Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

Głosujcie na Jima Pattona!


 
W drewnianym fotelu za biurkiem siedział mężczyzna, którego stopy sprawiały wrażenie przymocowanych do desek podłogi niby nogi narciarza. Obok jego prawego uda stała imponujących rozmiarów spluwaczka, w której mógłby się zmieścić zwinięty strażacki wąż. Głowę przykrywał mu zsunięty do tyłu przepocony stetson, duże, bezwłose dłonie zaś zaplótł sobie wygodnie na brzuchu wystającym nad spodniami, które niegdyś były zapewne koloru khaki, ale przez lata sprane zostały niemal do białości. Jeszcze bardziej sprana koszula harmonizowała zapewne niegdyś ze spodniami. Teraz była zapięta na wszystkie guziki aż po obciskający grubą szyję kołnierzyk, ale pozbawiona krawata. Włosy miał mysiobrązowe, z wyjątkiem skroni, na których przybrały odcień zleżałego śniegu. Usadowiony był trochę bokiem, bardziej na lewym niż na prawym pośladku, ponieważ na prawym biodrze dźwigał sięgającą mu aż po boczną kieszeń spodni kaburę, z której wystawała na kilkanaście centymetrów i uwierała go w bok rękojeść czterdziestki piątki. Jeden z promyków gwiazdy szeryfa, przypiętej do lewej strony piersi, był nadgięty.

Miła ulica

 

Znałem pewną dziewczynę. Jest miła i mieszka na Dwudziestej Piatej, która jest bardzo miłą ulicą. Ta dziewczyna bardzo lubi Bay City. I oczywiście nie przyszłoby jej do glowy przejmować się jakimiś tam slumsami na przygnębiającej równinie, która rozciąga się na południe od starej linii kolejowej, bo w końcu gnieżdżą się tam tylko Meksykańce i czarnuchy. Pewnie nie ma nawet pojęcia, co tacy ludzie robią i jak żyją. Nic nie wie o ich dzikich kąpieliskach wzdłuż płaskiego brzegu oceanu, na południe od nadmorskich skał, o ciasnych, dusznych i ociekających potem tancbudach na obrzeżach slumsów, o skrętach z marihuany, o wąskich, lisich twarzyczkach i cwanych oczkach, które zza osłony rozpostartych gazet kontrolują sytuację w podejrzanie pustych recepcjach podejrzanych hotelików, o kieszonkowcach, złodziejaszkach-amatorach, bandziorach z wyrokami, pijaczkach, alfonsach, dziwkach i pedziach wmieszanych w tłum zapełniający drewniane chodniki.
 
Raymond Chandler Topielica
 
 

piątek, 12 grudnia 2014

"Każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką"


[...] "Powieść kryminalną z różnych względów niełatwo lansować. Tematem jej zwykle jest zabójstwo i z tej racji brak jej elementu wzniosłości. Zabójstwo, które jest wynikiem frustracji jednostki - a zatem frustracji całego gatunku - może mieć i w rzeczywistości ma wiele implikacji socjologicznych. Ale zdarza się przecież od tak dawna i tak często, że trudno tu o urok nowości.
Jeżeli nawet trafiają się powieści kryminalne realistyczne choćby w jakimś stopniu (a bywa to bardzo rzadko), pisane są wówczas z pewnym dystansem, w przeciwnym razie nie pisałby ich ani nie czytał nikt prócz psychopatów. Powieść kryminalna ma również tę przykrą cechę, że zajmuje się własnymi sprawami, rozwiązuje własne problemy i odpowiada na pytania, które sama zadaje. Do dyskusji nie pozostaje nic poza tym, czy jest dość dobrze napisana, żeby być po prostu dobrą literaturą, na czym ci, co składają się w sumie na owe pół miliona sprzedanych egzemplarzy, i tak się nie poznają. Poznanie się na wartości literackiej utworu jest zadaniem dostatecznie trudnym nawet dla ludzi, którzy zajmują się literaturą zawodowo, nie zwracając zbytniej uwagi na to, w ilu egzemplarzach książka się rozejdzie.
Powieść detektywistyczna (może będę raczej używał tej nazwy, skoro na tym polu nadal dominują wzory angielskie) musi znajdować czytelników przez powolny proces destylacji. Że ich jednak znajduje i tak mocno już potem przy sobie trzyma, to fakt niezaprzeczony, choć studia nad przyczynami tego zjawiska pozostawiam umysłom bardziej dociekliwym. Nie zamierzam też twierdzić, że stanowi ona niezbędną i doniosłą formę sztuki. Nie ma niezbędnych i doniosłych form sztuki, jest tylko sztuka jako taka, i tej mamy bardzo niewiele. Przyrost ludności nie powiększył zasobów sztuki, zwiększył tylko łatwość, z jaką jej namiastki produkuje się i podsuwa odbiorcom.
Jednakże powieść detektywistyczną nawet w jej najbardziej konwencjonalnej formie bardzo trudno jest napisać dobrze. Dobry okaz tego gatunku trafia się rzadziej niż dobra powieść poważna. Drugorzędne pozycje utrzymują się dłużej niż utwory bardziej wartościowe, a ogromna liczba tych, które nigdy nie powinny się były narodzić, po prostu nie chce umrzeć. Trwałe są jak posągi w parkach i prawie tak samo nudne.
Ta sytuacja bardzo irytuje ludzi o tak zwane] "znajomości rzeczy". Martwi ich fakt, że wnikliwe i dobre powieści sprzed kilku lat stoją w, biblioteczce na specjalnej półce z napisem "Dawne bestsellery". Nikt się do nich nie zbliża, czasem tylko przypadkowy klient krótkowidz nachyli się, rzuci okiem i szybko odejdzie, gdy tymczasem starsze panie tłoczą się przy półce z literaturą sensacyjną, żeby chwycić jakiś egzemplarz z tego samego rocznika, zatytułowany na przykład "Petunia, czyli potrójne morderstwo" albo ."Inspektor Pinchbottle śpieszy na ratunek". Koneserów martwi, że "naprawdę wartościowe książki" (a niektóre z nich w pewnym sensie zasługują na to miano) obrastają kurzem, w działach wznowień, gdy tymczasem "Śmierć nosi żółte podwiązki" w pięćdziesięcio- lub stutysięcznych nakładach dostaje się na półki nowości całego kraju, w dodatku bynajmniej nie po to, żeby zakończyć swoją karierę.
Przyznam się, że sam nie jestem tym zachwycony. Ja również, gdy jestem w nastroju mniej podniosłym, pisuję powieści detektywistyczne, a cała ta wyżej wspomniana nieśmiertelność stwarza dla nich trochę za dużą konkurencję. Nawet Einstein nie zaszedłby daleko, gdyby co roku publikował trzysta traktatów z zakresu fizyki, a kilka tysięcy innych wciąż było w obiegu, na dobitkę ustawicznie czytanych.
Hemingway mówi gdzieś, że dobry pisarz rywalizuje tylko ze zmarłymi. Dobry pisarz powieści detektywistycznych (w końcu musi ich być kilku) rywalizuje nie tylko ze wszystkimi nie pogrzebanymi nieboszczykami, lecz także z hordami żyjących. I to niemal na równych prawach, jedna bowiem z właściwości tego gatunku polega na tym, że to, co skłania ludzi do czytania, nigdy nie traci na aktualności. Krawat bohatera może być trochę niemodny, zacny siwy inspektor może przyjechać dwukółką, nie zaś opływową limuzyną z ogłuszającą syreną, lecz po przybyciu na miejsce stosuje wciąż te same stare chwyty, czyli bada alibi podejrzanych, ogląda przez lupę kawałki zwęglonego papieru i ustala, kto podeptał krzew kwitnący pod oknem biblioteki.
Sprawa interesuje mnie jednak nie tylko ze względów osobistych i merkantylnych. Mam wrażenie, że produkcja powieści detektywistycznych na tak wielką skalę przez pisarzy, których doraźne wynagrodzenie jest niewielkie, a potrzeba uznania ze strony krytyków prawie żadna, byłaby niemożliwa, gdyby wymagała choć odrobiny talentu. W tym sensie pogardliwe miny krytyka i czysto kupiecki stosunek wydawcy do całej sprawy są całkowicie uzasadnione. Przeciętna powieść detektywistyczna nie jest zapewne gorsza od przeciętnej powieści "poważnej", nigdy jednak nie oglądamy przeciętnej powieści. Po prostu nikt jej nie wydaje. Natomiast przeciętna - lub tylko nieco lepsza od przeciętnej - powieść detektywistyczna jest nie tytko wydawana, lecz nabywana w niewielkiej ilości egzemplarzy przez wypożyczalnie książek, a następnie czytana. Znajdzie się nawet niemało optymistów, którzy .kupią ją za całe dwa dolary, bo taka jest nowiutka, a na okładce narysowany jest trup.
A co najdziwniejsze, ten przeciętny, okropnie nudny i wymęczony, a przy tym najwyraźniej nieprawdziwy i prymitywny twór w rzeczywistości tak bardzo się znów nie różni od tego, co uchodzi za, arcydzieło gatunku. Akcja wlecze się trochę wolniej, dialogi są nieco płaskie, papier, z którego wycięto postacie, nieco cieńszy, a oszustwo nieco bardziej widoczne, niemniej jest to książka tego samego rodzaju. Natomiast dobra i zła powieść poważna to rzeczy całkowicie różne. Każda z nich mówi o zupełnie różnych sprawach. Tymczasem powieść detektywistyczna, czy to dobra, czy też zła, mówi właściwie o tym samym i w sposób bardzo zbliżony. (Istnieją po temu powody, jak również powody tych powodów - zresztą powodów zawsze się można doszukać). 
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
"Literatura eskapizmu" i "literatura ekspresji" to żargon krytyków, w którym używa się pojęć oderwanych, jak gdyby miały one znaczenie bezwzględne. Wszystko pisane z wigorem jest pełne życia, nie ma nudnych tematów, są tylko nudne umysły. Każdy, kto czyta, ucieka od czegoś do tego, co kryją w sobie zadrukowane strony; można dyskutować o wartości marzeń, ale ulga, jaką przynoszą, stała się koniecznością funkcjonalną. Wszyscy ludzie muszą od czasu do czasu uciekać od morderczego rytmu własnych myśli. Jest to część procesu życiowego istot rozumnych. To jedna z rzeczy odróżniających te istoty od trójpalczastego leniwca, który jak się zdaje - bo nigdy nie można mieć zupełnej pewności - jest całkiem zadowolony, gdy wisi sobie ha gałęzi głową na dół i nawet nie czyta Waltera Lippmana. Nie obstaję przy tym, że powieść kryminalna jest doskonałą formą ucieczki. Stwierdzam po prostu, że każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką, bez względu na to, czy będzie to greka, matematyka, astronomia, Benedetto Croce, czy też Diary of the Forgotten Man. Kto twierdzi inaczej, jest snobem intelektualnym i nie ma pojęcia o sztuce życia".

Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Facet tego typu nie powinien się żenić"


Do Maurice'a Guinnessa 

21 luty 1959 r.

Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nie znającego nigdy ostatecznej porażki...

PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.

Edward Hopper "Nighthawks"

Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 306.


sobota, 30 sierpnia 2014

Analizować i wzorować się

Raymond Chandler

List Raymonda Chandlera do H. H. Harwooda

2 lipca 1951 r

Nie mógłbym nikomu radzić, czy ma zostać pisarzem, czy też nie. Wbrew powszechnemu przekonaniu jest to zawód niewdzięczny, wymagający ciężkiej pracy i tylko drobnej części tych, co go próbują, udaje się zdobyć choćby niewielki stały dochód. Zmierzch tanich czasopism sensacyjnych sprawił, że debiut dla początkujących pisarzy stał się jeszcze trudniejszy niż dawniej, a łatwy nie był nigdy. Wnoszę jednak, że szczególna sytuacja osobista pozwala Panu na uprawianie tego zawodu w sensie fizycznym i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będzie Pan musiał zarabiać na życie pisaniem, bo szanse na to są bardzo, bardzo nikłe.

Pisze Pan, że planuje "niezwłocznie rozpocząć naukę podstawowych zasad techniki narracji, które powinien znać każdy początkujący pisarz". Z własnego doświadczenia mogę Pana ostrzec, że pisarza, który nie potrafi sam się uczyć, nie nauczy nikt inny, i wyjąwszy kursy specjalne przy dobrych uniwersytetach, mam bardzo pesymistyczny pogląd na naukę pisania w ogóle, a przede wszystkim na taką naukę, jaką polecają tak zwane pisma dla pisarzy. Nie nauczą Pana niczego, do czego nie dojdzie Pan sam, studiując i analizując książki innych pisarzy. Analizować i wzorować się, innej nauki nie trzeba. Przyznaję, że ocena osób postronnych jest przydatna, czasem nawet niezbędna, ale kiedy ma się za nią płacić, budzi zazwyczaj podejrzenia.

Jeśli chodzi o metody układania i robienia planu akcji, niestety, nic tu nie mogę pomóc, bo nigdy sam żadnych planów nie piszę. Obmyślam akcję w trakcie pisania, zwykle robię to źle i muszę zaczynać wszystko od początku. Wiem, że niektórzy pisarze sporządzają z wielką dokładnością plan swoich wątków, nim zaczną je pisać, ale ja do nich nie należę. Nie układam akcji, narasta u mnie sama. Jeżeli nie narasta, ciskam wszystko do kosza i zaczynam na nowo. Może lepszych rad udzieli Panu ktoś, kto pracuje w oparciu o konspekt. Tego Panu życzę.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 114-115.

Czekam na natchnienie

Źródło
List Raymonda Chandlera do Alexa Barrisa

18 marca 1949 r.

... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.

środa, 21 maja 2014

Winda



"Były tu dwie okratowane windy, ale tylko jedna, jak się zdaje, czynna, a i to niezbyt przeciążona. Wewnątrz, na drewnianym stołku wymoszczonym workiem, siedział staruszek o zapadłych policzkach i wodnistych oczach. Wyglądał, jakby się stąd nie ruszał od wojny domowej, z której w dodatku wyszedł dość poturbowany. Wchodząc do windy powiedziałem: - Ósme - a on pomocował się z drzwiami, rączką dźwigni wprowadził klatkę w ruch i powlekliśmy się chwiejnie w górę. Staruszek dyszał ciężko, jakby dźwigał tę windę na własnym grzbiecie. Wysiadłem na ósmym piętrze i ruszyłem długim korytarzem, a za moimi plecami staruszek wychylił się z windy i wysmarkał nos palcami w pudło na śmieci".

Raymond Chandler "Wysokie okno" 


sobota, 17 maja 2014

Normalny ludzki odruch


 


„Doktor Carl Moss był wysokim krzepkim mężczyzną z wąsikiem a la Hitler, wyłupiastymi oczyma i spokojnym usposobieniem góry lodowej. Położył kapelusz i torbę lekarską na fotelu, podszedł i spojrzał nieprzeniknionym wzrokiem na dziewczynę na kanapie.
- Jestem doktor Moss – powiedział – Jak się pani ma?
- Nie jest pan z policji? – spytała.
Pochylił się, zbadał jej puls, a potem wyprostował się i patrzył, jak dziewczyna oddycha.
- Gdzie panią boli, panno…
- Davis – przedstawiłem ją. – Panna Merle Davis.
- Nic mnie nie boli – odparła, patrząc na niego. – ja… ja nawet nie wiem czemu tu leżę. Myślałam, że pan jest policjantem. Bo ja zabiłam człowieka.
- To normalny ludzki odruch – rzekł. – Ja zabiłem ich całe dziesiątki. – Nie uśmiechnął się.”

 
Raymond Chandler "Wysokie okno", przełożył Wacław Niepokólczycki, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 208.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Gorący wiatr



"Przez cały wieczór wiał wiatr z pustyni. Jeden z tych suchych, ciepłych wiatrów, które przeciskają się przez przełęcze górskie, schodzą w dół, mierzwią przechodniom włosy, wywołują rozstrój nerwowy i swędzenie skóry. W taki wieczór każda pijatyka kończy się burdą. Łagodne, drobne żony sprawdzają palcem ostrość kuchennych noży, przyglądając się szyjom mężów. Wszystko może się zdarzyć. Bywa nawet, że człowiek dostanie w knajpie uczciwie napełnioną szklankę piwa". [s. 229]

sobota, 22 czerwca 2013

"Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma?"

Raymond Chandler
Do Fredericka Lewisa Allena
 7 maja 1948 r.

