Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

"Byłem żarłokiem, ale kochliwym"

Recenzja "Wysokiego Zamku"

"Powiedziałem już, jak wcześnie nauczyłem się czytać i pisać. Preparowałem piękne, ozdobne laurki dla ojca i matki, ozdobione mnóstwem kwiatuszków rysowanych, a i pierwsze lektury były typowe, zwyczajne — wierszy, takich jak o komarze, bajek; kiedy już po wojnie wpadł mi w rękę jakiś zbiór wierszyków dla dzieci, w których rozpoznałem lekturę sprzed trzydziestu kilku lat, zdumiewało mnie, czego też w nich nie odkrywałem jako sześcioletni chłopiec. Jakieś dramaty nieprawdopodobne i niewyrażalne, emocje, już teraz wcale we mnie z sobą nie sąsiadujące, zadziwienia i strachy, ale też i śmieszności, czaiły się dla mnie wtedy w zbiegu najniewinniejszych słów.
Dlaczego historia plamy na podłodze, której miotła nie mogła dać rady, pełna była ponurości, grozy nawet? Dlaczego wyliczanie kolejnych wron bez ogona stanowiło inkantację jakoś aż magiczną, niby ryzykowne wzywanie skrytych jakichś sił, kuszenie niewiadomego licha? Tym dziwniejsze to, że się z takich emocji, strachów, przeczuć dramatycznych nikomu nie spowiadałem, nikomu o nich nie mówiłem. Nie umiałbym chyba owych stanów wyrazić, nazwać, zapewne; ale także — jeślibym może zdolny był o tym wtedy pomyśleć w ogóle — uważałem chyba, że reakcja taka jak moja jest jedyną możliwą i całkiem zwyczajną. W każdym razie byłem wtedy podatniejszym niż dziś instrumentem, nie trzeba było wielu bodźców, uderzeń, aby wydobyć ze mnie, czy raczej, aby w głowie mojej wznieść całe gmachy uczuć i przeżyć; doprawdy, autorzy książeczek dla dzieci sami nie wiedzą, co czynią, jak zapalnym, prawda, że psychicznie tylko, materiałem żonglują bezustannie. Im się zdaje, że opowiadają pouczającą historyjkę, a tymczasem w odbiorze zamienia się ona w zagadkę albo w powikłany dramat; chcąc rozśmieszyć, nauczają misteryjnych tajemnic, rymują po częstochowsku, a rodzi się z tego w jakiejś głowie siedmioletniej wzniosła katharsis. Najniezwyklejsze były te początki, te najpierwsze lektury. Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach.

    Byłem, rzecz jasna, Mowglim, Winnetou i kapitanem Nemo, zapadły mi w pamięć okruszyny tekstów najbardziej nieoczekiwane; kupując po wojnie książkę Umińskiego Podróż bez pieniędzy, starannie ją przekartkowałem, aby odkryć jedno z piękniejszych jej zdań — „Kula, przeleciawszy z charakterystycznym grzmotem przestrzeń” — chodziło o polowanie na krokodyla czy na nosorożca, ale niestety było to wydanie zrewidowane i owa wspaniała kula z jej grzmotem znikła z niego, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. A Dolina bez wyjścia? Okropne działy się ze mną rzeczy, kiedy ją czytałem. Cóż dopiero mówić o Duchu puszczy; takie lektury nie pozwalały na nonszalancką swobodę, na wylegiwanie się pod oknem, z nogą krzesła zręcznie podrzucaną stopami, ani na klęczenie u stołu, z łokciami na blacie — musiałem być bardzo blisko osób zupełnie pewnych i dorosłych, a i tak bywało straszno. Dickensa czytać nie chciałem, był jak deszczowa beznadziejna jesień, zaś w Dumasie po prostu zginąłem, zgubiłem się — zaczęło się niewinnie, od Trzech muszkieterów, a po jakimś czasie wyglądało na to, że dla przeczytania wszystkich jego książek życia nie starczy.

    Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą.
    Czytając, zwykle coś jadłem, bo już chyba dałem do zrozumienia, że byłem żarłokiem, ale kochliwym — godzi się wspomnieć tutaj o pierwszych kobietach. Dziwnym to szło zygzakiem. Na początku była Mila, nasza praczka, miałem może pięć lat i, jak zwykle wtedy, żenić się zaraz chciałem. Cierpiała, biedaczka, na okropne żylaki. Pralek elektrycznych nie było, pranie zamieniało dom w rodzaj parnego piekła, przynajmniej kuchnię z przyległościami, na środek wyjeżdżała ogromna balia, bulgotało wulkanicznie w baniakach, potem pojawiała się maglownica drewniana, z wypełniającym pół domu rumorem; tkwiłem w tym wszystkim, rozgardiasz wcale mi nie przeszkadzał.
     Później kochałem się w nauczycielce ze szkoły powszechnej, nie pamiętam, jak wyglądała; zbiła raz mego sąsiada z ławki — w szkole powszechnej na ogół można było dostać tylko „pacę” linią, w otwartą i wyciągniętą dłoń, ale ten chłopak był twardy, zimny, okropnie krnąbrny i arogancki, ukochana moja wytrzepała mu ze spodenek chmary kurzu. Nawet nie pisnął ani łzy nie uronił, niesłychanie mi tym imponując.
   Powoli specjalnością moją stawała się miłość nieszczęśliwa. Zakochałem się do szaleństwa w dziewczynce starszej ode mnie o jakieś cztery lata, a więc pannie prawie dorastającej, gdy ja miałem koło dziesięciu lat. Dziewczę to obserwowałem z dala, w Ogrodzie Jezuickim, w sposób kontemplacyjny, mało się ruszając. Byłem już porządnie tłusty, postacią zaczynałem przypominać gruszkę, chociaż dokładniej formę jej, najszerszą poniżej środka, imitowałem później w gimnazjum. Twarz miałem pucołowatą, oczy zwykle dość wytrzeszczone, bo z natury byłem ciekawy, a i gębę często rozdziawiałem, zdaje się, sądziłem, że dodaje mi to uroku. Nie miałem tedy zbyt wielu szans, zresztą nie wyobrażałem sobie żadnych ziszczeń, nie wiedziałem bowiem, co można robić z dziewczynkami innego, aniżeli biegać za nimi wieczorem, w ogrodzie, od krzaka do krzaka, i straszyć je latarką. Miłość moja do dziewczynki z Ogrodu Jezuickiego nie miała więc żadnej akcji, nie nosiła piętna rozwoju, a jednak była niezwykle intensywna. Zdaje się, żem wyznał ją rodzicom, inaczej nie udawałoby mi się przebywać dostatecznie często w tym doskonałym punkcie, z którego mogłem ją obserwować. Chyba nic o mnie nie wiedziała, nie zamieniłem z nią jednego słowa, a jednak linia jej profilu, podbródka, warg wypaliła mi się w pamięci tak dokładnie, że pozostał tego ślad do dzisiaj.

    Ciekawe, że gwałtowność takich platonicznych zakochań wcale nie przeszkadzała w miłostkach (jeżeli to były miłostki) bardziej, jak by powiedzieć — gminnych? Bodajże ośmioletniego, ojciec, wchodząc do kuchni, zastał mnie raz przy trywialnym zajęciu szczypania służącej w zadek. Zmieszany, powiedział coś w rodzaju „ach, tak” lub „ach, przepraszam” i zaraz wyszedł. Ciekawe też, że mogę przypomnieć sobie nieco z ówczesnych moich czynów, a nawet emocji, natomiast żadnych myśli; bardzo możliwe, że w ogóle nie wybiegałem nimi poza krąg danych bezpośrednio, zmysłowych doświadczeń. Na ulicy Słowackiego znajdowało się naprzeciw Poczty Głównej biuro Cunard Line, towarzystwa okrętowego, a w każdym z jego okien stał wielki model oceanicznego parowca. Chodziły za mną, śniły mi się te wspaniałe statki, miały wszystko, jak się należy, nawet mosiężne śruby u sterów, olinowania, maszty, niezliczone okna w szeregach, pokłady, mostki, miniaturowe szalupy, schodki i koła ratunkowe. Marzyłem o nich beznadziejnie i żarliwie, prawdopodobnie w sposób równie idealny marzył Kuba Rozpruwacz o dziewczynkach, które nie powpadały mu w ręce. Jego rojenia były pewno tak samo niewinne jak moje, u szyb Cunard Line, dopiero urzeczywistnienie stawało się drogą wiodącą do zbrodni. Może więc i dobrze się stało, że żadnego z owych dwumetrowych cudów nie udało mi się nigdy przybliżyć na odległość ręki — albowiem prędzej czy później sięgnąłbym po młotek.
   Dziecko, którym byłem, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowałem nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej należy wziąć pod uwagę, że byłem słaby fizycznie i obawiałem się represji ze strony dorosłych. Ojciec nie bił mnie nigdy, matka czasem kuksała, to wszystko, ale było wszak wiele innych, mniej bezpośrednich środków i sposobów, od reprymendy słownej po obostrzenia leguminowe. Gdyby czteroletnie dzieci dorównywały wszakże siłą rodzicom, świat nasz wyglądałby inaczej. Tworzą doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie są mniej skomplikowane od ludzi dojrzałych — a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu. Czy bowiem nie z rozpaczą w sercu rozwalałem zabawki? Czy nie żałowałem potem (niezależnie od nakładanych kar) ich utraty? Dlaczego, taki strachliwy, smakowałem w sytuacjach ryzykownych — naprawdę? Coś ciągnęło wszak, aby wychylać się z okna możliwie daleko, a dobrze wiedziałem, choćby dzięki historii „człowieka-muchy”, czym grozi upadek z drugiego piętra. Pamiętam też, jak przeraziłem wuja, kiedy zimą na wakacjach w Tatarowie wlazłem naraz pod lokomotywę pociągu, który miał właśnie ruszyć, żeby czym prędzej odłamać zwisający spod cylindrów sopel lodu. Bałem się bardzo, że pociąg ruszy i obetnie mi nogi, ale widocznie ów sopel był mi nadzwyczaj potrzebny. Czyżby to miała być tak zwana przez psychologów czynność przymusowa, rodzaj natręctwa? Są to zjawiska znane, przechodziłem przez okresy liczenia okien, drzwi, przez fazy skomplikowanych rytuałów, musiałem chodzić tak, aby stąpać tylko po płytach chodnika, nie zbliżając się stopą do ich złączeń, a już z oddychaniem miałem niesamowite kłopoty. Próbowałem nie oddychać, jak długo się dało, albo znów robić to jakoś specjalnie, były tam jakieś wdechy i wydechy, szczególnie przed zaśnięciem, jakieś osobliwe formowanie jaśka i poduszki pod głową, budowanie kojca z kołdry i tak dalej.
    Zdarzały mi się także, czasem w chorobie, a czasem i kiedy byłem całkiem zdrów, osobliwe sensacje, zwane — jak się o tym dowiedziałem trzydzieści lat później — zaburzeniami schematu ciała. Leżałem sobie w łóżeczku, z rękami na piersiach, i naraz dłonie zaczynały rosnąć, natomiast ja sam spoczywałem pod ich ogromem nieprawdopodobnym coraz to mniejszy — powtarzało się to, zawsze w sposób dość podobny, i na pewno na jawie. Pięści urastały mi do rozmiarów iście górskich, palce przemieniały się w jakieś zamknięte, ogromne łuki, wszystko w nich ulegało zmonstrualnieniu, elefantiazie, lękałem się tego trochę, ale znów nie zanadto, było to bardzo dziwne — i nikomu o tym nie mówiłem.



