Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cortazar Julio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cortazar Julio. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 czerwca 2025

"Ciągłość parków" - Julio Cortazar

Julio Cortazar

Zaczął czytać tę książkę parę dni przedtem. Przerwał z powodu pilnych spraw i otworzył znowu, wracając pociągiem na wieś; powoli wciągał się w wątek, w rysunek postaci. Tegoż popołudnia, po napisaniu listu do pełnomocnika i przedyskutowaniu z rządcą kwestii dzierżaw, wrócił do niej w ciszy swojego gabinetu wychodzącego na dębowy park. Zagłębiony w ulubionym fotelu, plecami do drzwi, żeby mu nie przeszkodziło ewentualne pojawienie się jakiegoś intruza, lewą ręką raz i drugi pogładził zielony aksamit i zabrał się do ostatnich rozdziałów. Jego pamięć bez wysiłku zatrzymywała imiona i obrazy bohaterów, atmosfera powieści ogarnęła go prawie od razu. Niemal perwersyjnie rozkoszował się świadomością, iż każda linia odrywa go od tego, co go otacza, że głowa jego spoczywa wygodnie na aksamicie oparcia, że papierosy leżą w zasięgu ręki, że za oknami tańczy powietrze popołudnia pod dębami. Pochłonięty ponurym dylematem bohaterów, śledząc słowo po słowie konkretyzujące się, nabierające kolorów obrazy, był świadkiem ostatniego spotkania w góralskiej chacie. Pierwsza, nieufnie się rozglądając, weszła kobieta, teraz nadchodził kochanek, twarz miał zranioną od uderzenia gałęzi. Czule tamowała mu krew pocałunkami, ale oganiał się od jej pieszczot; nie po to tu przyszli, aby powtarzać ceremoniał namiętności, skrywanych pod osłoną zeschłych liści i odludnych ścieżek. Sztylet grzał się na jego piersiach, w których pulsując czaiła się wolność. Zdyszany dialog biegł przez stronice niby strumień węży i czuło się, że wszystko zdecydowane jest od dawna. Nawet te pieszczoty, które związywały ciało kochanka, jakby chciały odwieść go, powstrzymać, rysowały ohydnie kształt tamtego ciała, które należało zniszczyć. Nic nie zostało zapomniane: przejścia na skróty, przypadki, ewentualne pomyłki. Począwszy od tej chwili każda sekunda miała swoje zadanie, swój dokładnie wyznaczony plan. Wspólne, bezlitosne powtarzanie go przerywało się na sekundę, by ręką pogłaskać policzek. Zapadał zmrok. Nie oglądając się już na siebie, ściśle związani zadaniem, które ich oczekiwało, rozstali się znowu na progu chaty. Ona miała iść ścieżką wiodącą na północ. Z przeciwległej ścieżki on na chwilę zawrócił, by spojrzeć na nią, biegnącą z włosami w nieładzie. Po czym i on pobiegł, kryjąc się za drzewa, za krzaki, aż do chwili, gdy w fiołkowym świetle zmroku dojrzał topolową aleję wiodącą ku domowi. Psy nie miały szczekać i nie szczekały. Rządcy nie miało być i nie było. Wbiegł po trzech stopniach, które prowadziły do sieni i wszedł do domu. Poprzez uderzenia krwi tętniące mu w uszach słyszał słowa kobiety: najpierw pokój błękitny, potem galeria, potem wyłożone dywanem schody. Na górze dwoje drzwi, w pierwszym pokoju nikogo, w drugim nikogo, potem drzwi do salonu - a wtedy sztylet w rękę, światło wielkich okien, wysokie oparcie fotela wybitego zielonym aksamitem, głowa człowieka czytającego w fotelu książkę.

