Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flaubert Gustaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Flaubert Gustaw. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 stycznia 2014

Czapka

Już na samym początku natrafiamy na pierwszy motyw tematyczny - motyw warstw, czyli struktury piętrowego tortu. Jest jesień 1828 roku. Karol ma trzynaście lat i  pierwszego dnia w szkole cały czas trzyma podczas lekcji czapkę na kolanach.

"Skomplikowane to było nakrycie głowy, coś niby czapka futrzana, rogatywka, okrągły kapelusz i czepek bawełniany jednocześnie; słowem, jedna z tych ubogich rzeczy, których niema brzydota wielką ma siłę wyrazu, jak twarz głupca. Jajowata, wydęta przez fiszbiny zaczynała się trzema równoległymi wałeczkami; potem, przedzielone czerwonym pasem, biegły na przemian raby aksamitu i zajęczej skórki, a wreszcie następował rodzaj woreczka zakończonego kartonowym wielobokiem zdobnym w skomplikowany deseń z sutaszu. Stamtąd, na długim a zbyt cienkim sznureczku, zwisał złoty chwaścik. Była nowa, daszek jej błyszczał. 

czwartek, 16 maja 2013

"Migawka z pogrzebów"

Gustaw Flaubert
„Znużony, hipochondryczny ton listu Flauberta do Luizy Colet poświęconego zachodom słońca nie był pozą. Rok 1846 to w końcu rok śmierci najpierw ojca, a następnie siostry, Karoliny. „co za dom! – napisał. – co za piekło!”. Przez całą noc Gustaw czuwał przy ciele siostry: ona leżąca w białej sukni ślubnej, on siedzący i czytający Montaigne’a. Rankiem w dniu pogrzebu, kiedy spoczywała już w trumnie, złożył ostatni, pożegnalny pocałunek. Po raz drugi w ciągu trzech miesięcy usłyszał stukot podkutych ćwiekami butów, które pięły się po drewnianych schodach, by zabrać ciało. Trudno było tego dnia myśleć o żałobie; górę brały sprawy praktyczne. Trzeba było odciąć pukiel włosów Karoliny i wykonać gipsowy odlew jej twarzy i dłoni: „Widziałem, jak wielkie łapy tych prostaków dotykały jej i pokrywały twarz gipsem”. Prostacy są niezbędni przy pogrzebach.

Szlak prowadzący do cmentarza był mu już dobrze znany. Przy grobie mąż Karoliny załamał się. Gustaw patrzył, jak opuszczano trumnę. Nagle zaklinowała się; wykopano zbyt wąski dół. Grabarze złapali trumnę i zaczęli nią szarpać; ciągnęli ją to w jedną stronę, to w drugą, przekręcali, ociosywali rydlem, podważali łomami; ani drgnęła. Wreszcie któryś z nich postawił stopę na wieku, dokładnie nad twarzą Karoliny i siłą wepchnął trumnę do grobu. Gustaw kazał wykonać wizerunek jej twarzy; popiersie królowało w gabinecie przez całe jego pracowite życie, do samej śmierci, która nastąpiła w tym samym domu w 1880 roku. Maupassant pomógł ułożyć jego ciało. siostrzenica Flauberta zażądała, żeby wykonano zgodnie z tradycją odlew ręki pisarza. Okazało się to niemożliwe: pięść była zbyt mocno zaciśnięta w ostatnim skurczu.

Procesja ruszyła najpierw do kościoła w Canteleu, następnie na Cimetière Monumental, gdzie wojskowa asysta wystrzeliła swoją niedorzeczną glosę do ostatniej linijki Pani Bovary. Wygłoszono parę słów, a potem spuszczono trumnę. Zaklinowała się. Tym razem właściwie oceniono szerokość, ale grabarze poskąpili długości. Synowie prostaków daremnie zmagali się z trumną; nie mogli jej ani wepchnąć, ani wydobyć. Po kilku kłopotliwych minutach żałobnicy powoli rozeszli się, pozostawiając Flauberta zaklinowanego w ziemi pod kątem skośnym”.

Julian Barnes „Papuga Flauberta”, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 78-79.

środa, 24 kwietnia 2013

Gra z istnieniem

"W liście do Du Campa znalazło jednak wyraz coś jeszcze, coś, co okaże się zasadnicze dla sposobu, w jaki Flaubert będzie uprawiał literaturę - jego szaleńczy, gorączkowy pośpiech, jego niedające się opanować pragnienie, żeby w jakiś sposób koniecznie zatrzymać zmarłą, jeśli nie ją całą, to chociaż jej twarz, dłoń, popiersie, pukiel, cokolwiek. Zatrzymać ją - ale nie ją samą jako nieżywe ciało, tylko różne materialne znaki jej nieobecności: maskę pośmiertną, odlew jej dłoni albo 'te biedne przedmioty', kolorowy szal czy pulpit, których żyjąc dotykała.

Popiersie Caroline [...] stanęło na postumencie w jego gabinecie w Croisset i pozostało tam aż do dnia jego śmierci. Bo Flaubert pracował w obecności zmarłych i troszczył się o ich dzieci [...]. Obecność zmarłych nie stała się może tematem jego literatury w takim samym sensie, w jakim były nim na przykład obyczaje prowincji, owładnięta namiętnością kobieta, wieczna głupota czy religie starożytne z ich krwawą liturgią. Był to raczej temat tematów - czarna podszewka wszystkich jego książek, dzięki której tkanina literatury nabiera u niego ciała i barwy.

Chociaż w niektórych miejscach dzieł Flauberta, podobnie jak w niektórych momentach jego życia, zdarza się przecież, że podszewka prześwieca spod tkaniny swoim ciemnym blaskiem. Tak dzieje się na przykład w tych kilku tajemniczych momentach Trzech baśni, kiedy nagle odnosi się wrażenie dotknięcia żywej tkanki, jakby Flaubert jakąś tylko sobie znaną techniką literackiej intarsji włożył do tekstu własną żałobę. Tak dzieje się wtedy, kiedy Julian przesypuje między palcami siwe włosy swojej matki, którą sam przed chwilą zamordował - gestem mimowolnym, trwającym mgnienie, intymnym. Podobnie w tej nieskończenie prostej scenie z Czystego serca, kiedy pani Auban z Félicité razem przeglądają rzeczy zmarłej Virginie, a słońce oświetla 'te biedne przedmioty' i widać na nich 'wszystkie fałdki i zmarszczki, które powstały wskutek ruchów tamtego ciała'. To nie są sceny, które dałoby się wymyślić albo podpatrzeć z bliskiej odległości - oglądamy je tu w zbyt dużym zbliżeniu i w dziwnie zagęszczonej aurze, są to zresztą takie sytuacje, które w życiu zazwyczaj odbywają się bez świadków. Nie ulega żadnej wątpliwości, że w tych fragmentach Flaubert przypisał swoim bohaterom własne doświadczenia związane ze śmiercią matki i siostry - to on razem z matką przeglądał rzeczy zmarłej Caroline i to on przesypywał między palcami włosy swojej nieżyjącej matki.