[...] Artykuł Audena o prozie detektywistycznej [1] jest znakomity przez swój klarowny, chłodny, klasyczny styl. Ale z jakiej racji wciąga w to mnie? Jestem po prostu facetem, który wziął parę opowiadań z popularnych magazynów i nadał im formę powieści. Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma? Szukam tylko pretekstu do pewnych eksperymentów z żywym dialogiem.
Właśnie dotarłem do połowy powieści o Philipie Marlowe i trochę mnie ta praca bawiła (dopóki nie utknąłem w miejscu), a tu ci zjawia się ten Auden i powiada mi, że interesuje mnie pisanie poważnych rozpraw o środowisku przestępczym. Teraz więc patrzę uważnie na wszystko, co piszę, i mówię sobie: pamiętaj, stary, to ma być poważna rozprawa o środowisku przestępczym. Poważnie mówisz? Nie. Czy to jest środowisko przestępcze? Nie, po prostu zwykłe skorumpowane życie z przejaskrawieniem strony melodramatycznej nie dlatego, że szaleję za melodramatem jako takim, ale dlatego, że mam dość silne poczucie rzeczywistości, aby znać reguły gry.
Dawno temu, kiedy pisywałem do pism brukowych, wtrąciłem do tekstu takie zdanie: "Wysiadł z samochodu i szedł zalanym słońcem chodnikiem, dopóki cień markizy nad wejściem nie padł mu na twarz niczym strumień zimnnej wody". Redakcja to zdanie wykreśliła. Czytelnicy nie lubili takich rzeczy - hamowały tylko bieg akcji.
Postanowiłem udowodnić, że nie mają racji. Zgodnie z moją teorią czytelnikom tylko się zdawało, że nic ich nie obchodzi poza akcją, w rzeczywistości, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, przywiązywali wagę, tak samo jak ja, do tworzenia stanów emocjonalnych poprzez dialog i opisy. Tym, co pozostawało im w pamięci, do czego powracali myślą, nie był fakt, że człowieka zabito, ale to, że człowiek ten w chwili śmierci usiłował wziąć z biurka spinacz, który mu się wyślizgiwał, toteż jego twarz wyrażała napięcie, usta miał półotwarte w grymasie udręki, o śmierci zaś w ogóle nie myślał. Nie słyszał nawet, że śmierć puka już do drzwi. Ten cholerny mały spinacz wciąż wymykał mu się z palców.

[1] W.H.Auden: The Guilty Vicarage, "Harper's Magazine", maj 1948.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 266-267.

czwartek, 20 czerwca 2013

"Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie"

Raymond Chandler
Do Helgi Green
25 maja 1957 r.

[...] Wziąć podrzędny gatunek literacki i zrobić z niego coś na kształt autentycznej literatury jest samo w sobie pewnym osiągnięciem. Podobno - nie stwierdzam tego na podstawie własnych informacji - setki pisarzy zarabiają dzisiaj jako tako na życie pisaniem powieści kryminalnych, ponieważ ja sprawiłem, że gatunek ten zyskał uznanie, a nawet ogólny szacunek. Ale, tam do licha, cóż innego może robić człowiek, który pisze? Stara się pisać jak najlepiej bez względu na obrany gatunek literacki. Miałem szczęście i to chyba stało się inspiracją dla innych. Steinbeck doszliśmy wspólnie do wniosku, że chcielibyśmy, aby pisarzem uznawanym i czczonym, gdy nas już zabraknie, był ktoś teraz nieznany, może dużo lepszy od nas obu, który po prostu nie miał tego szczęścia - czy może siły przebicia. Każdy uczciwy pisarz, który od czasu do czasu ma się za artystę, zgodzi się chętnie na zapomnienie, byleby przetrwała pamięć o kimś lepszym. Nie zawsze jesteśmy ludźmi miłymi, ale mamy w zasadzie pewien ideał, który nas przewyższa ... Są oczywiście pisarze kiepscy i sprzedajni, ale kiedy prawdziwy pisarz natknie się na coś dobrego, modli się w duchu: "niechże ten gość będzie lepszy ode mnie". Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie, więc ten, co potrafi, tak jak ja, z pewnością nie będzie miał komu innemu za złe, że potrafi to zrobić jeszcze lepiej. Artysta nie może wyprzeć się sztuki i wcale tego nie chce. Kochanek nie może wyprzeć się miłości. Jeżeli pokładamy wiarę w ideale, nie znaczy to, że go posiedliśmy - to on nami włada, bez wątpienia tedy nie chcielibyśmy ze względów merkantylnych zamrozić go na swoim poziomie.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 119.

czwartek, 16 maja 2013

6 uwag Raymonda Chandlera na temat powieści kryminalnej

Raymond Chandler

(1) Napisanie idealnej powieści kryminalnej jest nie­podobieństwem. Zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Może istnieć jedno tylko naczelne zagadnienie. I to jest mój zarzut wobec powieści dedukcyjnej. Jej naczelne zagadnienie to coś, co nie istnieje: problem, który oprze się analizie stosowanej przez dobrego prawnika do pro­blemu prawniczego. Powieści te są bez wątpienia zaj­mujące, nie mogą jednak zrekompensować swoich sła­bych punktów.

(2) Mówi się nieraz, że „trup nikogo nie obchodzi”. To bzdura, odrzucenie cennego elementu. To tak, jak­byśmy powiedzieli, że śmierć naszej ciotki z ręki mor­dercy znaczy dla nas tyle, co podobna śmierć nieznane­go człowieka w mieście, w którym nigdy nie byliśmy.

(3) Powieść kryminalna drukowana w odcinkach rzadko staje się w wydaniu książkowym dobrą powie­ścią. Efekt każdego odcinka polega na tym, że czytel­nik nie ma przed sobą następnego rozdziału. Ale kiedy rozdziały są połączone, momenty fałszywego napięcia tylko czytelnika irytują.

(4) Wątek miłosny prawie zawsze osłabia zagadkę, wprowadza bowiem inny rodzaj napięcia, przeciwstawny wysiłkom detektywa dążącego do rozwiązania problemu. Układa z góry karty i w dziewięciu wypadkach na dzie­sięć eliminuje co najmniej dwoje użytecznych podejrza­nych. Wątek miłosny tylko wówczas, ma rację bytu, jeżeli tworzy osobiste zagrożenie dla detektywa, a równocześ­nie — czujemy to instynktownie — jest jedynie mało ważnym epizodem. Prawdziwie dobry detektyw nigdy się nie żeni.

(5) Paradoksem powieści kryminalnej jest to, że cho­ciaż jej konstrukcja rzadko, jeżeli w ogóle, oprze się wnikliwemu zbadaniu przez umysł analityczny, to jed­nak największym powodzeniem cieszy się u tego wła­śnie typu umysłowości. Istnieje oczywiście typ czytelnika żądnego krwi, podobnie jak typ przejmujący się losem osób działających czy typ poszukiwacza wtór­nych doznań seksualnych. Ale wszystkie te typy razem wzięte tworzyłyby znikomą mniejszość w porównaniu z ludźmi bystrymi, którzy uwielbiają powieść krymi­nalną właśnie z powodu jej niedoskonałości. Jest to, innymi słowy, forma, która nigdy nie zaznała autentycznej porażki, i ci, co przepowiadali jej schyłek i upadek, nie mieli racji właśnie z tego powodu. Ponie­waż forma nie osiągnęła nigdy doskonałości, nie jest więc skostniała. Członkowie akademii literatury nigdy nie położyli na niej swojej lodowatej dłoni. Jest wciąż płynna, wciąż zbyt różnorodna dla uproszczonej klasy­fikacji, wciąż wypuszcza pędy we wszystkich kierun­kach. Nikt nie wie dokładnie, na czym polega sekret jej powodzenia, a jakąkolwiek cechę jej przypiszemy, okaże się, że w tej czy owej najbardziej poczytnej po­wieści kryminalnej właśnie tej cechy brak. Stworzyła więcej złej literatury niż jakikolwiek inny rodzaj bele­trystyki z wyjątkiem romansów i prawdopodobnie wię­cej dobrej literatury niż jakikolwiek inny rodzaj po­wszechnie akceptowany i podziwiany.

(6) Pokażcie mi kogoś (bez względu na płeć), kto nie znosi kryminałów, a powiem wam, że to dureń, może nawet niepozbawiony jakiejś tam inteligencji, ale du­reń ponad wszelką wątpliwość.