Julio Cortazar: Ciągłość parków. (w) Opowiadania zebrane, przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Muza, Warszawa, 1996, s.301-302.

piątek, 23 grudnia 2016

Terapie



Pewien kronopio kończy medycynę i otwiera sobie gabinet przy ulicy Santiago del Estero. Natychmiast pojawia się chory i zaczyna opowiadać mu o tym, co go boli i jak to w nocy nie sypia, a w dzień nie jada.
- Kup wielki bukiet róż - powiada kronopio. 
Chory wycofuje się zaskoczony, ale kupuje bukiet i natychmiast zostaje uzdrowiony. Pełen wdzięczności pojawia się u kronopia i poza honorarium wręcza mu - atencja pełna delikatności - przepiękny bukiet róż. Natychmiast po jego odejściu kronopio zapada na zdrowiu, wszystko go boli, w nocy przestaje spać, a w dzień nie może jeść.

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach", przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Muza, 1999, s.143.


czwartek, 5 marca 2015

Julio: pornografia, czyli proszę zabrać dzieci sprzed ekranów komputerów

Ledwie zaczynał lerfić jej noemy, już jej się drliła klamycja i oboje zapadali w wodomurie, w dzikie prężyny, w rozpaczliwe dystalancje. Ale jeżeli tylko próbo­wał wydęgać jej murtę, pogrążała się w jękliwe wyrgi i musiał rozmitrygiwać kaldurmię, czując jak powoli arnulie spektualniają się, oprzaniają, muleją i w końcu sztywnieją jak trimalsjat ergomaniny, do którego niechcący wpadło kilka fmopii kożaniery. A przecież to był dopiero początek, w ja­kimś momencie ona odsłaniała piwesty, zezwalając, aby przybliżył doń swoje łękowia. Zaledwie się przypalmowali, ogarniał ich, czaturował, wreszcie ekstraminował wielki ulu­kariusz, nagle to był już klinton, esterfuryczna konwalkisja mertrydów, dyszymiąca embokapulwia orgumnii, merpasm esprymiczny, w ogromnej nadhumicznej agorenii. Evohe! Evohe! Rozkolwieni na kreście wolpemii czuli, jak balnikują perlinni i swolodenni. Drżał trok, poddawały się marplumy w pieszorniach niemalże okrutnych, które ich znowu do­prowadzały na samą granicę gunfii.

[W]: Julio Cortazar "Gra w klasy", Wydawnictwo MUZA.

wtorek, 26 sierpnia 2014

Sto lat



Wielki Kronopio, gdyby żył, skończyłby dzisiaj sto lat. Wszystkiego najlepszego Julio, gdziekolwiek jesteś...

Jak nakręcać zegarek

 INSTRUKCJA

"Tam w głębi tkwi śmierć, lecz nie bój się. Weź zegarek w jedną rękę, palcami drugiej uchwyć prztyczek do nakręcania i powoli nim obracaj. I oto otwiera się inny wymiar, drzewa rozwijają liście, łodzie stają do regat, czas niby wachlarz samorzutnie się rozkłada, z niego kiełkuje powietrze, powiewy ziemi, cień kobiety, zapach chleba.
Czego chcesz więcej, czego chcesz więcej? Prędko załóż go na rękę, pozwól mu pulsować do woli, naśladuj go zazdrośnie. Strach przeżre kotwiczkę, każda rzecz, która była osiągalna a została zapomniana, będzie powodowała rdzewienie żył zegarka, wywołując gangrenę w chłodnej krwi jego maleńkich rubinów. Tam w głębi tkwi śmierć, chyba, że pośpieszymy się, przybiegniemy przed nią i zrozumiemy, że już wszystko jedno".

 Julio Cortazar "Opowieść o kronopiach i famach", przełożyła Zofia Chądzyńska, Muza, Warszawa 1999, s.22.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Śpiew kronopiów

Leonard Freed - Naples, 1958
Kiedy kronopie śpiewają swoje ulubione piosenki, podniecają się tak dalece, że często dają się przejeżdżać ciężarówkom i cyklistom, spadają z okien, gubiąc to, co mają w kieszeniach, do świadomości, którego dziś mamy, włącznie. Kiedy kronopio śpiewa, nadzieje i famy przybywają, by go słuchać, jakkolwiek nie bardzo rozumieją jego ekstazę i przeważnie się gorszą. W środku pieśni kronopio wznosi łapki, tak jakby podtrzymywał słońce, jakby niebo było tacą, zaś słońce głową Jana Chrzciciela, wobec czego śpiew kronopia jest nagą Salome tańczącą dla fam i nadziej, które stoją wokół z porozdziawianymi gębami, zastanawiając się, czy ksiądz proboszcz, czy wypada. Ale jako że w gruncie rzeczy są poczciwe (famy są dobre, a nadzieje głupawe), kończy się tym, że klaszczą kronopiowi, który nagle przytomnieje zaskoczony, rozgląda się dookoła i także zaczyna bić brawo, biedaczek.

