Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sontag Susan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sontag Susan. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

"Fotografia jest jak cytat"

Londyński listonosz obsługujący swój 
rejon podczas niemieckich nalotów, 1940


"Nieprzerwany potok obrazów (telewizja, streaming video, filmy) zalewa nasze otoczenie, ale to fotografia najmocniej wbija się w pamięć. Pamięć działa na zasadzie stopklatki: jej podstawową jednostką jest pojedynczy obraz. W epoce nadmiaru informacji fotografia sprawia, że można coś szybko ogarnąć i zapamiętać w skompresowanej postaci. Fotografia jest jak cytat, maksyma albo przysłowie. Każdy z nas przechowuje w pamięci setki zdjęć, które dają się szybko przywołać. Wystarczy wspomnieć najsłynniejsze zdjęcie z hiszpańskiej wojny domowej, republikańskiego żołnierza uchwyconego przez Roberta Capę w chwili, gdy trafiła go kula wroga, a już każdy, kto słyszał o tej wojnie, potrafi przywołać z pamięci gruboziarnisty czarno-biały obraz mężczyzny w białej koszuli z podwiniętymi rękawami padającego do tyłu na wzgórzu. Prawe ramię ma odrzucone w tył, karabin wysuwa mu się z dłoni, a on sam za chwilę padnie martwy na swój cień.

piątek, 12 kwietnia 2013

Stare fotografie (1) - Zniszczona biblioteka Holland House



„Fotografia ukazuje trzech dżentelmenów stojących w pewnej odległości od siebie pośród doszczętnie zniszczonej, pozbawionej jednej ściany i dachu biblioteki Holland House przed dwoma cudownie nietkniętymi regałami pełnymi książek. Jeden patrzy na książki, drugi dotyka palcem grzbietu tomu, który ma zamiar wyciągnąć z półki, trzeci czyta książkę, którą trzyma w ręku. Tak elegancko skomponowane tableau musiało być wyreżyserowane. Przyjemnie jest sobie wyobrazić, że zdjęcie nie zostało od początku do końca zmyślone przez buszującego po Kensington po nalocie fotografa, który natknął się na wspaniały gmach z epoki króla Jakuba rozdarty bombą i sprowadził trzech mężczyzn do odegrania roli nieporuszonych czytelników. Wolimy myśleć, że trzech dżentelmenów zaspokajało swoje literackie apetyty w zniszczonym gmachu, a fotograf tylko ich trochę poustawiał, żeby zrobić bardziej wyraziste zdjęcie. Tak czy owak, fotografia zachowuje urok epoki i autentyzm jako hołd złożony utraconemu już ideałowi narodowego hartu ducha i sang-froid”.

Susan Sontag, Widok cudzego cierpienia (oryg. Regarding the Pain of Others), przeł. Sławomir Magala, wyd. Karakter, Kraków 2010, s. 70-71.

Źródło fragmentu: Poczytalnia/kultura czytania.

środa, 14 listopada 2012

Susan Sontag o pisaniu

Nic z wyjątkiem lenistwa nie powstrzymuje mnie przed tym, by zostać pisarką. Dobrą pisarką.

Dlaczego pisarstwo jest dla mnie ważne? Sądzę, że głównie z przyczyn egoistycznych. Chcę pisać, by móc się określać mianem pisarki, a nie dlatego, że mam coś ważnego do powiedzenia. Ale co w tym złego? Podbudowując nieco własne ego – na przykład metodą faktów dokonanych, której używam w tym dzienniku – w końcu osiągnę pewność, że mam (ja mam) coś do powiedzenia, coś, co należy powiedzieć.

Moje “ja” jest wątłe, ostrożne, zbyt roztropne. Dobrzy pisarze wykazują się egoizmem tak wielkim, że graniczy on z głupotą. Rozsądna ja i krytycy poprawiamy ich – ale rozsądek pasożytuje na twórczych siłach geniuszu.

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1, 1947-1963, przeł. Dariusz Żukowski, wyd. Karakter, Kraków 2012, s. 207-208.

Źródło: Poczytalnia/kultura czytania, blog Joanny Janowicz.

niedziela, 11 listopada 2012

Susan Sontag o prowadzeniu dziennika

Rozumienie dziennika jako zaledwie przechowalni czyichś prywatnych, sekretnych myśli jest powierzchowne – to nie jest głuchy, tępy i niepiśmienny powiernik. W dzienniku nie tylko opowiadam o sobie bardziej otwarcie, niż gdyby ktoś mnie słuchał; ja siebie tworzę.

W dzienniku dochodzi do głosu moje poczucie własnej tożsamości. Prezentuję się w nim jako osoba emocjonalnie i duchowo niezależna. Nie jest to więc (niestety) prosty zapis codziennych wydarzeń, lecz raczej – w wielu wypadkach – ich alternatywna wersja.

Często istnieje sprzeczność między intencją stojącą za naszym zachowaniem wobec drugiej osoby a tym, co – jak twierdzimy na stronach dziennika – do niej czujemy. Nie znaczy to jednak, że nasze działania są płytkie, a wyznania czynione samemu sobie głębokie. Wyznania – te szczere, oczywiście – mogą być płytsze niż czyny. Przykładem niech będzie to, co przeczytałam dziś na swój temat w dzienniku H, kiedy poszłam do jej mieszkania przy 122 Bd St-G, by wyjąć pocztę zalegającą w jej skrzynce. Swoją zdawkową, nieuczciwą i nieprzyjazną ocenę mojej osoby podsumowała słowami, że tak naprawdę mnie nie lubi, lecz akceptuje i korzysta z mojej namiętności do niej. Bóg wie, że to boli – poczułam się wzburzona i upokorzona. Rzadko kiedy wiemy, co inni o nas myślą (czy raczej myślą, że myślą)… Czy mam poczucie winy, że przeczytałam słowa nieprzeznaczone dla moich oczu? Nie. Jedna z głównych (społecznych) funkcji dziennika polega na tym właśnie, że jest on potajemnie czytany przez innych (rodziców + kochanków), o których z okrutną szczerością można pisać tylko tam. Czy H kiedyś przeczyta tę notkę?

Susan Sontag, Odrodzona. Dzienniki, tom 1, 1947-1963, przeł. Dariusz Żukowski, wyd. Karakter, Kraków 2012, s. 207-208.

Źródło: Poczytalnia/kultura czytania, blog Joanny Janowicz.