Raymond Chandler „Mówi Chandler” (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.

piątek, 26 kwietnia 2013

Myszka Malloy

Była to jedna z tych częściowo, nie całkiem jeszcze murzyńskich przecznic Central Avenue. Właśnie wyszedłem z pewnego trzyfotelowego fryzjerskiego zakładu, w którym według przypuszczeń agencji mógł pracować jako zmiennik fryzjer nazwiskiem Dimitrios Aleidis. Błaha sprawa. Jego żona gotowa była wydać trochę grosza, żeby go mieć z powrotem w domu.
Dzień był ciepły, już prawie koniec marca, stanąłem przed fryzjernią i podniosłem oczy na jaskrawy neon lokalu “U Floriana” z pierwszego piętra. Neonowi przyglądał się jakiś facet. Spoglądał na zakurzone okna w ekstatycznym skupieniu, jak imigrant z Europy, który pierwszy raz ujrzał Statuę Wolności. Był to olbrzymi mężczyzna, mniej więcej sześć stóp i pięć cali wzrostu i gruby jak cysterna na piwo. Stał kilka kroków dalej. Ręce zwiesił bezczynnie, spomiędzy olbrzymich paluchów dymiło mu zapomniane cygaro.
Zwinni, cisi Murzyni mijali go w pośpiechu, nie zatrzymując się, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami. A było na co spojrzeć. Miał na sobie włochaty kapelusz borsalino, szarą sportową marynarkę z samodziału z białymi golfowymi piłeczkami zamiast guzików, brązową koszulę, żółty krawat, szare flanelowe spodnie w kant i buciki z krokodylej skóry, ozdobione białymi rozpryskami na noskach. Z kieszonki na piersiach kipiała mu chusteczka tego samego jaskrawożółtego koloru co krawat. Za wstążką kapelusza tkwiło kilka farbowanych piór, i to już była przesada. Nawet na Central Avenue, na której tłum wcale nie jest szary, wyglądał mniej więcej tak dyskretnie jak na przykład tarantula na biszkoptowym cieście. Był blady i nie ogolony.
Zawsze zresztą wyglądałby na nie ogolonego. Miał kędzierzawe czarne włosy i gęste brwi prawie zrastające się nad grubym nosem, uszy jak na mężczyznę tej postury małe i zgrabne, a oczy błyszczące prawie tak, jakby były zasnute łzami, co się często zdarza przy szarych oczach. Stał jak posąg, a po dłuższej chwili uśmiechnął się. Powoli przeszedł przez chodnik w stronę wahadłowych drzwi od schodów na  pierwsze piętro. Pchnął je, chłodnym, obojętnym spojrzeniem obrzucił ulicę i wszedł.


Gdyby był mniejszy i dyskretniej ubrany, pomyślałbym, że idzie coś zwędzić. Ale nie w tym ubraniu, nie w takim kapeluszu i nie z taką posturą. Drzwi odchyliły się z powrotem na zewnątrz i już się prawie przymknęły. Zanim znieruchomiały, znowu gwałtownie odskoczyły na zewnątrz. Coś przeleciało przez chodnik i wylądowało w rynsztoku między dwoma zaparkowanymi wozami. Wylądowało na czworakach, cienko popiskując jak osaczony szczur. Pomału wstało, odnalazło kapelusz i wróciło na chodnik. Był to szczupły brunatno-skóry młodzieniec o wąskich ramionach, w garniturku koloru bzu, z goździkiem w klapie. Włosy miał czarne, przylizane. Jeszcze przez chwilę nie zamykał ust i skomlał cienko. Przechodnie spoglądali na niego bez zainteresowania. Potem zawadiacko nasadził kapelusz na głowę, przemknął pod ścianę i stawiając na zewnątrz szerokie, płaskie stopy, po cichu odszedł ulicą.
Cisza. Ruch uliczny wrócił do normy. Podszedłem do tych drzwi i zatrzymałem się. W tej chwili były nieruchome. Wtykałem nos w nie swoje sprawy. Więc pchnąłem drzwi i zajrzałem do środka.
Z półmroku wysunęła się ręka, na której mógłbym usiąść, chwyciła mnie za ramię i zgniotła je prawie na miazgę. Potem wciągnęła mnie do środka i niedbałym ruchem uniosła na pierwszy schodek. Olbrzymia twarz zajrzała mi w oczy. Głęboki, matowy głos szeptem zapytał:
- Skąd tu mieszańce, koleś? Jak to jest?
Na schodach było ciemno. I cicho. Z góry dobiegały niewyraźne ludzkie głosy, ale tu na dole byliśmy sami. Olbrzym patrzył na mnie z powagą i wciąż miażdżył mi ramię.
- Smoluch - dodał. - Właśnie go wyrzuciłem. Widziałeś?
Puścił moje ramię. Kość chyba nie była złamana, ale ręka mi zdrętwiała.
- To ich lokal - odpowiedziałem rozcierając ramię. - Czego się spodziewałeś?
- Tego nie gadaj, koleś - szepnął olbrzym jak cztery najedzone tygrysy. - Velma tu pracowała. Mała Velma.
Znów sięgnął po moje ramię. Próbowałem się uchylić, ale był szybki jak kot. Stalowe palce znowu się zacisnęły na moich mięśniach.
- Taak - powiedział. - Mała Velma. Osiem lat jej nie widziałem. Więc mówisz, że to knajpa dla smoluchów?
Stęknąłem, że tak.


Podniósł mnie jeszcze dwa stopnie wyżej. Wyrwałem mu się i łokciem próbowałem go odepchnąć. Nie miałem pistoletu. Nie sądziłem, żeby był potrzebny przy szukaniu Dimitriosa Aleidisa. I wątpię, czyby mi się teraz na co zdał. Ten olbrzym na pewno by mi go odebrał i połknął. - Sam idź na górę i się przekonaj - powiedziałem, starając się stłumić ból w głosie.
Znowu mnie puścił. Spojrzał na mnie ze smutkiem w szarych oczach. 

 - Nic mi nie jest - oświadczył. - Nie idzie mi o niańkę. Ale skocz ze mną na górę i łyknijmy po jednym.
- Nie podadzą ci. Słyszałeś, że to knajpa dla kolorowych.
- Osiem lat nie widziałem Velmy - powtórzył tym swoim głębokim, smutnym głosem. - Już osiem długich lat, jak jej powiedziałem do widzenia. Od sześciu lat do mnie nie pisze. Ale na pewno się okaże, że coś jej przeszkodziło. Pracowała tu. Miła dziewczyna. To idziemy na górę, co?
- OK! - wrzasnąłem. - Idę z tobą. Ale nie potrzebujesz mnie taszczyć. Daj mi iść. Czuję się dobrze. Jestem dorosły. Sam chodzę siusiu, i w ogóle. Tylko mnie nie taszcz.
- Mała Velma tu pracowała - powiedział miękko. Wcale nie słuchał, co mówię.
Poszliśmy na górę. Pozwolił mi iść o własnych siłach. Ramię mnie bolało. Kark miałem mokry.


Raymond Chandler "Żegnaj laleczko", tłumaczyła Ewa Życieńska.

piątek, 14 grudnia 2012

"Była światłem mojego życia, całą moją ambicją"

12 grudnia 1954 roku umarła żona Chandlera. Była od niego o osiemnaście lat starsza, ale dla Chandlera nie miało to nigdy znaczenia.

Do Leonarda Russella 1
styczeń 1955 r.
...Dostałem wiele listów i dużo wyrazów współczucia. Twój list jednak różni się od innych tym, że mówi o utraconym pięknie, nie składa zaś kondolencji dość bezużytecznemu życiu, które trwa nadal. Cissy była tym wszystkim, o czym piszesz, ale nie tylko. Przez trzy­dzieści lat była biciem mojego serca. Była ledwie do­słyszalną muzyką na granicy dźwięku. Żałuję ogromnie, a teraz już nadaremno, że nigdy nie napisałem nic go­dnego jej uwagi, żadnej książki, którą mógłbym jej za­dedykować. Planowałem, myślałem o takiej książce, ale nigdy jej nie napisałem. Może nie potrafiłem. Może ona teraz wie, że się starałem i że poświęcenie kilku lat niezbyt znaczącej kariery literackiej byłoby dla mnie nikłą ceną, gdybym mógł sprawić, aby uśmiechnęła się jeszcze kilka razy.
1 Zastępca redaktora naczelnego „Sunday Times” w Lon­dynie. 


