W drewnianym fotelu za biurkiem siedział mężczyzna, którego stopy sprawiały wrażenie przymocowanych do desek podłogi niby nogi narciarza. Obok jego prawego uda stała imponujących rozmiarów spluwaczka, w której mógłby się zmieścić zwinięty strażacki wąż. Głowę przykrywał mu zsunięty do tyłu przepocony stetson, duże, bezwłose dłonie zaś zaplótł sobie wygodnie na brzuchu wystającym nad spodniami, które niegdyś były zapewne koloru khaki, ale przez lata sprane zostały niemal do białości. Jeszcze bardziej sprana koszula harmonizowała zapewne niegdyś ze spodniami. Teraz była zapięta na wszystkie guziki aż po obciskający grubą szyję kołnierzyk, ale pozbawiona krawata. Włosy miał mysiobrązowe, z wyjątkiem skroni, na których przybrały odcień zleżałego śniegu. Usadowiony był trochę bokiem, bardziej na lewym niż na prawym pośladku, ponieważ na prawym biodrze dźwigał sięgającą mu aż po boczną kieszeń spodni kaburę, z której wystawała na kilkanaście centymetrów i uwierała go w bok rękojeść czterdziestki piątki. Jeden z promyków gwiazdy szeryfa, przypiętej do lewej strony piersi, był nadgięty.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty
piątek, 15 września 2017
Miła ulica
Znałem pewną dziewczynę. Jest miła i mieszka na Dwudziestej Piatej, która jest bardzo miłą ulicą. Ta dziewczyna bardzo lubi Bay City. I oczywiście nie przyszłoby jej do glowy przejmować się jakimiś tam slumsami na przygnębiającej równinie, która rozciąga się na południe od starej linii kolejowej, bo w końcu gnieżdżą się tam tylko Meksykańce i czarnuchy. Pewnie nie ma nawet pojęcia, co tacy ludzie robią i jak żyją. Nic nie wie o ich dzikich kąpieliskach wzdłuż płaskiego brzegu oceanu, na południe od nadmorskich skał, o ciasnych, dusznych i ociekających potem tancbudach na obrzeżach slumsów, o skrętach z marihuany, o wąskich, lisich twarzyczkach i cwanych oczkach, które zza osłony rozpostartych gazet kontrolują sytuację w podejrzanie pustych recepcjach podejrzanych hotelików, o kieszonkowcach, złodziejaszkach-amatorach, bandziorach z wyrokami, pijaczkach, alfonsach, dziwkach i pedziach wmieszanych w tłum zapełniający drewniane chodniki.
Raymond Chandler Topielica
piątek, 12 grudnia 2014
"Każde czytanie dla przyjemności jest ucieczką"
Jeżeli nawet trafiają się powieści kryminalne realistyczne choćby
w jakimś stopniu (a bywa to bardzo rzadko), pisane są wówczas z pewnym
dystansem, w przeciwnym razie nie pisałby ich ani nie czytał nikt prócz
psychopatów. Powieść kryminalna ma również tę przykrą cechę, że zajmuje się
własnymi sprawami, rozwiązuje własne problemy i odpowiada na pytania, które sama
zadaje. Do dyskusji nie pozostaje nic poza tym, czy jest dość dobrze napisana,
żeby być po prostu dobrą literaturą, na czym ci, co składają się w sumie na owe
pół miliona sprzedanych egzemplarzy, i tak się nie poznają. Poznanie się na
wartości literackiej utworu jest zadaniem dostatecznie trudnym nawet dla ludzi,
którzy zajmują się literaturą zawodowo, nie zwracając zbytniej uwagi na to, w
ilu egzemplarzach książka się rozejdzie.
Powieść detektywistyczna (może będę raczej używał tej nazwy, skoro
na tym polu nadal dominują wzory angielskie) musi znajdować czytelników przez
powolny proces destylacji. Że ich jednak znajduje i tak mocno już potem przy
sobie trzyma, to fakt niezaprzeczony, choć studia nad przyczynami tego zjawiska
pozostawiam umysłom bardziej dociekliwym. Nie zamierzam też twierdzić, że
stanowi ona niezbędną i doniosłą formę sztuki. Nie ma niezbędnych i doniosłych
form sztuki, jest tylko sztuka jako taka, i tej mamy bardzo niewiele. Przyrost
ludności nie powiększył zasobów sztuki, zwiększył tylko łatwość, z jaką jej
namiastki produkuje się i podsuwa odbiorcom.
Jednakże powieść detektywistyczną nawet w jej najbardziej
konwencjonalnej formie bardzo trudno jest napisać dobrze. Dobry okaz tego
gatunku trafia się rzadziej niż dobra powieść poważna. Drugorzędne pozycje
utrzymują się dłużej niż utwory bardziej wartościowe, a ogromna liczba tych,
które nigdy nie powinny się były narodzić, po prostu nie chce umrzeć. Trwałe są
jak posągi w parkach i prawie tak samo nudne.
Ta sytuacja bardzo irytuje ludzi o tak zwane] "znajomości rzeczy".
Martwi ich fakt, że wnikliwe i dobre powieści sprzed kilku lat stoją w,
biblioteczce na specjalnej półce z napisem "Dawne bestsellery". Nikt się do nich
nie zbliża, czasem tylko przypadkowy klient krótkowidz nachyli się, rzuci okiem
i szybko odejdzie, gdy tymczasem starsze panie tłoczą się przy półce z
literaturą sensacyjną, żeby chwycić jakiś egzemplarz z tego samego rocznika,
zatytułowany na przykład "Petunia, czyli potrójne morderstwo" albo ."Inspektor
Pinchbottle śpieszy na ratunek". Koneserów martwi, że "naprawdę wartościowe
książki" (a niektóre z nich w pewnym sensie zasługują na to miano) obrastają
kurzem, w działach wznowień, gdy tymczasem "Śmierć nosi żółte podwiązki" w
pięćdziesięcio- lub stutysięcznych nakładach dostaje się na półki nowości całego
kraju, w dodatku bynajmniej nie po to, żeby zakończyć swoją karierę.
Przyznam się, że sam nie jestem tym zachwycony. Ja również, gdy
jestem w nastroju mniej podniosłym, pisuję powieści detektywistyczne, a cała ta
wyżej wspomniana nieśmiertelność stwarza dla nich trochę za dużą konkurencję.
Nawet Einstein nie zaszedłby daleko, gdyby co roku publikował trzysta traktatów
z zakresu fizyki, a kilka tysięcy innych wciąż było w obiegu, na dobitkę
ustawicznie czytanych.
Hemingway mówi gdzieś, że dobry pisarz rywalizuje tylko ze
zmarłymi. Dobry pisarz powieści detektywistycznych (w końcu musi ich być kilku)
rywalizuje nie tylko ze wszystkimi nie pogrzebanymi nieboszczykami, lecz także z
hordami żyjących. I to niemal na równych prawach, jedna bowiem z właściwości
tego gatunku polega na tym, że to, co skłania ludzi do czytania, nigdy nie traci
na aktualności. Krawat bohatera może być trochę niemodny, zacny siwy inspektor
może przyjechać dwukółką, nie zaś opływową limuzyną z ogłuszającą syreną, lecz
po przybyciu na miejsce stosuje wciąż te same stare chwyty, czyli bada alibi
podejrzanych, ogląda przez lupę kawałki zwęglonego papieru i ustala, kto
podeptał krzew kwitnący pod oknem biblioteki.
Sprawa interesuje mnie jednak nie tylko ze względów osobistych i
merkantylnych. Mam wrażenie, że produkcja powieści detektywistycznych na tak
wielką skalę przez pisarzy, których doraźne wynagrodzenie jest niewielkie, a
potrzeba uznania ze strony krytyków prawie żadna, byłaby niemożliwa, gdyby
wymagała choć odrobiny talentu. W tym sensie pogardliwe miny krytyka i czysto
kupiecki stosunek wydawcy do całej sprawy są całkowicie uzasadnione. Przeciętna
powieść detektywistyczna nie jest zapewne gorsza od przeciętnej powieści
"poważnej", nigdy jednak nie oglądamy przeciętnej powieści. Po prostu nikt jej
nie wydaje. Natomiast przeciętna - lub tylko nieco lepsza od przeciętnej -
powieść detektywistyczna jest nie tytko wydawana, lecz nabywana w niewielkiej
ilości egzemplarzy przez wypożyczalnie książek, a następnie czytana. Znajdzie
się nawet niemało optymistów, którzy .kupią ją za całe dwa dolary, bo taka jest
nowiutka, a na okładce narysowany jest trup.
A co najdziwniejsze, ten przeciętny, okropnie nudny i wymęczony, a
przy tym najwyraźniej nieprawdziwy i prymitywny twór w rzeczywistości tak bardzo
się znów nie różni od tego, co uchodzi za, arcydzieło gatunku. Akcja wlecze się
trochę wolniej, dialogi są nieco płaskie, papier, z którego wycięto postacie,
nieco cieńszy, a oszustwo nieco bardziej widoczne, niemniej jest to książka tego
samego rodzaju. Natomiast dobra i zła powieść poważna to rzeczy całkowicie
różne. Każda z nich mówi o zupełnie różnych sprawach. Tymczasem powieść
detektywistyczna, czy to dobra, czy też zła, mówi właściwie o tym samym i w
sposób bardzo zbliżony. (Istnieją po temu powody, jak również powody tych
powodów - zresztą powodów zawsze się można doszukać).
