"Wszystko zaczęło się od pomyłki telefonicznej: głuchą nocą trzy razy zadzwonił telefon i spytano o kogoś całkiem innego. Dużo później, kiedy mógł już się zastanowić, co mu się właściwie przytrafiło, uznał, że nic nie jest rzeczywiste oprócz przypadku. Było to jednak naprawdę dużo później. Początkowo istniało tylko zdarzenie i jego skutki. To, czy sprawy mogły się potoczyć inaczej, czy też wszystko zostało przesądzone w chwili, gdy z ust nieznajomej osoby padło pierwsze słowo, w ogóle się nie liczy. Liczy się sama opowieść i nie jej rzeczą jest osądzać własny sens lub nonsens.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster Paul. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Auster Paul. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 stycznia 2014
"Nic nie jest rzeczywiste oprócz przypadku"
"Wszystko zaczęło się od pomyłki telefonicznej: głuchą nocą trzy razy zadzwonił telefon i spytano o kogoś całkiem innego. Dużo później, kiedy mógł już się zastanowić, co mu się właściwie przytrafiło, uznał, że nic nie jest rzeczywiste oprócz przypadku. Było to jednak naprawdę dużo później. Początkowo istniało tylko zdarzenie i jego skutki. To, czy sprawy mogły się potoczyć inaczej, czy też wszystko zostało przesądzone w chwili, gdy z ust nieznajomej osoby padło pierwsze słowo, w ogóle się nie liczy. Liczy się sama opowieść i nie jej rzeczą jest osądzać własny sens lub nonsens.
piątek, 17 maja 2013
„Sunset Park” (fragment) Paul Auster
Ma dwadzieścia osiem lat i jest świadomy
braku jakichkolwiek ambicji. Nie przejawia ambicji w związku z żadną
konkretną dziedziną ani nie ma pojęcia, co powinien dać z siebie, aby
zadbać o bezpieczną przyszłość. Wie, że długo nie zostanie na Florydzie,
że bliska jest chwila, kiedy znowu odczuje potrzebę pójścia dalej, i
póki potrzeba nie przerodzi się w czyn, jest zadowolony z
teraźniejszości i nie ma zamiaru wybiegać myślą naprzód. Jeśli w ciągu
siedmiu i pół roku, które upłynęły, odkąd porzucił college i poszedł
własną drogą, udało mu się cokolwiek osiągnąć, to jest to zdolność do
życia w teraźniejszości, do ograniczenia się do tu i teraz, i mimo że
nie jest to najbardziej chwalebne osiągnięcie, jakie można sobie
wyobrazić, wymagało od niego dużej dyscypliny i samokontroli. By nie
mieć żadnych planów, czyli nie mieć tęsknot i nadziei, być zadowolonym z
tego, co niesie los, by przyjmować, co wydziela ci świat od jednego
wschodu słońca do drugiego – aby tak właśnie żyć, musisz chcieć bardzo
mało, tak mało, jak jest to w ludzkiej mocy.
Stopniowo ograniczał swoje pragnienia,
aż zbliżył się do absolutnego minimum. Całkowicie rzucił picie i
palenie, nie chodzi do restauracji, nie posiada radia, telewizora ani
komputera. Chętnie zamieniłby samochód na rower, ale nie może, bo do
pracy musi pokonywać dużą odległość. Telefon komórkowy, który ma stale w
kieszeni, też z najwyższą chęcią wyrzuciłby na śmietnik, lecz w pracy
nie może się obejść bez niego. Aparat cyfrowy był raczej słabością, ale
czuje, że przy całym trudzie i monotonii pracy w jakiś sposób ocala mu
życie. Czynsz płaci niski, bo wynajmuje małe mieszkanie w biednej
dzielnicy, i poza wydatkami na podstawowe potrzeby jedynym luksusem, na
jaki sobie pozwala, jest kupowanie książek, w miękkich oprawach, głównie
powieści, amerykańskich, brytyjskich, tłumaczonych z obcych języków, w
sumie jednak książki nie są aż takim luksusem, raczej koniecznością, bo
czytanie stało się uzależnieniem, z którego nie ma ochoty się wyleczyć.
