Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dehnel Jacek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dehnel Jacek. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 maja 2013

„Prawdziwa cnota: krytyk się boi” – Jacek Dehnel

Kiedy miałem lat sześć, nie chciałem być strażakiem ani żołnierzem, ale gdyby mnie kto spytał, czy chciałbym zostać krytykiem literackim, to z pewnością też bym zaprotestował. Nie żebym nie cenił tej profesji – przeciwnie, cenię ją bardzo wysoko. I dlatego właśnie uważam, że nie mam do niej najmniejszych kwalifikacji. Do „Łossskotu” nająłem się jako użytkownik, a nie krytyk kultury, i tak samo przyjmując rubrykę w Wirtualnej Polsce, widzę siebie nie jako krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia. Dlatego artysta-krytyk w ciągu dwóch sezonów straci prawie wszystkich znajomych, narobi sobie zaciekłych wrogów i zaprzepaści wszelkie szanse na serdeczny odbiór dzieł własnych przez środowisko w następnych dwóch czy trzech dziesięcioleciach.

Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu – ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku… i oj, odkuje się!

Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjedża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w „Pypciu Prozy”, w następnym miesiącu w dziale recenzji „Pępucha Ducha” dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać z niejakim wstydem, że przemieszanie środowiska pisarzy, krytyków i akademików jest odwieczne i właściwie nieuniknione. Po pierwsze: trudno zabronić poetom publikowania recenzji, a krytykom i doktorom polonistyki – pisania wierszy czy opowiadań, a wielu ma po temu inklinacje. Po drugie: mało kto zna się na literaturze tak dobrze, jak część wspólna tych trzech zbiorów, czyli piszący wykładowcy parający się krytyką literacką. I po trzecie wreszcie: obok krytyków, którzy zarzucili własną twórczość, mamy również znakomite przykłady poetów i prozaików piszących wspaniałe recenzje, studia, eseje krytyczne. Nic w tym dziwnego – z krytykami jest jak z szewcami, architektami czy mechanikami samochodowymi: zdarzają się i wybitni, i fatalni, a między nimi cały wachlarz średniaków. Czytelnik recenzji staje więc przed takim samym wyborem jak wtedy, kiedy kupuje warzywa czy wędliny – patrzy, kto jest uczciwy i wystawia dobry towar, a kto kantuje. W sklepiku naprzeciwko weźmie szynkę, bo świeża, i gruszki, bo prosto z drzewa, a w sklepiku na rogu za żadne skarby nie tknie niczego, bo albo zjełczałe, albo zsiadłe, albo zgliwiałe, albo transgeniczne.

Problem tyleż większy, że sklepy są przynajmniej sprawdzane, istnieją jakieś tam urzędy konsumenckie i inspekcje pracy. A krytykiem, podobnie jak poetą, może zostać każdy – opublikuje w niskonakładowym piśmie recenzję, i już wpisuje do CV „krytyk literacki”. I ktoś mu coś zrobi? Nikt. Całkowita bezkarność, zero strachu – no chyba, że chodzi o strach środowiskowy. Że jak on Pituszkiewiczowi, to Pytlasiński… wiadomo. Więc dla świętego spokoju zawsze wyważy: trochę posłodzi, trochę nosem pokręci, a najchętniej zejdzie w rejony nieocenne: streści książkę, użyje przymiotników: „interesujące”, „śmiałe”, „kontrowersyjne”, a także zwrotów: „może się niektórym podobać” i „może się niektórym nie podobać”. Mięciutko i nijako.

Co innego krytyk z prawdziwego zdarzenia, ten boi się co rusz, jak to człowiek odpowiedzialny. Krytyk prawdziwy czyta wszystko, co wyszło, wychodzi i wyjdzie w obiegu głównym, podziemnym i offowym. Pewna internautka napisała mi kiedyś, że współczuje Panu Bogu, który musi czytać wszystko, co jest publikowane – cóż, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę polską, to z pewnością wyręcza go w tym Karol Maliszewski (nieprzypadkowo piszący teksty w cyklu „Maszyna do czytania”). Ale i tak kanon literatury polskiej, europejskiej i światowej jest w zasadzie nie do ogarnięcia w czasie jednego czytelniczego życia, a co dopiero pobocza i bezdroża literatury, trzeciorzędne tomiki wydawane nakładem, powiedzmy, Zakładu Inseminacji w Starej Miłosnej? Boi się zatem krytyk, że coś pominął.