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
[...] We wstępie do pierwszego tomu antologii Omnibus of Crime Dorothy Sayers pisze: "Powieść kryminalna nie osiąga i przypuszczalnie nie może nawet osiągnąć szczytu doskonałości literackiej". A gdzie indziej ta sama autorka wypowiada pogląd, że dzieje się tak dlatego, że jest to "literatura eskapizmu", nie zaś "literatura ekspresji". Nie wiem, co jest owym szczytem doskonałości literackiej, nie wiedzieli tego ani Ajschylos, ani Szekspir; nie wie tego również pani Sayers. Jeśli pozostałe czynniki są równe -co się nigdy nie zdarza - to im ciekawszy jest temat, tym ciekawiej wypadnie rezultat. A przecież napisano sporo bardzo nudnych książek o Bogu i sporo wręcz doskonałych o tym, jak zarobić na życie, pozostając człowiekiem mniej lub bardziej uczciwym. Wszystko sprowadza się do tego; kto pisze i jakie ma do tego zdolności.
"Literatura eskapizmu" i "literatura ekspresji" to żargon
krytyków, w którym używa się pojęć oderwanych, jak gdyby miały one znaczenie
bezwzględne. Wszystko pisane z wigorem jest pełne życia, nie ma nudnych tematów,
są tylko nudne umysły. Każdy, kto czyta, ucieka od czegoś do tego, co kryją w
sobie zadrukowane strony; można dyskutować o wartości marzeń, ale ulga, jaką
przynoszą, stała się koniecznością funkcjonalną. Wszyscy ludzie muszą od czasu
do czasu uciekać od morderczego rytmu własnych myśli. Jest to część procesu
życiowego istot rozumnych. To jedna z rzeczy odróżniających te istoty od
trójpalczastego leniwca, który jak się zdaje - bo nigdy nie można mieć zupełnej
pewności - jest całkiem zadowolony, gdy wisi sobie ha gałęzi głową na dół i
nawet nie czyta Waltera Lippmana. Nie obstaję przy tym, że powieść kryminalna
jest doskonałą formą ucieczki. Stwierdzam po prostu, że każde czytanie dla
przyjemności jest ucieczką, bez względu na to, czy będzie to greka, matematyka,
astronomia, Benedetto Croce, czy też Diary of the Forgotten Man. Kto twierdzi
inaczej, jest snobem intelektualnym i nie ma pojęcia o sztuce życia".
Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.
Raymond Chandler Skromna sztuka pisania powieści kryminalnych [w] Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 307-328.
czwartek, 11 grudnia 2014
"Facet tego typu nie powinien się żenić"
Do Maurice'a Guinnessa
21 luty 1959 r.
Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nie znającego nigdy ostatecznej porażki...
PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.
![]() |
Edward Hopper "Nighthawks" |
Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 306.
sobota, 30 sierpnia 2014
Analizować i wzorować się
2 lipca 1951 r
Nie mógłbym nikomu radzić, czy ma zostać pisarzem, czy też nie. Wbrew powszechnemu przekonaniu jest to zawód niewdzięczny, wymagający ciężkiej pracy i tylko drobnej części tych, co go próbują, udaje się zdobyć choćby niewielki stały dochód. Zmierzch tanich czasopism sensacyjnych sprawił, że debiut dla początkujących pisarzy stał się jeszcze trudniejszy niż dawniej, a łatwy nie był nigdy. Wnoszę jednak, że szczególna sytuacja osobista pozwala Panu na uprawianie tego zawodu w sensie fizycznym i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będzie Pan musiał zarabiać na życie pisaniem, bo szanse na to są bardzo, bardzo nikłe.
Pisze Pan, że planuje "niezwłocznie rozpocząć naukę podstawowych zasad techniki narracji, które powinien znać każdy początkujący pisarz". Z własnego doświadczenia mogę Pana ostrzec, że pisarza, który nie potrafi sam się uczyć, nie nauczy nikt inny, i wyjąwszy kursy specjalne przy dobrych uniwersytetach, mam bardzo pesymistyczny pogląd na naukę pisania w ogóle, a przede wszystkim na taką naukę, jaką polecają tak zwane pisma dla pisarzy. Nie nauczą Pana niczego, do czego nie dojdzie Pan sam, studiując i analizując książki innych pisarzy. Analizować i wzorować się, innej nauki nie trzeba. Przyznaję, że ocena osób postronnych jest przydatna, czasem nawet niezbędna, ale kiedy ma się za nią płacić, budzi zazwyczaj podejrzenia.
Jeśli chodzi o metody układania i robienia planu akcji, niestety, nic tu nie mogę pomóc, bo nigdy sam żadnych planów nie piszę. Obmyślam akcję w trakcie pisania, zwykle robię to źle i muszę zaczynać wszystko od początku. Wiem, że niektórzy pisarze sporządzają z wielką dokładnością plan swoich wątków, nim zaczną je pisać, ale ja do nich nie należę. Nie układam akcji, narasta u mnie sama. Jeżeli nie narasta, ciskam wszystko do kosza i zaczynam na nowo. Może lepszych rad udzieli Panu ktoś, kto pracuje w oparciu o konspekt. Tego Panu życzę.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 114-115.
Czekam na natchnienie
![]() |
Źródło |
18 marca 1949 r.
... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.
środa, 21 maja 2014
Winda
"Były tu dwie okratowane windy, ale tylko
jedna, jak się zdaje, czynna, a i to niezbyt przeciążona. Wewnątrz, na
drewnianym stołku wymoszczonym workiem, siedział staruszek o zapadłych
policzkach i wodnistych oczach. Wyglądał, jakby się stąd nie ruszał od
wojny domowej, z której w dodatku wyszedł dość poturbowany. Wchodząc do
windy powiedziałem: - Ósme - a on pomocował się z drzwiami, rączką
dźwigni wprowadził klatkę w ruch i powlekliśmy się chwiejnie w górę.
Staruszek dyszał ciężko, jakby dźwigał tę windę na własnym grzbiecie.
Wysiadłem na ósmym piętrze i ruszyłem długim korytarzem, a za moimi
plecami staruszek wychylił się z windy i wysmarkał nos palcami w pudło
na śmieci".
Raymond Chandler "Wysokie okno"
sobota, 17 maja 2014
Normalny ludzki odruch
„Doktor Carl Moss był wysokim krzepkim mężczyzną z wąsikiem a la Hitler,
wyłupiastymi oczyma i spokojnym usposobieniem góry lodowej. Położył
kapelusz i torbę lekarską na fotelu, podszedł i spojrzał
nieprzeniknionym wzrokiem na dziewczynę na kanapie.
- Jestem doktor Moss – powiedział – Jak się pani ma?
- Nie jest pan z policji? – spytała.
Pochylił się, zbadał jej puls, a potem wyprostował się i patrzył, jak dziewczyna oddycha.
- Gdzie panią boli, panno…
- Davis – przedstawiłem ją. – Panna Merle Davis.
- Nic mnie nie boli – odparła, patrząc na niego. – ja… ja nawet nie wiem czemu tu leżę. Myślałam, że pan jest policjantem. Bo ja zabiłam człowieka.
- To normalny ludzki odruch – rzekł. – Ja zabiłem ich całe dziesiątki. – Nie uśmiechnął się.”
- Jestem doktor Moss – powiedział – Jak się pani ma?
- Nie jest pan z policji? – spytała.
Pochylił się, zbadał jej puls, a potem wyprostował się i patrzył, jak dziewczyna oddycha.
- Gdzie panią boli, panno…
- Davis – przedstawiłem ją. – Panna Merle Davis.
- Nic mnie nie boli – odparła, patrząc na niego. – ja… ja nawet nie wiem czemu tu leżę. Myślałam, że pan jest policjantem. Bo ja zabiłam człowieka.
- To normalny ludzki odruch – rzekł. – Ja zabiłem ich całe dziesiątki. – Nie uśmiechnął się.”
Raymond Chandler "Wysokie okno", przełożył Wacław Niepokólczycki, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, Warszawa 1999, s. 208.
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Gorący wiatr
"Przez cały wieczór wiał wiatr z pustyni. Jeden z tych suchych, ciepłych wiatrów, które przeciskają się przez przełęcze górskie, schodzą w dół, mierzwią przechodniom włosy, wywołują rozstrój nerwowy i swędzenie skóry. W taki wieczór każda pijatyka kończy się burdą. Łagodne, drobne żony sprawdzają palcem ostrość kuchennych noży, przyglądając się szyjom mężów. Wszystko może się zdarzyć. Bywa nawet, że człowiek dostanie w knajpie uczciwie napełnioną szklankę piwa". [s. 229]
sobota, 22 czerwca 2013
"Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma?"
![]() |
Raymond Chandler |
Do Fredericka Lewisa Allena
7 maja 1948 r.
[...] Artykuł Audena o prozie detektywistycznej [1] jest znakomity przez swój klarowny, chłodny, klasyczny styl. Ale z jakiej racji wciąga w to mnie? Jestem po prostu facetem, który wziął parę opowiadań z popularnych magazynów i nadał im formę powieści. Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma? Szukam tylko pretekstu do pewnych eksperymentów z żywym dialogiem.
Właśnie dotarłem do połowy powieści o Philipie Marlowe i trochę mnie ta praca bawiła (dopóki nie utknąłem w miejscu), a tu ci zjawia się ten Auden i powiada mi, że interesuje mnie pisanie poważnych rozpraw o środowisku przestępczym. Teraz więc patrzę uważnie na wszystko, co piszę, i mówię sobie: pamiętaj, stary, to ma być poważna rozprawa o środowisku przestępczym. Poważnie mówisz? Nie. Czy to jest środowisko przestępcze? Nie, po prostu zwykłe skorumpowane życie z przejaskrawieniem strony melodramatycznej nie dlatego, że szaleję za melodramatem jako takim, ale dlatego, że mam dość silne poczucie rzeczywistości, aby znać reguły gry.