Do Hamisha Hamiltona
5 stycznia 1955 r.
...Proszę Cię, nie przysyłaj mi już książek, bo mogę je tylko posłać na skład. Sprzedałem dom i wyprowadzam się około 15 marca albo nawet wcześniej. Zawiadomię Cię, skoro tylko sam będę wiedział, kiedy przyjadę do Londynu. Jak wynika z Twojego listu, chciałbyś, żebym się na jakiś czas zatrzymał u Ciebie. Otóż nie posądzaj mnie o niewdzięczność, mimo wszystko jednak wolę być sam. Chciałbym wynająć pokój w hotelu, dopóki nie pomożesz mi znaleźć mieszkania: nie chcę być nikomu ciężarem ani kłopotem. Jestem doszczętnie rozbity i ten stan może trwać bardzo długo, bo cała sprawa wstrzą­snęła mną dość głęboko.
Zorientowałeś się chyba, że podczas naszego pobytu w Londynie stan zdrowia Cissy był nie najlepszy. Po powrocie do domu czuła się i wyglądała tak dobrze, jak się nie czuła od dwóch lat, ale trwało to krótko. Traciła siły, coraz prędzej się męczyła. Cierpiała na mało znaną i rzadką chorobę, która nazywa się zwłóknieniem płuc. Jest to powolne twardnienie tkanki płucnej, proces za­czyna się od dołu i posuwa ku górze... Już w 1948 roku prześwietlenie wykazało u Cissy ten proces, ale dużo czasu upłynęło, zanim uświadomiłem sobie, że to może się tylko tak skończyć. Ona sama nigdy chyba nie traciła nadziei, może w ostatnich paru tygodniach zdawała so­bie sprawę z sytuacji, ale nie dała tego po sobie poznać...
Leżała cały czas pod namiotem tlenowym, ale odsu­wała go, żeby móc trzymać mnie za rękę. Co do nie­których rzeczy plątały jej się myśli, co do innych znów zachowywała rozpaczliwą wprost przytomność. Odwra­cała naraz głowę i kiedy traciła mnie z pola widzenia, zdawało się, że wcale nie pamięta ó moim istnieniu.
12 grudnia — była to niedziela — kilka minut po dwunastej, zatelefonowała do mnie pielęgniarka ze szpitala i powiedziała, że jest bardzo niedobrze. Kiedy przy­jechałem, zabrano już namiot tlenowy, a Cissy leżała z półotwartymi oczami... Lekarz trzymał stetoskop przy jej sercu i słuchał. Po chwili cofnął się i skinął głową. Zamknąłem jej oczy, pocałowałem ją i wyszedłem.
Oczywiście, w pewnym sensie pożegnałem się z nią już dawno. W ciągu ostatnich dwóch lat nieraz w nocy czułem pewność, że muszę ją utracić, że to tylko sprawa czasu. Ale spodziewać się czegoś, a przeżyć to nie to same. Zresztą rad byłem, że umarła. Nie do zniesienia była myśl, że Cissy, ten dumny, nieustraszony ptak, może spędzić resztę życia zamknięta w pokoju jakiegoś ohydnego sanatorium niby w klatce.
Sypiam w jej pokoju. Zdawało mi się, że się na to nie zdobędę, ale potem pomyślałem, że jeśli pokój będzie stał pusty, zagnieżdżą się w nim duchy, że ile razy przejdę obok drzwi, będę umierał ze strachu, jedynym więc rozwiązaniem jest wprowadzić się do tego pokoju, napełnić go moimi szpargałami, stworzyć tu bałagan, w jakim zwykle mieszkam. Decyzja była słuszna.
Przez trzydzieści lat, dziesięć miesięcy i cztery dni Cissy była światłem mojego życia, całą moją ambicją. Wszystko inne, co robiłem, było tylko ogniskiem, żeby mogła ogrzać przy nim ręce. 

Do Helgi Greene
19 marca 1957 r.
...Byłem wierny mojej żonie nie z powodu jakichś tam zasad, ale dlatego, że Cissy była taka urocza, tak nieprawdopodobnie zachwycająca. Potrzeba nowych do­znań, odczuwana przez mężczyzn w pewnym wieku, którym zdaje się, że dużo tracą nie zdobywając różnych pięknych dziewcząt, była mi zawsze obca. Ja miałem już przy sobie kobietę idealną. Kiedy była młodsza, miewała nagłe, krótkotrwałe wybuchy gniewu, gdy rzucała we mnie poduszkami. Śmiałem się tylko. Imponował mi jej temperament. Nie znała w ogóle strachu. Kiedy zna­lazła się w trudnej lub niemiłej sytuacji, stawiała jej czoła bez namysłu. Zawsze też odnosiła zwycięstwo, nie dlatego, żeby w chwilach decydujących używała świa­domie swego wdzięku, ale po prostu dlatego, że nie sposób było się jej oprzeć, z czego nie zdawała sobie sprawy i o co nie dbała. I taka kobieta musiała umierać wolno, cal po calu. Przypuszczam, że za wszystko trzeba w taki czy inny sposób zapłacić. 

Do Rogera Machella
7 lutego 1955 r.
...Kiedy mam chandrę, a w żaden sposób nie mogę się tak upić, żeby zasnąć, siedzę do Bóg wie której, słucha­jąc płyt. Noce są chyba najgorsze. I nic się nie poprawia. Od soboty nikogo tu nie ma poza Mabel, moją kucharką i gospodynią, Holenderką z Pensylwanii. Ma mnóstwo zalet, ale jej towarzystwo jest słabą pociechą. Może kiedy wyjadę z tego domu i oddalę się od związanych z nim wspomnień, uda mi się znów zabrać do pisania. Ale wtedy znów może mnie ogarnąć tęsknota za domem, a tęsknota za domem, którego nie ma, bywa doku­czliwa.
Jutro przypada, a raczej przypadałaby, trzydziesta pierwsza rocznica naszego ślubu. Mam zamiar ustawić w domu moc czerwonych róż i zaprosić przyjaciela na szampana, bo Cissy i ja taki mieliśmy zwyczaj. Bez­sensowny zapewne i głupi gest, bo moja ukochana stra­cona jest bezpowrotnie, a nie wierzę w żadne życie po­zagrobowe. Jednakże tak właśnie zrobię. My, silni mężczyźni, jesteśmy w głębi duszy beznadziejnie sen­tymentalni.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.

"Najbardziej nieudolny ze znanych dotychczas zamachów samobójczych"



W lutym 1955 roku Chandler usiłował odebrać sobie życie, co jeden z jego przyjaciół określił potem jako „naj­bardziej nieudolny ze znanych dotychczas zamachów sa­mobójczych”. Chandler z czasem nie wzdragał się przed omawianiem tego zdarzenia, które prasa i radio roz­głosiły na cały świat w wersji bardzo zniekształconej. Udostępniono nam do wykorzystania w tej książce urzę­dowy raport policyjny pod warunkiem, że nie ujawnimy nazwisk funkcjonariuszy i będziemy korzystali z rapor­tu dyskretnie. i wyrozumiale, gdyż według słów policjantów „Ray to był wspaniały gość”.
W raporcie czytamy: „Chandler mocno przeżywał śmierć żony i motywy zamachu samobójczego miały swe źródło w jego pobudliwej wyobraźni... Sierżant X z od­działu patrolującego miasto La Jolla, składając raport o próbie samobójstwa przy użyciu rewolweru w dniu 22 lutego 1955 roku, stwierdził, że 5 lutego, czyli niezbyt długo przed targnięciem się przez Chandlera na swe ży­cie, był u niego w domu i perswadował mu, żeby zanie­chał myśli o samobójstwie. Zapowiedź samobójstwa z dnia 5 lutego była już trzecią zapowiedzią otrzymaną przez policję”.
22 lutego po południu szwagierka1 Chandlera zadzwo­niła do komisariatu policji w La Jolla zawiadamiając, że Chandler znów grozi samobójstwem. „Oficer, zorien­towany w sytuacji, rozmawiał z Rayem przez telefon, aby go zająć, dopóki nie przyjadą do. niego policjanci”.
O godzinie 15.50 policjant, który przybył na miejsce, rozmawiał ze szwagierka Chandlera, „kiedy usłyszał z łazienki dwa strzały”. Pobiegł tam i zastał pisarza sie­dzącego na podłodze z rewolwerem na kolanach. Jak stwierdził, znajdował się on pod wpływem alkoholu... Odebrał rewolwer Chandlerowi, który miał na sobie tyl­ko szlafrok, pidżamę i ranne pantofle. Policjant po zba­daniu sprawy oświadczył, że dwie kule — jedyne w ma­gazynku — trafiły w sufit i w obudowę prysznicu, a zamierzone samobójstwo skończyło się niczym, gdyż strzały oddane zostały w górę, chybiając celu.
„Chandler był w stanie depresji z powodu śmierci żony, a niedawna rocznica ślubu pogorszyła jeszcze ten stan. Odwieziono go na oddział psychiatryczny szpitala okręgowego, później zaś wskutek interwencji przyja­ciół przeniesiono go do prywatnego sanatorium”.
[1] Lavinia Brown, mieszkająca w La Jolla. 