Gdyby nie dziewczyna, prawdopodobnie wyjechałby jeszcze przed końcem miesiąca. Ma wystarczające oszczędności, żeby przenieść się, dokąd zechce, i już wie, że do tego stopnia nasycił się słońcem Florydy, by przekonać się, że bardziej szkodzi duszy, niż w czymkolwiek pomaga. Uważa, że słońce jest w swojej naturze makiaweliczne, ma w sobie jakąś hipokryzję, a jego światło niczego nie rozjaśnia, tylko zaciemnia – oślepia tępym, jaskrawym blaskiem, osacza masą oparów wilgoci, wprowadza w stan niepokoju, kiedy tworzy miraże i fale drgającego nicością powietrza. Samo w sobie jest błyskiem i lśnieniem, ale nie daje niczego wymiernego, żadnego spokoju ani ukojenia. Jednak to w tym słońcu po raz pierwszy zobaczył dziewczynę i ponieważ nie potrafi sam siebie przekonać, by z nią zerwać, nie przestaje żyć w słońcu i próbuje się z nim pogodzić.
Dziewczyna nazywa się Pilar Sanchez, zobaczył ją w parku sześć miesięcy temu, zupełnie przypadkowe spotkanie pewnego późnego sobotniego popołudnia w połowie maja, najmniej prawdopodobne, jakie można sobie wyobrazić. Siedziała na trawie i czytała książkę, on siedział niedaleko i także czytał, jak się potem okazało, tę samą książkę, w tej samej miękkiej oprawie, Wielkiego Gatsby’ego, po raz trzeci, odkąd dostał go od ojca na szesnaste urodziny. Siedział tak może od pół godziny, zatopiony w czytaniu, odcięty od otoczenia i nagle usłyszał czyjś śmiech. Odwrócił się i po tym pierwszym decydującym spojrzeniu, gdy złapał ją, jak uśmiecha się do niego i wskazuje tytuł swojej książki, domyślił się, że ma nawet mniej niż szesnaście lat, jest po prostu dorastającą dziewczyną, nastolatką w obcisłych szortach, sandałach i skąpym topie zawiązanym na szyi, ubraną jak niemal wszystkie mało atrakcyjne dziewczyny przewijające się w rozgrzanych słońcem miejscowościach południowej Florydy. Jeszcze dziecko, powiedział do siebie, jednak ona dalej tam była, miała gładkie, odsłonięte ciało i bystrą, śmiejącą się twarz, a on, który rzadko do kogokolwiek i czegokolwiek się uśmiecha, popatrzył w jej ciemne, ożywione oczy i uśmiechnął się. [...]
Jest zdumiony jej otwartością i inteligencją. Już pierwszego dnia, kiedy siedzieli i rozmawiali o Wielkim Gatsbym, był pod wrażeniem, że czyta książkę sama dla siebie, a nie jako lekturę zaleconą w szkole przez nauczyciela, a potem jeszcze bardziej go zadziwiła, gdy przekonywała, że najważniejszą postacią w książce nie jest Daisy ani Tom, ani nawet sam Gatsby, tylko Nick Carraway. Poprosił, żeby mu to wyjaśniła. Dlatego, że to on opowiada całą historię, mówiła. Jest jedyną postacią, która mocno stoi na ziemi i tylko on potrafi widzieć więcej niż siebie samego. Wszyscy pozostali są zagubieni i powierzchowni, gdyby nie Nick, jego zrozumienie i współczucie, niczego byśmy wobec nich nie czuli. Cała książka zbudowana jest na Nicku. Gdyby historię opowiadał wszystkowiedzący narrator, nawet w połowie nie byłaby tak dobra, jak jest.