Dawno temu, kiedy pisywałem do pism brukowych, wtrąciłem do tekstu takie zdanie: "Wysiadł z samochodu i szedł zalanym słońcem chodnikiem, dopóki cień markizy nad wejściem nie padł mu na twarz niczym strumień zimnnej wody". Redakcja to zdanie wykreśliła. Czytelnicy nie lubili takich rzeczy - hamowały tylko bieg akcji.
Postanowiłem udowodnić, że nie mają racji. Zgodnie z moją teorią czytelnikom tylko się zdawało, że nic ich nie obchodzi poza akcją, w rzeczywistości, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, przywiązywali wagę, tak samo jak ja, do tworzenia stanów emocjonalnych poprzez dialog i opisy. Tym, co pozostawało im w pamięci, do czego powracali myślą, nie był fakt, że człowieka zabito, ale to, że człowiek ten w chwili śmierci usiłował wziąć z biurka spinacz, który mu się wyślizgiwał, toteż jego twarz wyrażała napięcie, usta miał półotwarte w grymasie udręki, o śmierci zaś w ogóle nie myślał. Nie słyszał nawet, że śmierć puka już do drzwi. Ten cholerny mały spinacz wciąż wymykał mu się z palców.
[1] W.H.Auden: The Guilty Vicarage, "Harper's Magazine", maj 1948.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 266-267.
czwartek, 20 czerwca 2013
"Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie"
![]() |
Raymond Chandler |
25 maja 1957 r.
[...] Wziąć podrzędny gatunek literacki i zrobić z niego coś na kształt autentycznej literatury jest samo w sobie pewnym osiągnięciem. Podobno - nie stwierdzam tego na podstawie własnych informacji - setki pisarzy zarabiają dzisiaj jako tako na życie pisaniem powieści kryminalnych, ponieważ ja sprawiłem, że gatunek ten zyskał uznanie, a nawet ogólny szacunek. Ale, tam do licha, cóż innego może robić człowiek, który pisze? Stara się pisać jak najlepiej bez względu na obrany gatunek literacki. Miałem szczęście i to chyba stało się inspiracją dla innych. Steinbeck doszliśmy wspólnie do wniosku, że chcielibyśmy, aby pisarzem uznawanym i czczonym, gdy nas już zabraknie, był ktoś teraz nieznany, może dużo lepszy od nas obu, który po prostu nie miał tego szczęścia - czy może siły przebicia. Każdy uczciwy pisarz, który od czasu do czasu ma się za artystę, zgodzi się chętnie na zapomnienie, byleby przetrwała pamięć o kimś lepszym. Nie zawsze jesteśmy ludźmi miłymi, ale mamy w zasadzie pewien ideał, który nas przewyższa ... Są oczywiście pisarze kiepscy i sprzedajni, ale kiedy prawdziwy pisarz natknie się na coś dobrego, modli się w duchu: "niechże ten gość będzie lepszy ode mnie". Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie, więc ten, co potrafi, tak jak ja, z pewnością nie będzie miał komu innemu za złe, że potrafi to zrobić jeszcze lepiej. Artysta nie może wyprzeć się sztuki i wcale tego nie chce. Kochanek nie może wyprzeć się miłości. Jeżeli pokładamy wiarę w ideale, nie znaczy to, że go posiedliśmy - to on nami włada, bez wątpienia tedy nie chcielibyśmy ze względów merkantylnych zamrozić go na swoim poziomie.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 119.
czwartek, 16 maja 2013
6 uwag Raymonda Chandlera na temat powieści kryminalnej
![]() |
Raymond Chandler |
(1) Napisanie idealnej powieści kryminalnej jest
niepodobieństwem. Zawsze trzeba z czegoś zrezygnować. Może istnieć jedno tylko
naczelne zagadnienie. I to jest mój zarzut wobec powieści dedukcyjnej. Jej
naczelne zagadnienie to coś, co nie istnieje: problem, który oprze się analizie
stosowanej przez dobrego prawnika do problemu prawniczego. Powieści te są bez
wątpienia zajmujące, nie mogą jednak zrekompensować swoich słabych punktów.
(2) Mówi się nieraz, że „trup nikogo nie obchodzi”. To bzdura, odrzucenie cennego elementu. To tak, jakbyśmy powiedzieli, że śmierć naszej ciotki z ręki mordercy znaczy dla nas tyle, co podobna śmierć nieznanego człowieka w mieście, w którym nigdy nie byliśmy.
(3) Powieść kryminalna drukowana w odcinkach rzadko staje się w wydaniu książkowym dobrą powieścią. Efekt każdego odcinka polega na tym, że czytelnik nie ma przed sobą następnego rozdziału. Ale kiedy rozdziały są połączone, momenty fałszywego napięcia tylko czytelnika irytują.
(4) Wątek miłosny prawie zawsze osłabia zagadkę, wprowadza bowiem inny rodzaj napięcia, przeciwstawny wysiłkom detektywa dążącego do rozwiązania problemu. Układa z góry karty i w dziewięciu wypadkach na dziesięć eliminuje co najmniej dwoje użytecznych podejrzanych. Wątek miłosny tylko wówczas, ma rację bytu, jeżeli tworzy osobiste zagrożenie dla detektywa, a równocześnie — czujemy to instynktownie — jest jedynie mało ważnym epizodem. Prawdziwie dobry detektyw nigdy się nie żeni.
(5) Paradoksem powieści kryminalnej jest to, że chociaż jej konstrukcja rzadko, jeżeli w ogóle, oprze się wnikliwemu zbadaniu przez umysł analityczny, to jednak największym powodzeniem cieszy się u tego właśnie typu umysłowości. Istnieje oczywiście typ czytelnika żądnego krwi, podobnie jak typ przejmujący się losem osób działających czy typ poszukiwacza wtórnych doznań seksualnych. Ale wszystkie te typy razem wzięte tworzyłyby znikomą mniejszość w porównaniu z ludźmi bystrymi, którzy uwielbiają powieść kryminalną właśnie z powodu jej niedoskonałości. Jest to, innymi słowy, forma, która nigdy nie zaznała autentycznej porażki, i ci, co przepowiadali jej schyłek i upadek, nie mieli racji właśnie z tego powodu. Ponieważ forma nie osiągnęła nigdy doskonałości, nie jest więc skostniała. Członkowie akademii literatury nigdy nie położyli na niej swojej lodowatej dłoni. Jest wciąż płynna, wciąż zbyt różnorodna dla uproszczonej klasyfikacji, wciąż wypuszcza pędy we wszystkich kierunkach. Nikt nie wie dokładnie, na czym polega sekret jej powodzenia, a jakąkolwiek cechę jej przypiszemy, okaże się, że w tej czy owej najbardziej poczytnej powieści kryminalnej właśnie tej cechy brak. Stworzyła więcej złej literatury niż jakikolwiek inny rodzaj beletrystyki z wyjątkiem romansów i prawdopodobnie więcej dobrej literatury niż jakikolwiek inny rodzaj powszechnie akceptowany i podziwiany.
(6) Pokażcie mi kogoś (bez względu na płeć), kto nie znosi kryminałów, a powiem wam, że to dureń, może nawet niepozbawiony jakiejś tam inteligencji, ale dureń ponad wszelką wątpliwość.
Raymond Chandler „Mówi Chandler” (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.
piątek, 26 kwietnia 2013
Myszka Malloy
Była to jedna z tych częściowo, nie całkiem jeszcze murzyńskich przecznic Central Avenue. Właśnie wyszedłem z pewnego trzyfotelowego fryzjerskiego zakładu, w którym według przypuszczeń agencji mógł pracować jako zmiennik fryzjer nazwiskiem Dimitrios Aleidis. Błaha sprawa. Jego żona gotowa była wydać trochę grosza, żeby go mieć z powrotem w domu.
Dzień był ciepły, już prawie koniec marca, stanąłem przed fryzjernią i podniosłem oczy na jaskrawy neon lokalu “U Floriana” z pierwszego piętra. Neonowi przyglądał się jakiś facet. Spoglądał na zakurzone okna w ekstatycznym skupieniu, jak imigrant z Europy, który pierwszy raz ujrzał Statuę Wolności. Był to olbrzymi mężczyzna, mniej więcej sześć stóp i pięć cali wzrostu i gruby jak cysterna na piwo. Stał kilka kroków dalej. Ręce zwiesił bezczynnie, spomiędzy olbrzymich paluchów dymiło mu zapomniane cygaro.
Zwinni, cisi Murzyni mijali go w pośpiechu, nie zatrzymując się, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami. A było na co spojrzeć. Miał na sobie włochaty kapelusz borsalino, szarą sportową marynarkę z samodziału z białymi golfowymi piłeczkami zamiast guzików, brązową koszulę, żółty krawat, szare flanelowe spodnie w kant i buciki z krokodylej skóry, ozdobione białymi rozpryskami na noskach. Z kieszonki na piersiach kipiała mu chusteczka tego samego jaskrawożółtego koloru co krawat. Za wstążką kapelusza tkwiło kilka farbowanych piór, i to już była przesada. Nawet na Central Avenue, na której tłum wcale nie jest szary, wyglądał mniej więcej tak dyskretnie jak na przykład tarantula na biszkoptowym cieście. Był blady i nie ogolony.
Zawsze zresztą wyglądałby na nie ogolonego. Miał kędzierzawe czarne włosy i gęste brwi prawie zrastające się nad grubym nosem, uszy jak na mężczyznę tej postury małe i zgrabne, a oczy błyszczące prawie tak, jakby były zasnute łzami, co się często zdarza przy szarych oczach. Stał jak posąg, a po dłuższej chwili uśmiechnął się. Powoli przeszedł przez chodnik w stronę wahadłowych drzwi od schodów na pierwsze piętro. Pchnął je, chłodnym, obojętnym spojrzeniem obrzucił ulicę i wszedł.