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach". 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

"Wielki Kronopio"

Julio Cortazar
Gdyby żył skończyłby dziś 99 lat. 
Cortazar w Polsce - wspomnienia tłumaczki 
Książki [20.12.04]

Spotkanie 16 grudnia z Julio Silvą w Instytucie im. Cervantesa w Warszawie związane z promocją książki opublikowanej przez wydawnictwo MUSA SA pt. Silvalandia , stało się okazją do wspomnień o jej współautorze Julio Cortazarze. To on tchnął w nią tą atmosferę z pogranicza kronopiolandii i famolandii.
Cortázar w Polsce…
 

Jak opisać ten fenomen literacki i społeczny, tak powszechny i wszechoobecny w owych latach 70. „boomu literatury iberoamerykańskiej”? Jak pisać o autorze, którego powieść – Gra w klasy – przetłumaczona i wydana po polsku w roku 1968, wyznaczyła w Polsce początek „boomu”? Nie czuję się na siłach, aby poświęcić mu artykuł krytyczny ani tym bardziej esej (i tak dla zdefiniowania jego twórczości wylano już morze atramentu); to, co mogę zrobić, to złożyć mu ten skromny hołd przywołując garść wspomnień o nim, jakie przechowuję w pamięci.
 

Maj 1975 roku. Mam 21 lat, jestem studentką III roku Katedry Iberystyki Uniwersytetu Warszawskiego. „Boom” literatury iberoamerykańskiej w Polsce przeżywa swoje apogeum: z literatury argentyńskiej znane są już polskie wersje takich utworów jak: Tajemna broń (1967, 7 tys. egzemplarzy nakładu), Gra w klasy (2 wydania, z 1968 i 1974 roku, każde po 20 tys. egzemplarzy wykupionych na pniu), Dla wszystkich ten sam ogień (1969), Fikcje, Alef, Siedemdziesiąt razy siedem, Opowieści o kronopiach i famach (1973, 10 tys. egz.), Żeby cię lepiej zjeść, Plan ucieczki, Nowa antologia osobista, Twórca, 62. Model do składania (1974, 20 tys. egz.), Wszelka zieleń zginie, Raport Brodiego, Wynalazek Morela, Opowiadania Cortazara (1975, 20 tys. egz.) i Przeklęte tango Manuela Puiga. Obok utworów Cortazara, Borgesa, Saenza, Bioy Casaresa, Gubina Kieffera i Mallei czytane są książki Rulfo, Carpentiera, Garcii Marqueza, Fuentesa, Benedettiego, Onettiego, Alegrii, Arguedasa, Scorzy i Vargasa Llosy. Krakowskie Wydawnictwo Literackie w roku 1971 zapoczątkowuje Serię Prozy Iberoamerykańskiej, w ramach której w ciągu pierwszych pięciu lat udaje się wprowadzić na polski rynek wydawniczy 560 tys. egzemplarzy książek, wśród których znajdują się utwory 28 autorów do tej pory nie znanych. Również w roku 1971 powstaje miesięcznik literacki Literatura na świecie, który przyczynia się do wzrostu popularności prozy iberoamerykańskiej w Polsce, już od pierwszych numerów poświęcając jej swoje stronice.
 