Stanisław Lem, Wysoki Zamek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, str. 44-48
 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Orwell o magii przekleństw


"Wyzwiska także się zmieniają — albo przynajmniej podlegają modzie. Na przykład dwadzieścia lat temu robotnicy londyńscy nałogowo używali słowa bloody. Obecnie całkowicie je zarzucili, choć w powieściach wciąż jeszcze każe się im posługiwać tym epitetem. Żaden londyńczyk z pochodzenia (w wypadku Szkotów czy też Irlandczyków rzecz ma się inaczej) nie użyje obecnie słowa bloody, chyba że odebrał jakie takie wykształcenie. Wyraz ów praktycznie awansował w skali społecznej i utracił charakter wyzwiska używanego wyłącznie przez klasy pracujące. Rozpowszechnionym ostatnio w londyńskiej gwarze przymiotnikiem towarzyszącym każdemu rzeczownikowi jest fucking. Nie ulega wątpliwości, iż słowo to, podobnie jak słowo bloody, wejdzie do salonów, zaś jego miejsce zajmie jakieś inne słowo. Wszystko co dotyczy przeklinania, a zwłaszcza przeklinania w języku angielskim, spowija mgła tajemniczości. Z samej istoty przeklinanie jest tak samo irracjonalne jak magia, bo też i jest ono rodzajem magii. Wiąże się z nim jednak pewien paradoks, oto i on: przeklinając, pragniemy oburzyć słuchaczy i urazić ich uczucia, osiągamy zaś ów cel wspominając o czymś, o czym zwykle się nie mówi — zazwyczaj odnosi się to do czynności seksualnych. 

czwartek, 17 lipca 2014

Słowo jest śmieciem


"Słowa to fonetyczny albo graficzny zapis myśli, wzruszeń, asocjacji, lęków, radości, tęsknoty, gniewu, głupoty albo mądrości, dobra człowieczego albo złości. Słowa to pomost miedzy ludźmi. Słowa to nić babiego lata, która sczepia dwoje ludzi. 

Kiedyś słowo było drogocenne. Szare komórki z rzadka produkowały jakąś myśl, jakiś ciąg słów o zaskakująco trafnym znaczeniu. Szare komórki odziedziczone po szarym ojcu małpiszonie. Słowo było więc nowością. Słowo było luksusem. Słowo było święte.

A kiedy słowo utrwaliło się na wieki w kamieniu albo na papierze, zaczęto czcić słowo jak pacierz, jak modlitwę. Słowo było oknem w wieczność. Słowo było głosem boga. Jeszcze car Mikołaj I powiadał, że poddanym Imperium Rosyjskiego wystarczy do porozumiewania się słowo mówione. Słowo pisane to najwyższy przywilej cesarski i tylko nielicznym wybranym może być udostępnione. Ludziom głoszącym słowo wyrywano języki, ludzi piszących słowo zamykano w domach wariatów.

Dziś już rzadko można spotkać prawdziwego Mikołaja. Dziś już tylko gdzieniegdzie wyrywa się języki i zamyka w domach wariatów. Bo nikt już nie panuje nad słowem. Słowa leją się z ust rozwrzeszczanych tłumów, z głośników radiowych i telewizyjnych, z milionów książek i gazet, z magnetofonów i adapterów, z wieców i kościołów, z nielegalnych druków i z kosmosu. Ogromne rzeki zatrutych słów płyną znikąd donikąd. Wielkie chmury martwych słów unoszą się do stratosfery. Niebotyczne góry kamienieją z żużlu spalonych słów.

Słowo jest śmieciem. Słowo jest najtańszym opakowaniem plastykowym. Słowo jest kłopotliwym odpadkiem współczesnej cywilizacji. Każde indywiduum może grzebać w twoich śmieciach. Każdy przechodzący nędznik może podeptać twoje słowa, opluć je albo zrobić na nich kupę. Każdy przypadkowy osioł może zdmuchnąć je z powierzchni ziemi, zrzucić do szamba niebytu.