Gdyby był mniejszy i dyskretniej ubrany, pomyślałbym, że idzie coś zwędzić. Ale nie w tym ubraniu, nie w takim kapeluszu i nie z taką posturą. Drzwi odchyliły się z powrotem na zewnątrz i już się prawie przymknęły. Zanim znieruchomiały, znowu gwałtownie odskoczyły na zewnątrz. Coś przeleciało przez chodnik i wylądowało w rynsztoku między dwoma zaparkowanymi wozami. Wylądowało na czworakach, cienko popiskując jak osaczony szczur. Pomału wstało, odnalazło kapelusz i wróciło na chodnik. Był to szczupły brunatno-skóry młodzieniec o wąskich ramionach, w garniturku koloru bzu, z goździkiem w klapie. Włosy miał czarne, przylizane. Jeszcze przez chwilę nie zamykał ust i skomlał cienko. Przechodnie spoglądali na niego bez zainteresowania. Potem zawadiacko nasadził kapelusz na głowę, przemknął pod ścianę i stawiając na zewnątrz szerokie, płaskie stopy, po cichu odszedł ulicą.
Cisza. Ruch uliczny wrócił do normy. Podszedłem do tych drzwi i zatrzymałem się. W tej chwili były nieruchome. Wtykałem nos w nie swoje sprawy. Więc pchnąłem drzwi i zajrzałem do środka.
Z półmroku wysunęła się ręka, na której mógłbym usiąść, chwyciła mnie za ramię i zgniotła je prawie na miazgę. Potem wciągnęła mnie do środka i niedbałym ruchem uniosła na pierwszy schodek. Olbrzymia twarz zajrzała mi w oczy. Głęboki, matowy głos szeptem zapytał:
- Skąd tu mieszańce, koleś? Jak to jest?
Na schodach było ciemno. I cicho. Z góry dobiegały niewyraźne ludzkie głosy, ale tu na dole byliśmy sami. Olbrzym patrzył na mnie z powagą i wciąż miażdżył mi ramię.
- Smoluch - dodał. - Właśnie go wyrzuciłem. Widziałeś?
Puścił moje ramię. Kość chyba nie była złamana, ale ręka mi zdrętwiała.
- To ich lokal - odpowiedziałem rozcierając ramię. - Czego się spodziewałeś?
- Tego nie gadaj, koleś - szepnął olbrzym jak cztery najedzone tygrysy. - Velma tu pracowała. Mała Velma.
Znów sięgnął po moje ramię. Próbowałem się uchylić, ale był szybki jak kot. Stalowe palce znowu się zacisnęły na moich mięśniach.
- Taak - powiedział. - Mała Velma. Osiem lat jej nie widziałem. Więc mówisz, że to knajpa dla smoluchów?
Stęknąłem, że tak.
Podniósł mnie jeszcze dwa stopnie wyżej. Wyrwałem mu się i łokciem próbowałem go odepchnąć. Nie miałem pistoletu. Nie sądziłem, żeby był potrzebny przy szukaniu Dimitriosa Aleidisa. I wątpię, czyby mi się teraz na co zdał. Ten olbrzym na pewno by mi go odebrał i połknął. - Sam idź na górę i się przekonaj - powiedziałem, starając się stłumić ból w głosie.
Znowu mnie puścił. Spojrzał na mnie ze smutkiem w szarych oczach.
- Nic mi nie jest - oświadczył. - Nie idzie mi o niańkę. Ale skocz ze mną na górę i łyknijmy po jednym.
- Nie podadzą ci. Słyszałeś, że to knajpa dla kolorowych.
- Osiem lat nie widziałem Velmy - powtórzył tym swoim głębokim, smutnym głosem. - Już osiem długich lat, jak jej powiedziałem do widzenia. Od sześciu lat do mnie nie pisze. Ale na pewno się okaże, że coś jej przeszkodziło. Pracowała tu. Miła dziewczyna. To idziemy na górę, co?
- OK! - wrzasnąłem. - Idę z tobą. Ale nie potrzebujesz mnie taszczyć. Daj mi iść. Czuję się dobrze. Jestem dorosły. Sam chodzę siusiu, i w ogóle. Tylko mnie nie taszcz.
- Mała Velma tu pracowała - powiedział miękko. Wcale nie słuchał, co mówię.
Poszliśmy na górę. Pozwolił mi iść o własnych siłach. Ramię mnie bolało. Kark miałem mokry.
Raymond Chandler "Żegnaj laleczko", tłumaczyła Ewa Życieńska.
Dzień był ciepły, już prawie koniec marca, stanąłem przed fryzjernią i podniosłem oczy na jaskrawy neon lokalu “U Floriana” z pierwszego piętra. Neonowi przyglądał się jakiś facet. Spoglądał na zakurzone okna w ekstatycznym skupieniu, jak imigrant z Europy, który pierwszy raz ujrzał Statuę Wolności. Był to olbrzymi mężczyzna, mniej więcej sześć stóp i pięć cali wzrostu i gruby jak cysterna na piwo. Stał kilka kroków dalej. Ręce zwiesił bezczynnie, spomiędzy olbrzymich paluchów dymiło mu zapomniane cygaro.
Zwinni, cisi Murzyni mijali go w pośpiechu, nie zatrzymując się, obrzucając ukradkowymi spojrzeniami. A było na co spojrzeć. Miał na sobie włochaty kapelusz borsalino, szarą sportową marynarkę z samodziału z białymi golfowymi piłeczkami zamiast guzików, brązową koszulę, żółty krawat, szare flanelowe spodnie w kant i buciki z krokodylej skóry, ozdobione białymi rozpryskami na noskach. Z kieszonki na piersiach kipiała mu chusteczka tego samego jaskrawożółtego koloru co krawat. Za wstążką kapelusza tkwiło kilka farbowanych piór, i to już była przesada. Nawet na Central Avenue, na której tłum wcale nie jest szary, wyglądał mniej więcej tak dyskretnie jak na przykład tarantula na biszkoptowym cieście. Był blady i nie ogolony.
Zawsze zresztą wyglądałby na nie ogolonego. Miał kędzierzawe czarne włosy i gęste brwi prawie zrastające się nad grubym nosem, uszy jak na mężczyznę tej postury małe i zgrabne, a oczy błyszczące prawie tak, jakby były zasnute łzami, co się często zdarza przy szarych oczach. Stał jak posąg, a po dłuższej chwili uśmiechnął się. Powoli przeszedł przez chodnik w stronę wahadłowych drzwi od schodów na pierwsze piętro. Pchnął je, chłodnym, obojętnym spojrzeniem obrzucił ulicę i wszedł.
Gdyby był mniejszy i dyskretniej ubrany, pomyślałbym, że idzie coś zwędzić. Ale nie w tym ubraniu, nie w takim kapeluszu i nie z taką posturą. Drzwi odchyliły się z powrotem na zewnątrz i już się prawie przymknęły. Zanim znieruchomiały, znowu gwałtownie odskoczyły na zewnątrz. Coś przeleciało przez chodnik i wylądowało w rynsztoku między dwoma zaparkowanymi wozami. Wylądowało na czworakach, cienko popiskując jak osaczony szczur. Pomału wstało, odnalazło kapelusz i wróciło na chodnik. Był to szczupły brunatno-skóry młodzieniec o wąskich ramionach, w garniturku koloru bzu, z goździkiem w klapie. Włosy miał czarne, przylizane. Jeszcze przez chwilę nie zamykał ust i skomlał cienko. Przechodnie spoglądali na niego bez zainteresowania. Potem zawadiacko nasadził kapelusz na głowę, przemknął pod ścianę i stawiając na zewnątrz szerokie, płaskie stopy, po cichu odszedł ulicą.
Cisza. Ruch uliczny wrócił do normy. Podszedłem do tych drzwi i zatrzymałem się. W tej chwili były nieruchome. Wtykałem nos w nie swoje sprawy. Więc pchnąłem drzwi i zajrzałem do środka.
Z półmroku wysunęła się ręka, na której mógłbym usiąść, chwyciła mnie za ramię i zgniotła je prawie na miazgę. Potem wciągnęła mnie do środka i niedbałym ruchem uniosła na pierwszy schodek. Olbrzymia twarz zajrzała mi w oczy. Głęboki, matowy głos szeptem zapytał:
- Skąd tu mieszańce, koleś? Jak to jest?
Na schodach było ciemno. I cicho. Z góry dobiegały niewyraźne ludzkie głosy, ale tu na dole byliśmy sami. Olbrzym patrzył na mnie z powagą i wciąż miażdżył mi ramię.
- Smoluch - dodał. - Właśnie go wyrzuciłem. Widziałeś?
Puścił moje ramię. Kość chyba nie była złamana, ale ręka mi zdrętwiała.
- To ich lokal - odpowiedziałem rozcierając ramię. - Czego się spodziewałeś?
- Tego nie gadaj, koleś - szepnął olbrzym jak cztery najedzone tygrysy. - Velma tu pracowała. Mała Velma.
Znów sięgnął po moje ramię. Próbowałem się uchylić, ale był szybki jak kot. Stalowe palce znowu się zacisnęły na moich mięśniach.
- Taak - powiedział. - Mała Velma. Osiem lat jej nie widziałem. Więc mówisz, że to knajpa dla smoluchów?
Stęknąłem, że tak.
Podniósł mnie jeszcze dwa stopnie wyżej. Wyrwałem mu się i łokciem próbowałem go odepchnąć. Nie miałem pistoletu. Nie sądziłem, żeby był potrzebny przy szukaniu Dimitriosa Aleidisa. I wątpię, czyby mi się teraz na co zdał. Ten olbrzym na pewno by mi go odebrał i połknął. - Sam idź na górę i się przekonaj - powiedziałem, starając się stłumić ból w głosie.