Do Rogera Machella
5 marca 1955 r.
...Za Boga nie potrafię Ci powiedzieć, czy rzeczywiś­cie chciałem to zrobić, czy może to tylko moja podświa­domość wyreżyserowała tandetne przedstawienie te­atralne. Pierwszy strzał oddałem niechcący. Nigdy nie strzelałem, a cyngiel był tak czuły, że ledwie musnąłem go, ustawiając rękę we właściwej pozycji, gdy zaś od­skoczył, kula odbiła się rykoszetem od ścianek obudo­wy prysznica i trafiła w sufit. Równie dobrze mogła rykoszetem trafić mnie w brzuch. Odgłos wydał mi się bardzo słaby. Potwierdziło się to, kiedy następny strzał (już ten na serio) w ogóle nie padł. Naboje miały już z pięć lat i przypuszczam, że zawilgły w tym klimacie. Od tej chwili nic już nie pamiętam. Policjant, który wówczas przyszedł, powiedział mi później, że siedzia­łem na podłodze kabiny prysznica, usiłując wsadzić pis­tolet do ust, i kiedy kazał mi oddać broń, roześmiałem się tylko i mu ją dałem.
Nic z tego nie pamiętam. Nie wiem, może jest to ja­kaś wada emocjonalna, ale nie czuję się winny ani za­żenowany, kiedy spotykam w La Jolla ludzi, którzy wiedzą,, co się stało. Mówiono o tym przez radio, pisała o tym prasa w całym kraju i dostałem stosy listów.
W Anglii i bodajże w innych krajach zamach samobójczy, czy coś, co na to wygląda, jest przestępstwem. W Kalifornii tak nie jest, ale trzeba potem poddać się obserwacji w szpitalu. Udało mi się wyjść ze szpitala już następnego dnia, ale pod warunkiem, że przeniosę się do prywatnego sanatorium... Stamtąd już znacznie trudniej było się wydostać. Wytrzymałem tam sześć dni, po czym oznajmiłem, że zamierzam wyjść. Szalone po­ruszenie. To po prostu nie uchodzi. Dobrze, powiedzia­łem, wskażcie mi przepis prawny, który każe mi tu zos­tać. Ale takiego przepisu nie ma i ordynator dobrze o tym wiedział.
Wróciłem więc do domu i odtąd nic mnie cała spra­wa nie obchodzi, poza tym, że nafaszerowali mnie narkotykami, żebym był uległy, i ciągle jeszcze mam po tym kaca. Zdumiewa mnie, że ludzie siedzą w takich miejscach znudzeni, załamani, nieszczęśliwi, zamartwia­jąc się o swoje posady, rodziny, tęsknią za domem. Pod­dawani są elektrowstrząsom (na mnie nie ośmielono się tego spróbować), a w przerwach wstrząsom insulino­wym, niepokoją się o koszty tych zabiegów i czują się jak więźniowie, a jednak nie mogą się zdobyć na odwa­gę, żeby wstać i wyjść. Przypuszczam, że na tym właś­nie polega ich niedomaganie. Gdyby mieli więcej odwa­gi, w ogóle by do sanatorium nie trafili. Ale to nie jest chyba cała sprawa. Gdybym ja miał więcej odwagi, nie uległbym rozpaczy i bólowi tak bardzo, żeby zrobić to, co zrobiłem. Ale kiedy znalazłem się oko w oko... z ku­pą bredni psychiatrycznych i nie istniejącą władzą, która usiłowała mi wmówić, że ma mnie w swojej mocy, oka­zało się, że nie potrzeba zbyt wielkiej śmiałości, aby po­wiedzieć im wszystkim, co mam zamiar zrobić i zrobić to. W końcu, rzecz dziwna, chyba nawet im się to podo­bało. Siostra oddziałowa ucałowała mnie i powiedziała, że jestem niezwykle uprzejmym, układnym pacjentem i niech Bóg ma w swojej opiece lekarza, który próbo­wałby mnie zmusić do zrobienia czegoś wbrew mojej woli.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.

czwartek, 13 grudnia 2012

Mówi Chandler


Do Williama Campbella Gaulta 1
początek marca 1955 r.
...Wczoraj zakończyłem dość przykrą robotę, jaką było usunięcie mebli z domu i przekazanie go nowemu właścicielowi. Kiedy w pustych pokojach sprawdzałem okna itd., czułem się trochę jak ostatni żyjący w wy­marłym świecie. Ale to przejdzie. W środę wyjeżdżam do Old Chatham w stanie Nowy Jork, zatrzymam się tam u mojego najlepszego przyjaciela [Ralph Barrow], a 12 kwietnia odpływam na „Mauretanii”. Wrócę praw­dopodobnie gdzieś pod koniec października i postaram się znaleźć dom w La Jolla — oczywiście dużo mniej­szy — bo dość spokojnie się tu żyje i wszyscy mnie znają.
1 Autor opowiadań i powieści. 

Do Hardwicka Moseleya 1
Hotel Connaught, Londyn 24 kwietnia 1955 r.
...Będę tutaj mieszkał przynajmniej do 8 maja, po czym może będę musiał nocować w Green Park. Nie jest mi wesoło, a w dodatku mam zapalenie krtani i przez to okropną chrypę. Życie towarzyskie jest też zbyt ożywione. Idę na obiad z ośmioma osobami, a nas­tępnego dnia pięć z nich zaprasza mnie do siebie na przyjęcie. Człowiek w końcu nic innego nie robi, tylko je, pije i nudzi się. Bardzo lubię mój hotel, ale wcale nie lubię, kiedy ludzie się na mnie gapią, wskazują mnie innym i bardzo nie lubię wywiadów do prasy.
1 Dyrektor wydawnictwa „Houghton Mifflin Co.”.

Do Neila Morgana 1
3 czerwca 1955 r.
...Pewnie byś mnie nie poznał, gdybyś mnie teraz zo­baczył. Stałem się tak piekielnie wytworny, że niekie­dy sam siebie nie znoszę. Nadal źle sypiam i często wstaję o czwartej lub o piątej rano.
Uprawiam ostatnio coś w rodzaju ugrzecznionej por­nografii. Rozumie się, chodzi mi tu przede wszystkim o to, żeby wykpić sposób mówienia wyższych sfer. My­liłby się bardzo ktoś, kto by sądził, że my i Anglicy mówimy tym samym językiem.
Wiosna jest cudowna, na skwerach płoną wspaniałe tulipany prawie na metr wysokie. Kew Gardens jest rajem zieleni i barw — rodendrony, azalie, amarylisy — kwitnące drzewa wszelkiego rodzaju. Po sztywnej przy­kurzonej zieleni Kalifornii człowiekowi aż dech zapie­ra w piersiach. Sklepy są pięknie udekorowane i pełno w nich wspaniałych rzeczy. System kontroli ruchu mają tu znakomity. Brak tylko dobrego mięsa. Po pros­tu nie mają gdzie go magazynować, żeby skruszało.
Za to cóż za kobiety! Jeżeli nawet miały kiedyś krzy­we zęby, to teraz już ich nie mają. Widuję na przyję­ciach cud-dziewczyny, które by wprawiły Hollywood w osłupienie. A w dodatku są tak piekielnie przyzwoite, że nie pozwolą nawet człowiekowi zapłacić za taksówkę.
1 Felietonista pisma „San Diego Evening Tribune”. 

Do Michaela Gilberta 1 
Chatham, Nowy Jork 14 października 1955 r.
...Podróż była okropna. Zaprawiając się wciąż do abstynencji (a będzie to wymagało znacznie więcej wysiłku, niż mam na to ochotę) siedziałem samotnie przy stoliku w rogu i nie chciałem mieć do czynienia z resztą pasażerów, co ich zdaje się specjalnie nie mar­twiło.
1 Radca prawny Chandlera w Londynie. 

Do Neila Morgana 
Londyn 20 lutego 1956 r.
...Mam zamiar w najbliższych dniach wysłać do Cie­bie długi i szczegółowy list, w którym opiszę moje pe­regrynacje po Europie i Północnej Afryce i który pew­no znudzi Cię, jak zwykle nudzą nas widokówki (choć mam nadzieję, że nie). Bawię się wspaniale, mocząc no­gi, żeby poprawić krążenie, i leżąc w łóżku pod cztere­ma kocami, pierzyną i poduszką elektryczną... Źle się czuję, a każdy doktor znajduje inne tego przyczyny. Ale tak naprawdę dolega mi to, że nie mam domu, a gdy­bym nawet miał, to nie mam nikogo, o kogo mógłbym się w tym domu troszczyć. 

Do Neila Morgana
New York Hospital 5 czerwca 1958 r.
...Dolegało mi głównie — i to od dawna — umysłowe, fizyczne i emocjonalne wyczerpanie, które ukrywałem, pijąc dość whisky, żeby utrzymać się na nogach, a do tego skrajne niedożywienie. Zaprzestanie picia nie spra­wiało mi nigdy trudności, ale cóż mogłem mieć w za­mian? Tutaj nauczono, mnie, że mogę mieć w zamian dietę bogatą w białko, która sprawia, że zaledwie po paru dniach człowiek zaczyna jeść trzy razy więcej niż sobie wyobrażał, że jest w stanie przełknąć, a potem za­czyna się rozglądać za dokładką... Piątego dnia obudzi­łem się i stał się cud. Po raz pierwszy od śmierci żony czułem się szczęśliwy, absolutnie szczęśliwy. Nastrój był autentyczny i dotychczas się nie zmienił... Ściskam Was i proszę, żebyście nie spisali mnie na straty. Potrzeba mi przyjaciół. 

