazar. "Niespodziewane stronice" to nie lada gratka dla wielbicieli Cortazara, którzy już dawno poznali wszystko, co Wielki Kronopio kiedykolwiek napisał. Nie marzyli nawet, że będzie im dane przeczytać coś jeszcze. I oto mają przed sobą teksty, na które Aurora Bernardez, natrafiła w starej komodzie. Niezwykłego odkrycia dokonała w grudniu 2006 roku, ponad dwadzieścia lat po śmierci męża. Niezwłocznie zadzwoniła do Carlosa Alvareza Garrigi - doktora filologii, wielkiego znawcy twórczości Cortazara. We dwoje pieczołowicie uporządkowali zapiski i przygotowali je do druku. Na zbiór "Niespodziewane stronice" składają się utwory, które powstawały na przestrzeni 46 lat. Trzy najstarsze pochodzą z roku 1938 - Cortazar miał wówczas 24 lata. Ostatni zaś został napisany w 1984 roku na krótko przed śmiercią wybitnego prozaika. Mamy niezwykłą możliwość obcowania zarówno z tekstami początkującego autora, jak i dziełami dojrzałego twórcy, świadomego, co i jak pragnie czytelnikowi przekazać. Szczerość i głębokie zaangażowanie Cortazara we wszystko, o czym pisze, wieczny młodzieńczy idealizm, doskonała znajomość ludzkiej psychiki, wnikliwość obserwacji, specyficzny i przewrotny humor, zabawy językowe, które od zawsze z radością uprawiał - całe to bogactwo odnajdziemy w "Niespodziewanym stronicach".

Taniec-szczesliwych-cieni_Alice-Munro,"Taniec szczęśliwych cieni" Alice Munro. "Taniec szczęśliwych cieni" to piętnaście historii przedstawionych z wielką dbałością o szczegół i psychologiczne prawdopodobieństwo. Nikt tak jak Alice Munro nie opisuje codziennych sytuacji, z jakimi mierzą się zwykli ludzie. W bohaterach jej prozy każdy może bez trudu odnaleźć samego siebie. Autorka portretuje głównie kobiety - dorosłe i nastoletnie, ich oczami spoglądamy w przeszłość. Munro w swoich opowiadaniach ukazuje złożoność więzów rodzinnych, specyfikę życia w małych miasteczkach i ogromne różnice między światem mężczyzn i kobiet. Prowokuje także do zadumy nad przemijaniem.





Morfina_Szczepan-Twardoch,images_big,13,978-83-08-05011-8"Morfina" Szczepan Twardoch. Bóg? Honor? Ojczyzna? Morfina! Konstanty Willemann, warszawiak, lecz syn niemieckiego arystokraty i spolszczonej Ślązaczki, niewiele robi sobie z patriotycznych haseł i tradycji uświęconej krwią bohaterskich żołnierzy. Jest cynikiem, łajdakiem i bon-vivantem. Niewiernym mężem i złym ojcem. Konstanty niechętnie bierze udział w kampanii wrześniowej, a po jej klęsce również wbrew sobie zostaje członkiem tajnej organizacji. Nie chce być Polakiem, nie chce być Niemcem. Pragnie jedynie zdobyć kolejną buteleczkę morfiny i żyć swoim dawnym życiem bywalca i kobieciarza. Przed historią jednak uciec się nie da. Szczepan Twardoch w Morfinie osiągnął rzecz rzadką w polskiej prozie - wykreował antybohatera, którego nie sposób nie lubić. Młody pisarz tak jak najwięksi ? Witkacy, Gombrowicz, Littell ? potrafi ukazać słabego, rozdartego człowieka wplątanego w wielką historię. Szalona, transowa i odważna powieść.

Sunset-Park_Znak,images_big,13,978-83-240-2252-6"Sunset Park" Paul Auster. Pulsujący emocjami świat Nowego Jorku... Paul Auster, współautor kultowych filmów "Dym" i "Brooklyn Boogie", ponownie odkrywa przed nami tajemnice metropolii, która nigdy nie śpi, oraz sekrety mieszkających tam ekscentryków. Bohaterowie "Sunset Park" rzadko chodzą utartymi ścieżkami, ale uporczywie szukać będą prawdziwej miłości, szczęścia i swojego miejsca w życiu. Miles nieumyślnie spowodował śmierć przyrodniego brata. Po tym wydarzeniu znika bez słowa, zrywając wszelkie kontakty z ojcem i macochą. Na Florydzie poznaje atrakcyjną Kubankę - Pilar. Nastolatka marzy o tym, by opuścić dom rodzinny i żyć w zgodzie z własnymi uczuciami. Przypadkowe spotkanie w parku staje się początkiem namiętnej miłości, którą zakochani muszą utrzymywać w tajemnicy do czasu, aż Pilar stanie się pełnoletnia. Szantażowany przez siostrę dziewczyny Miles decyduje się na kolejną ucieczkę. Powraca na Brooklyn. Jego nowym domem staje się squat niedaleko Sunset Park, a nowymi przyjaciółmi dziwni mieszkańcy tego przybytku - niepokorny Bing, dręczona erotycznymi wizjami Ellen i niespełniona pisarka Alice... Czy Miles odważy się na rozmowę z ojcem, której unika od lat? I jakie będą dalsze losy zakochanych?

