![]() |
Fot. Jure Kravanja |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosz Czesław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Miłosz Czesław. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 25 lutego 2013
piątek, 23 listopada 2012
Miron Białoszewski na Manhattanie
Chodziłem po dzielnicy chińskiej i po innych bliżej cypla. Ziąb. Im bliżej cypla, tym większy wydmuch. Między Chińczykami nie ma się uczucia obawy, co nie zawsze między Murzynami. Dużo ich pijanych, Murzynów, gadających do ulicy. W sklepach i sklepikach chińskich często taniej niż gdzie indziej. Stare Chinki na zakupach, jak żony ostatniego wcielenia Buddy, półożywione.
Dzwonił Miłosz. Mówiłem mu o jego pisaniu. On, że stara się nie
rozgraniczać prozy od wierszy. Ja mu na to, że niektóre jego wiersze są
esejowate. Przytaknął, jakby z wahaniem. Zwierzyłem mu, że czuję się wobec
niego gapowaty, intelektualnie nierozgarnięty. On na to, że mi trochę zazdrości
mojego pisania połączonego z ulicą Warszawy. On tego nie miał, bo w jego stronach
było się między językami. Polacy mówili jak gdyby językiem z kronik, Białorusini
po swojemu. Rozmowa zeszła na Nowy Jork. Dopiero od Miłosza dowiedziałem się,
na czym polega zmiana. Kiedy on tu przyjechał, pod ziemią było całe drugie
miasto. Potem to zniknęło. W subwayach pusto i niebezpiecznie.
O Niagarze Miłosz, że już dawno niemodna. Teraz modny Grand Canyon. Kilka razy w różnych miejscach nagle wpadał mi w ucho Mozart. Odczuwałem to jako wezwanie do Europy, na swoje łóżko. Mozart o wiele bliższy niż Manhattan z jego ludźmi.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak
2012, s. 828–829.
Źródło: Płaszcz zabójcy
Subskrybuj:
Posty (Atom)