Znowu mnie puścił. Spojrzał na mnie ze smutkiem w szarych oczach.
- Nic mi nie jest - oświadczył. - Nie idzie mi o niańkę. Ale skocz ze mną na górę i łyknijmy po jednym.
- Nie podadzą ci. Słyszałeś, że to knajpa dla kolorowych.
- Osiem lat nie widziałem Velmy - powtórzył tym swoim głębokim, smutnym głosem. - Już osiem długich lat, jak jej powiedziałem do widzenia. Od sześciu lat do mnie nie pisze. Ale na pewno się okaże, że coś jej przeszkodziło. Pracowała tu. Miła dziewczyna. To idziemy na górę, co?
- OK! - wrzasnąłem. - Idę z tobą. Ale nie potrzebujesz mnie taszczyć. Daj mi iść. Czuję się dobrze. Jestem dorosły. Sam chodzę siusiu, i w ogóle. Tylko mnie nie taszcz.
- Mała Velma tu pracowała - powiedział miękko. Wcale nie słuchał, co mówię.
Poszliśmy na górę. Pozwolił mi iść o własnych siłach. Ramię mnie bolało. Kark miałem mokry.
Raymond Chandler "Żegnaj laleczko", tłumaczyła Ewa Życieńska.
piątek, 14 grudnia 2012
"Była światłem mojego życia, całą moją ambicją"
12
grudnia 1954 roku umarła żona Chandlera. Była od niego o osiemnaście lat
starsza, ale dla Chandlera nie miało to nigdy znaczenia.
Do Leonarda Russella 1
Do Leonarda Russella 1
styczeń 1955 r.
...Dostałem wiele listów i dużo wyrazów współczucia.
Twój list jednak różni się od innych tym, że mówi o utraconym pięknie, nie
składa zaś kondolencji dość bezużytecznemu życiu, które trwa nadal. Cissy była
tym wszystkim, o czym piszesz, ale nie tylko. Przez trzydzieści lat była biciem
mojego serca. Była ledwie dosłyszalną muzyką na granicy dźwięku. Żałuję ogromnie,
a teraz już nadaremno, że nigdy nie napisałem nic godnego jej uwagi, żadnej
książki, którą mógłbym jej zadedykować. Planowałem, myślałem o takiej książce,
ale nigdy jej nie napisałem. Może nie potrafiłem. Może ona teraz wie, że się
starałem i że poświęcenie kilku lat niezbyt znaczącej kariery literackiej
byłoby dla mnie nikłą ceną, gdybym mógł sprawić, aby uśmiechnęła się jeszcze
kilka razy.
1 Zastępca redaktora naczelnego „Sunday Times” w Londynie.
Do Hamisha Hamiltona
Do Hamisha Hamiltona
5 stycznia 1955 r.
...Proszę Cię, nie przysyłaj mi już książek, bo mogę
je tylko posłać na skład. Sprzedałem dom i wyprowadzam się około 15 marca albo
nawet wcześniej. Zawiadomię Cię, skoro tylko sam będę wiedział, kiedy przyjadę
do Londynu. Jak wynika z Twojego listu, chciałbyś, żebym się na jakiś czas
zatrzymał u Ciebie. Otóż nie posądzaj mnie o niewdzięczność, mimo wszystko
jednak wolę być sam. Chciałbym wynająć pokój w hotelu, dopóki nie pomożesz mi
znaleźć mieszkania: nie chcę być nikomu ciężarem ani kłopotem. Jestem doszczętnie
rozbity i ten stan może trwać bardzo długo, bo cała sprawa wstrząsnęła mną
dość głęboko.
Zorientowałeś się chyba, że podczas naszego pobytu w Londynie stan
zdrowia Cissy był nie najlepszy. Po powrocie do domu czuła się i wyglądała tak
dobrze, jak się nie czuła od dwóch lat, ale trwało to krótko. Traciła siły,
coraz prędzej się męczyła. Cierpiała na mało znaną i rzadką chorobę, która
nazywa się zwłóknieniem płuc. Jest to powolne twardnienie tkanki płucnej,
proces zaczyna się od dołu i posuwa ku górze... Już w 1948 roku prześwietlenie
wykazało u Cissy ten proces, ale dużo czasu upłynęło, zanim uświadomiłem sobie,
że to może się tylko tak skończyć. Ona sama nigdy chyba nie traciła nadziei,
może w ostatnich paru tygodniach zdawała sobie sprawę z sytuacji, ale nie dała
tego po sobie poznać...
Leżała cały czas pod namiotem tlenowym, ale odsuwała go, żeby móc
trzymać mnie za rękę. Co do niektórych rzeczy plątały jej się myśli, co do
innych znów zachowywała rozpaczliwą wprost przytomność. Odwracała naraz głowę
i kiedy traciła mnie z pola widzenia, zdawało się, że wcale nie pamięta ó moim
istnieniu.
12 grudnia — była to niedziela — kilka minut po dwunastej,
zatelefonowała do mnie pielęgniarka ze szpitala i powiedziała, że jest bardzo niedobrze. Kiedy przyjechałem,
zabrano już namiot tlenowy, a Cissy leżała z półotwartymi oczami... Lekarz
trzymał stetoskop przy jej sercu i słuchał. Po chwili cofnął się i skinął
głową. Zamknąłem jej oczy, pocałowałem ją i wyszedłem.
Oczywiście, w pewnym sensie pożegnałem się z nią już dawno. W ciągu
ostatnich dwóch lat nieraz w nocy czułem pewność, że muszę ją utracić, że to
tylko sprawa czasu. Ale spodziewać się czegoś, a przeżyć to nie to same.
Zresztą rad byłem, że umarła. Nie do zniesienia była myśl, że Cissy, ten dumny,
nieustraszony ptak, może spędzić resztę życia zamknięta w pokoju jakiegoś
ohydnego sanatorium niby w klatce.
Sypiam w jej pokoju. Zdawało mi się, że się na to nie zdobędę, ale
potem pomyślałem, że jeśli pokój będzie stał pusty, zagnieżdżą się w nim duchy,
że ile razy przejdę obok drzwi, będę umierał ze strachu, jedynym więc
rozwiązaniem jest wprowadzić się do tego pokoju, napełnić go moimi szpargałami,
stworzyć tu bałagan, w jakim zwykle mieszkam. Decyzja była słuszna.
Przez trzydzieści lat, dziesięć miesięcy i cztery dni Cissy była światłem
mojego życia, całą moją ambicją. Wszystko inne, co robiłem, było tylko
ogniskiem, żeby mogła ogrzać przy nim ręce.
Do Helgi Greene
Do Helgi Greene
19 marca 1957 r.
...Byłem wierny mojej żonie nie z powodu jakichś tam
zasad, ale dlatego, że Cissy była taka urocza, tak nieprawdopodobnie
zachwycająca. Potrzeba nowych doznań, odczuwana przez mężczyzn w pewnym wieku,
którym zdaje się, że dużo tracą nie zdobywając różnych pięknych dziewcząt, była
mi zawsze obca. Ja miałem już przy sobie kobietę idealną. Kiedy była młodsza,
miewała nagłe, krótkotrwałe wybuchy gniewu, gdy rzucała we mnie poduszkami.
Śmiałem się tylko. Imponował mi jej temperament. Nie znała w ogóle strachu.
Kiedy znalazła się w trudnej lub niemiłej sytuacji, stawiała jej czoła bez
namysłu. Zawsze też odnosiła zwycięstwo, nie dlatego, żeby w chwilach
decydujących używała świadomie swego wdzięku, ale po prostu dlatego, że nie
sposób było się jej oprzeć, z czego nie zdawała sobie sprawy i o co nie dbała.
I taka kobieta musiała umierać wolno, cal po calu. Przypuszczam, że za wszystko
trzeba w taki czy inny sposób zapłacić.
Do Rogera Machella
Do Rogera Machella
7 lutego 1955 r.
...Kiedy mam chandrę, a w żaden sposób nie mogę się
tak upić, żeby zasnąć, siedzę do Bóg wie której, słuchając płyt. Noce są chyba
najgorsze. I nic się nie poprawia. Od soboty nikogo tu nie ma poza Mabel, moją
kucharką i gospodynią, Holenderką z Pensylwanii. Ma mnóstwo zalet, ale jej
towarzystwo jest słabą pociechą. Może kiedy wyjadę z tego domu i oddalę się od
związanych z nim wspomnień, uda mi się znów zabrać do pisania. Ale wtedy znów
może mnie ogarnąć tęsknota za domem, a tęsknota za domem, którego nie ma, bywa
dokuczliwa.
Jutro przypada, a raczej przypadałaby, trzydziesta pierwsza rocznica
naszego ślubu. Mam zamiar ustawić w domu moc czerwonych róż i zaprosić
przyjaciela na szampana, bo Cissy i ja taki mieliśmy zwyczaj. Bezsensowny
zapewne i głupi gest, bo moja ukochana stracona jest bezpowrotnie, a nie
wierzę w żadne życie pozagrobowe. Jednakże tak właśnie zrobię. My, silni
mężczyźni, jesteśmy w głębi duszy beznadziejnie sentymentalni.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler
Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.