środa, 3 kwietnia 2013
Nowości książkowe (1)
niedziela, 5 sierpnia 2012
Niespodziewana rozkosz spotkania z czytelnikiem
Raz jeszcze spojrzał dziewczynie w twarz, próbując usłyszeć dźwięczące jej w głowie słowa książki. Patrzył, jak przemyka oczami z lewa w prawo i z powrotem, ale chyba zbyt nachalnie się przyglądał, bo odwróciła się do niego i spytała z irytacją:
- Coś się nie podoba?
Blado się uśmiechnął.
- Nic, nic - odparł. - Zastanawiałem się tylko, co pani sądzi o tej książce.
Wzruszyła ramionami.
- Taka sobie.
Quinn chciał już zakończyć rozmowę, ale jakiś głos wewnętrzny kazał mu brnąć dalej. Nim zdążył wstać i odejść, następne pytanie padło jakby samo:
- Wciąga?
Dziewczyna znowu wzruszyła ramionami i głośno strzeliła gumą.
- Dosyć nawet. Przy tym rozdziale, co to detektyw się gubi, to aż ciarki przechodzą.
- Sprytny chociaż ten detektyw?
- Sprytny to on jest, tylko za dużo gada.
- Wolałaby pani więcej akcji?
- Chyba.
- Skoro się pani nie podoba, to po co pani czyta?
- A bo ja wiem. - Po raz kolejny wzruszyła ramionami. - Czas szybciej leci. A zresztą, wielkie halo. To tylko książka, nie?
Już miał powiedzieć, że sam ją napisał, ale się zreflektował: przecież to nie ma znaczenia. Dziewczyna była beznadziejna. Nie po to od pięciu lat trzymał w tajemnicy tożsamość Williama Wilsona, żeby teraz się nagle zdradzić, a już zwłaszcza przed nieznajomą idiotką. Ale tak czy owak, nie było to miłe przeżycie. Rozpaczliwie usiłował je przełknąć, zdusić zranioną dumę. Zerwał się z ławki i odszedł, żeby nie dać dziewczynie w twarz".
czwartek, 12 lipca 2012
Biblioteka wuja

W mojej sytuacji pudła okazały się bardzo użyteczne. Mieszkanie na Sto Dwunastej Zachodniej nie było umeblowane i zamiast trwonić pieniądze na sprzęty, których nie chciałem i na które nie bardzo mogłem sobie pozwolić, zmajstrowałem z kartonów kilka wyimaginowanych „mebli". Przypominało to nieco łamigłówkę: grupowałem pudła w różne konfiguracje, formowałem rzędy, układałem jedne na drugich, aż zaczęły przypominać wyposażenie domu. Jeden komplet szesnastu kartonów posłużył za łóżko pod materac, inny złożony z tuzina pełnił funkcję stołu, kolejnych siedem pudeł zastępowało krzesła, następne dwa udawały nocny stolik. Ogólny efekt był dość monochromatyczny, a to z powodu wszechobecnej ponurej szarzyzny, niemniej byłem dumny z własnej pomysłowości. Znajomi uznali, że to dziwaczne, ale zdążyłem ich już wtedy przyzwyczaić do moich dziwactw. Pomyślcie, mówiłem im, z jaką satysfakcją człowiek kładzie się do łóżka, wiedząc, że jego sny wyklują się na dziewiętnastowiecznej literaturze amerykańskiej. Wyobraźcie sobie, z jaką przyjemnością siada do posiłku, skoro podłożem strawy jest całe piśmiennictwo Renesansu. W istocie nie miałem zielonego pojęcia, które książki znajdują się w którym pudle, ale w owym czasie z upodobaniem wymyślałem różne historie i lubiłem samo brzmienie takich właśnie zdań, nawet jeżeli były blagą. Moje wyimaginowane meble pozostawały w stanie nienaruszonym blisko rok". [s.10]
"Właśnie wtedy zacząłem czytać książki wuja. Dwa tygodnie po pogrzebie wybrałem sobie na chybił trafił jeden z kartonów, starannie rozciąłem nożykiem taśmę i pochłonąłem wszystko, co znalazłem w środku. Była to dziwna mieszanina, spakowana bez wyraźnego porządku czy intencji. W pudle mieściły się powieści i sztuki teatralne, książki historyczne i podróżnicze, przewodniki szachowe i kryminały, science fiction i dzieła filozoficzne - absolutny chaos piśmienniczy. Nie robiło mi to jednak różnicy. Każdą książkę czytałem do końca i powstrzymywałem się przed formułowaniem ocen. Dla mnie każda była warta tyle samo co inne, każde zdanie składało się z odpowiedniej liczby słów, każde słowo znajdowało się w odpowiednim miejscu. Tak właśnie opłakiwałem wuja Victora. Jeden za drugim otwierałem kartony, jedną za drugą czytałem książki. Takie zadanie sobie postawiłem i zamierzałem w nim wytrwać do upadłego.
