"Dramatyczne odkrycie mojej przyszłej wielkości, dokonane przez matkę wobec lokatorów kamienicy na Wielkiej Pohulance pod numerem 16, nie na wszystkich obserwatorach wywarło wrażenie tak ucieszne. Był wśród nich niejaki pan Piekielny. Nie wiem, w jakich okolicznościach przodkowie tego zacnego człowieka zdobyli to niezwykle nazwisko, nigdy jednak nazwisko nie pasowało gorzej do swego właściciela. Pan piekielny podobny był do smutnej myszy, niesłychanie schludnej i wiecznie zatroskanej; zawsze pełen dyskrecji i usuwający się w cień, można by rzec: nieobecny, niby ktoś, kto wbrew wszystkiemu, siłą okoliczności, zmuszony jest do unoszenia się, choćby mu to przychodziło z trudem, ponad ziemią. Była to natura wrażliwa - i absolutna pewność, z jaką moja matka wygłosiła swoje proroctwo kładąc mi dłoń na głowie, w najczystszym stylu biblijnym, wstrząsnęła nim do głębi. Ilekroć mijaliśmy się na schodach, przystawał i patrzył na mnie z powagą i szacunkiem. Raz czy dwa razy odważył się poklepać mnie po twarzy. Potem podarował mi dwa tuziny ołowianych żołnierzy i tekturową fortecę. Zaprosił mnie nawet do swojego mieszkania i poczęstował cukierkami i rachatłukum. Podczas gdy opychałem się słodyczami - nigdy nie wiadomo, co nam przyniesie dzień jutrzejszy - mały człowieczek siedział na przeciwko mnie, głaszcząc się po zrudziałej od tytoniu bródce. Aż wreszcie pewnego dnia nastąpił patetyczny wybuch, prośba, krzyk serca, wyznanie pożerającej go i straszliwej ambicji, jaką ta zacna mysz człowiecza ukrywała pod kamizelką.
- Kiedy będziesz...
Nieco zawstydzony rozejrzał się dookoła, zdając sobie sprawę z własnej naiwności, ale nie miał sił, żeby się opanować.
- Kiedy będziesz... tym wszystkim, o czym twoja matka mówiła...
Przyglądałem mu się uważnie. Pudełko z rachatłukum było dopiero napoczęte. Czułem instynktownie, że moje prawo do niego opiera się na tej wspaniałej przyszłości, jaką mi przepowiadała matka.
- Będę ambasadorem francuskim - powiedziałem z pełnym przekonaniem.
- Weź jeszcze rachatłukum - rzekł pan Piekielny posuwając mi pudełko.
Sięgnąłem po następną porcję. Pan Piekielny odchrząknął lekko.
- Matki czują takie rzeczy - powiedział. - Może rzeczywiście będziesz kimś ważnym. Może będziesz pisał do gazet, a może napiszesz książkę...
Pochylił się ku mnie i położył mi rękę na kolanie. Zniżył głos.
- No więc! Kiedy się spotkasz z wybitnymi osobistościami, z kimś bardzo ważnym, przyrzeknij mi, że im powiesz...
Płomień niedorzecznej ambicji błysnął nagle w jego mysich oczach.
- Przyrzeknij mi, że im powiesz: "Na Wielkiej Pohulance, w Wilnie, pod numerem 16 mieszkał niejaki pan Piekielny"...
Z niemym błaganiem utkwił wzrok w moich oczach. Reka jego wciąż leżała na moim kolanie. Jadłem rachatłukum i patrzyłem na niego poważnie.
Pod koniec wojny, w Anglii, dokąd cztery lata przedtem przyjechałem prowadzić dalszą walkę, jej królewska mość Królowa Elżbieta, matka obecnej królowej, dokonywała przeglądu mojej eskadry na terenach Hartford Bridge. stałem wyprostowany na baczność jak struna wraz z moją załogą obok naszego samolotu. Królowa zatrzymała się przede mną i z owym miłym uśmiechem, który słusznie uczynił ją tak popularną, zapytała z jakich okolic Francji pochodzę. Opowiedziałem taktownie: "Z Nicei", by nie komplikować sprawy dla tak łaskawego Majestatu. Ale potem...To było silniejsze ode mnie. Wydawało mi się, że niemal widzę małego człowieczka, jak miota się i gestykuluje, tupie nogą i szarpie bródkę, usiłując zwrócić na siebie uwagę. Starałem się pohamować, lecz słowa same wybiegły mi na usta i decydując się spełnić szaleńcze marzenia mizernej myszki, oświadczyłem królowej głosem donośnym i dobitnym:
- Pod numerem 16 na Wielkiej Pohulance w Wilnie mieszkał niejaki pan Piekielny...
Jej Królewska Mość łaskawie skłoniła głowę i przeszła do następnej załogi. Dowódca eskadry "Lotaryngia", Henryk de Rancourt, rzucił mi w przejściu jadowite spojrzenie. Mniejsza o to: rachatłukum zostało zarobione uczciwie. Mała wileńska mysz od dawna już zakończyła swą mizerną egzystencję w nazistowskich piecach krematoryjnych wraz kilkoma milionami Żydów europejskich. Ja jednak w dalszym ciągu wywiązuję się skrupulatnie z obietnicy, ilekroć spotykam się z wielkimi tego świata. Z trybuny ONZ i w gmachu ambasady w Londynie, w Pałacu Federalnym w Berlinie i w Pałacu Elizejskim, wobec de Gaulle'a i ministra Wyszyńskiego, wobec najwyższych dygnitarzy i budowniczych przyszłych tysiącleci - nie pomijam nigdy okazji, by wspomnieć o istnieniu małego człowieczka; z radością mogłem nawet niejednokrotnie obwieścić w telewizji amerykańskiej, wobec dziesiątków milionów widzów, że pod numerem 16 na wielkiej Pohulance w Wilnie mieszkał niejaki pan Piekielny; pokój jego duszy". [s.65-68]
Romain Gary "Obietnica poranka", Czytelnik, tłum. Jerzy Pański, Warszawa 1991, s.457.
Romain Gary "Obietnica poranka", Czytelnik, tłum. Jerzy Pański, Warszawa 1991, s.457.