Takich zabiegów nie da się uzasadnić tylko troską o realizm, są one czymś więcej - czymś, co wykracza poza granice literatury, zmieniając ją w rodzaj gry z istnieniem. Myślę, że te dokonywane przez Flauberta literackie intarsje wspomnień to miały być w jego zamyśle prawdziwe pogrzeby zmarłych najbliższych [...]. To był jego sposób na zapewnienie im życia wiecznego, znacznie lepszy niż zwykły pogrzeb, który tak często nie spełnia wiązanych z nim oczekiwań, a nawet urąga pamięci zmarłego, przede wszystkim zaś nie daje żadnych perspektyw na wieczność dłuższą niż ta wyznaczana przez trwałość kamiennego nagrobka. Bo Flaubert należał do tych osób, które z większości pogrzebów, w jakich biorą udział, wracają głęboko urażone wulgarnością ceremonii oraz jej całkowitą nieadekwatnością. Nie inaczej było z pogrzebem Caroline. [...]".

Renata Lis, Ręka Flauberta, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2011, s. 34-36.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Błogosławiony Nikotyn

"Po śmierci doktora Flauberta, w roku 1846, w mieszkaniu przy rue Lecat odbyła się rutynowa inwentaryzacja. W poczet majątku ruchomego notariusz zaliczył domową piwniczkę, w której zastał, co następuje: dziewięćdziesiąt butelek prostego wina Bordeaux; ponad czterysta butelek lepszych win Volnay, Sauternes, Chambertin, Bourgogne, Beaune, Bordeaux, Graves oraz win reńskich i szampańskich, trzy ogromne beczki cydru i beczkę wina o pojemności dwustu czterdziestu litrów. [...] W biurze doktora Flauberta na pierwszym piętrze, obok jadalni, notariusz odkrył w szafie - oprócz narzędzi do amputacji kończyn i trepanacji czaszki, sond i noży chirurgicznych - zestaw kieliszków z rżniętego kryształu oraz towarzyszącą mu baterię alkoholi: wiśniowy rum, maderę, trzydzieści jeden butelek owocowego bimbru zwanego l'eau de vie (wodą życia), muskatu zwykłego i tego niezwykłego z Frontignant.

Taka kolekcja nie może się obejść bez odpowiedniego uzasadnienia i doktor Flaubert takie uzasadnienie miał. Był przekonany o leczniczych właściwościach alkoholu, szczególnie wina, i na pewno nie raz podzielił się tym wierzeniem z rodziną przy obiedzie, skoro zdołał je trwale zaszczepić obu swoim synom. Gustave nie tylko sam wcielał w życie wiarę ojca, ale również bywał jej apostołem wobec żyjących w ciemnocie nieszczęśników. Choćby we wrześniu 1853 roku, kiedy uświadamiał Louise Colet, że jej zwyczaj picia wyłącznie 'obrzydliwej wody' może się skończyć tylko w jeden sposób: rakiem żołądka. We francuskim klimacie - twierdził za ojcem - trzeba winem równoważyć wilgoć, jaka z powietrza przenika do organizmu i gromadzi się w układzie trawiennym, wyrządzając tam nieodwracalne szkody. 'Spróbuj przez kilka miesięcy pić wodę z odrobiną czerwonego wina lub, jeśli ta mieszanka bardzo ci nie smakuje, wypijaj na zakończenie każdego posiłku kieliszek czystego wina' - perswadował kochance. To przekonanie o szkodliwości wody i dobroczynnym wpływie alkoholu, które bracia Flaubert powtarzali za swoim ojcem, występuje w Normandii do dzisiaj. [...]

Niezależnie od wszystkich medyczno-ludowych uzasadnień, Gustave pił wino oczywiście nie dla zdrowia, lecz z wielkiej miłości do tego trunku - tak jak czynią to amatorzy mocnych napitków na całym świecie. W jego przypadku trwająca całe życie namiętność do wina rozkwitła bardzo wcześnie. Już w lipcu 1844 roku, kiedy w związku z tajemniczą chorobą ojciec zalecił mu ścisłą dietę, skarżył się w liście do Ernesta Chevalier: 'Usłyszałem, że błogosławiony Nikotyn będzie mi zakazany i że zamiast łaskawego i wdzięcznego Chambertina będę pił wodę z kwiatu pomarańczy i lipy, drzew zacnych, nie wątpię, ale nie w butelce!'.

Jeśli butelki i beczki ze zbiorów ojca zostały po jego śmierci podzielone między braci, to część z nich zapewne stała się zaczynem własnej piwniczki Flauberta. [...] O tym, że piwniczka w Croisset w ogóle istniała, dowiadujemy się właściwie dopiero ze smutnych wzmianek o jej zanikaniu, a wysychanie rzeki wina w przypadku Flauberta dziwnym zrządzeniem losu zbiegło się z wysychaniem rzeki życia, jakby obie te rzeki płynęły cały czas obok siebie tym samym korytem, poruszane tą samą zagadkową siłą, współistotne".

czwartek, 11 kwietnia 2013

"Wycie, Emfaza, Hiperbola. Bądźmy rozpasani!"


"Nic dziwnego, że kiedy zaczął pisać (a zaczął niemal tego samego dnia, w którym zechciał wreszcie poznać litery), wszystko, co wyszło spod jego pióra, musiało zostać poddane próbie głosu - każdy tekst musiał przejść przez gueuloir, czyli zostać śpiewnie wyryczany w zaciszu gabinetu, inaczej nie istniał. 'Żeby sprawdzić swoje zdania, [Flaubert] 'wywrzaskiwał' je, [siedząc] sam przy stole, i nie był z nich zadowolony, dopóki nie przeszły przez jego 'wycie' z taką muzyką, z jaką chciał. W Croisset ta metoda była dobrze znana, służba wiedziała, że ma nie przerywać mu pracy, kiedy słyszy, jak pan krzyczy' - opowiadał Zola w 'Wiestniku Jewropy' zdumionym Rosjanom.