Kolejne pudła kryły zbieraninę podobnie jak pierwsze, misz-masz literatury wysokich i niskich lotów, pliki efemeryd powtykane między klasykę, zaczytane paperbacki wciśnięte między wydania w twardych okładkach, szmira w jednym szeregu z Donnę'em i Tołstojem. Wuj Victor nie uporządkował swej biblioteki wedle żadnej systematyki. Ilekroć kupował nową książkę, stawiał ją na półce obok nabytej poprzednio i tak po trochu rzędy się wydłużały, zabierając z upływem lat coraz więcej miejsca. W tym właśnie szyku książki trafiły do pudeł. Tylko chronologia się zachowała, kolejność była nienaruszona przez zaniechanie. Uznałem to za idealny porządek. Ilekroć otwierałem następny karton, wkraczałem w nowy wycinek życia mego wuja, zamknięte pasmo dni, tygodni lub miesięcy, i znajdowałem pociechę w myśli, że zajmuję tę samą przestrzeń umysłową, którą niegdyś zajmował Victor - że czytam te same słowa, przeżywam te same historie, być może formułuję te same myśli. Było niemal tak, jak gdybym podążał tropem dawnego podróżnika, postępując jego śladem z czasów, gdy wypuścił się on na dziewicze terytorium, skierował na zachód wraz z ruchem słońca, podążał za światłem aż do całkowitego zgaśnięcia. Ponieważ kartony nie były ponumerowane ani oznaczone, nigdy nie wiedziałem, w jaki okres życia mego wuja wkraczam. Wędrówka składała się zatem dyskretnych, urywkowych wypadów. Z Bostonu do Lenox, na nrzykład. Z Minneapolis do Sioux Falls. Z Kenoshy do Salt Lakę City Nie przeszkadzało mi, że muszę skakać po mapie. W końcu wypełnią się wszystkie luki, przebyte zostaną wszystkie odległości. Wiele z tych książek przeczytałem już wcześniej, inne przeczytał mi kiedyś na głos wuj: Robinson Kruzoe, Doktor Jekyll i pan Hyde, Niewidzialny człowiek. Nie odrzuciłem ich jednak. Brnąłem przez wszystko z jednakowym zapałem, pożerając znane równie chciwie co nie znane. W kątach pokoju rosły przeczytane stosy, a ilekroć taka kolumna groziła zawaleniem, pakowałem ją do dwóch toreb na zakupy i brałem ze sobą na zajęcia. Naprzeciw kampusu, po drugiej stronie Broadwayu, znajdował się antykwariat Chandlera, ciasna i zakurzona nora, w której kwitł handel używanymi książkami. Od lata 1967 do lata 1969 roku zaszedłem tam paręnaście razy, uwalniając się po trochu od swego dziedzictwa. To był jedyny czyn, na jaki sobie pozwoliłem - skorzystać z tego, co już posiadam. Bolało mnie, że rozstaję się z dawną własnością wuja, ale jednocześnie wiedziałem, że nie miałby do mnie żalu. Dług wobec niego spłaciłem w pewien sposób lekturą, a teraz, skoro brakowało mi pieniędzy, wydawało się logiczne, że powinienem zdobyć się na ten krok i zamienić książki na gotówkę.