W moich słowach również grzebie, kto chce i nie chce. Moje słowa są również rozbełtaną magmą, która nigdy nie zastygnie w dostojny kształt osobowości ludzkiej. Resztka moich okaleczonych, skarlałych wyrazów odpłynie cuchnącym rynsztokiem do Martwego Morza martwych słów." [s. 241-242]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

sobota, 5 lipca 2014

"I ja jestem szmirusem"

Tadeusz Konwicki

"Drogi czytelniku, którego przez fałszywą kurtuazję nazywam powiernikiem. Drogi połykaczu cudzych słów. Drogi niezaspokojony leniu, co szukasz łatwych do strawienia piguł ulepionych z cudzych nieszczęść i trafów życiowych, z cudzych miłości i nienawiści, z cudzego piękna i cudzej szpetoty. Drogie medium wszystkich szczwanych wariatów, pyszałkowatych maniaków i zdradzonych półbogów.

Po co udajesz jakąś wyższość duchową, po co obnosisz się z ambicjami intelektualnymi, po co kłamiesz, że interesuje cię cała prawda o człowieku, dobra i zła? Przecież kochasz szmirę, sztuczne łzy, fałszywe dobro, ckliwe, oszukańcze uczucia, idiotyczne szczęśliwe zakończenia. Przecież łakniesz dwuznacznych plotek, smakowitych oszczerstw o małych znajomych i wielkich nieznanych, łakniesz ludzkiej intymności wywleczonej bezwstydnie przed twoje oczy. Jesteś szmirusem, mój drogi powierniku. I ja jestem szmirusem.

Ja też lecę zdyszany na film, w którym pokazują goliznę. Podkradam książki i czytam z wypiekami te stronice, na których piszą źle o znajomych. Rozkoszuję się komiksami i słodką muzyczką damskich zespołów młodzieżowych. Tak, tak, popłakuję często w kinie, gdy w sposób nierealny dobro zwycięża zło albo spotykają się usta nieszczęśliwych kochanków. Ja także opuszczam skwapliwie opisy przyrody w książkach i ambitne refleksje autorów, szukam jeno tych fragmentów rozjaśnionych dialogami. A niech no tylko ktoś zaśpiewa dziewczęcym głosem "Ave Maria", już okrutny szloch chwyta mnie jak kleszczami za gardło. Ja jestem cały z was.

Ale kiedy zostanę sam na sam z papierem, sam na sam z cienkim kawałkiem martwej, białej substancji, zachodzą we mnie dziwne procesy, nad którymi nie umiem zapanować. To znaczy, chcę być sobą, a więc całym z was, i nie mogę. Chcę opisywać od początku do końca samo dobro, a pisze mi się to dobro jakieś niezbyt dobre, dobro, z którego ciągle wyłazi zło. Pragnę pieścić się prostą i zrozumiałą fabułą, a tu ciągle przyplątują się jakieś dywagacje, jakieś niewczesne uogólnienia, które wszystkim, i mnie, i wam, psują krew. Usiłuję zwieńczyć rzecz szczęśliwym zakończeniem, a wychodzi jakieś takie nieszczęśliwe, więc je natychmiast poprawiam, upozytywniam i widzę, że jeszcze gorzej.

Kto wodzi moją ręką po papierze? Jaka to zła siła mnie, waszego lokaja, pochlebcę i pielęgniarza, kieruje przeciwko wam, rozkazuje czynić przykrości, obrażać uczucia, rozwścieczać bezkarną hucpą? Co to za wszechmocne bóstwo ustawia mnie przeciw mnie?" [s.182-183]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Płaczę, bo rozumiem"

Jorge Luis Borges

"W wigilię Bożego Narodzenia 1938 - w roku, gdy umarł ojciec - miałem poważny wypadek. Wbiegałem na schody, gdy nagle poczułem gwałtowne uderzenie. Zawadziłem czubkiem głowy o kant otwartego, świeżo malowanego okna. Udzielono mi pierwszej pomocy, ale mimo to w ranę wdała się infekcja i przez cały bezsenny tydzień miałem halucynacje i wysoką gorączkę Któregoś wieczoru straciłem mowę i zabrano mnie do szpitala na natychmiastową operację. Wywiązała się posocznica i przez miesiąc, niczego nieświadomy, znajdowałem się na krawędzi życia. (W kilka lat później napisałem o tym w opowiadaniu "Południe").

Kiedy zacząłem wracać do zdrowia, bałem się, że postradałem zmysły. Pamiętam, jak matka chciała poczytać mi książkę, o którą wcześniej prosiłem - "Z milczącej planety" C.S. Lewisa - ale przez dwie bądź trzy noce odkładałem lekturę. Wreszcie namówiła mnie, a ja po wysłuchaniu jednej czy dwóch stron wybuchnąłem płaczem. Matka zapytała, co znaczą te łzy: "Płaczę, bo rozumiem", odpowiedziałem".[s.66-67]

Jorge Luis Borges "Autobiografia", przełożył Adam Elbanowski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, s. 95.


niedziela, 18 maja 2014

Made in China

Mo Yan

"Poznawałem arkana współczesnej poezji chińskiej. Z zawrotem głowy śledziłem te niesłychane rymy, które w zwrotce rymują się wszystkimi końcówkami, a do tego jeszcze na wszystkie skosy wewnątrz zwrotki, a do tego jeszcze rymują się nie tylko sylaby, ale i pewne znaczenia, niektóre alegorie. Wiersz chiński to piramida skomplikowanych rytmów, rymów i symboli. wiersz chiński to matematyka plus wieszczba plus muzyka. Wiersz chiński to prawdziwa nieskończoność.