piątek, 23 sierpnia 2013

Zakupy

Aurora Bernárdez i Julio Cortázar
Wobec tego, że Tota zażyczyła sobie, by zszedł po paczkę zapałek, Łukasz wychodzi w piżamie, bo upał jak diabli, i wstępuje do bistra grubego Muzzio, by przed zakupem chlapnąć sobie coś chłodnego a mocnego. W połowie aperitifu wchodzi do baru Juarez, również w piżamie, a na widok Łukasza oznajmia, że siostra ma ostre i bolesne zapalenie ucha wewnętrznego, a pigularz nie chce bez recepty sprzedać środka
przeciwbólowego, bowiem te krople są jakoby halucynogenne i poraziły już czterech hipisów z sąsiedztwa. Ciebie zna, to ci sprzeda bez niczego, chodź zaraz, Rosita wprost się skręca. 
Łukasz płaci, zapomina o zapałkach i idzie z Juarezem do apteki, gdzie stary Olivetti mówi, że ani mowy, niech idą szukać gdzie indziej, w tym momencie z zaplecza wychodzi jego żona z kodakiem w ręce, panie Łukaszu, pan na pewno umie założyć film, dziś urodziny Niuni, a tu jak raz film się skończył, co robić. Kiedy Tota czeka na zapałki, mówi Łukasz, ale że Juarez kopie go znacząco, więc podejmuje się założenia filmu słusznie kombinując, że stary Olivetti wywdzięczy mu się owymi cholernymi kroplami. Juarez rozpływa się w podziękowaniach przeklinając w duchu i wychodzi, a pani aptekarzowa łapie Łukasza i cała szczęśliwa zaprasza go na urodzinki, nie pójdzie pan przecież nie spróbowawszy arcydzieła, dońi Luisy, żebyś żyła sto lat, mówi Łukasz, a Niunia odpowiada mu kluskowym bulgotem, bo w buzi piąty kawałek tortu. Wszyscy śpiewają „Sto lat", a potem piją zdrowie oranżadą, ale pani domu częstuje Łukasza zimnym piwkiem, bo pan Łukasz porobi teraz zdjęcia, inni nie bardzo wiedzą jak, więc Łukasz, uważaj, zaraz wyleci ptaszek, jedno z fleszem, a reszta na patio, bo Niunia chce, żeby i szczygiełek wyszedł.


środa, 21 sierpnia 2013

Filantropia



Famom zdarzają się nader wspaniałomyślne gesty, na przykład: gdy fama spotyka biedną upadłą nadzieję u stóp palmy kokosowej, zabiera ją do swego automobilu, wiezie do siebie, forsownie ją odżywia i dostarcza rozrywek tak długo, aż nadzieje nabierze sił i odważy się po raz drugi wdrapać na palmę kokosową. To wykonawszy fama czuje się bardzo szlachetny i rzeczywiście jest szlachetny, tyle, że nie przychodzi mu do głowy, że za parę dni nadzieja znów będzie leżała u stóp palmy. Podczas gdy nadzieja znowu leży u stóp palmy, fama w swoim klubie czuje się bardzo szlachetny wspominając, jak to pomógł upadłej nadziei.
Kronopie nie są wielkoduszne dla zasady. Przechodzą mimo czegoś równie wzruszającego jak biedna nadzieja, pozbawiona nadziei, że uda się jej znowu wdrapać na palmę. Kronopie wcale na nią nie patrzą, zajęte śledzeniem nitki babiego lata. Z tego typu istotami nie można w sposób rozsądny oddawać się dobroczynności, dlatego też w towarzystwach dobroczynnych władze składają się wyłącznie z fam, zaś bibliotekarką jest nadzieja (obie nogi w gipsie po ostatnim upadku).

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach".

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Obiad


Nie bez wysiłku kronopio doszedł do wynalezienia termometru mierzącego życie. Jest to coś pomiędzy termometrem a topometrem, pomiędzy fiszką informacyjną a curriculum vitae. Na przykład kronopio zaprosił do siebie famę, nadzieję i profesora języków. Używając swojego wynalazku doszedł do wniosku, że fama jest pod-życiem, nadziej niby-życiem, zaś profesor języków między-życiem. Co do siebie samego, czuł się z lekka nad-życiem, ale raczej przez poczucie poetyczności niż naprawdę.
W porze obiadu ów kronopio upajał się rozmową swoich współbiesiadników, bo wszyscy byli przekonani, że mówią o tym samym, a wcale tak nie było. Między-życie operowało abstrakcjami w stylu ducha i sumienia, czego niby-życie słuchało, jakby padał deszcz – rzecz delikatna sama w sobie. Naturalnie pod-życie co chwila prosiło o parmezan, a nad-życie dzieliło kurczaka w czterdziestu dwóch taktach, metodą Stanley-Fitzsimmonsa. Po wetach życia pożegnały się i poszły do swoich zajęć, na stole pozostały tylko luźne kawałki śmierci.