niedziela, 27 maja 2012
Pisarze o pisaniu (8) - Paul Auster
![]() |
Paul Auster |
"Pewnej nocy [...], kiedy leżałem w łóżku, walcząc z bezsennością, przyszedł mi do głowy pewien pomysł. Może nie pomysł, ot, myśl, skromny wątek. Tamtego roku czytałem bardzo dużo kryminałów, napisanych głównie przez ludzi z amerykańskiej szkoły dosłowności. Były dla mnie znakomitym lekarstwem, balsamem na stres i chroniczne leki, poza tym zacząłem podziwiać niektórych autorów. Najlepsi z nich okazywali się pokornymi, rzeczowymi pisarzami, mieli znacznie więcej do powiedzenia o życiu w Ameryce niż tak zwani poważni literaci, a przy tym często budowali zręczniejsze, bardziej dosadne zdania. Jednym z typowych pretekstów zawiązania akcji było samobójstwo, które okazywało się morderstwem. Zwykle postać z powieści umierała ostentacyjnie z własnej ręki, by pod koniec historii, po wielu zagmatwanych zwrotach intrygi, wyszło na jaw, że winny śmierci jest czarny charakter. Pomyślałem: a dlaczego by nie zmienić kolejności i nie postawić tego na głowie? Dlaczego nie zaproponować opowieści, w której ewidentne morderstwo okazuje się samobójstwem? O ile wiedziałem, nikt tego jeszcze nie zrobił.
Była to oczywiście czcza spekulacja, myśl, jaka może postać w głowie o drugiej w nocy, nie mogłem jednak zasnąć i gdy serce zaczynało mi bić coraz żwawiej, podążyłem za tamtą myślą i dla uspokojenia wyobrażałem sobie dalszy ciąg opowieści. niczym nie ryzykowałem, chciałem po prostu ukoić skołatane nerwy, ale nim zasnąłem, układając kolejne elementy zagadki, wykoncypowałem główny zarys powieści kryminalnej.
Następnego ranka doszedłem do wniosku, że napisanie tej powieści to zupełnie niegłupi pomysł. Oczywiście miałem inne rzeczy do roboty. Od miesięcy nie napisałem zdania godnego uwagi, nie mogłem znaleźć pracy, konto w banku zaczynało świecić pustkami. Gdyby udało mi się wysmażyć stosunkowo dobry kryminał, wtedy z pewnością wpadłoby mi do ręki kilka dolarów. Nie marzyłem już o worach złota. Wystarczała mi godziwa zapłata za uczciwy dzień pracy, szansa przeżycia.
Do pracy wziąłem się na początku czerwca i pod koniec sierpnia miałem już gotowy maszynopis liczący ponad trzysta stron*. Było to dla mnie czyste ćwiczenie wyobraźni, świadoma próba stworzenia książki podobnej do innych, a to, że napisałem ją dla pieniędzy, nie oznaczało, że pisanie nie sprawiało mi przyjemności. Jako jedna z wielu tego gatunku wydała mi się nie gorsza od pozostałych, od niektórych zaś dużo lepsza. W każdym razie nadawała się do druku, a o to przecież mi chodziło. Chciałem jedynie na niej zarobić i spłacić tyle rachunków, na ile wystarczy pieniędzy".
* Wydanie polskie pod tytułem Nieczyste zagranie, Noir sur Blanc, Warszawa 2000.
Fragment pochodzi z: Wiążąc koniec z końcem, przełożył Krzysztof Obłucki, Noir sur Blanc, Warszawa 2001, s. 112-113.
Subskrybuj:
Posty (Atom)