A kiedy nadziwowałem się tym wierszom, w bystry sposób skonstruowałem logiczną teorię. Chiny mają genialną poezję, bo są krajem chłopskim, do niedawna feudalnym. Kraje mieszczańskie, kraje uprzemysłowione i zurbanizowane stworzyły powieść. Chiny nie mogły wyprodukować powieści, więc dlatego, poprzestając na wierszach, doprowadziły kunszt poetycki do zawrotnych wyżyn.

Nasmakowałem się swoją teorią i zacząłem ją głosić z odrobiną dumy, ale wtedy właśnie lektor języka polskiego na uniwersytecie pekińskim nieśmiało mnie poinformował, że powieść chińska, powieść już najzupełniej perfekcyjna, powieść w stanie degeneracji, powieść, która przeszła wszystkie etapy rozwoju epiki, symbolizmu, naturalizmu, ekspresjonizmu, małego realizmu, prozy obyczajowej, prozy-strumienia świadomości, prozy amorficznej, lingwistycznej, zdezintegrowanej, prozy intelektualnej, prozy-bełkotu, prozy amoralnej, prozy erotyki i lubieżności, prozy przemieszanych czasów, prozy kreacyjnej i antyprozy, że ta sędziwa i wszystko już mająca za sobą powieść chińska zmarła śmiercią naturalną w XIII albo XIV wieku". [s. 188-189]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Jarmark sensacji" Egon Erwin Kisch


Wstyd się przyznać, ale jeszcze do niedawna Egon Erwin Kisch był mi zupełnie nieznany. Nie czytałem ani jednej jego książki. Chyba nawet jego nazwisko nie obiło mi się nigdy o uszy. Czysta nie zapisana karta. Nie mam pojęcia jak to się mogło stać. Na szczęście już naprawiłem swój błąd dzięki Wydawnictwu Agora, które w Bibliotece Gazety Wyborczej w nowej serii Reporterzy dużego formatu wydało "Jarmark sensacji" Egona Erwina Kischa.