Naturalnie bracia Goncourt również poczynili stosowny zapis o 'metodzie' Flauberta, zrobili to jednak - swoim zwyczajem - w tonie chłodnym i niechętnym, jak przystało na notatkę o kolejnym dziwactwie nienormalnego kolegi. 'Mówi nam o swojej manii [...] namiętnego deklamowania powieści w miarę postępów pracy, kiedy wydziera się tak bardzo, że musi opróżniać pełne dzbanki wody, upaja się swoim krzykiem tak głośnym, że wprawia w drżenie metalowy półmisek podobny do tego, który ma tutaj [w Paryżu], do tego stopnia, że pewnego dnia w Croisset poczuł, jak w żołądku rośnie mu coś ciepłego i bał się, że zacznie pluć krwią' - głosi koślawy donos zamieszczony w Dzienniku braci pod datą 7 kwietnia 1861 roku.

Plucie krwią to nie przesada, metoda Flauberta naprawdę była metodą ekstremalną - 'Pan' krzyczał ile sił w płucach całymi godzinami i mocno nadwyrężał sobie przeponę, a także pozostałe mięśnie klatki piersiowej i brzucha oraz gardło.

Bywało, że ryczał w nocy, stojąc w otwartym oknie swego domu w Croisset w samej tylko koszuli. 'Jest
pierwsza nad ranem. Nie wiem, jak to możliwe, że klatka piersiowa jeszcze mi nie pękła, skoro od czwartej wyję bez przerwy. Zdecydowanie muszę mieć płuca otoczone potrójną warstwą spiżu' - chwalił się w liście do Bouilheta pewnej lipcowej nocy w roku 1852. 'Ochrypłem zupełnie, bo przez cały wieczór przesadnie krzyczałem przy pracy, jak to mam w zwyczaju - zwierzał się Louise Colet pod koniec kwietnia 1853 roku. - Niech mi nie mówią, że nie uprawiam żadnych ćwiczeń, bo czasami tak się przy tym zmęczę, że starcza mi to, kiedy kładę się spać, za dwie albo trzy mile zrobione pieszo'. Do Caro, w sierpniu 1876 roku, zwracał się w konwencji makabrycznej: 'Nadal wyję jak goryl w ciszy gabinetu i nawet dzisiaj czuję w plecach czy raczej w płucach ból, który nie ma innej przyczyny. Pewnego dnia rozerwę się jak pocisk. Znajdziecie moje flaki na stole'. Czasami krzyczał z czystej radości: 'Samotność upaja mnie jak alkohol - pisał do Ernesta Feydeau. - Ogarnia mnie szalona wesołość, bez powodu, i ryczę sam jeden w imieniu wszystkich lokatorów, mało pierś mi nie pęknie'. Czasem znów dla uśmierzenia samotności. 'Nie wychodzę - zdawał sprawę ze swojego położenia Jules'owi Duplan. - Nie widuję nikogo, solidnie dorzucam do pieca i mącę echa swojej samotności swoimi rykami, frenetycznymi i nieprzerwanymi'.

O tekście, który uważał za udany, miał do powiedzenia tylko to, co o ostatniej z Trzech baśni napisał w liście do Turgieniewa: 'Herodiada nadaje się na porządne rykowisko, bo przecież, w gruncie rzeczy, tylko to się liczy: Wycie, Emfaza, Hiperbola. Bądźmy rozpasani!'. To samo, tylko znacznie bardziej powściągliwie, wyraził w przedmowie do wierszy Bouilheta [...]: 'Proza [...] - pisał tam - powinna [...] dać się przeczytać na głos. Źle napisane zdania nie wytrzymują takiej próby; uciskają pierś, zakłócają bicie serca i przez to znajdują się na zewnątrz warunków życia'".

Renata Lis, Ręka Flauberta, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2011, s. 212-214.

wtorek, 19 marca 2013

"Piasek zagarnia wszystko"

Gustaw Flaubert

"Janine Dakyns, mieszkająca przy małej uliczce opodal szpitala, studiowała, podobnie jak Michael, w Oksfordzie i z biegiem czasu stworzyła prywatną niejako, wolną od wszelkiego intelektualnego zadęcia, wychodzącą zawsze od niejasnego szczegółu, nigdy tego co jawne, naukę o dziewiętnastowiecznej powieści francuskiej, ze szczególnym uwzględnieniem najbardziej przez nią cenionego Gustave’a Flauberta, z którego obszernej, liczącej tysiące stron korespondencji przy najróżniejszych okazjach cytowała długie, za każdym razem na nowo wprawiające mnie we zdumienie fragmenty. Ponadto Janine, która wykładając swoje myśli, popadała często w stan niemal zatrważającego uniesienia, z maksymalnym zaangażowaniem osobistym starała się zgłębić pisarskie skrupuły Flauberta, lęk przed fałszem, który jak mówiła, sprawiał czasem, że Flaubert tygodniami i miesiącami tkwił na kanapie, w strachu, że nigdy już nie napisze choćby pół linijki, nie kompromitując się najfatalniej. W takich okresach, mówiła Janine, nie tylko wszelka przyszła praca pisarska wydawała mu się kompletnie wykluczona, ale też był przekonany, że wszystko, co dotychczas napisał, stanowi jedynie nagromadzenie najbardziej niewybaczalnych, nieprzewidywalnych w skutkach błędów i zakłamania. Janine utrzymywała, że przyczyną tych skrupułów były obserwowane przez Flauberta niepowstrzymane postępy głupoty, atakującej, jak mniemał, jego własną głowę. To tak, miał kiedyś powiedzieć, jakby człowiek zapadał się w piach. Stąd prawdopodobnie, uważała Janine, tak wielkie znaczenie piasku w twórczości Flauberta. Piasek zagarnia wszystko".

W.G. Sebald, Pierścienie Saturna, przeł. M. Łukasiewicz, W.A.B., Warszawa 2009, s.12-13.

czwartek, 1 listopada 2012

Z wizytą u Flauberta

Dom Flauberta w Croisset

Czwartek, 29 października 1863 rok, Croisset, w pobliżu Rouen

Na peronie dworca zastajemy Flauberta i jego brata, naczelnego chirurga szpitala w Rouen: wysoki, mefistofeliczny, z wielką czarną brodą, profil wycięty niby cień twarzy, trzyma się prosto, ciało szczupłe, giętkie jak liana... Jedziemy dorożką do Croisset, do ładnej siedziby z fasadą w stylu Ludwika XVI, u stóp zbocza na schodzącym w dół brzegu Sekwany, która wygląda tu jak odnoga jeziora i trochę ma fali morskiej.