Do H.N. Swansona 1
La Jolla 14 czerwca 1956 r.
...Wróciłem do normalnego trybu życia. We wtorek rano przyleciałem piekielnie zmęczony samolotem, któ­ry opuścił Nowy Jork o północy. Bardzo źle mi zrobiła angielska zima, a zwłaszcza ten okres chłodów stycznio­wych. Z powodów bliżej nieznanych nie mogłem praco­wać w Londynie —może zbyt ożywione życie towa­rzyskie, za dużo uroczych kobiet... Ale musiałem tam pojechać... Nie byłem w stanie pozostawać w La Jolla tak niedługo po śmierci mojej żony. Czułem się jak w zamku nawiedzanym przez duchy. Ale teraz już się zahartowałem. Sądzę, że dam radę.
1 Agent Chandlera w Hollywood. 

Do Dorothy Gardiner
23 sierpnia 1956 r.
...Byłem przez kilka tygodni w jednym z najgorę­tszych zakątków Kalifornii, mianowicie w Pasadenie, ojczyźnie spokoju i przepoconych podkoszulków. U nas wprawdzie też panują teraz takie upały, jakich miesz­kaniec La Jolla nie powinien doświadczyć, ale klimat w ogóle zmienia się stopniowo i myślę, że za następny milion lat czeka nas okres tropikalny, po którym bez wątpienia przyjdzie epoka lodowcowa, nie przypusz­czam jednak, żebym miał tego doczekać.
Do Edgara Cartera
28 marca 1957 r.
...Od czasu pobytu w Arizonie znów lubię prowadze­nie samochodu. Od lat tego nie cierpiałem. Ale mój przy­jaciel, Anglik, zmusił mnie, żebym przejechał Arizonę z północy na południe i ze wschodu na zachód, od gra­nicy z Meksykiem po góry (we Flagstaff są najlepsze pstrągi, jakich zdarzyło mi się zakosztować). Stałem się teraz kierowcą bardzo szybkim. W Arizonie prawie się nie widuje samochodów służby ruchu. Stwierdziłem, że niezbędne są dwa czynniki: doskonałe opony i całkowi­te skupienie. W moim wieku mogę znieść najwyżej czte­ry godziny takiej jazdy, ale sprawia mi ona przyjemność. 

Do Edgara Cartera
27 września 1957 r.
...Zycie tutaj nudzi mnie i bardzo chciałbym wrócić do Anglii, ale urzędnik podatkowy mówi, że muszę tu pozostać do 5 kwietnia przyszłego roku... Ponieważ dwie moje najlepsze przyjaciółki są w Londynie, nie przyj­dzie mi to łatwo. 

Do Hamisha Hamiltona
4 grudnia 1957 r.
...Wracam do Londynu pod koniec stycznia z zamia­rem zamieszkania tam na stałe. Wymaga to wizy, a je­żeli przyjeżdża się do Anglii na stały pobyt, można przywieźć lub przesłać sprzęty gospodarstwa domowego i książki... Głównym chyba celem mojego powrotu do Londynu i pozostania w nim — pomijając moją miłość do tego miasta, wyjąwszy może okres od stycznia do marca — jest to, że chcę spróbować czegoś nowego — pisać sztuki. W Londynie jest tak dużo czynnych te­atrów, które zwykle ryzykują i wystawiają sztukę, na­wet jeżeli krytycy nie szaleją z zachwytu.
Fajno będzie zobaczyć się znów z Tobą, z Iwoną i z Rogerem. A także z tym miłym facetem, który jest szefem domu towarowego, ale zabij mnie, nie pamię­tam, jak się nazywa. Nie mam pamięci do nazwisk... Próbowałem wynająć słonia birmańskiego, który by za mnie o wszystkim pamiętał, ale doszedłem do wniosku, że jego trąbienie drażniłoby sąsiadów i że zadem miaż­dżyłby fotele. 

Do Hardwicka Moseleya
5 października 1958 r.
...Jadę w listopadzie, grudniu lub styczniu na kilka tygodni do Palm Springs. Bardzo lubię Palm Springs. Tym razem będzie to wyjazd dla zdrowia. Dobrze pły­wam i nurkuję, kiedyś nawet skakałem z wysokiej trampoliny. Dzisiaj brak mi już sprężystości w nogach (a poza tym w Palm Springs nie ma wysokiej trampo­liny). Mogę jednak mieć moc przyjemności skacząc z niższych pięter wieży. Z pewnością dobrze mi to zrobi.
Do Związku Amerykańskich Pisarzy Powieści Kryminalnych 1
7 lutego 1959 r.
...Bez wątpienia zdają sobie państwo sprawę, że trak­tuję ten zaszczyt jako dowód uznania dla wielu lat pra­cy zawodowej, nie zaś jako dowód uznania dla mnie osobiście. Przyjmuję go z całą skromnością i sądzę, że musiały być powody, dla których wybór padł na mnie, choćbym nawet sam tych powodów nie widział. Bądź co bądź przez znaczną część życia usiłowałem zrobić coś z powieści kryminalnej — może uczynić ją czymś lep­szym, niż miała być w założeniu — ale nie jestem wcale pewien, czy mi się to udało...
Sądzę, że jako oficjalny przewodniczący tej jedynej w swoim rodzaju organizacji powinienem dołożyć wy­siłków, aby nasze wspólne dążenia nabrały w oczach ogółu takiej wagi, jaką mają w rzeczywistości. Jak się do tego zabrać, to już problem, który wymaga współ­działania innych umysłów. Mój umysł, taki jaki jest, będzie zawsze do dyspozycji państwa, ale to za mało...
Jest to zaszczyt, którego się nie spodziewałem i na który nie zasłużyłem, ale skoro już przypadł mi w udzia­le, chciałbym, o ile to w mojej mocy, wyrazić ogromną wdzięczność Amerykańskim Pisarzom Powieści Krymi­nalnych, a zarazem żal, że w sposób konkretny nie mogę uczynić dla nich czegoś więcej, niż to obecnie możliwe.
1 Chandlera obrano prezesem Związku Amerykańskich Pi­sarzy Powieści Kryminalnych.

Chandler, który był już poważnie chory, kiedy to pi­sał, umarł w La Jolla 26 marca 1959 roku. Londyński „Times” we wspomnieniu pośmiertnym pisał:
„Imię Chandlera z pewnością przejdzie do potomnoś­ci wraz z imionami kilku innych pisarzy powieści sen­sacyjnych, którzy również byli nowatorami i stylistami i którzy uprawiając glebą powieści kryminalnej przys­porzyli literaturze szczerozłotych kłosów”.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Chandler o Chandlerze

Raymond Chandler w 1940

    Do Hamisha Hamiltona 1

10 listopada 1950 r.

...Urodziłem się w Chicago, w stanie Illinois. Było to tak dawno, że wolałbym nigdy i nikomu tej daty nie po­dawać. Moi rodzice pochodzili z rodziny kwakrów, sami jednak nie byli nigdy kwakrami praktykującymi.       Matka urodziła się w Waterford, w Irlandii2. Mieściła się tam słynna szkoła kwakrów i być może istnieje nadal. Ojciec pochodził z rodziny farmerów z Pensylwanii. Prawdo­podobnie jego przodkowie należeli do grupy pierwszych osiedleńców, co przybyli na te tereny z Williamem Pen-nem. Kiedy miałem siedem lat, chorowałem na szkar­latynę w hotelu, co podobno jest wyczynem niezwy­kłym. Z tego okresu pamiętam przede wszystkim lody i przyjemność, jaką było zdrapywanie skóry łuszczącej się podczas rekonwalescencji.

1 Dyrektor wydawnictwa „Hamish Hamilton Ltd”, wydawca książek Chandlera w Londynie.

2 Matka Chandlera, Florence Thornton, pojechała do Stanów Zjednoczonych w odwiedziny do swojej siostry Gra­ce, która po wyjściu za mąż mieszkała w Omaha, w stanie Nebraska. Tam właśnie poznała swojego przyszłego męża, Maurice’a  Chandlera.
       
    Do Charlesa W. Mortona 1

20 listopada 1944 r.