Kim był Egon Erwin Kisch i dlaczego powinno się znać jego nazwisko? Otóż E.E.K. to najsłynniejszy reporter pierwszej połowy XX wieku, uważany za jednego z najwybitniejszych reporterów w historii światowego dziennikarstwa. Do inspiracji jego twórczością (napisał aż 34 książki) przyznawali się najwięksi polscy reporterzy, m.in. Ryszard Kapuściński. Powszechnie uważa się, że Kisch był dla światowego reportażu tym, kim Kafka był dla prozy, przez niektórych nazywany był nawet poetą faktu. Był pochodzenia żydowskiego, posiadał obywatelstwo austro-węgierskie, a potem czechosłowackie. Urodził się, przez dużą część życia mieszkał i zmarł w Pradze. Temu miastu poświecił także znaczną część swojej twórczości. Kisch pisał w języku niemieckim, chociaż biegle znał również język czeski. Przez pewien okres życia mieszkał też w Niemczech. Wszystko to razem sprawiło, że jest uważany za pisarza należącego zarówno do literatury niemieckiej, czeskiej, jak i austriackiej. Sam często uważał się za obywatela świata. E.E.K. był bardzo interesującą i nietuzinkową postacią.  Jako reporter miał "nosa" i niebywałe szczęście. Od tytułu jednego z jego zbiorów reportaży zatytułowanego "Szalejący reporter" do dziś w Czechach dodaje się do nazwiska Kischa przydomek „Szalejący”. Charakteryzowała go nieprzeciętna inteligencja i można by rzec, że aż chorobliwa ciekawość. W "Jarmarku sensacji" tak pisze o sobie:
"Gdziekolwiek byłby mnie zagnał przypadek, miejsce to stałoby się w każdym razie wkrótce oknem na świat; dbałaby o to najsilniejsza z moich cech: ciekawość. Podobnie jak inni ludzie budzą się ze snu w momencie niebezpieczeństwa, tak ja się budzę, ponieważ nie wiem, kim jest osoba poruszająca się we śnie na drugim planie. Nie mogę jechać tramwajem, nie ustaliwszy, jaką książkę czyta pan w przeciwległym kącie. Śledzę jakąś parę na przestrzeni kilku ulic, aby dowiedzieć się, jaką mową się posługuje. Zaglądam do obcych okien, czytam wszystkie szyldy w domu, w którym mam złożyć wizytę, przetrząsam cmentarze w poszukiwaniu znanych nazwisk. Obojętnych mi ludzi pytam o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zbadania, czemu się tak nazywają. Przetrząsnąłbym każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów, każde "wstęp wzbroniony" nęci do wstępowania, wszystko, co tajemnicze - do śledzenia". [s.84]
Egon Erwin Kisch
Kisch jako reporter zaczynał od notatek w rubrykach kryminalnych praskich gazet "Prager Tagblatt" i "Bohemia". Z racji swojego zawodu miał częsty kontakt z praskim półświatkiem a nawet światem przestępczym, opisując w swojej gazecie kradzieże z włamaniem, podpalenia, bójki prostytutek itp. Wiele z tych doświadczeń wykorzystał później w swoich tomach reportaży "Z praskich ulic i nocy" z 1912, "Przygody w Pradze" z 1920, a także w swojej powieści "Opiekun dziwek" z 1914, opowiadającej o środowisku praskich prostytutek i sutenerów. Kisch poznał też środowisko artystyczne Pragi, zarówno niemieckie jak i czeskie. Wśród literatów, z którymi spotykał się w praskich kawiarniach i gospodach, byli m.in Rainer Maria Rilke, Max Brod, Franz Kafka i Jaroslav Hašek, autor "Przygód dobrego wojaka Szwejka", z którym łączyła go długoletnia przyjaźń. Opowieści tam zasłyszane spożytkował później w wielu swoich reportażach literackich, np. słynnym opowiadaniu o praskiej prostytutce "Wniebowzięcie Szubienicznej Toni", które znajduje się także w omawianej przeze mnie książce "Jarmark sensacji". Aby napisać dobry reportaż Kisch był w stanie zrobić wiele. Tak o tym pisze w tekście zatytułowanym "O reportażu":
"Tłoczyłem się z masą ludzi pragnących się ogrzać, czekałem wraz z głodnymi w kuchni ludowej na zupę dla biedoty, z bezdomnymi spałem w nocnym przytułku, z bezrobotnymi rąbałem lód na Wełtawie, z flisakami płynąłem do Hamburga, statystowałem w teatrze, z orszakiem proletariatu w łachmanach ciągnąłem do okręgu Žatec na zbiory chmielu oraz byłem pomocnikiem hycla. Jeśli były przeszkody, odnotowywałem je, a były one często bardziej godne uwagi aniżeli sam temat". [s. 263]
"Jarmark sensacji" to, jak pisze we wstępie do książki Mariusz Szczygieł, coś więcej niż reportaż, a trochę mniej niż autobiografia, czyli coś w rodzaju autoreportażu. Teksty Kischa napisane są niezwykle obrazowym, prawie poetyckim językiem. Nie ma w tym jednak przesady, która przeszkodziłaby czytelnikowi w odbiorze lub przesłoniła fakty. Na swój styl Kisch wpadł podczas pisania pierwszego reportażu z pożaru młynów, o czym pisze w tekście zatytułowanym "Debiut przy pożarze młynów". Na miejsce dotarł późno, brak mu było doświadczenia i nie potrafił zebrać wszystkich ważnych szczegółów i faktów dotyczących pożaru. Musiał jednak coś napisać. Jego uwagę zwróciła obserwująca pożar grupa bezdomnych. Zainteresował się nimi i zaczął, z wykorzystaniem swojej wyobraźni, opisywać ich życie i historię. Myślał, że poniósł porażkę i nie sprawdził się jako reporter. Oczekiwał natychmiastowego zwolnienia z pracy reportera. Okazało się jednak, że to co napisał, właściwie zmyślił, było dużo prawdziwsze od relacji innych reporterów, które i tak się różniły co do faktów i szczegółów dotyczących przebiegu pożaru. Czytelnicy byli zachwyceni jego reportażem, uwierzyli w to co napisał. I tak oto fikcja okazała się bardziej wiarygodna od prawdy.

Teksty Kischa są przemyślane, nie ma tam właściwie zbędnych słów. Kisch pisał bardzo inteligentnie, zajmująco i dowcipnie. Widać, że miał duże poczucie humoru, ponieważ potrafił śmiać się także z samego siebie. Lubił pisać o sobie, być jednym z bohaterów swoich reportaży. Trzeba przyznać, że jako reporter miał dużo szczęścia, udało mu się bowiem w niemal niewiarygodny sposób rozwiązać kilka naprawdę poważnych spraw kryminalnych, nie wspominając już o słynnej swego czasu aferze szpiegowskiej z udziałem pułkownika Alfreda Redla ("Jak się dowiedziałem, że Redl był szpiegiem"). Nie brak też wśród autoreportaży E.E.K. rzeczy poruszających, jak np. "Matka mordercy", gdzie mamy opowieść starej kobiety, która w obronie syna wyznaje, że to ona jest morderczynią i przyczyną wszelkiego zła, czy wręcz wstrząsających, jak np. "Reporter zostaje żołnierzem", gdzie opisał całą prawdę o wojnie. Brał udział w bitwie, właściwie chaotycznej ucieczce, w której zginęło, utonęło lub zostało rozszarpanych granatami, 3000 żołnierzy austro-węgierskich. On sam cudem przeżył. Widział rzeczy, o których nikt potem nie napisał w gazetach, a to co można było w nich przeczytać, było śmiechu warte i niezgodne z prawdą. Nie wszystko jest jednak takie ponure. W tej książce znajdziemy dużo humoru, jak choćby w kończącym ją, chyba najśmieszniejszym tekście trochę w stylu Jarosława Haszka pt. "Stacja wyjściowa", w którym Kisch śmieje się ze swojego nazwiska, rzekomo pochodzącego z Węgier, oraz z samych Węgrów.