Gabinet Flauberta w Croisset

 Oto jesteśmy w tym gabinecie upartej i nieustającej pracy, który widział tyle mozołu i skąd wyszły Pani Bovary i Salambo. Dwa okna wychodzą na Sekwanę, widać wodę i przepływające statki; trzy okna otwierają się na ogród, gdzie wspaniały szpaler grabowy jakby podpierał wzniesienie za domem. Pomiędzy tymi oknami części biblioteki dębowej o skręconych kolumienkach łączą się z jej głównym korpusem, który wypełnia całą ścianę w głębi. Naprzeciw widoku na ogród, na tle białej boazerii, kominek z zegarem ojcowskim z żółtego marmuru i brązowym popiersiem Hipokratesa. Obok kiepska akwarela przedstawia omdlewającą i chorowitą Angielkę, którą Flaubert zna z Paryża. Wierzchy indyjskich szkatułek pokryte rysunkiem i oprawione jak akwarele oraz akwaforta Callota, Kuszenie św. Antoniego, są tutaj jakby wyobrażeniem talentu mistrza. 
Pomiędzy oknami na Sekwanę, na kwadratowym słupku pomalowanym na brąz, białe marmurowe popiersie Pradiera, przedstawiające zmarłą siostrę Flauberta: dwa wielkie loki angielskie, twarz czysta i zwarta przypominająca grecką twarz z albumu. Obok kanapa-łóżko z materaca nakrytego tkaniną turecką, z mnóstwem poduszek. Pośrodku pokoju, blisko stołu, na którym szkatułka indyjska zdobna w kolorowane rysunki z umieszczonym na niej złoconym bóstwem, stół do pracy – wielki, okrągły, przykryty zielonym materiałem, gdzie pisarz zaczerpuje atrament z kałamarza-ropuchy.
Wesoła tkanina perska w wielkie czerwone kwiaty przystraja drzwi i okna na sposób staroświecki i nieco orientalny. Tu i ówdzie, na kominku, na stołach, na półkach bibliotecznych, przyczepione albo przybite do ścian przedmioty wschodnie: amulety z zieloną patyną egipską, strzały, broń, instrumenty muzyczne, drewniana ława, na której szczepy afrykańskie śpią, kroją mięso, siadają, naczynia miedziane, szklane naszyjniki, wreszcie dwie nogi mumii: znalezione przez Flauberta w grotach Samunu, wnoszą pomiędzy książki barwę florenckiego brązu i zastygłe życie mięśni.

Ogród i pawilon Flauberta

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 213–214.

Źródło: Płaszcz zabójcy

czwartek, 11 października 2012

Listy pisarzy - Gustaw Flaubert


Listy Gustawa Flauberta do Luise Colet i panny Bosquet

Croisset, kwiecień 1854,
środa wieczorem, północ

Weź na chwilę głowę w dłonie, nie myśl o sobie, lecz o mnie, takim, jaki jestem, kończący wkrótce trzydzieści trzy lata, zużyty zaciekłą pracą w ciągu piętnastu do osiemnastu lat, bardziej doświadczony niż wszystkie akademie moralne świata w dziedzinie wszelkich spraw namiętności itd., słowem, uszczelniony przeciw uczuciom, bom dużo po nich żeglował, i zapytaj samej siebie, czy jest możliwe, żeby taka istota miała w sobie to, co nazywają Miłością; zresztą nic nie rozumiem, co to znaczy. Gdybym cię nie kochał, po co przede wszystkim pisałbym do ciebie i następnie po co bym się z tobą widywał? Cóż mnie do tego zmusza? Jaka skłonność pcha mnie i sprowadza z powrotem do ciebie lub raczej przy tobie mnie trzyma? To nie jest przyzwyczajenie, gdyż nie widujemy się dość często, by przyjemność dnia poprzedniego dawała podnietę do przyjemności dnia następnego. Dlaczego, gdy jestem w Paryżu, spędzam cały czas u ciebie, tak iż z tego powodu przestałem odwiedzać dużo osób? Mógłbym znaleźć inne domy, które by mnie przyjmowały, i inne kobiety. Skąd się to bierze, że wolę ciebie od nich? Czy nie czujesz, że jest w życiu coś wyższego od szczęścia, od miłości i od religii, ponieważ bierze początek w sferze bardziej bezosobowej? coś, co śpiewa poprzez wszystko, czy się zatyka uszy, czy też się rozkoszuje słysząc to? coś, dla czego rzeczy przypadkowe nic nie znaczą i co jest z natury aniołów, które nie jedzą: mam na myśli ideę. W imię tego ludzie się kochają, gdy w imię tego żyją (...). Chciałem cię kochać i kocham cię w sposób, który nie jest sposobem kochanków; bylibyśmy rzucili sobie pod nogi wszystko, co jest tylko pożądaniem, przyzwoitością, zazdrością, uprzejmością (...).

Do panny Bosquet

Środa rano
listopad lub grudzień 1859

(...) Mój związek z panią Colet nie pozostawił żadnej "rany" w sensie uczuciowym i głębokim tego słowa; jest to raczej wspomnienie (i teraz jeszcze żywo odczuwanego) przewlekłego rozdrażnienia. Jej książka była ukoronowaniem sprawy. Niech pani dołączy do tego komentarze, pytania, żarty, aluzje, których przedmiotem jestem od czasu ogłoszenia owej książki. Gdym zobaczył, że pani również zaczęła się tyra interesować, przyznaję, straciłem trochę cierpliwość, gdyż na zewnątrz robię dobrą minę, rozumie pani? Niech pani nie myśli, że mam o to do pani urazę, nie, całuję panią bardzo serdecznie za te miłe rzeczy, które mi pani pisze. Oto cała prawda.
Jestem jeszcze nieśmiały jak młodzieniaszek i potrafię przechowywać w szufladach zwiędłe bukiety. W młodości kochałem się na zabój, kochałem bez wzajemności, głęboko, w milczeniu. Noce spędzane na wpatrywaniu się w księżyc, projekty porwania i wyjazdu do Włoch, marzenia o sławie dla niej, męki ciała i duszy, spazm od zapachu pewnego ramienia i nagła bladość pod pewnym spojrzeniem - poznałem to wszystko, i bardzo dobrze poznałem. Każdy z nas ma w sercu królewską komnatę; zamurowałem ją, lecz nie jest ona zniszczona (...).