niedziela, 5 sierpnia 2012

Niespodziewana rozkosz spotkania z czytelnikiem

"Potem stało się coś bardzo dziwnego. Quinn przeniósł uwagę na młodą kobietę po prawej, żeby sprawdzić, czy z tej strony nie znajdzie się coś do czytania. Oceniał ją na jakieś dwadzieścia lat. Na lewym policzku miała kilka krostek, zamaskowanych grubą jak tynk warstwą różowego pudru, i żuła gumę, aż strzelało. Czytała jednak książkę - miękka okładka, krzyczące kolory - więc leciutko przechylił się w prawo i rzucił okiem na tytuł. Wbrew najśmielszym oczekiwaniom była to jego własna książka Samobójczy uścisk Williama Wilsona, pierwsza powieść z Maksem Workiem w roli głównej. Wielokrotnie sobie wyobrażał taką sytuację: niespodziewaną rozkosz spotkania z czytelnikiem. Próbował nawet przewidzieć, jak potoczyłaby się rozmowa: uprzejmie onieśmielony komplementami, z wielkim ociąganiem i skromnością zgodziłby się złożyć na stronie tytułowej autograf, "skoro pani nalega". Lecz gdy te mrzonki się ziściły, ogarnęło go rozczarowanie, a nawet gniew. Sąsiadka mu się nie podobała, drażniło go, że tak niedbale sunie wzrokiem po kartkach, w które włożył tyle trudu. Przyszła mu nagle ochota, żeby wyrwać jej książkę i uciec na przełaj przez dworzec.

Raz jeszcze spojrzał dziewczynie w twarz, próbując usłyszeć dźwięczące jej w głowie słowa książki. Patrzył, jak przemyka oczami z lewa w prawo i z powrotem, ale chyba zbyt nachalnie się przyglądał, bo odwróciła się do niego i spytała z irytacją:
- Coś się nie podoba?
Blado się uśmiechnął.
- Nic, nic - odparł. - Zastanawiałem się tylko, co pani sądzi o tej książce.
Wzruszyła ramionami.
- Taka sobie.
Quinn chciał już zakończyć rozmowę, ale jakiś głos wewnętrzny kazał mu brnąć dalej. Nim zdążył wstać i odejść, następne pytanie padło jakby samo:
- Wciąga?
Dziewczyna znowu wzruszyła ramionami i głośno strzeliła gumą.
- Dosyć nawet. Przy tym rozdziale, co to detektyw się gubi, to aż ciarki przechodzą.
- Sprytny chociaż ten detektyw?
- Sprytny to on jest, tylko za dużo gada.
- Wolałaby pani więcej akcji?
- Chyba.
- Skoro się pani nie podoba, to po co pani czyta?
- A bo ja wiem. - Po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Czas szybciej leci. A zresztą, wielkie halo. To tylko książka, nie?

Już miał powiedzieć, że sam ją napisał, ale się zreflektował: przecież to nie ma znaczenia. Dziewczyna była beznadziejna. Nie po to od pięciu lat trzymał w tajemnicy tożsamość Williama Wilsona, żeby teraz się nagle zdradzić, a już zwłaszcza przed nieznajomą idiotką. Ale tak czy owak, nie było to miłe przeżycie. Rozpaczliwie usiłował je przełknąć, zdusić zranioną dumę. Zerwał się z ławki i odszedł, żeby nie dać dziewczynie w twarz".

Paul Auster "Trylogia nowojorska", przeł. Michał Kłobukowski, Rebis, Poznań 2006, s.64-65.

czwartek, 12 lipca 2012

Biblioteka wuja

"Na Sto Dwunastej Zachodniej mieszkałem z ponad tysiącem książek. Pierwotnie należały do mego wuja Victora, który gromadził je przez około trzydzieści lat. Tuż przed moim wyjazdem na studia podarował mi księgozbiór w chwili wzruszenia, jako prezent z okazji rozstania. Za nic nie chciałem go przyjąć, lecz wuj był sentymentalnym i szczodrym człowiekiem, toteż nie udało mi się odwieść go od tego pomysłu. „Nie mam dla ciebie pieniędzy - powiedział. - Ani żadnej rady. Weź książki, a sprawisz mi radość". Wziąłem więc książki, lecz przez następne półtora roku nie otworzyłem pudeł, w których były przechowywane. Zamyślałem nakłonić wuja, by zabrał je z powrotem, i nie chciałem, by do tego czasu coś się z nimi stało. 