Kontekst jakiś, ułomek. Boi się, że przegapił perłę, co to wyszła w dwudziestu egzemplarzach na ksero w Mońkach. Albo w domu kultury na Bemowie. Boi się, że strzegąc niezawisłości sądów, tak bardzo będzie się starał nie pochwalić książki znajomego, że mu tę książkę przesadnie zjedzie; za to z tych samych powodów zbytnio pochwali tomik napisany przez kogoś, do kogo czuje osobistą antypatię. Boi się, że jeśli poleci czytelnikom powieść debiutanta Pipkiewicza, to Pipkiewicz następną powieść napisze byle jaką, a szkoda by było; jeśli zgani – to Pipkiewicz zarzuci pisanie, a szkoda by było. Też. Bo wokoło, wiadomo, łaknący sławy artyści, z wielkimi ambicjami, a wszyscy, co do jednego – nadwrażliwi. Nie to co czytelnik. Czytelnik sobie czyta książkę powoli, nieprofesjonalnie, bez goniących terminów. Nie musi znać dzieł wszystkich Turgieniewa, Balzaka i Pereca, żeby powiedzieć coś o właśnie przeczytanej powieści. Może użyć słów ostrych i gwałtownych, zarówno w pochwałach, jak i w przyganach. Może wreszcie, jeśli mu przyjdzie ochota, odłożyć książkę na bok w połowie i pójść na spacer. Dlatego też, jako człowiek leniwy, skłonny do wygodnictwa i szanujący krytykę literacką, będę dla państwa pisał nie jako krytyk, ale jako czytelnik, amen.

Jacek Dehnel „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Z Faulknera, z Cortazara czy Borgesa, miałem szczerą frajdę

Jacek Dehnel


Katarzyna Surmiak-Domańska: Co pan sądzi o nowej facebookowej kampanii społecznej: "Nie czytasz? Nie idę z tobą do łóżka!"?

Jacek Dehnel: Nie słyszałem. Ale swojego czasu moi znajomi wklejali na Facebooku zdjęcie Johna Watersa na tle wielkiej biblioteki z cytatem: "If you go home with somebody, and they don't have books, don't fuck 'em!".

Nic już nie da się wylansować bez seksualnego podtekstu, nawet czytania?

- To raczej próba odczarowania czytania jako dziedziny nieatrakcyjnej, "nieseksownej" - stereotypu, który wziął się chyba z czasów pierwszej emancypacji kobiet. Ta, która czytała, a zatem mniej dawała sobą potem manipulować, była "gorszą partią" niż gąska, która tylko haftowała na tamborku. To było takie przeniesienie, jak teraz w zdaniu "feministki są brzydkie". A wcześniej czytanie było postrzegane jako oznaka statusu; w połowie XIX w. na zdjęciach z atelier, a wcześniej na portretach.

Inicjatorzy kampanii używają haseł typu: "Olewam reality show, gdy mam w domu Edgara Poe".

- Na Facebooku jest też świetna grupa "Zamiast szorować gary, poczytaj panią Bovary", gdzie użytkownicy, ja również, wypisują hasła w rodzaju: "Zamiast igły w stogu szukać, czytaj Księgę Habakuka!", czy "Zamiast z buta płot rozwalać, weź się, chłopie, za Stendhala!".

Tylko czy taka akcja ma szanse wypromować czytanie? Co zrobić z obywatelem, który nie rozumie słowa "Stendhal"?