Listy pisarzy - Gustaw Flaubert

Louise Colet
Listy Gustawa Flauberta do Luise Colet

(...) List otrzymany dziś rano jest na stole, między moim ostatnim zdaniem a tym, którego jeszcze nie skończyłem; dopiero co znów go odczytałem, aby cię ujrzeć ponownie bardziej z bliska i poczuć mocniej twój zapach. - Myślę o pozie, jaką musiałaś mieć pisząc go, i o zamyślonych spojrzeniach rzucanych podczas odwracania kartek. - To dzieje się pod tą lampą, która oświetlała nasze pierwsze pocałunki, i na tym biurku, gdzie piszesz swoje wiersze. Zapal wieczorem swą alabastrową lampę; popatrz na jej światło białe i blade, przypominając sobie ten wieczór, kiedyśmy się pokochali. Powiedziałaś mi, że nie chcesz więcej jej używać. - Czemu? Ona się wiąże jakoś z nami. Lubię ją (...). Miłość, jak i reszta, jest tylko pewnym sposobem widzenia i czucia. To jest punkt widzenia nieco wyższy, nieco szerszy; odkrywa się w nim nieskończone perspektywy i horyzonty bez granic (...). Kocham na swój sposób, więcej czy mniej od ciebie? Bóg to wie. Ale kocham cię, tak, i gdy mi mówisz, że może zrobiłem dla pospolitych kobiet to, co robię dla ciebie, wiedz, iż nie zrobiłem tego dla nikogo, nikogo - przysięgam ci. - Jesteś jedyną i pierwszą osobą, dla której jedynie mogłem odbyć podróż i którą kochałem na tyle, żeby to zrobić (ponieważ jesteś pierwszą, która mnie kocha tak, jak ty mnie kochasz). Przed tobą żadna inna nie płakała takimi samymi łzami i nie patrzyła na mnie tym czułym i smutnym wzrokiem. Wspomnienie środy jest moim najsłodszym miłosnym wspomnieniem. To ono, gdybym jutro został starcem, kazałoby mi żałować życia.
Dziękuję za przesłanie listu Filozofa. Zrozumiałem sens tej przesyłki. To jeszcze jeden hołd, który mi składasz, ofiara, którą gotowa jesteś ponieść dla mnie. To tak, jakbyś mi powiedziała: "Jeszcze jeden, którego składam u twych stóp: zobacz, jak mi na nim nie zależy, gdyż ciebie kocham". - Dajesz mi wszystko, biedny aniele, swoją sławę, swoją poezję, swoje serce, swoje ciało, miłość mężczyzn, którzy cię pożądają; szafujesz dla mnie swoimi bogactwami, by mi sprawić zadowolenie i nasycić moją dumę. A więc bądź kontenta: jestem szczęśliwy i dumny z ciebie. Tak, szczęśliwy, powtarzam to: gdy myślę o tobie, ogarnia mnie niewymowna tkliwość.

Croisset, Sobota wieczorem
24 kwietnia 1852

(...) Piszesz mi, że posłałem ci ciekawe refleksje o kobietach i że im trudno być sobą (kobietom). To prawda; tak się je uczy kłamać, opowiada im się tyle kłamstw! Nikt nigdy nie jest w stanie powiedzieć im prawdy i gdy, na swoje nieszczęście, ktoś jest szczery, są rozjątrzone takim dziwactwem! Zarzucam im zwłaszcza ich potrzebę poetyzowania. Mężczyzna kochający swą praczkę będzie z nią zaznawał rozkoszy, mimo iż będzie wiedział, że jest głupia; ale jeżeli kobieta kocha prostaka, jest to zapoznany geniusz, dusza wybrana itd., tak iż wskutek tej wrodzonej skłonności do zezowania nie widzą one prawdy, gdy ją się spotyka, ani piękna tam, gdzie ono się znajduje. Ta niższość (która jest z punktu widzenia miłości samej w sobie wyższością) jest przyczyną zawodów, na które tak się skarżą! Żądać, aby na jabłoniach rodziły się pomarańcze, to ich pospolita choroba. Luźne maksymy: kobiety nie są szczere wobec samych siebie; nie przyznają się do swych zmysłów; biorą swą d... za swe serce, myślą, że księżyc jest stworzony do oświetlania ich buduaru. Cynizmu, który jest ironią występku, brak im; albo gdy są cyniczne, to udają. Kurtyzana jest mitem. Nigdy kobieta nie wymyśliła rozpusty. Ich serce jest fortepianem, na którym mężczyzna, egoistyczny artysta, z lubością wygrywa arie, gdzie może zabłysnąć, i wszystkie klawisze mu odpowiadają. W stosunku do istotnej miłości kobieta nie ma zakamarków, nie chowa niczego dla siebie, jak my, którzy w naszych wszystkich hojnych wylewach uczucia zachowujemy jednak zawsze in petto trochę uciułanego grosza na nasz wyłączny użytek... (...).  Moje podróże do Paryża, dla których jedyną przynętą jesteś już tylko ty, są w moim życiu niczym oazy, do których dążę, by ugasić pragnienie. (...)