"Najbardziej nieudolny ze znanych dotychczas zamachów samobójczych"
W
raporcie czytamy: „Chandler mocno przeżywał śmierć żony i motywy zamachu
samobójczego miały swe źródło w jego pobudliwej wyobraźni... Sierżant X z oddziału
patrolującego miasto La Jolla, składając raport o próbie samobójstwa przy
użyciu rewolweru w dniu 22 lutego 1955 roku, stwierdził, że 5 lutego, czyli
niezbyt długo przed targnięciem się przez Chandlera na swe życie, był u niego
w domu i perswadował mu, żeby zaniechał myśli o samobójstwie. Zapowiedź
samobójstwa z dnia 5 lutego była już trzecią zapowiedzią otrzymaną przez policję”.
22 lutego po
południu szwagierka1 Chandlera zadzwoniła do komisariatu policji w
La Jolla zawiadamiając, że Chandler znów grozi samobójstwem. „Oficer, zorientowany
w sytuacji, rozmawiał z Rayem przez telefon, aby go zająć, dopóki nie przyjadą
do. niego policjanci”.
O godzinie 15.50
policjant, który przybył na miejsce, rozmawiał ze szwagierka Chandlera, „kiedy
usłyszał z łazienki dwa strzały”. Pobiegł tam i zastał pisarza siedzącego na
podłodze z rewolwerem na kolanach. Jak stwierdził, znajdował się on pod wpływem
alkoholu... Odebrał rewolwer Chandlerowi, który miał na sobie tylko szlafrok,
pidżamę i ranne pantofle. Policjant po zbadaniu sprawy oświadczył, że dwie
kule — jedyne w magazynku — trafiły w sufit i w obudowę prysznicu, a
zamierzone samobójstwo skończyło się niczym, gdyż strzały oddane zostały w górę,
chybiając celu.
„Chandler był w
stanie depresji z powodu śmierci żony, a niedawna rocznica ślubu pogorszyła
jeszcze ten stan. Odwieziono go na oddział psychiatryczny szpitala okręgowego,
później zaś wskutek interwencji przyjaciół przeniesiono go do prywatnego
sanatorium”.
[1] Lavinia Brown,
mieszkająca w La Jolla.
Do Rogera Machella
Do Rogera Machella
5 marca 1955 r.
...Za Boga nie potrafię Ci powiedzieć, czy rzeczywiście
chciałem to zrobić, czy może to tylko moja podświadomość wyreżyserowała tandetne
przedstawienie teatralne. Pierwszy strzał oddałem niechcący. Nigdy nie
strzelałem, a cyngiel był tak czuły, że ledwie musnąłem go, ustawiając rękę we
właściwej pozycji, gdy zaś odskoczył, kula odbiła się rykoszetem od ścianek
obudowy prysznica i trafiła w sufit. Równie dobrze mogła rykoszetem trafić
mnie w brzuch. Odgłos wydał mi się bardzo słaby. Potwierdziło się to, kiedy
następny strzał (już ten na serio) w ogóle nie padł. Naboje miały już z pięć
lat i przypuszczam, że zawilgły w tym klimacie. Od tej chwili nic już nie
pamiętam. Policjant, który wówczas przyszedł, powiedział mi później, że siedziałem
na podłodze kabiny prysznica, usiłując wsadzić pistolet do ust, i kiedy kazał
mi oddać broń, roześmiałem się tylko i mu ją dałem.
Nic z tego
nie pamiętam. Nie wiem, może jest to jakaś wada emocjonalna, ale nie czuję się
winny ani zażenowany, kiedy spotykam w La Jolla ludzi, którzy wiedzą,, co się
stało. Mówiono o tym przez radio, pisała o tym prasa w całym kraju i dostałem
stosy listów.
W Anglii i bodajże w innych krajach zamach samobójczy, czy coś, co na to wygląda, jest
przestępstwem. W Kalifornii tak nie jest, ale trzeba potem poddać się
obserwacji w szpitalu. Udało mi się wyjść ze szpitala już następnego dnia, ale
pod warunkiem, że przeniosę się do prywatnego sanatorium... Stamtąd już znacznie
trudniej było się wydostać. Wytrzymałem tam sześć dni, po czym oznajmiłem, że
zamierzam wyjść. Szalone poruszenie. To po prostu nie uchodzi. Dobrze, powiedziałem,
wskażcie mi przepis prawny, który każe mi tu zostać. Ale takiego przepisu nie
ma i ordynator dobrze o tym wiedział.
Wróciłem więc do domu i odtąd nic mnie cała sprawa
nie obchodzi, poza tym, że nafaszerowali mnie narkotykami, żebym był uległy, i
ciągle jeszcze mam po tym kaca. Zdumiewa mnie, że ludzie siedzą w takich
miejscach znudzeni, załamani, nieszczęśliwi, zamartwiając się o swoje posady,
rodziny, tęsknią za domem. Poddawani są elektrowstrząsom (na mnie nie
ośmielono się tego spróbować), a w przerwach wstrząsom insulinowym, niepokoją
się o koszty tych zabiegów i czują się jak więźniowie, a jednak nie mogą się
zdobyć na odwagę, żeby wstać i wyjść. Przypuszczam, że na tym właśnie polega
ich niedomaganie. Gdyby mieli więcej odwagi, w ogóle by do sanatorium nie
trafili. Ale to nie jest chyba cała sprawa. Gdybym ja miał więcej odwagi, nie
uległbym rozpaczy i bólowi tak bardzo, żeby zrobić to, co zrobiłem. Ale kiedy
znalazłem się oko w oko... z kupą bredni psychiatrycznych i nie istniejącą
władzą, która usiłowała mi wmówić, że ma mnie w swojej mocy, okazało się, że
nie potrzeba zbyt wielkiej śmiałości, aby powiedzieć im wszystkim, co mam
zamiar zrobić i zrobić to. W końcu, rzecz dziwna, chyba nawet im się to podobało.
Siostra oddziałowa ucałowała mnie i powiedziała, że jestem niezwykle uprzejmym,
układnym pacjentem i niech Bóg ma w swojej opiece lekarza, który próbowałby
mnie zmusić do zrobienia czegoś wbrew mojej woli.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.
czwartek, 13 grudnia 2012
Mówi Chandler
początek marca 1955 r.
...Wczoraj zakończyłem dość przykrą robotę, jaką było
usunięcie mebli z domu i przekazanie go nowemu właścicielowi. Kiedy w pustych
pokojach sprawdzałem okna itd., czułem się trochę jak ostatni żyjący w wymarłym
świecie. Ale to przejdzie. W środę wyjeżdżam do Old Chatham w stanie Nowy Jork,
zatrzymam się tam u mojego najlepszego przyjaciela [Ralph Barrow], a 12
kwietnia odpływam na „Mauretanii”. Wrócę prawdopodobnie gdzieś pod koniec
października i postaram się znaleźć dom w La Jolla — oczywiście dużo mniejszy
— bo dość spokojnie się tu żyje i wszyscy mnie znają.
1 Autor opowiadań i
powieści.
Do Hardwicka Moseleya 1
Do Hardwicka Moseleya 1
Hotel Connaught,
Londyn 24 kwietnia 1955 r.
...Będę tutaj mieszkał przynajmniej do 8 maja, po czym
może będę musiał nocować w Green Park. Nie jest mi wesoło, a w dodatku mam
zapalenie krtani i przez to okropną chrypę. Życie towarzyskie jest też zbyt ożywione.
Idę na obiad z ośmioma osobami, a następnego dnia pięć z nich zaprasza mnie do
siebie na przyjęcie. Człowiek w końcu nic innego nie robi, tylko je, pije i
nudzi się. Bardzo lubię mój hotel, ale wcale nie lubię, kiedy ludzie się na
mnie gapią, wskazują mnie innym i bardzo nie lubię wywiadów do prasy.
1 Dyrektor wydawnictwa
„Houghton Mifflin Co.”.
Do Neila Morgana 1
3 czerwca 1955 r.
...Pewnie byś mnie nie poznał, gdybyś mnie teraz zobaczył.
Stałem się tak piekielnie wytworny, że niekiedy sam siebie nie znoszę. Nadal
źle sypiam i często wstaję o czwartej lub o piątej rano.
Uprawiam ostatnio coś w rodzaju ugrzecznionej pornografii. Rozumie
się, chodzi mi tu przede wszystkim o to, żeby wykpić sposób mówienia wyższych
sfer. Myliłby się bardzo ktoś, kto by sądził, że my i Anglicy mówimy tym samym
językiem.
Wiosna jest cudowna, na skwerach płoną wspaniałe tulipany prawie na
metr wysokie. Kew Gardens jest rajem zieleni i barw — rodendrony, azalie,
amarylisy — kwitnące drzewa wszelkiego rodzaju. Po sztywnej przykurzonej
zieleni Kalifornii człowiekowi aż dech zapiera w piersiach. Sklepy są pięknie
udekorowane i pełno w nich wspaniałych rzeczy. System kontroli ruchu mają tu
znakomity. Brak tylko dobrego mięsa. Po prostu nie mają gdzie go magazynować,
żeby skruszało.
Za to cóż za kobiety! Jeżeli nawet miały kiedyś krzywe zęby, to teraz
już ich nie mają. Widuję na przyjęciach cud-dziewczyny, które by wprawiły
Hollywood w osłupienie. A w dodatku są tak piekielnie przyzwoite, że nie
pozwolą nawet człowiekowi zapłacić za taksówkę.
1 Felietonista pisma „San Diego Evening Tribune”.
Do Michaela Gilberta 1
Chatham, Nowy Jork 14 października 1955 r.
Do Michaela Gilberta 1
Chatham, Nowy Jork 14 października 1955 r.
...Podróż była okropna. Zaprawiając się wciąż do
abstynencji (a będzie to wymagało znacznie więcej wysiłku, niż mam na to
ochotę) siedziałem samotnie przy stoliku
w rogu i nie chciałem mieć do czynienia z resztą pasażerów, co ich zdaje się
specjalnie nie martwiło.