W mojej sytuacji pudła okazały się bardzo użyteczne. Mieszkanie na Sto Dwunastej Zachodniej nie było umeblowane i zamiast trwonić pieniądze na sprzęty, których nie chciałem i na które nie bardzo mogłem sobie pozwolić, zmajstrowałem z kartonów kilka wyimaginowanych „mebli". Przypominało to nieco łamigłówkę: grupowałem pudła w różne konfiguracje, formowałem rzędy, układałem jedne na drugich, aż zaczęły przypominać wyposażenie domu. Jeden komplet szesnastu kartonów posłużył za łóżko pod materac, inny złożony z tuzina pełnił funkcję stołu, kolejnych siedem pudeł zastępowało krzesła, następne dwa udawały nocny stolik. Ogólny efekt był dość monochromatyczny, a to z powodu wszechobecnej ponurej szarzyzny, niemniej byłem dumny z własnej pomysłowości. Znajomi uznali, że to dziwaczne, ale zdążyłem ich już wtedy przyzwyczaić do moich dziwactw. Pomyślcie, mówiłem im, z jaką satysfakcją człowiek kładzie się do łóżka, wiedząc, że jego sny wyklują się na dziewiętnastowiecznej literaturze amerykańskiej. Wyobraźcie sobie, z jaką przyjemnością siada do posiłku, skoro podłożem strawy jest całe piśmiennictwo Renesansu. W istocie nie miałem zielonego pojęcia, które książki znajdują się w którym pudle, ale w owym czasie z upodobaniem wymyślałem różne historie i lubiłem samo brzmienie takich właśnie zdań, nawet jeżeli były blagą. Moje wyimaginowane meble pozostawały w stanie nienaruszonym blisko rok". [s.10]

"Właśnie wtedy zacząłem czytać książki wuja. Dwa tygodnie po pogrzebie wybrałem sobie na chybił trafił jeden z kartonów, starannie rozciąłem nożykiem taśmę i pochłonąłem wszystko, co znalazłem w środku. Była to dziwna mieszanina, spakowana bez wyraźnego porządku czy intencji. W pudle mieściły się powieści i sztuki teatralne, książki historyczne i podróżnicze, przewodniki szachowe i kryminały, science fiction i dzieła filozoficzne - absolutny chaos piśmienniczy. Nie robiło mi to jednak różnicy. Każdą książkę czytałem do końca i powstrzymywałem się przed formułowaniem ocen. Dla mnie każda była warta tyle samo co inne, każde zdanie składało się z odpowiedniej liczby słów, każde słowo znajdowało się w odpowiednim miejscu. Tak właśnie opłakiwałem wuja Victora. Jeden za drugim otwierałem kartony, jedną za drugą czytałem książki. Takie zadanie sobie postawiłem i zamierzałem w nim wytrwać do upadłego. 

Kolejne pudła kryły zbieraninę podobnie jak pierwsze, misz-masz literatury wysokich i niskich lotów, pliki efemeryd powtykane między klasykę, zaczytane paperbacki wciśnięte między wydania w twardych okładkach, szmira w jednym szeregu z Donnę'em i Tołstojem. Wuj Victor nie uporządkował swej biblioteki wedle żadnej systematyki. Ilekroć kupował nową książkę, stawiał ją na półce obok nabytej poprzednio i tak po trochu rzędy się wydłużały, zabierając z upływem lat coraz więcej miejsca. W tym właśnie szyku książki trafiły do pudeł. Tylko chronologia się zachowała, kolejność była nienaruszona przez zaniechanie. Uznałem to za idealny porządek. Ilekroć otwierałem następny karton, wkraczałem w nowy wycinek życia mego wuja, zamknięte pasmo dni, tygodni lub miesięcy, i znajdowałem pociechę w myśli, że zajmuję tę samą przestrzeń umysłową, którą niegdyś zajmował Victor - że czytam te same słowa, przeżywam te same historie, być może formułuję te same myśli. Było niemal tak, jak gdybym podążał tropem dawnego podróżnika, postępując jego śladem z czasów, gdy wypuścił się on na dziewicze terytorium, skierował na zachód wraz z ruchem słońca, podążał za światłem aż do całkowitego zgaśnięcia. Ponieważ kartony nie były ponumerowane ani oznaczone, nigdy nie wiedziałem, w jaki okres życia mego wuja wkraczam. Wędrówka składała się zatem  dyskretnych, urywkowych wypadów. Z Bostonu do Lenox, na nrzykład. Z Minneapolis do Sioux Falls. Z Kenoshy do Salt Lakę City Nie przeszkadzało mi, że muszę skakać po mapie. W końcu wypełnią się wszystkie luki, przebyte zostaną wszystkie odległości. Wiele z tych książek przeczytałem już wcześniej, inne przeczytał mi kiedyś na głos wuj: Robinson Kruzoe, Doktor Jekyll i pan Hyde, Niewidzialny człowiek. Nie odrzuciłem ich jednak. Brnąłem przez wszystko z jednakowym zapałem, pożerając znane równie chciwie co nie znane. W kątach pokoju rosły przeczytane stosy, a ilekroć taka kolumna groziła zawaleniem, pakowałem ją do dwóch toreb na zakupy i brałem ze sobą na zajęcia. Naprzeciw kampusu, po drugiej stronie Broadwayu, znajdował się antykwariat Chandlera, ciasna i zakurzona nora, w której kwitł handel używanymi książkami. Od lata 1967 do lata 1969 roku zaszedłem tam paręnaście razy, uwalniając się po trochu od swego dziedzictwa. To był jedyny czyn, na jaki sobie pozwoliłem - skorzystać z tego, co już posiadam. Bolało mnie, że rozstaję się z dawną własnością wuja, ale jednocześnie wiedziałem, że nie miałby do mnie żalu. Dług wobec niego spłaciłem w pewien sposób lekturą, a teraz, skoro brakowało mi pieniędzy, wydawało się logiczne, że powinienem zdobyć się na ten krok i zamienić książki na gotówkę.