czwartek, 20 września 2012

Listy pisarzy - Gustaw Flaubert

Gustaw Flaubert
List do Ludwika Bouilhet

Kair, 1 grudnia  1849 roku

Zaczynam, mój drogi, od złożenia pocałunku na twej zacnej głowie i przelania na papier mego usilnego pragnienia, by twój duch przyszedł do mnie. Sądzę zresztą, że myślisz o nas niemało, gdyż my myślimy niemało o tobie i sto razy na dzień żałujemy, że ciebie tu nie ma. W chwili gdy to piszę, księżyc oświetla minarety, wszędzie jest cicho. Od czasu do czasu szczekają psy. Mam przed oknem o zasuniętych firankach czarną masę drzew w ogrodzie, widoczną w bladej poświacie nocy. Piszę na kwadratowym stole przykrytym zieloną serwetą, oświetlonym dwiema świecami i czerpię atrament ze słoika od pomady. Słyszę za przepierzeniem, jak młody Maksym wywołuje fotografie; niemi są na górze ci, co śpią, mianowicie Sassetti i dragoman, który to dragoman, prawdę powiedziawszy, jest skończonym hultajem. Co do mojej dostojnej osoby, ma ona ma sobie długą nubijską koszulę z białej bawełny, ozdobioną chwastami, której krój wymagałby długiego opisu. Głowa moja jest kompletnie ogolona z wyjątkiem kosmyka na potylicy (za ten kosmyk w dzień sądu ostatecznego Mahomet ma unieść wiernego) i pokryta czerwonym tarbuszem, [czerwona czapka podobna do fezu] który pali się czerwienią i w pierwszych dniach palił minie gorącem. Głowy mamy dość wschodnie. Względy bezpieczeństwa powstrzymują nasz rozmach w stroju; ponieważ ubiór europejski w Egipcie większy wzbudza szacunek, dopiero w Syrii przebierzemy się kompletnie. [...]
Ludwik Bouilhet
W Nowy Rok wyruszamy w podróż do  Górnego Egiptu i do Nubii. To zajmie około trzech miesięcy. Jeszcze nie widziałem piramid. W przyszłym tygodniu zrobimy wycieczkę w okolice, podczas której zobaczymy piramidy, Sakkarę, Memfis i Mokattan, gdzie spodziewam się zabić hieny lub jakiegoś lisa; skórę z niego przywiozę do domu. Jestem pewny, że ty, człowiek inteligentny, nie oczekujesz; ode mnie listownej relacji o mojej podróży. Zaledwie mam czas systematycznie prowadzić zapiski. Nic jeszcze nie napisałem, nawet nie otworzyłem żadnej książki, wczoraj tylko przeczytałem dla rozrywki trzy ody Horacego, paląc fajkę na długim cybuchu. [...] 
W Aleksandrii zaraz po naszym przybyciu, wieczorem, widzieliśmy procesję z iluminacją: obchód z okazji obrzezania dziecka. Smolne pochodnie oświetlały ciemne ulice, gdzie z krzykiem tłoczył się pstry tłum. Tutaj, w Kairze, byliśmy świadkami podobnych hec; w ostatnich dniach, wieczorem, widzieliśmy pobożnych, mahometan sławiących śpiewem Ałłacha podczas uroczystości weselnych; ustawieni w równoległobok, kołysali się na miejscu śpiewając monotonnie. Jeden z, nich poddawał ton i wydawał w regularnych, odstępach przenikliwy krzyk. Błaznów tu mają doskonałych, a ich żarty są dowcipne. Malec mówił do głuchego; po nieudanych próbach, żeby go tamten usłyszał — krzyczał mu na przemian do obu uszu — wreszcie z rozpaczy zaczął mu wrzeszczeć w tyłek.
Jutro mamy odbyć spacer po Nilu z kilku damami, które będą tańczyły przy dźwiękach bębenka i grzechotek, w strojach ze złotych plastrów na głowie. Przedwczoraj byliśmy u pewnej kobiety, która nas przedstawiła dwóm innym kobietom. Mieszkanie w zupełnej ruinie, otwarte na przestrzał, oświetlał kaganek; przez okno bez szyb widać było palmę, a dwie kobiety tureckie miały
Żegnaj, drogi biedaku! Napisz czasem do mojej matki i daj jej znać, jak tylko będziesz miał ode mnie wiadomości. Ściskam cię. Haruj piórem niestrudzenie... Żegnaj; tysiąc serdeczności.

A co było dalej? Ci, którzy są bardzo ciekawi mogą przeczytać TU

Fragment ten bezwstydnie, aczkolwiek z niekłamaną przyjemnością, skopiowałem z obfitującego w smakowite teksty wyśmienitego bloga Płaszcz zabójcy redagowanego przez dwójkę wspaniałych redaktorów: Lirael i Zacofanego w lekturze, a pochodzi on z: Gustaw Flaubert, Listy, tłum. Wacław Rogowicz, Państwowy Instytut Wydawniczy 1957, s. 72-75.

poniedziałek, 14 maja 2012

Alfabet biblioteki (6) - A jak autor

Od razu na początku chcę zaznaczyć, że wszystko o czym tutaj napiszę to tylko moje własne przemyślenia, poparte lekturami i cytatami. Nie jestem historykiem literatury, nie będzie zatem naukowych wywodów, żargonu, przypisów i bibliografii. No, może tylko odrobinę. Dzisiaj temat, który mnie osobiście, jako czytelnika książek, bardzo interesuje. Mianowicie rola jaką odgrywa autor powieści. Pomyślicie pewnie, że sprawa wydaje się banalnie prosta i, że jest to oczywista oczywistość. Jest powieść to i musi być autor, który ją napisał. A właśnie, że nie. Nie jest to takie proste jak się wydaje. Różnie to wyglądało w historii literatury, w przeszłości, na przykład w XIX wieku, a także obecnie. Autor poprzez sposób pisania wpływa na odbiór i interpretacje jego dzieła. Czytając wiemy czy zgadza się on z przedstawionymi poglądami czy też nie.

Zacytuję na początek Juliana Barnesa:

 " "Autor powinien być w swojej książce jak Bóg w swoim wszechświecie: wszechobecny i niewidzialny"[Gustaw Flaubert]. W naszym wieku doczekało się to, oczywiście, przewrotnej interpretacji. Pomyślcie o Sartrze i Camusie. Bóg umarł - oznajmili nam - a wraz z nim podobny Bogu powieściopisarz. Wszechwiedza jest niemożliwa, ludzka wiedza - częściowa, tak zatem i sama powieść, tak zatem i sama powieść musi być częściowa. Brzmi to niezbyt zachęcająco, ale za to logicznie. Czy jednak jest logiczne? W końcu powieść nie pojawiła się jednocześnie z wiarą w boga; ani też, prawdę mówiąc, nie istnieje zbyt ścisła korelacja między tymi powieściopisarzami, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego narratora, a tymi, którzy najmocniej wierzyli we wszechwiedzącego Stwórcę. Przytaczam George Eliot obok Flauberta.
 Jeśli chodzi o sedno sprawy, rzekoma boskość przyjęta przez dziewiętnastowiecznego pisarza była tylko chwytem technicznym; podobnie stronniczość i ograniczoność widzenia nowoczesnego pisarza to też tylko wybieg. Kiedy współczesny narrator waha się, głosi swą niepewność, źle rozumie, zgrywa się i robi błędy, czy istotnie czytelnik dochodzi do wniosku, iż rzeczywistość została przedstawiona w sposób bardziej autentyczny?"[s.98-99][1]