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach".

niedziela, 18 sierpnia 2013

Zachowywanie wspomnień


Famy, aby zachować wspomnienia, balsamują je w sposób następujący: przytwierdziwszy wspomnienie przy pomocy włosów i znaków, od stóp do głów owijają je w czarne prześcieradło i ustawiają pionowo pod ścianą salonu z kartonikiem: „Wycieczka do Quilmes” albo „Frank Sinatra”.
Natomiast kronopie, te stworzonka letnie i nieporządne, rozrzucają wspomnienia po domu pośród okrzyków wesołości, a same łażą między nimi, a kiedy się na nie natkną, głaszczą je pieszczotliwie i mówią: „Nie zniszcz mi się tylko” albo „uważaj na schodki”. A to wszystko dlatego, że domy fam są uporządkowane i ciche, a u kronopiów jest wielki bałagan i trzaskanie drzwiami. Sąsiedzi zawsze skarżą się na kronopiów, zaś famy kręcą głowami wyrozumiałe i idą sprawdzić, czy kartoniki są na swoich miejscach.

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach"

sobota, 17 sierpnia 2013

Zegary


Pewien fama miał stojący zegar, który nakręcał co tydzień BARDZO UWAŻNIE.
Przechodził akurat kronopio, zobaczył go, zaczął się śmiać, a wróciwszy do domu wymyślił zegar-karczoch, czyli zegar-karczochę (co można, a nawet trzeba dwojako nazywać). Zegarkarczoch, czyli zegar-karczocha tego kronopia jest karczochem bardzo dobrego gatunku wsadzonym ogonem do dziury w ścianie. Niezliczone liście karczocha wskazują aktualną godzinę, a ponadto wszystkie godziny, dzięki czemu wystarczy, żeby kronopio urwał listeczek, i już wie, która jest godzina.
Ponieważ obrywa je od lewej do prawej, listek zawsze pokazuje właściwą godzinę, a kronopio codziennie zabiera się do zrywania w kółko nowej warstwy listków. Kiedy dojdzie do serca karczocha, już nie może mierzyć czasu i w nie kończącej się fioletowiejącej róży środka kronopio znajduje wielkie zadowolenie, zjada ją z oliwą, octem i solą, a do dziury wkłada nowy zegar.

Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach".

czwartek, 15 sierpnia 2013

Zdjęcie wyszło poruszone


Pewien kronopio idzie otworzyć bramę, ale wkładając rękę do kieszeni, żeby wyjąć klucz, wyjmuje pudełko zapałek, wobec czego zaczyna się troskać i myśli, że jeżeli zamiast klucza znalazł zapałki, może – o zgrozo – cały świat się przemieścił, i jeżeli zapałki są tam, gdzie miał być klucz, może portmonetka będzie pełna zapałek, cukierniczka pieniędzy, pianino cukru, książka telefoniczna muzyki, szafa pełna abonentów, łóżko pełne ubrań, wazony pełne prześcieradeł, tramwaje pełne róż, pola pełne tramwajów. Tak więc ten kronopio strasznie się denerwuje i biegnie przejrzeć się w lustrze, ale ponieważ lustro jest trochę pochylone, widzi w nim rynienkę na parasole, stojącą przy wejściu, co potwierdza jego przewidywania, więc wybucha płaczem, pada na kolana i składa łapki, sam nie wiedząc dlaczego. Sąsiedzi famy zbierają się naokoło niego i pocieszają go, a również i nadzieje, ale minie wiele godzin, zanim kronopio otrząśnie się z rozpaczy i przyjmie szklaneczkę herbaty, którą dobrze obejrzy, zanim zacznie pić, żeby mu się czasem nie zdarzył, że zamiast herbaty wypije mrowisko albo książkę Samuela Smilesa.