- Obywatela-nieczytka ta akcja na pewno nie przekona, bo on nie ma narzędzi do złapania dowcipu. A takie narzędzia nabywa się od dziecka. Jeżeli w domu nie ma warunków do odpowiedniej edukacji, powinna wystarczyć szkoła, ale ona w ostatnim dwudziestoleciu w Polsce bardzo podupadła. To nie znaczy, że kiedyś każdy uczeń czytał wszystkie lektury - jasne, nie czytał. Ale postulat był taki, że w kolejnych klasach trzeba było przeczytać ileś dzieł, ileś tysięcy stron. Wpajało się przekonanie, że książki czyta się w całości. A teraz co? Wyimki, kawałki, bryki. Niedawno na spotkaniu w Bibliotece Narodowej usłyszałem, że autorzy reform się zreflektowali, że ustawianie wszystkiego pod testy jednak było błędem i teraz będą zmieniali koncepcję. Oni nie powinni zmieniać koncepcji, to oni powinni zostać zwolnieni, w trybie pilnym.

A może należałoby promować literaturę rodzimą, bo w niej początkujący czytelnik prędzej się odnajdzie?

- Nie sądzę, żeby decydujące tu było kryterium swojskości. Raczej gatunkowość: romanse, fantasy, science-fiction, kryminały. Dla mnie "Trylogia" była piramidalnie nudna, a za to z Faulknera, z Cortazara czy Borgesa, miałem szczerą frajdę. Szkoła z pewnością musi przekazywać kanon - i tu "Trylogia" jest ważna jako źródło skrzydlatych słów, które funkcjonują w polszczyźnie. Podobnie jak Biblia czy "Ferdydurke". Musi być jakiś Dostojewski, musi być Balzac, musi być "Robinson Crusoe", bo to są filary rozwoju duchowego ludzkości.

A co pan lubi z polskiej starej literatury?

- Sępa-Szarzyńskiego, księdza Bakę, Kochanowskiego, Mickiewicza - i z "Pana Tadeusza", i z "Dziadów", "Lalkę" Prusa; z międzywojnia - tytanów, czyli Leśmiana, Schulza, Gombrowicza i Witkacego... Można długo wymieniać, nawet w obrębie starego szkolnego kanonu. Natomiast głęboko nie znoszę książek patrona mojego liceum Stefana Żeromskiego. Uważam, że warto go omawiać raczej jako zjawisko kulturowe. Pokazać mielizny, wodolejstwo. Początek "Ludzi bezdomnych" brzmi tak: "Tomasz Judym wracał przez Champs Elysees z Lasku Bulońskiego, dokąd jeździł ze swej dzielnicy koleją obwodową. Szedł wolno, noga za nogą, wyczuwając coraz większy wskutek upału ciężar własnej marynarki i kapelusza. Istny potop blasku słonecznego zalewał przestwór". To powinno być karalne.

A co z polskiej literatury poleciłby pan nastolatkom?

- Cały czas polskiej i polskiej. Kultura to sieć ponad granicami. Naszego romantyzmu nie byłoby bez romantyzmu niemieckiego i Byrona, ale również bez folkloru Ukrainy i Litwy. "Lalki" nie byłoby bez Balzaca. Szekspir jest bardziej nasz niż barokowa poetka Elżbieta Drużbacka, bo jej już nikt nie czyta, a frazami z Szekspira posługujemy się na co dzień. Dość tej plemienności. Polecam poszukiwania, po prostu. Jeśli coś przeczytałeś i ci się spodobało - drąż. Znajdź inną książkę tego autora. Dowiedz się, kto go inspirował, i sięgnij po książki tamtego. Po innych autorów tej samej szkoły, nurtu, okresu, kultury. To się może zacząć od "Mistrza i Małgorzaty", od "Stu lat samotności", od "Millennium" i od "Żegnaj, laleczko" Chandlera.

Ale wśród książek, które pana formowały, wymienia pan głównie pisarzy obcych. Trochę smutne...

- Dlaczego? Z tym jest jak z kuchnią polską: barszcz ukraiński, karp po żydowsku, ruskie pierogi, fasolka po bretońsku, sernik wiedeński. Nie nasze? Nasze.

A jeśli pominiemy literaturę, to co się panu w Polsce podoba?