W 1968 roku Roland Barthes napisał "Śmierć autora", esej teoretycznoliteracki, a zarazem postulat nawołujący do nieodczytywania tekstu literackiego poprzez pryzmat tzw. "intencji autorskiej". W publikacji Barthes apelował, aby usunąć z dyskursu interpretacyjnego kategorię "autora", rozumianą dotąd jako źródło niekłamanej wiedzy na temat prawidłowego odczytania dzieła. Według badacza autor nie jest "ojcem" i "właścicielem" tekstu. Stawiane często pytanie "Co autor miał na myśli?" uważał za bezzasadne, ponieważ w żadnym tekście nie jest zapisana intencja jego twórcy. Jego zdaniem zjawisko braku autora w tekście ma dwa źródła: pierwszym z nich jest ustalenie strukturalistów dotyczące istnienia podmiotów nadawczych w utworze literackim (oraz sformułowanie zasady nieutożsamiania podmiotu utworu z autorem), drugim natomiast jest charakter literatury współczesnej, która według Barthes'a powraca do swoich pierwotnych korzeni - dlatego też należy zastąpić słowo "autor" słowem "skryptor". Jak sam pisze:  

"Wiemy już dziś, że tekst nie jest ciągłą sekwencją słów, za którymi kryłby się pojedynczy, "teologiczny" sens (przesłanie Autora-Boga), lecz wielowymiarową przestrzenią, w której stykają się i spierają rozmaite sposoby pisania, z których żaden nie posiada nadrzędnego znaczenia: tekst jest tkanką cytatów, pochodzących z nieskończenie wielu zakątków literatury".
Pojmowanie literatury, jako intertekstualnej przestrzeni wypełnionej cytatami i nawiązaniami, jest charakterystyczne dla postmodernizmu. Usunięcie kategorii autora przez Barthes'a jednocześnie podniosło rangę czytelnika, który stał się właściwym twórcą tekstu, poprzez interpretowanie go w trakcie procesu lektury.[2]

Pisarze, postmoderniści, zaczęli stosować teorię Barthesa w praktyce, pisząc w taki a nie inny sposób swoje książki. W tej chwili przychodzi mi na myśl "Trylogia nowojorska" Paula Austera, gdzie w powieści pojawia się sam autor, pisarz o nazwisku Paul Auster, a główny bohater dyskutuje z nim. Vladimir Nabokov umieścił w tekście "Lolity" anagram swojego imienia i nazwiska Vivian Darkbloom. Główny bohater, Humbert Humbert posiada zbieżności ze swym autorem, ale jeszcze więcej rozbieżności. Mamy wiele znaków podkreślających fikcję powieściową, szczególnie poprzez zaznaczenie obecności autora w tekście. Nabokov jest obecny w utworze poprzez wspomnianą już wyżej postać Vivian Darkbloom , a także jako Młody Poeta, ze sztuki Quilty'ego, który upiera się, że cała akcja jest dziełem jego wyobraźni. W fikcyjnej przedmowie Nabokov ujawnia się natomiast poprzez sformułowanie: "jakże jednak jego rozśpiewane skrzypce potrafią wyczarować tkliwość i współczucie dla Lolity", gdzie skrzypce są metaforą twórczości literackiej.

Czy lubicie czytać książki eksperymentujące, postmodernistyczne, które dają czytelnikowi wolność interpretacji? Nie ma autora, są tylko czytelnicy i ich odczytania utworu literackiego. Czy może wolicie dziewiętnastowieczne powieści z autorem wszechwiedzącym i wszechobecnym? Jakie jest wasze zdanie na ten temat? Czy czytając jakąś powieść musicie wiedzieć cokolwiek o jej autorze, czy wpływa to na jej odbiór?

[1] Julian Barnes, Papuga Flauberta, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 222.
[2] Wikipedia.pl

środa, 2 maja 2012

Flaubert i ironia (2)

Ironia jest jedną z najnowocześniejszych cech pisarstwa Flauberta. Czy ironia niejako przyrasta do ironisty? Flaubert z pewnością tak właśnie myślał. Uroczystości dla uczczenia setnej rocznicy śmierci Woltera w 1878 roku były sponsorowane przez firmę Menier, produkującą czekoladę. "Biedny stary geniusz - skomentował Gustaw - że też ironia nigdy go nie opuszcza". Prześladowała też Gustawa. Kiedy napisał o sobie: "Przyciągam szaleńców i zwierzęta", być może powinien był dodać: "A także ironię".

Weźmy Panią Bovary. Była zaskarżona za obsceniczność przez Ernesta Pinarda, który zyskał także wątpliwą sławę tym, że wszczął proces przeciwko Kwiatom zła. Kilka lat po wyroku uniewinniającym dla Pani Bovary odkryto, że Pinard był anonimowym autorem zbioru sprośnych wierszy. Pisarza bardzo to rozbawiło. Weźmy samą powieść. Dwa najbardziej pamiętne fragmenty to cudzołożna przejażdżka Emmy w zasłoniętym powozie (ustęp uznany za prawomyślnych za szczególnie gorszący) i ostatnia linijka powieści - "niedawno otrzymał Legię honorową" - potwierdzającą mieszczańską apoteozę aptekarza Homais'go. Otóż okazuje się, że pomysł z zasłoniętym powozem przyszedł Flaubertowi do głowy w wyniku własnego ekscentrycznego zachowania w Paryżu, kiedy obawiał się natknąć na Luizę Colet. Nie chcąc być rozpoznany, postanowił przemieszczać się wyłącznie w zamkniętej dorożce. W ten sposób uchronił własną cnotę, wykorzystując chwyt, którego miał później użyć, by jego bohaterka mogla pofolgować swojej rozpustnej skłonności. Z Legion d'honneur dla Homais'go rzecz ma się dokładnie odwrotnie: życie naśladuje sztukę i szydzi z niej. Zaledwie dziesięć lat po napisaniu ostatniej linijki Pani Bovary Flaubert, człowiek o skrajnie antymieszczańskim światopoglądzie i mężny przeciwnik rządów, pozwolił, by uczyniono z niego chevalier de la Legion d'honneur. W konsekwencji ostatnia linijka jego życia stała się papuzim echem ostatniej linijki jego arcydzieła: podczas pogrzebu asysta wojskowa wystrzeliła nad trumną salwę honorową i w ten oto tradycyjny sposób państwo pożegnało jednego ze swych najbardziej zaskakujących i sarkastycznych chevaliers. [s.73-74]

Fragment pochodzi z: Julian Barnes "Papuga Flauberta" (Flaubert's Parrot), z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s.222.
 

sobota, 21 kwietnia 2012

"Dziwak, niedźwiedź, młodzieniec niepodobny do innych"


Młody Gustaw Flaubert
Narodziny: 12 grudnia 1821 w Rouen, przychodzi na świat jako drugie dziecko Achille'a-Cléophasa Flauberta, chirurga praktykującego w Rouen, i jego żony, Anny Justyny, z domu Fleuriot.