niedziela, 27 maja 2012

Pisarze o pisaniu (8) - Paul Auster

Paul Auster
"Pewnej nocy [...], kiedy leżałem w łóżku, walcząc z bezsennością, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Może nie pomysł, ot, myśl, skromny wątek. Tamtego roku czytałem bardzo dużo kryminałów, napisanych głównie przez ludzi z amerykańskiej szkoły dosłowności. Były dla mnie znakomitym lekarstwem, balsamem na stres i chroniczne leki, poza tym zacząłem podziwiać niektórych autorów. Najlepsi z nich okazywali się pokornymi, rzeczowymi pisarzami, mieli znacznie więcej do powiedzenia o życiu w Ameryce niż tak zwani poważni literaci, a przy tym często budowali zręczniejsze, bardziej dosadne zdania. Jednym z typowych pretekstów zawiązania akcji było samobójstwo, które okazywało się morderstwem. Zwykle postać z powieści umierała ostentacyjnie z własnej ręki, by pod koniec historii, po wielu zagmatwanych zwrotach intrygi, wyszło na jaw, że winny śmierci jest czarny charakter. Pomyślałem: a dlaczego by nie zmienić kolejności i nie postawić tego na głowie? Dlaczego nie zaproponować opowieści, w której ewidentne morderstwo okazuje się samobójstwem? O ile wiedziałem, nikt tego jeszcze nie zrobił.

Była to oczywiście czcza spekulacja, myśl, jaka może postać w głowie o drugiej w nocy, nie mogłem jednak zasnąć i gdy serce zaczynało mi bić coraz żwawiej, podążyłem za tamtą myślą i dla uspokojenia wyobrażałem sobie dalszy ciąg opowieści. niczym nie ryzykowałem, chciałem po prostu ukoić skołatane nerwy, ale nim zasnąłem, układając kolejne elementy zagadki, wykoncypowałem główny zarys powieści kryminalnej.

Następnego ranka doszedłem do wniosku, że napisanie tej powieści to zupełnie niegłupi pomysł. Oczywiście miałem inne rzeczy do roboty. Od miesięcy nie napisałem zdania godnego uwagi, nie mogłem znaleźć pracy, konto w banku zaczynało świecić pustkami. Gdyby udało mi się wysmażyć stosunkowo dobry kryminał, wtedy z pewnością wpadłoby mi do ręki kilka dolarów. Nie marzyłem już o worach złota. Wystarczała mi godziwa zapłata za uczciwy dzień pracy, szansa przeżycia.

Do pracy wziąłem się na początku czerwca i pod koniec sierpnia miałem już gotowy maszynopis liczący ponad trzysta stron*. Było to dla mnie czyste ćwiczenie wyobraźni, świadoma próba stworzenia książki podobnej do innych, a to, że napisałem ją dla pieniędzy, nie oznaczało, że pisanie nie sprawiało mi przyjemności. Jako jedna z wielu tego gatunku wydała mi się nie gorsza od pozostałych, od niektórych zaś dużo lepsza. W każdym razie nadawała się do druku, a o to przecież mi chodziło. Chciałem jedynie na niej zarobić i spłacić tyle rachunków, na ile wystarczy pieniędzy".

* Wydanie polskie pod tytułem Nieczyste zagranie, Noir sur Blanc, Warszawa 2000.

Fragment pochodzi z: Wiążąc koniec z końcem, przełożył Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Warszawa 2001, s. 112-113.