"Jarmark sensacji" przeczytałem naprawdę z dużą przyjemnością. Książkę czyta się znakomicie, nic się nie zestarzała, pomimo upływu 72 lat od jej napisania (wydana została w Meksyku w 1942, gdzie E.E.K uciekł przed nazistami). Stanowi ona nieocenione źródło informacji o tamtych ciekawych czasach. Osobiście bardzo lubię ten okres w historii Europy. Lubię także Czechów, którzy potrafią mówić i pisać nawet o najpoważniejszych sprawach z pewną charakterystyczną i niepowtarzalną nutą ironii, czego nie potrafią inne narody. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Egona Erwina Kischa uważam za bardzo udane i z dużą radością sięgnę po kolejne książki jego autorstwa.

Egon Erwin Kisch "Jarmark sensacji", przełożył Stanisław Wygodzki, wstęp Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Agora, Biblioteka Gazety Wyborczej, Reporterzy dużego formatu, wydanie III, Warszawa 2014, s. 288.

piątek, 10 stycznia 2014

Tajemnica powodzenia w życiu

Tadeusz Konwicki

"Drogą wytrwałej dedukcji rozwiązałem pewną istotną zagadkę. Myślę o tajemnicy sukcesu, powodzenia w życiu. Kierując się pobudkami humanitarnymi, mam obowiązek podzielić się z lekko skołowanymi bliźnimi swoim krzepiącym odkryciem.

Dla jasności sprawy muszę się posłużyć niezbyt wykwintną przenośnią. Otóż wyobraźmy sobie niebo albo to miejsce, gdzie przebywają opatrzność, los czy fatum. Stoją tam niezliczone rzędy kanistrów z indywidualnymi sukcesami każdego z nas, z sukcesami, które, załóżmy to sobie dla wygody, są jakąś płynną substancją. Kanistry te są jednakowe, ani duże, ani małe, raczej takie jakby średnie.

czwartek, 19 grudnia 2013

Lokatorzy Hotel des Trois Moineaux

"W hotelu mieszkali dziwaczni osobnicy. Paryskie dzielnice slumsów wabią takich ludzi — ludzi, którzy zostali dotknięci samotnością i na wpół popadli w obłęd; którzy już nawet przestali udawać, iż są normalni czy też przyzwoici. Nędza zwalniała ich od konieczności przestrzegania obowiązujących norm zachowania, tak jak posiadanie pieniędzy zwalnia od pracy. Niektórzy z lokatorów prowadzili życie tak osobliwe, że doprawdy trudno nawet je opisać. 

Tacy na przykład Rougiersowie, para starych łachmaniarzy karzełkowatej postury parających się niezwykłym handlem. Sprzedawali pocztówki na Boulevard St Michel. Cały dowcip polegał na tym, iż znajdowały się one w zapieczętowanych pudełkach, tak jak zdjęcia pornograficzne, choć w rzeczywistości przedstawiały fotografie zamków nad Loarą; nabywcy odkrywali to poniewczasie i oczywiście nigdy nie zgłaszali reklamacji. Państwo Rougiersowie zarabiali około stu franków tygodniowo i dzięki ścisłemu reżimowi oszczędnościowemu zawsze pozostawali na wpół głodni, na wpół nietrzeźwi. W ich pokoju było tak brudno, że fetor tego brudu wyczuwało się już piętro niżej. Madame F. utrzymywała, że żadne z obojga Rougiersów od czterech lat nie zdejmowało ubrania.

"Typowa paryska dzielnica biedoty"

George Orwell

15 października 1934 

"Rue du Coq d'Or, Paryż, godzina siódma rano. Z ulicy słychać wściekłe, ochrypłe wrzaski. Madame Monce, właścicielka niewielkiego hoteliku z naprzeciwka, wyszła na chodnik, żeby zwymyślać lokatorkę z trzeciego piętra. Na bose stopy wzuła saboty, siwe włosy opadają jej na ramiona. 

Madame Monce: — Sacree Salope! Ile razy ci powtarzałam, żebyś nie rozgniatała pluskiew na tapetach? Kupiłaś sobie ten hotel, czy co? Dlaczego nie wyrzucasz pluskiew przez okno, tak jak inni? Espece de trainee! 

środa, 15 maja 2013

Potrzeba świętego spokoju

Stanisław Lem, 1966

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duzy tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem. 

