![]() |
Leopold Tyrmand |
Dla jednych był moralnym drogowskazem czasu PRL-u, inni uważali go za niepoważnego bikiniarza. O tym, kim naprawdę był Leopold Tyrmand, rozmawiamy z Mariuszem Urbankiem, autorem książki "Zły Tyrmand", w której o popularnym pisarzu opowiadali autorowi ludzie wcześniej sami sportretowani na łamach "Dziennika 1954" i
innych książek Tyrmanda (m.in. Agnieszka Osiecka, Irena Szymańska,
Stefan Kisielewski, Zygmunt Kałużyński i Szymon Kobyliński).
Beata
Gigiel: Jedni nazywali go wzorem elegancji, inni mawiali, że ma
fryzjerczykowaty wygląd– napisał pan w swojej książce "Zły Tyrmand" o
ikonie Warszawy.
Mariusz Urbanek: Ikonie Warszawy lat 50. Zygmunt Broniarek powiedział mi, że w czasach, kiedy nie było jeszcze telewizji, on cieszył się popularnością wręcz telewizyjną. Kiedy szedł Alejami Jerozolimskimi albo Nowym Światem, wiadomo było, że to właśnie idzie Leopold Tyrmand – człowiek od jazzu i kolorowych ciuchów.
I skarpetek w paski, które stały się niemal jego znakiem firmowym.
Jest w różnych opowieściach o Tyrmandzie sprzeczność - czy był, jak mówią jedni, bikiniarzem, czy, jak chcą inni, ubierał się w sposób elegancki i stonowany. Choć w tym stonowaniu jego legendarne kolorowe skarpetki wyróżniały się jeszcze bardziej. To było wyzwanie rzucone ustrojowi i wszechogarniającej szarzyźnie. Mówiło się, że jeżeli przy stole siedzi siedmiu facetów i sześciu z nich jest ubranych w szare garnitury z samodziałowego materiału, który został właśnie rzucony do MDM-u, natomiast siódmy wygląda na ich tle jak kolorowy paw – to tym siódmym jest właśnie Leopold Tyrmand. Ja jestem przekonany, że on był naprawdę bardzo elegancko ubrany. Takie są świadectwa osób mu bliskich. Tych, które znały go nie tylko z anegdoty, albo marzyły, żeby choć raz napić się z Tyrmandem wódki, ale jego przyjaciół i związanych z nim kobiet. A one przecież wiedziały, jak się ubierał. Zresztą poświadczają to zdjęcia. Bikiniarza próbowali zrobić z niego ci, którzy zazdrościli mu barwności, luzu, a także młodych i pięknych dziewczyn, wpatrzonych w Tyrmanda jak w obraz. Był raczej arbitrem elegancji niż bikiniarzem.
Elegancki, ale ekscentryczny i chimeryczny, potrafił nagle zerwać kontakty z najlepszymi i najwierniejszymi przyjaciółmi.
Był bardzo wymagający. Chyba nie pasował do czasów, które nastały po 1945 roku. Jego elegancja to nie była wprawdzie elegancja Starszych Panów – Wasowskiego i Przybory – ale Tyrmand pielęgnował wiele z przedwojennych obyczajów. Oczekiwał, że ludzie będą punktualni, będą odpowiadali na korespondencję i będą przestrzegali reguł kindersztuby. Potrafił być rzeczywiście bezwzględny. Jeżeli ktoś naruszył dobre obyczaje, to, jak Witkacy, był przez Tyrmanda przesuwany na liście przyjaciół z pozycji siódmej na np. dziewięćdziesiątą trzecią. Tyle, że on nie informował nawet o tym zainteresowanego. Po prostu nagle ktoś zauważał, że dawny przyjaciel jest dla niego bryłą lodu.
Mariusz Urbanek: Ikonie Warszawy lat 50. Zygmunt Broniarek powiedział mi, że w czasach, kiedy nie było jeszcze telewizji, on cieszył się popularnością wręcz telewizyjną. Kiedy szedł Alejami Jerozolimskimi albo Nowym Światem, wiadomo było, że to właśnie idzie Leopold Tyrmand – człowiek od jazzu i kolorowych ciuchów.
I skarpetek w paski, które stały się niemal jego znakiem firmowym.
Jest w różnych opowieściach o Tyrmandzie sprzeczność - czy był, jak mówią jedni, bikiniarzem, czy, jak chcą inni, ubierał się w sposób elegancki i stonowany. Choć w tym stonowaniu jego legendarne kolorowe skarpetki wyróżniały się jeszcze bardziej. To było wyzwanie rzucone ustrojowi i wszechogarniającej szarzyźnie. Mówiło się, że jeżeli przy stole siedzi siedmiu facetów i sześciu z nich jest ubranych w szare garnitury z samodziałowego materiału, który został właśnie rzucony do MDM-u, natomiast siódmy wygląda na ich tle jak kolorowy paw – to tym siódmym jest właśnie Leopold Tyrmand. Ja jestem przekonany, że on był naprawdę bardzo elegancko ubrany. Takie są świadectwa osób mu bliskich. Tych, które znały go nie tylko z anegdoty, albo marzyły, żeby choć raz napić się z Tyrmandem wódki, ale jego przyjaciół i związanych z nim kobiet. A one przecież wiedziały, jak się ubierał. Zresztą poświadczają to zdjęcia. Bikiniarza próbowali zrobić z niego ci, którzy zazdrościli mu barwności, luzu, a także młodych i pięknych dziewczyn, wpatrzonych w Tyrmanda jak w obraz. Był raczej arbitrem elegancji niż bikiniarzem.
Elegancki, ale ekscentryczny i chimeryczny, potrafił nagle zerwać kontakty z najlepszymi i najwierniejszymi przyjaciółmi.
Był bardzo wymagający. Chyba nie pasował do czasów, które nastały po 1945 roku. Jego elegancja to nie była wprawdzie elegancja Starszych Panów – Wasowskiego i Przybory – ale Tyrmand pielęgnował wiele z przedwojennych obyczajów. Oczekiwał, że ludzie będą punktualni, będą odpowiadali na korespondencję i będą przestrzegali reguł kindersztuby. Potrafił być rzeczywiście bezwzględny. Jeżeli ktoś naruszył dobre obyczaje, to, jak Witkacy, był przez Tyrmanda przesuwany na liście przyjaciół z pozycji siódmej na np. dziewięćdziesiątą trzecią. Tyle, że on nie informował nawet o tym zainteresowanego. Po prostu nagle ktoś zauważał, że dawny przyjaciel jest dla niego bryłą lodu.