"Julio Cortazar "Opowieści o kronopiach i famach". 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

„Now shut up, you distasteful Adbekunkus"


Może mięczaki nie są neurotyczne, ale wszystko powyżej nich z pewnością jest. Wystarczy spojrzeć. Ja osobiście widziałem kurę neurotyczkę, dżdżownice neurotyczne, psy nieprawdopodobnie neurotyczne. Istnieją drzewa i kwiaty, które przyszła psychiatria będzie z pewnością leczyła, bowiem już dzisiaj ich formy i kolory są chorobliwe. Nikogo wobec tego nie zadziwi obojętność, z jaką stojąc pod prysznicem usłyszałem mój wewnętrzny głos mówiący z pełną pretensji satysfakcją: „Now shut up, you distasteful Adbekunkus".
W czasie całego mydlenia się uwaga powtarzała się rytmicznie i całkowicie poza moim udziałem, po prostu jakby tworzyła część piany, którą byłem pokryty. Dopiero pod koniec, pomiędzy wodą kolońską a bielizną, sam się zainteresowałem najpierw sobą a potem Adbekunkusem, którego z takim uporem zmuszałem do milczenia przez całe pół godziny.
Mimo że w nocy nie spałem, nie udało mi się wytłumaczyć sobie tego neurotycznego objawu, tego nieszkodliwego, ale upartego pomysłu, który w dodatku przeszkadzał mi zasnąć. Zacząłem zastanawiać się, gdzie też siedzi i skąd gada ten Adbekunkus, który sprawia, że coś we mnie żąda i to po angielsku, by natychmiast zamilkł.
Hipotezę fantastyczną odrzuciłem jako zbyt łatwą: nie ma nikogo ani niczego obdarzonego tak drażniącym i obfitym darem wymowy imieniem Adbekunkus. Że było to imię własne, nie wątpiłem ani przez sekundę, nieraz człowiek niemal widzi dużą literę, od której zaczyna się złożony dźwięk. Wiem, że mam dużą łatwość do wymyślania słów pozornie pozbawionych sensu lub takich, które nie mają go aż dotąd, dopóki mu go nie nadam, nie przypominam sobie jednak, bym kiedykolwiek wymyślił nazwę tak ohydną, tak groteskową i odpychającą jak Adbekunkus. Imię jakiegoś smutnego, niskiego lotu demona, jednego z tylu wspomnianych w czarnoksięskich księgach. Nazwa równie obrzydliwa jak jej właściciel: distasteful Adbekunkus.
Ale pławienie się w sentymentach bez pokrycia nigdzie nie prowadzi, tak jak i nigdzie nie prowadzi analiza analogiczna, mnemoniczne echa, wszelkie asocjacje. W końcu uznałem, że Adbekunkus nie wiąże się z żadnym świadomym elementem; neurozą było właśnie domaganie się zamilknięcia od czegoś, co było nieistnieniem. Jakże często jakieś słowo wyłonione z chwili roztargnienia w końcu wywołuje obraz człowieka lub zwierzęcia; tym razem było inaczej, chciałem jednego, by Adbekunkus zamilkł, a nie było szans, że kiedykolwiek zamilknie, ponieważ nigdy nie mówił ani nie krzyczał. Jak walczyć z wcieleniem próżni? Zasnąłem, trochę taki jak on: pusty i nie istniejący.