1 Radca prawny Chandlera
w Londynie.
Do Neila Morgana
Londyn 20 lutego 1956 r.
Do Neila Morgana
Londyn 20 lutego 1956 r.
...Mam zamiar w najbliższych dniach wysłać do Ciebie
długi i szczegółowy list, w którym opiszę moje peregrynacje po Europie i
Północnej Afryce i który pewno znudzi Cię, jak zwykle nudzą nas widokówki
(choć mam nadzieję, że nie). Bawię się wspaniale, mocząc nogi, żeby poprawić
krążenie, i leżąc w łóżku pod czterema kocami, pierzyną i poduszką elektryczną...
Źle się czuję, a każdy doktor znajduje inne tego przyczyny. Ale tak naprawdę
dolega mi to, że nie mam domu, a gdybym nawet miał, to nie mam nikogo, o kogo
mógłbym się w tym domu troszczyć.
Do Neila Morgana
Do Neila Morgana
New York Hospital 5
czerwca 1958 r.
...Dolegało mi głównie — i to od dawna — umysłowe,
fizyczne i emocjonalne wyczerpanie, które ukrywałem, pijąc dość whisky, żeby
utrzymać się na nogach, a do tego skrajne niedożywienie. Zaprzestanie picia nie
sprawiało mi nigdy trudności, ale cóż mogłem mieć w zamian? Tutaj nauczono,
mnie, że mogę mieć w zamian dietę bogatą w białko, która sprawia, że zaledwie
po paru dniach człowiek zaczyna jeść trzy razy więcej niż sobie wyobrażał, że
jest w stanie przełknąć, a potem zaczyna się rozglądać za dokładką... Piątego
dnia obudziłem się i stał się cud. Po raz pierwszy od śmierci żony czułem się
szczęśliwy, absolutnie szczęśliwy. Nastrój był autentyczny i dotychczas się nie
zmienił... Ściskam Was i proszę, żebyście nie spisali mnie na straty. Potrzeba
mi przyjaciół.
Do H.N. Swansona 1
Do H.N. Swansona 1
La Jolla 14 czerwca 1956 r.
...Wróciłem do normalnego trybu życia. We wtorek rano
przyleciałem piekielnie zmęczony samolotem, który opuścił Nowy Jork o północy.
Bardzo źle mi zrobiła angielska zima, a zwłaszcza ten okres chłodów styczniowych.
Z powodów bliżej nieznanych nie mogłem pracować w Londynie —może zbyt ożywione
życie towarzyskie, za dużo uroczych kobiet... Ale musiałem tam pojechać... Nie
byłem w stanie pozostawać w La Jolla tak niedługo po śmierci mojej żony. Czułem
się jak w zamku nawiedzanym przez duchy. Ale teraz już się zahartowałem. Sądzę,
że dam radę.
1 Agent Chandlera w
Hollywood.
Do Dorothy Gardiner
Do Dorothy Gardiner
23 sierpnia 1956 r.
...Byłem przez kilka tygodni w jednym z najgorętszych
zakątków Kalifornii, mianowicie w Pasadenie, ojczyźnie spokoju i przepoconych
podkoszulków. U nas wprawdzie też panują teraz takie upały, jakich mieszkaniec
La Jolla nie powinien doświadczyć, ale klimat w ogóle zmienia się stopniowo i
myślę, że za następny milion lat czeka nas okres tropikalny, po którym bez wątpienia
przyjdzie epoka lodowcowa, nie przypuszczam jednak, żebym miał tego doczekać.
Do Edgara Cartera
28 marca 1957 r.
...Od czasu pobytu w Arizonie znów lubię prowadzenie
samochodu. Od lat tego nie cierpiałem. Ale mój przyjaciel, Anglik, zmusił
mnie, żebym przejechał Arizonę z północy na południe i ze wschodu na zachód, od
granicy z Meksykiem po góry (we Flagstaff są najlepsze pstrągi, jakich zdarzyło
mi się zakosztować). Stałem się teraz kierowcą bardzo szybkim. W Arizonie
prawie się nie widuje samochodów służby ruchu. Stwierdziłem, że niezbędne są
dwa czynniki: doskonałe opony i całkowite skupienie. W moim wieku mogę znieść
najwyżej cztery godziny takiej jazdy, ale sprawia mi ona przyjemność.
Do Edgara Cartera
Do Edgara Cartera
27 września 1957 r.
...Zycie tutaj nudzi mnie i bardzo chciałbym wrócić do
Anglii, ale urzędnik podatkowy mówi, że muszę tu pozostać do 5 kwietnia przyszłego
roku... Ponieważ dwie moje najlepsze przyjaciółki są w Londynie, nie przyjdzie
mi to łatwo.
Do Hamisha Hamiltona
Do Hamisha Hamiltona
4 grudnia 1957 r.
...Wracam do Londynu pod koniec stycznia z zamiarem
zamieszkania tam na stałe. Wymaga to wizy, a jeżeli przyjeżdża się do Anglii
na stały pobyt, można przywieźć lub przesłać sprzęty gospodarstwa domowego i książki... Głównym
chyba celem mojego powrotu do Londynu i pozostania w nim — pomijając moją
miłość do tego miasta, wyjąwszy może okres od stycznia do marca — jest to, że
chcę spróbować czegoś nowego — pisać sztuki. W Londynie jest tak dużo czynnych
teatrów, które zwykle ryzykują i wystawiają sztukę, nawet jeżeli krytycy nie
szaleją z zachwytu.
Fajno będzie zobaczyć się znów z Tobą, z Iwoną i z Rogerem. A także z
tym miłym facetem, który jest szefem domu towarowego, ale zabij mnie, nie pamiętam,
jak się nazywa. Nie mam pamięci do nazwisk... Próbowałem wynająć słonia
birmańskiego, który by za mnie o wszystkim pamiętał, ale doszedłem do wniosku,
że jego trąbienie drażniłoby sąsiadów i że zadem miażdżyłby fotele.
Do Hardwicka Moseleya
Do Hardwicka Moseleya
5 października 1958 r.
...Jadę w listopadzie, grudniu lub styczniu na kilka
tygodni do Palm Springs. Bardzo lubię Palm Springs. Tym razem będzie to wyjazd
dla zdrowia. Dobrze pływam i nurkuję, kiedyś nawet skakałem z wysokiej
trampoliny. Dzisiaj brak mi już sprężystości w nogach (a poza tym w Palm
Springs nie ma wysokiej trampoliny). Mogę jednak mieć moc przyjemności skacząc
z niższych pięter wieży. Z pewnością dobrze mi to zrobi.
Do Związku Amerykańskich Pisarzy Powieści Kryminalnych
1
7 lutego 1959 r.
...Bez wątpienia zdają sobie państwo sprawę, że traktuję
ten zaszczyt jako dowód uznania dla wielu lat pracy zawodowej, nie zaś jako
dowód uznania dla mnie osobiście. Przyjmuję go z całą skromnością i sądzę, że musiały być powody,
dla których wybór padł na mnie, choćbym nawet sam tych powodów nie widział.
Bądź co bądź przez znaczną część życia usiłowałem zrobić coś z powieści
kryminalnej — może uczynić ją czymś lepszym, niż miała być w założeniu — ale
nie jestem wcale pewien, czy mi się to udało...
Sądzę, że jako oficjalny przewodniczący tej jedynej w swoim rodzaju
organizacji powinienem dołożyć wysiłków, aby nasze wspólne dążenia nabrały w
oczach ogółu takiej wagi, jaką mają w rzeczywistości. Jak się do tego zabrać,
to już problem, który wymaga współdziałania innych umysłów. Mój umysł, taki
jaki jest, będzie zawsze do dyspozycji państwa, ale to za mało...
Jest to zaszczyt, którego się nie spodziewałem i na który nie
zasłużyłem, ale skoro już przypadł mi w udziale, chciałbym, o ile to w mojej
mocy, wyrazić ogromną wdzięczność Amerykańskim Pisarzom Powieści Kryminalnych,
a zarazem żal, że w sposób konkretny nie mogę uczynić dla nich czegoś więcej,
niż to obecnie możliwe.
1 Chandlera obrano prezesem Związku Amerykańskich Pisarzy
Powieści Kryminalnych.
Chandler, który był już poważnie chory, kiedy to pisał, umarł w La Jolla 26 marca 1959 roku. Londyński „Times” we wspomnieniu pośmiertnym pisał:
Chandler, który był już poważnie chory, kiedy to pisał, umarł w La Jolla 26 marca 1959 roku. Londyński „Times” we wspomnieniu pośmiertnym pisał:
„Imię Chandlera z
pewnością przejdzie do potomności wraz z imionami kilku innych pisarzy
powieści sensacyjnych, którzy również byli nowatorami i stylistami i którzy
uprawiając glebą powieści kryminalnej przysporzyli literaturze szczerozłotych
kłosów”.
Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler
Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983.
czwartek, 23 sierpnia 2012
Chandler o Chandlerze
![]() |
Raymond Chandler w 1940 |
Do Hamisha Hamiltona 1
10 listopada 1950 r.
...Urodziłem się w Chicago, w stanie Illinois. Było to
tak dawno, że wolałbym nigdy i nikomu tej daty nie podawać. Moi rodzice
pochodzili z rodziny kwakrów, sami jednak nie byli nigdy kwakrami praktykującymi. Matka urodziła się w Waterford, w Irlandii2. Mieściła się tam słynna
szkoła kwakrów i być może istnieje nadal. Ojciec pochodził z rodziny farmerów z
Pensylwanii. Prawdopodobnie jego przodkowie należeli do grupy pierwszych
osiedleńców, co przybyli na te tereny z Williamem Pen-nem. Kiedy miałem siedem
lat, chorowałem na szkarlatynę w hotelu, co podobno jest wyczynem niezwykłym.