Wygląd zewnętrzny: wysoki (sześć stóp), duży mężczyzna, wcześnie łysiejący, charakterystyczne wąsy, czerwona nalana twarz. Kiedy był zaledwie dwudziestolatkiem, ludzie uważali go za "dziwaka, niedźwiedzia, młodzieńca niepodobnego do innych". W młodości jednak mógł się podobać kobietom (patrz zdjęcie).

Cechy charakteru: nieśmiałość, łatwo się nudzi. Nienawidził wszystkiego co mieszczańskie, jednocześnie ulegając konwenansom i będąc jednym z największych mieszczuchów.

Szkoła: wyrzucony z College de Rouen za łobuzerstwo i nieposłuszeństwo.

Studia: prawo w Paryżu, studia traktował z dystansem; mówi się, iż był raczej biernym studentem aniżeli pasjonatem prawa. Pomimo iż był zniesmaczony miastem, zawarł w tym okresie jednak kilka znajomości, między innymi z Wiktorem Hugo. Pierwszy atak padaczki w 1846 sprawia, że Flaubert ostatecznie porzuca studia i opuszcza Paryż.

sobota, 7 kwietnia 2012

Flaubert i ironia (1)

1. BRZASK POD PIRAMIDAMI

   W grudniu 1849 roku Flaubert i Du Camp wspięli się na wielką piramidę Cheopsa. Spędzili u jej stóp poprzednią noc i wstali o piątej, żeby mieć pewność, że dotrą na szczyt o wschodzie słońca. Flaubert obmył twarz w brezentowym wiadrze; zawył szakal; Gustaw zapalił fajkę. Następnie przy pomocy Arabów, z których dwóch pchało go, a dwóch ciągnęło, został powoli zaholowany po wysokich blokach na sam szczyt. Du Camp - pierwszy człowiek, który sfotografował Sfinksa - już tam był. Przed nimi rozpościerał się Nil skąpany we mgle, podobny białemu morzu; za nimi rozpościerała się mroczna pustynia: skamieniały ocean purpury. Wreszcie na wschodzie pojawiła się smuga pomarańczowego światła; i z wolna biała otchłań w dole zamieniła się w ogromną przestrzeń żyznej zieleni, podczas gdy purpurowy ocean za ich plecami biało się zaiskrzył. Wschodzące słońce rozświetliło szczytowe głazy piramidy; Flaubert spojrzał pod stopy i zauważył małą wizytówkę przypiętą w tym miejscu: "Humbert, frotteur" i adres w Rouen.
 
Cóż to za chwila bezbłędnie utrafionej ironii. Także chwila modernistyczna: jest to ten rodzaj wzajemnego oddziaływania, kiedy codzienność wyciska swe piętno na sprawach wzniosłych; oddziaływania, które w swej zachłanności chętnie uważamy za właściwe naszemu cierpkiemu i trzeźwemu wiekowi. Dziękujemy Flaubertowi za spostrzegawczość; w pewnym sensie nie było ironii, dopóki on jej nie zauważył. Inni zwiedzający mogli patrzeć na wizytówkę jako na zwykły śmieć - mogła tam pozostać, aż stopniowo zardzewiałyby krawieckie szpilki, całe lata; ale Flaubert wyznaczył jej rolę do odegrania.
 
A jeśli czujemy się w nastroju do interpretowania, możemy głębiej rozważyć ten krótki epizod. Czyż nie stanowi godnego uwagi historycznego trafu to, że największy europejski dziewiętnastowieczny powieściopisarz zawarł pod piramidami znajomość z jednym z najgłośniejszych dwudziestowiecznych powieściowych bohaterów? Że Flaubert, jeszcze ociekający wodą po zadawaniu się z chłopcami w kairskich łaźniach, natknął się na imię uwodziciela małoletnich amerykańskich dziewcząt z Nabokova? A dalej, jaki zawód wykonuje ta jednolufowa wersja Humberta Humberta? Jest on frotteur. Po francusku, dosłownie, froterem; ale także rodzajem zboczeńca seksualnego, który lubi ocierać się o ludzi w tłumie.
 
To jeszcze nie wszystko. Teraz o ironii samej ironii. Z notatek Flauberta z podróży wynika, że owej wizytówki nie przypiął sam Monsieur Frotteur; została tam umieszczona przez gibkiego i przemyślnego Maksyma Du Campa, który pomknął pierwszy w purpurową noc i przygotował tę małą pułapkę na wrażliwego przyjaciela. Punkt ciężkości naszej reakcji ulega, wskutek wiedzy o tym, przesunięciu: Flaubert staje się człowiekiem ciężko myślącym i łatwym do rozszyfrowania; Du Camp zaś - dowcipnym dandysem, z ironią podchodzącym do modernizmu, zanim jeszcze modernizm się objawił.
 
Ale następnie wracamy do lektury. Jeżeli zajrzymy do listów Flauberta, odkryjemy, że kilka dni po tym incydencie napisał do matki o sublime surprise swego odkrycia. "I pomyśleć, że specjalnie wiozłem tę kartkę aż z Croisset, a w końcu nie ja umieściłem ją w zamierzonym miejscu. Nikczemnik wykorzystał moje zapominalstwo i znalazł tę cudownie pasującą wizytówkę na dnie mego szapoklaka". Tak więc cała rzecz jest jeszcze dziwniejsza: Flaubert, wyjeżdżając z domu, z góry przygotował efekty specjalne, które, jak się później okazało, w sposób doskonały przylegały do jego sposobu widzenia świata. Ironia ogarnia coraz większe obszary; rzeczywistość się cofa. A tak z czystej ciekawości: po co właściwie zabierał szapoklak na wyprawę pod piramidy?[s.74-76]

Fragment pochodzi z: Julian Barnes "Papuga Flauberta" (Flaubert's Parrot), z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s.222.