Julio Cortazar "Opowiadania o Łukaszu"

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Sposoby pracy




Jako że czasem miewa trudności z zaśnięciem, zamiast liczyć owieczki w pamięci, odpisuje na różne zaległe listy, bowiem jego nieczyste sumienie również cierpi na bezsenność. Z oczyma zamkniętymi po kolei odpowiada na listy grzecznościowe, namiętne, intelektualne przepięknym, pełnym zawijasów stylem, w sposób, który cieszy go swą spontanicznością — rzecz z kolei wzmagająca bezsenność. Kiedy zasypia, na wszystko już odpisał, Rano — jasne! — ledwo żyje, a co gorsza musi zasiąść do owych odpisanych w nocy listów, które teraz wychodzą mu znacznie gorzej, chłodne, tępe, głupie, na skutek czego z kolei i tej nocy ma trudności z zaśnięciem z powodu przemęczenia, a w dodatku w międzyczasie otrzymał nowe listy grzecznościowe, namiętne lub intelektualne, tak że zamiast w pamięci liczyć owieczki, znowu zacznie na nie odpisywać z perfekcją i elegancją, których mogłyby mu pozazdrościć Madame de Sevignś.

Julio Cortazar "Opowiadania o Łukaszu", przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie 1982, s. 68.
   

piątek, 14 czerwca 2013

Nietypowe zdjęcia pisarzy (3)

Charles Bukowski - "A teraz widać, a?"

Vladimir Nabokov - "Gdzie on mi zwiał?"

Julio Cortazar i ... przejście do fantastycznego świata?

Anthony Burgess - "Niby to wszystko ja napisałem?"

Philip Roth - "Dobry był ten kawał o zajączku?"

Vladimir Nabokov -"Którego to dzisiaj mamy?"

czwartek, 13 czerwca 2013

środa, 15 maja 2013

„Cudowne zajęcia” Julio Cortazar



Cóż za cudowne zajęcie obciąć nogę pająkowi, włożyć ją do koperty, zaadresować: Pan Minister Spraw Zagranicznych, dodać adres, zbiec pędem ze schodów i wysłać list z najbliższej poczty.

Cóż za cudowne zajęcie iść sobie bulwarem Arago licząc drzewa i co pięć kasztanów zatrzymywać się na chwilę na jednej nodze w oczekiwaniu, żeby ktoś spojrzał, a wtedy, wydawszy krótki, suchy okrzyk, zakręcić się niby bąk, z rękami rozpostartymi, na podobieństwo ptaka Cakuy, który zawodzi na drzewach północnej Argentyny.

Cóż za cudowne zajęcie wejść do kawiarni i poprosić o cukier, jeszcze raz o cukier, trzy, cztery, pięć razy o cukier, i układać go w kupkę na środku stołu, podczas gdy za ladą pod białymi fartuchami wzbiera gniew, a wtedy powoli napluć w sam środek kupki i śledzić topnienie małego lodowca, słuchając huku pękających kamieni, który mu towarzyszy, a który rodzi się w ściśniętych gardłach pięciu sztamgastów i właściciela, człowieka chwilami uczciwego.

Cóż za cudowne zajęcie wskoczyć do autobusu, wysiąść przed ministerstwem, gdzie wszystko stanie otworem dzięki paru zalakowanym kopertom, minąć ostatniego sekretarza, poważnie i stanowczo wejść do wielkiej lustrzanej sali, dokładnie w chwili, kiedy woźny w granatowym uniformie będzie wręczał ministrowi list. Widzieć, jak historycznym nożem do przecinania minister otwiera kopertę, wkłada do niej delikatnie dwa paluszki, wyciąga nogę pająka, ogląda ją, wydać z siebie odgłos naśladujący brzęczenie muchy, ujrzeć, jak blednie, jak chce wyrzucić nogę i nie może, bo jest przez nią schwytany – a wtedy odwrócić się i wyjść pogwizdując, anonsując w kuluarach dymisję ministra, wiedząc, że nazajutrz wejdą wrogie armie i wszystko pójdzie w diabły, i że będzie to czwartek nieparzystego miesiąca roku przestępnego.

Julio Cortazar „Opowieści o kronopiach i famach”, przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo MUZA, Warszawa 1999, s. 55-56.

„Podróże” Julio Cortazar


Kiedy famy podróżują, w następujący sposób spędzają noc w nieznanym mieście: jeden fama idzie do hotelu i starannie sprawdza ceny, gatunek prześcieradeł i kolor dywanów. Drugi udaje się do komisariatu i sporządza inwentarz ruchomości i nieruchomości wszystkich trzech podróżnych, jak również inwentarz zawartości wszystkich walizek. Trzeci fama idzie do szpitala i przepisuje listy lekarzy dyżurnych i ich specjalności.