...Mój wuj, lokalny działacz polityczny, mieszkał w Omaha. Byłem u niego kilka razy. We wczesnym dzie­ciństwie wysłano mnie na lato do Plattsmouth, w stanie Nebraska. Utkwiły mi w pamięci dęby, wysokie drewniane chodniki, brudne jezdnie, panujący skwar, świe­tliki, patyczki i mnóstwo dziwnych owadów, pamiętam jesienią zbiór dzikich winogron na wino, pamiętam martwe sztuki bydła, a czasem też trupa ludzkiego nie­sionego prądem błotnistej rzeki, pamiętam stojący za domem uroczy szalecik z trzema otworami. Pamiętam również fotele na biegunach stojące rzędem na chodniku przed hotelem i wszystko dookoła zaplute tytoniem do żucia. I pamiętam też próbną jazdę wagonu pocztowego z urządzeniem, które pozwalało zabierać przesyłki bez zatrzymywania się. To urządzenie wynalazł mój wuj, ale potem ktoś wynalazł lepsze i wuj nie zarobił ani centa. Potem wyjechałem do Anglii i przez szereg lat kar­miono mnie wyłącznie łaciną i greką, tak jak i Ciebie... Nie sądzę, żeby wykształcenie wyrządziło mi poważniej­szą szkodę.

1 Jeden z redaktorów miesięcznika „The Atlantic Monthly”.

Z wywiadu udzielonego Irvingowi Wallace’owi1

24 sierpnia 1945 r.

...Mój ojciec był inżynierem, skończył inżynierię lą­dową w Penn. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałem sie­dem lat... Nigdy już ojca nie widziałem.

1 Pisarz i dziennikarz.            

Do Leroya A. Wrighta 1

31 marca 1957 r.

...Wkrótce potem moja matka wróciła do Anglii, za­mieszkała u swojej matki i prowadziła jej dom2. Oczy­wiście, zabrała mnie ze sobą. 


1 Radca prawny Chandlera, wspólnik kancelarii Glenn i Wright w San Diego (Kalifornia).

2 Babka Chandlera mieszkała w Londynie, w dzielnicy Norwood, wraz ze swoją córką Ethel.

Do Charlesa W. Mortona

1 stycznia 1945 r.

...Mam bardzo wielu kuzynów Irlandczyków, biednych i bogatych, wszyscy są protestantami, niektórzy są zwo­lennikami ruchu Sinn Fein, inni stoją niezłomnie po stronie Wielkiej Brytanii. Głową rodu jest (jeżeli jeszcze żyje) zamożny prawnik 1, który nie znosił prawa, ale czuł się w obowiązku przejąć i prowadzić kancelarię swego ojca. Wuj miał gospodynię, która pochodziła z rodziny ziemiańskiej i uważała, że nie jest on wła­ściwie gentlemanem, był bowiem radcą prawnym. Ma­wiała: „Są tylko cztery zawody godne gentlemana: wojsko, marynarka wojenna, kościół i adwokatura”. Adwokat mógł być gentlemanem, radca prawny — nie...

Zdumiewający ludzie ci Anglo-Irlandczycy. Nigdy nie utrzymywali stosunków towarzyskich z katolika­mi... Wpojono mi straszliwą pogardę dla katolików i do dziś jeszcze mam z tym kłopoty... Gospodyni-snobka nie tolerowałaby w domu służących katoliczek, chociaż przypuszczalnie byłyby one dużo lepsze od garkotłuków, które trzymała.

1 Ernest Thornton.

Do Hamisha Hamiltona

15 lipca 1954 r.

...Jakże dziwne mieliśmy poczucie wartości. Co za banda snobów! Moja niemądra i zarozumiała babka mówiła o jednej z najmilszych rodzin, jakie znaliśmy, że to „bardzo poczciwi ludzie”, bo było tam dwóch sy­nów, pięć złotowłosych córek bez posagu i nie było słu­żącej. Przeto spotykały ich stale haniebne upokorzenia, musieli bowiem sami otwierać własne drzwi fron­towe.

Do Hamisha Hamiltona

11 grudnia 1950 r.

...Pisałem też dość dużo wierszy do „The Westminster Gazette”, które przeważnie wydają mi się teraz okropne, chociaż nie wszystkie. Pisywałem również wie­le szkiców, głównie satyrycznych — w stylu podobne były do szkiców Sakiego, ale nieporównanie gorsze. Prawdę mówiąc rzadko widywałem Spendera. Wysyła­łem tekst i albo mi go odsyłano, albo dostawałem ko­rektę. Nigdy jej nie robiłem, po prostu uznawałem to za swego rodzaju formę przyjęcia tekstu do druku. W określonym dniu tygodnia stawiałem się regularnie przy okienku kasy, odbierałem pieniądze w złocie i sreb­rze, nalepiałem znaczek za pensa w grubej księdze i pod­pisywałem się na nim w charakterze pokwitowania. Jakże dziwne się to wszystko dzisiaj wydaje!

Opowiadałem Ci chyba o tym, jak napisałem do sir George’a Newnesa i zaproponowałem, że kupię udział w jego podłym, acz popularnym tygodniku „Tit-Bits”. Przyjęła mnie grzecznie jego sekretarka, zapewne wy­chowanka ekskluzywnej szkoły prywatnej. Powiedzia­ła, że bardzo żałuje, ale wydawnictwo nie odczuwa bra­ku kapitałów, dodała jednak, że niewątpliwą zaletą mo­jej propozycji jest jej niezwykłość. W podobny sposób nawiązałem kontakt z „The Academy”... (Cowper) wprawdzie nie zechciał sprzedać mi udziału w piśmie, ale wskazał natomiast wielki regał z książkami stojący w jego gabinecie i mówiąc, że są to egzemplarze recenzyjne, zaproponował, żebym wziął kilka do domu i na­pisał recenzje. Dziwię się, że nie kazał mnie zrzucić z mrocznych schodów. Może po prostu nie było w biu­rze nikogo, kto mógł to zrobić, cały bowiem jego zespół redakcyjny składał się chyba tylko z jednej łagodnej pani w średnim wieku i nieśmiałego człowieczka nazwis­kiem Vizetelly, który był, jak mi się zdaje, bratem innego, bardziej znanego Vizetelly’ego — tego, co wydał w Nowym Jorku angielski przekład „Pani Bovary” i miał potem sporo przykrości, bo oskarżono go o roz­powszechnianie pornografii.

Poznałem w tej redakcji również wysokiego, broda­tego mężczyznę ze smutnymi oczami, Richarda Middletona, o którym może słyszałeś. Wkrótce potem popełnił w Antwerpii samobójstwo, jak sądzę, z rozpaczy. Wy­padek ten wywarł na mnie przygnębiające wrażenie, ponieważ Middleton obdarzony był wielkim talentem, któremu nie miałem nadziei nigdy dorównać, skoro zaś tak mu się nie powiodło, doszedłem do wniosku, że ja w ogóle nie mam żadnych szans. Oczywiście wówczas, tak jak i dzisiaj, byli znani i dobrzy pisarze, pisywali również inteligentni młodzi ludzie, którzy zarabiali na życie współpracując z licznymi tygodnikami literacki­mi i działami kulturalnymi dzienników. Ale większość miała inne jeszcze dochody albo pracę, przede wszyst­kim w Administracji Państwowej. Ja z całą pewnością nie należałem do tej grupy inteligentnych młodych ludzi. Wcale też nie byłem szczęśliwym młodym czło­wiekiem. Miałem bardzo mało pieniędzy, chociaż nie brakowało ich w mojej rodzinie. Wychowywałem się w Anglii, i wszyscy moi kuzyni byli Anglikami miesz­kającymi w Anglii albo w koloniach angielskich. Ja nie czułem się Anglikiem, nie czułem się też Amerykani­nem. Ale oburzało mnie wynikające ze snobizmu i igno­rancji krytykowanie Amerykanów, tak powszechne w tamtych czasach.

Podczas pobytu w Paryżu spotkałem wielu Amery­kanów, w większości byli pełni wigoru i radości życia, potrafili bawić się doskonale w okolicznościach, w któ­rych przeciętny Anglik byłby zgorszony lub nudziłby się śmiertelnie. Ale mnie nic z nimi nie łączyło. Nawet nie mówiłem ich językiem. Właściwie to nie miałem ojczyzny... Może powinienem był mieszkać w Paryżu, chociaż nigdy nie lubiłem specjalnie Francuzów.
Ale niekonieczne trzeba lubić Francuzów, żeby czuć się dobrze w Paryżu. Zresztą kilku można przecież polu­bić. Z drugiej strony bardzo lubiłem Niemców, to zna­czy- tych z południa. Ale nie mogłem zamieszkać w Niemczech, skoro było publiczną i powszechnie dys­kutowaną tajemnicą, że lada dzień będziemy z Niem­cami prowadzili wojnę...