Z tego okresu pamiętam przede wszystkim lody i przyjemność, jaką było
zdrapywanie skóry łuszczącej się podczas rekonwalescencji.
1 Dyrektor wydawnictwa „Hamish Hamilton Ltd”, wydawca książek
Chandlera w Londynie.
2 Matka
Chandlera, Florence Thornton, pojechała do Stanów Zjednoczonych w odwiedziny do
swojej siostry Grace, która po wyjściu za mąż mieszkała w Omaha, w stanie Nebraska.
Tam właśnie poznała swojego przyszłego męża, Maurice’a Chandlera.
Do Charlesa W. Mortona 1
20 listopada 1944 r.
...Mój wuj, lokalny działacz polityczny, mieszkał w
Omaha. Byłem u niego kilka razy. We wczesnym dzieciństwie wysłano mnie na lato
do Plattsmouth, w stanie Nebraska. Utkwiły mi w pamięci dęby, wysokie drewniane chodniki,
brudne jezdnie, panujący skwar, świetliki, patyczki i mnóstwo dziwnych owadów,
pamiętam jesienią zbiór dzikich winogron na wino, pamiętam martwe sztuki bydła,
a czasem też trupa ludzkiego niesionego prądem błotnistej rzeki, pamiętam
stojący za domem uroczy szalecik z trzema otworami. Pamiętam również fotele na
biegunach stojące rzędem na chodniku przed hotelem i wszystko dookoła zaplute
tytoniem do żucia. I pamiętam też próbną jazdę wagonu pocztowego z urządzeniem,
które pozwalało zabierać przesyłki bez zatrzymywania się. To urządzenie
wynalazł mój wuj, ale potem ktoś wynalazł lepsze i wuj nie zarobił ani centa. Potem wyjechałem do Anglii i przez szereg lat karmiono mnie wyłącznie łaciną
i greką, tak jak i Ciebie... Nie sądzę, żeby wykształcenie wyrządziło mi
poważniejszą szkodę.
1 Jeden z redaktorów
miesięcznika „The Atlantic Monthly”.
Z wywiadu udzielonego Irvingowi Wallace’owi1
24 sierpnia 1945 r.
...Mój ojciec był inżynierem, skończył inżynierię lądową
w Penn. Rodzice rozwiedli się, kiedy miałem siedem lat... Nigdy już ojca nie
widziałem.
1 Pisarz i dziennikarz.
Do Leroya A. Wrighta
1
31 marca 1957 r.
...Wkrótce potem moja matka wróciła do Anglii, zamieszkała
u swojej matki i prowadziła jej dom2. Oczywiście, zabrała mnie ze
sobą.
1 Radca
prawny Chandlera, wspólnik kancelarii Glenn i Wright w San Diego (Kalifornia).
2 Babka
Chandlera mieszkała w Londynie, w dzielnicy Norwood, wraz ze swoją córką Ethel.
Do Charlesa W.
Mortona
1 stycznia 1945 r.
...Mam bardzo wielu kuzynów Irlandczyków, biednych i
bogatych, wszyscy są protestantami, niektórzy są zwolennikami ruchu Sinn Fein,
inni stoją niezłomnie po stronie Wielkiej Brytanii. Głową rodu jest (jeżeli jeszcze
żyje) zamożny prawnik 1, który
nie znosił prawa, ale czuł się w obowiązku przejąć i prowadzić kancelarię swego
ojca. Wuj miał gospodynię, która pochodziła z rodziny ziemiańskiej i uważała,
że nie jest on właściwie gentlemanem, był bowiem radcą prawnym. Mawiała: „Są
tylko cztery zawody godne gentlemana: wojsko, marynarka wojenna, kościół i
adwokatura”. Adwokat mógł być gentlemanem, radca prawny — nie...
Zdumiewający ludzie ci Anglo-Irlandczycy. Nigdy nie utrzymywali
stosunków towarzyskich z katolikami... Wpojono mi straszliwą pogardę dla
katolików i do dziś jeszcze mam z tym kłopoty... Gospodyni-snobka nie
tolerowałaby w domu służących katoliczek, chociaż przypuszczalnie byłyby one
dużo lepsze od garkotłuków, które trzymała.
1 Ernest Thornton.
Do Hamisha Hamiltona
15 lipca 1954 r.
...Jakże dziwne mieliśmy poczucie wartości. Co za
banda snobów! Moja niemądra i zarozumiała babka mówiła o jednej z najmilszych rodzin,
jakie znaliśmy, że to „bardzo poczciwi ludzie”, bo było tam dwóch synów, pięć złotowłosych córek
bez posagu i nie było służącej. Przeto spotykały ich stale haniebne
upokorzenia, musieli bowiem sami otwierać własne drzwi frontowe.
Do Hamisha Hamiltona
11 grudnia 1950 r.
...Pisałem też dość dużo wierszy do „The Westminster
Gazette”, które przeważnie wydają mi się teraz okropne, chociaż nie wszystkie.
Pisywałem również wiele szkiców, głównie satyrycznych — w stylu podobne były
do szkiców Sakiego, ale nieporównanie gorsze. Prawdę mówiąc rzadko widywałem
Spendera. Wysyłałem tekst i albo mi go odsyłano, albo dostawałem korektę.
Nigdy jej nie robiłem, po prostu uznawałem to za swego rodzaju formę przyjęcia
tekstu do druku. W określonym dniu tygodnia stawiałem się regularnie przy
okienku kasy, odbierałem pieniądze w złocie i srebrze, nalepiałem znaczek za
pensa w grubej księdze i podpisywałem się na nim w charakterze pokwitowania.
Jakże dziwne się to wszystko dzisiaj wydaje!
Opowiadałem Ci chyba o tym, jak napisałem do sir George’a Newnesa i
zaproponowałem, że kupię udział w jego podłym, acz popularnym tygodniku „Tit-Bits”.
Przyjęła mnie grzecznie jego sekretarka, zapewne wychowanka ekskluzywnej
szkoły prywatnej. Powiedziała, że bardzo żałuje, ale wydawnictwo nie odczuwa
braku kapitałów, dodała jednak, że niewątpliwą zaletą mojej propozycji jest
jej niezwykłość. W podobny sposób nawiązałem kontakt z „The Academy”...
(Cowper) wprawdzie nie zechciał sprzedać mi udziału w piśmie, ale wskazał
natomiast wielki regał z książkami stojący w jego gabinecie i mówiąc, że są to
egzemplarze recenzyjne, zaproponował, żebym wziął kilka do domu i napisał
recenzje. Dziwię się, że nie kazał mnie zrzucić z mrocznych schodów. Może po
prostu nie było w biurze nikogo, kto mógł to zrobić, cały bowiem jego zespół
redakcyjny składał się chyba tylko z jednej łagodnej pani w średnim wieku i
nieśmiałego człowieczka nazwiskiem Vizetelly, który był, jak mi się zdaje, bratem innego, bardziej
znanego Vizetelly’ego — tego, co wydał w Nowym Jorku angielski przekład „Pani
Bovary” i miał potem sporo przykrości, bo oskarżono go o rozpowszechnianie
pornografii.
Poznałem w tej redakcji również wysokiego, brodatego
mężczyznę ze smutnymi oczami, Richarda Middletona, o którym może słyszałeś.
Wkrótce potem popełnił w Antwerpii samobójstwo, jak sądzę, z rozpaczy. Wypadek
ten wywarł na mnie przygnębiające wrażenie, ponieważ Middleton obdarzony był
wielkim talentem, któremu nie miałem nadziei nigdy dorównać, skoro zaś tak mu
się nie powiodło, doszedłem do wniosku, że ja w ogóle nie mam żadnych szans.
Oczywiście wówczas, tak jak i dzisiaj, byli znani i dobrzy pisarze, pisywali
również inteligentni młodzi ludzie, którzy zarabiali na życie współpracując z
licznymi tygodnikami literackimi i działami kulturalnymi dzienników. Ale większość
miała inne jeszcze dochody albo pracę, przede wszystkim w Administracji
Państwowej. Ja z całą pewnością nie należałem do tej grupy inteligentnych młodych
ludzi. Wcale też nie byłem szczęśliwym młodym człowiekiem. Miałem bardzo mało
pieniędzy, chociaż nie brakowało ich w mojej rodzinie. Wychowywałem się w
Anglii, i wszyscy moi kuzyni byli Anglikami mieszkającymi w Anglii albo w
koloniach angielskich. Ja nie czułem się Anglikiem, nie czułem się też Amerykaninem.
Ale oburzało mnie wynikające ze snobizmu i ignorancji krytykowanie Amerykanów,
tak powszechne w tamtych czasach.
Podczas pobytu w Paryżu spotkałem wielu Amerykanów, w większości byli
pełni wigoru i radości życia, potrafili bawić się doskonale w okolicznościach,
w których przeciętny Anglik byłby zgorszony lub nudziłby się śmiertelnie. Ale
mnie nic z nimi nie łączyło. Nawet nie mówiłem ich językiem. Właściwie to nie
miałem ojczyzny... Może powinienem był mieszkać w Paryżu, chociaż nigdy nie
lubiłem specjalnie Francuzów.
Ale niekonieczne trzeba lubić
Francuzów, żeby czuć się dobrze w Paryżu. Zresztą kilku można przecież polubić.
Z drugiej strony bardzo lubiłem Niemców, to znaczy- tych z południa. Ale nie
mogłem zamieszkać w Niemczech, skoro było publiczną i powszechnie dyskutowaną
tajemnicą, że lada dzień będziemy z Niemcami prowadzili wojnę...
Subskrybuj:
Posty (Atom)