Załatwiwszy te sprawy podróżni spotykają się na największym placu miasta, dzielą się spostrzeżeniami i idą do kawiarni na apentif. Ale przedtem jeszcze biorą się za ręce i tańczą w kółko, który to taniec nosi nazwę „wesołość fam”.

Kiedy kronopie, te przedmioty zielone, zjeżone, wilgotne, wybierają się w podróż, hotele są pełne, pociągi już odeszły, leje jak z cebra, a taksówki albo nie chcą ich zabierać, albo każą sobie słono płacić. Kronopie nie zniechęcają się, bo są przekonane, że takie rzeczy zdarzają się wszystkim, a idąc spać mówią jeden do drugiego: „Piękne miasto, najcudowniejsze miasto”. I całą noc śnią, że w mieście są najwspanialsze zabawy, na które są zaproszeni. Nazajutrz wstają uszczęśliwione i tak to właśnie podróżują kronopie.

Nadzieje, osiadłe, pozwalają się podróżować przez rzeczy i ludzi i są jak posągi, do których trzeba pojechać, żeby je obejrzeć, bo one się nie fatygują.

wtorek, 14 maja 2013

„Zakaz wprowadzania rowerów” Julio Cortazar


W bankach i domach towarowych tego świata guzik kogokolwiek obchodzi, że człowiek tranżoli się z główką kapusty pod pachą albo z tukanem, albo wypuszczając z gęby, niby sznureczek, piosenki, które mi śpiewała mamusia, albo prowadząc za rękę szympansa w pasiastym trykocie. Ale niech ktokolwiek zjawi się z rowerem, natychmiast zaczyna się istne piekło i wehikuł zostaje gwałtownie wyrzucony na ulicę, na właściciela zaś spada istny grad gwałtownych napomnień.

Dla roweru, stworzenia łagodnego i o potulnym sposobie bycia, obecność napisów zakazujących mu przekraczania pięknych oszklonych drzwi jest upokorzeniem i zniewagą. Wiadomo, że rowery na wszystkie sposoby usiłowały zapobiec swojemu smutnemu losowi. Ale we wszystkich bez wyjątku krajach świata zabrania się wprowadzania rowerów. Niektórzy dodają „i psów”, co potęguje tak w rowerach, jak i w psach ich kompleksy niższości. Kot, zając, żółw mogą w zasadzie wejść do „Marx and Spencer” lub do kancelarii adwokackiej przy ulicy San Martin, wywołując najwyżej pewne zaskoczenie, zachwyt pośród żądnych wrażeń telefonistek, a w najgorszym wypadku wydanie portierowi polecenia, ażeby wyrzucił wyżej wymienione zwierzę na ulicę. To ostatnie może się zdarzyć, ale nie jest upokarzające, po pierwsze bowiem jest tylko jedną z wielu możliwości, a po drugie da się rozumowo uzasadnić, nie będąc zimnym, z góry przygotowanym spiskiem, obrzydliwie wydrukowanym na miedzianych lub emaliowanych plakietkach, tablicach nieubłaganego prawa miażdżącego prostą bezpośredniość rowerów, tych niewinnych stworzeń.

W każdym razie – uwaga, szefowie! Róże także są niewinne i pełne słodyczy, ale może wiecie, że w wojnie róż poginęli książęta, którzy byli niby czarne pioruny oślepione płatkami krwi. A nuż któregoś ranka rowery pokryją się kolcami, ich rączki urosną i zaatakują, opancerzone wściekłością ruszą legionem na lustrzane drzwi towarzystw ubezpieczeń, i tego nieszczęsnego dnia akcje spadną na głowę, zarządzona zostanie narodowa żałoba (przefarbowujemy w dwadzieścia cztery godziny) i będą rozsyłane zawiadomienia o zgonach i listy kondolencyjne.

Julio Cortazar „Opowieści o kronopiach i famach”, przełożyła Zofia Chądzyńska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999, s. 57-58.