- Lubię Polskę jako ogólnospołeczny projekt emancypacyjny. Że chce nam się być lepszymi. I to jest ogromna sprawa: pęd do wykształcenia, do autostrad, do europejskich standardów. Całość zakrojona tak szeroko jak w międzywojniu, i chyba z równym sukcesem. Zmieniają się domy, miasta, nawyki żywieniowe. To, co mnie denerwuje, to niezborność tego procesu; wszystkie te karykatury, groteskowe usiłowania, kicz, pozorność. Badziewna edukacja, profesorowie chałturnicy, którzy zamiast zwiększać liczbę ludzi wykształconych, zwiększają liczbę ludzi z papierkiem, obrzydliwe odmalowywanie ocieplonych bloków, promowanie miernot; wszystko to jest, zasadniczo, kwestią braku smaku. Ale patrzę na to jednak z jakąś radością, bo nawet ci przywoływani nieustannie, choć od dawna nieobecni, biznesmeni w białych skarpetkach wkładali je, bo chcieli wyglądać lepiej.

A mnie nastraja optymistycznie nowa polska literatura. Ostatnio częściej trafiam na coś świeżego, ekscytującego, co wyszło spod pióra polskiego autora, a nie zachodniego. Choć gdy się do tego przyznaję, znajomi z wydawnictw się krzywią. Twierdzą, że polską książkę trudno jest sprzedać na świecie. Że z polską książką jest problem. 

- Dobre książki niekoniecznie są książkami dobrze się sprzedającymi. W dodatku przekład często bierze się z tego, że wydawca lub tłumacz zakocha się w oryginale. A polski to język mało rozpowszechniony, diabelnie trudny, trudniej nam się przebić. Mniej tych kanałów przerzutowych. Polska literatura i, szerzej, kultura, ma kilka wielkich nazwisk. W kategorii "państwo niemalże 40-milionowe" mamy się, myślę, całkiem nieźle. Mniej więcej od renesansu byliśmy kulturą wprawdzie peryferyjną, ale w perspektywie europejskiej istotną.

Zamiast na czytelnika, spójrzmy na autora. Pisarze, których pan ceni, opisywali swój własny świat. Faulkner - południowe Stany, Balzak i Proust - Francję. Woody Allen najlepsze filmy zrobił o swoim Nowym Jorku.

- Balzac pisał, zgoda, o swoim społeczeństwie, ale niekoniecznie o swojej grupie społecznej - do współczesnego mu francuskiego chłopa było mu dalej niż do swojego odpowiednika z naszych czasów. Zresztą, jeden z najlepszych jego tekstów - "Nieznane arcydzieło" - opowiada o malarzu renesansowym. Mann pisał o czasach biblijnych i średniowieczu, Prus o Egipcie, Sienkiewicz o sarmackiej Rzeczypospolitej, Argentyńczyk Fresan nigdy nie był w Londynie, zanim ukończył "Ogrody Kensington", "Łaskawe" przenoszą nas w wojenną rzeczywistość całkiem obcą Littellowi...

A mnie "Łaskawe" zupełnie nie wciągnęły. Pana "Saturn" o rodzinie Francisca Goi, owszem, ale głównie dzięki językowi i humorowi. Tymczasem "Lala", gdzie w centrum stawia pan swoją babcię, a przy okazji opowiada kawałek historii Polski, to opowieść głęboka, wzruszająca i przekonująca. 

- Niezależnie od tego, czy bohater jest postacią historyczną, czy rodzoną babcią autora, zawsze lepi się go z tego, co poznało się na własnej skórze. Lem może pisać o robotach na innej planecie i zarazem poruszać problemy PRL-u. Trwają dzieła wybitne, a o ile mierność ma cechy wspólne, to wybitność jest za każdym razem inna.

Co było ważniejsze dla pana przy pisaniu "Saturna"? Połączenie pasji pisarskiej i malarskiej, czy raczej uniwersalny przekaz o relacjach między ojcem a synem?

- Chodziło o upieczenie kilku pieczeni przy jednym ogniu. Po pierwsze, pisałem o czymś, co dobrze znam, czyli o doświadczeniu malowania: cielesnym, intensywnym, zupełnie innym niż pisanie. Po drugie, mogłem opowiedzieć o czymś, co od dawna zaprzątało moją głowę, czyli o stosunkach między ojcami a synami w tradycyjnej, patriarchalnej rodzinie. Francisco, jego syn Javier i syn tegoż idealnie tu się nadawali. Ich relacje nie były "pokręcone" - one były najzupełniej zwyczajne, i to jest najstraszliwsze. To był społeczny standard. Facet pół życia jest pod butem ojca, żeby potem przez drugie pół brać pod but swoją żonę i dzieci. Ale sam i tak pozostaje pod butem inkwizycji i królewskich urzędników, i tak od góry do dołu, ścisła hierarchia kopania. A do tego zazdrość artystyczna - to jest temat rzeka, jak artyści potrafią sobie zazdrościć, jaka zawiść się tam kryje, jakie pokłady agresji. Po trzecie kusiło mnie napisanie powieści kostiumowej, która będzie mówiła o tym, co tu i teraz przez pryzmat tego, co dawno temu i gdzie indziej.

Dużo trudniej się pisze taką powieść niż "Lalę"?

- Jest więcej czytania: opracowania, biografie, katalogi wystaw. A do tego ustalanie szczegółów historycznych: na jakie monety rozmieniał się real i jaką miały one siłę nabywczą, jaka była miara objętości w Hiszpanii ówczesnej, bo przecież Goya nie kupował farb na litry... Bogu dzięki za internet. Ale nie jest tak, że ludzie z międzywojennej Polski opisywani w "Lali" byli dla mnie łatwiejsi do zlepienia z urywków, relacji, źródeł niż ludzie z czasów Goi. I nie jest tak, że "Lala", skoro jest o mojej rodzinie, jest mi bliższa niż "Saturn" czy "Fotoplastikon". Nigdy nie brałem narkotyków, ale nie dlatego, że jestem taki święty, tylko dlatego, że mam sam z siebie intensywne przeżywanie świata, z kolorami, dźwiękami, smakami. I tak samo intensywnie i blisko odczuwam pomysły na książki, nie muszę sobie tego podkręcać. Jeśli obmyślam sobie Javiera Goyę, to mam go pod skórą.

Jacek Dehnel - ur. w 1980 r. w Gdańsku. Poeta, pisarz i tłumacz; zajmuje się także rysunkiem i malarstwem. Debiutował w wieku 19 lat, Nagrodę Kościelskich (2005) przyniosły mu wiersze z "Żywotów równoległych". Za pierwszą powieść "Lala" (2006) dostał Paszport "Polityki", przetłumaczono ją na kilkanaście języków. Kolejne książki ugruntowały jego pozycję jako osobnego zjawiska na polskiej scenie: z jednej strony neoklasycysty, piszącego wysokim, nieraz archaizującym stylem, z drugiej - ironisty, który od razu podaje w wątpliwość wszystko, co napisał. Potrafi gładko przejść w jednej frazie ze stylu podniosłego, barokowego do celnej puenty zaczerpniętej z jak najbardziej żywego języka współczesnego. Przekładał wiersze Larkina i Verdinsa. Zbiór minipowieści "Balzakiana" (2008) przyniósł mu nominację do Nike i Cogito; w finale Nike znalazł się tom wierszy "Ekran kontrolny" (2009). Prowadzi blog "Tajny Detektyw!", poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu.

Trzy polskie książki poleca Jacek Dehnel

Paweł Huelle "Mercedes Benz" (2001)
Znakomity przykład gatunku w Polsce mało cenionego, a który osobiście uwielbiam - czyli udany pastisz, w tym wypadku Hrabala. Książka zarazem bardzo czeska i na wskroś gdańska, stąd szczególnie mi bliska.

Tomasz Różycki "Kolonie" (2006)
Misterna, błyskotliwa forma, teksty pełne dystansu do samego siebie, do procesu pisania, do świata. Miejscami zabawne, miejscami poruszające, precyzyjne jak brzytwa i bardzo lekkie.

Bożena Umińska-Keff "Utwór o Matce i Ojczyźnie" (2009)
Książka w rodzaju tych, które pisze się raz w życiu - wyciągnięta z bebechów, przykra w czytaniu, bolesna, ale ważna, dotykająca spraw, których się zwykle nie wyciąga. I przy całej tej bebechowatości bardzo klarowna, świetnie zakomponowana, rozplanowana; wreszcie: po prostu mądra.

Źródło: Magazyn "Książki"