środa, 13 marca 2013

"Czerniaków 1933" - Stanisław Grzesiuk

Stanisław Grzesiuk
Na dalszą naukę nie ma pieniędzy i możliwości. Chłopak, który ma piętnaście lat, powinien już starać się zarobić, żeby była pomoc w domu. Ale jak zarobić? Złodzieje z naszego domu namawiali mnie, żebym "pracował" z nimi.
- Jesteś cwaniak, policja ciebie nie zna - z nami będzie ci dobrze, nie zginiesz.
Odmówiłem. Po co kraść, jak nie można przynieść do domu? Gdy byłem mniejszy, a nieraz coś z chłopakami zwędziliśmy dla sportu - to w domu matka brała za łapę, kazała odnieść i przeprosić, a czasem to jeszcze dobrze wlała. Więc kraść nie miało dla mnie sensu. Wszystkie ogrody i sady w okolicy były w mojej bezpłatnej dzierżawie. Właziłem do każdego i nigdy mnie nie złapano - ale to było robione tylko dla sportu. Lubiłem każde ryzyko i niebezpieczne sytuacje.
Ojciec, jak był trzeźwy, nie mówił nic. Jak był pijany, krzyczał, żebym sobie roboty szukał. Cóż więc robiłem?
Rano przynosiłem matce dwa wiadra wody i wynosiłem brudną. Potem przynosiłem węgiel z piwnicy lub ze składu, kupiłem, co potrzeba, w sklepie - i już byłem wolny. Wtedy przynosiłem kilka wiader wody jednej lokatorce. Miała za drzwiami na korytarzu beczkę, z której brała wodę do prania i zmywania. Płaciła mi pięć groszy za przyniesienie jednego wiadra; tak samo jak u woziwody, tylko ja przynosiłem jej wodę pod drzwi, a od woziwody brało się spod bramy i trzeba było nieść na piętro. Jak przynio­słem pięć wiader, to zarobiłem dwadzieścia groszy, bo jeden grosz za wiadro brał inwalida przy pompie ulicznej. Następnie kręciłem się przy składzie opałowym. Niejeden raz zarobiłem trochę groszy za odniesienie komuś węgla do domu. Płacili jeden grosz od kilograma. Pracował tam już starszy kolega, ale jak on poszedł z węglem i nie było nikogo, a znów trzeba było odnieść, brałem ja. Nie dźwigałem po pięćdziesiąt kilogramów, bo to było dla mnie za ciężko, ale dwadzieścia, trzydzieści to nosiłem.
Teraz, gdy już miałem pieniądze, szedłem na Mokotów do biblioteki. Nie była to prawdziwa biblioteka, lecz sklep sprzedający papier, zeszyty i przybory szkolne, w którym na jednej ścianie były półki z książkami. Właściciel sklepu wypożyczał te książki za opłatą dziesięciu groszy od jednej książki po złożeniu dwu złotych kaucji. Ze swego zarobku złożyłem kaucję za dwie książki, ale były dnie, że wymieniałem tylko jedną książkę; częściej jednak wymieniałem dwie i czytałem jednego dnia. Nikt nie dawał mi żadnych rad co do wyboru lektury. Wyczytywałem więc wszystkie książki o Dzikim Zachodzie, Karola Maya, Branda, Baxtera, kryminalne Romańskiego, Marczyńskiego, Wallace'a i innych. Wyczytałem książki o przygodach Arsena Lupina, Sherlocka Holmesa i wszystkie o Tarzanie; Michała Zevaco, Dumasa i Trylogię Sienkiewicza. Książki grube dzielone były na kilka mniejszych i za każdą płaciło się dziesięć groszy. Gdy już miałem w ręku książkę, brałem w kieszeń kawał chleba i szedłem nad starą fosę fortową na Czerniakowie. Tam, leżąc na słońcu, czytałem. Dla urozmaicenia co pewien czas zażywałem kąpieli, a raz lub dwa razy w ciągu dnia kilku z nas przepływało na drugą stronę fosy i zapuszczaliśmy się w ogrody badylarzy na strąki grochu.
Moimi ulubionymi bohaterami z książek byli ludzie, których cechowała szaleńcza odwaga i ryzykanctwo, obrońcy słabych i uciśnionych, a bojowi wobec ludzi złych. W postępowaniu swoim starałem się naśladować takich właśnie bohaterów. Cieszyłem się, gdy raz udało mi się wywalić okno w płonącym drewnianym budynku i zanim nadbiegli inni, wyniosłem dwoje małych dzieci oraz wyrzuciłem na podwórze wszystkie ubrania z szafy. Byłem wszędzie tam, gdzie groziło jakieś niebezpieczeństwo, i musiałem zawsze należeć do tych, którzy ostatni wycofują się z niebezpiecznej sytuacji.
Żeby być mocnym wobec złych, nie wystarczała sama odwaga, potrzebna była także zaprawa i trening. W mieszkaniu na drzwiach wieszałem stare ubrania i palta i godzinami ćwiczyłem uderzenia głową z różnych pozycji. Wiedziałem, że jest to najskuteczniejsze i najbardziej zdradliwe uderzenie. Doszedłem do takiej wprawy, że "na łeb" byłem jednym z najlepszych na Czerniakowie. Trenowałem też nożem. Rzucanie nożem do celu na odległość. Ukrywanie noża w rękawie. Błyskawiczne wyciąganie noża z kieszeni spodni i z kieszeni marynarki, tak zwanej "za parkanem".. Niejeden urwany guzik i rozdarte spodnie kosztował trening przeskakiwania przez parkan, chodzenia po drzewach i skakania ze znacznych nawet wysokości. Wyrabia­łem w sobie silną wolę, upór i mściwość w stosunku do tych, którzy skrzywdzili mnie z premedytacją lub wykorzystywali swoją przewagę fizyczną. Po kilku awanturach ze starszymi i silniejszymi mówiono o mnie: "Chłopak grzeczny, ale i charakterny..." Słabszego nie uderzyłem nigdy.
Wieczorem wyskakiwałem na plac Unii Lubelskiej "postarać się trochę na majdanie" - co znaczy po prostu: sprzedawać gazety. "Starało się" tam wielu kolegów, z którymi kończyłem szkołę. Oni byli majdaniarzami rejestrowanymi (po złożeniu kaucji), ja starałem się na dziko: koledzy brali więcej gazet i część dawali do sprzedaży mnie.
Jaki był z tego zarobek? Dwa grosze od gazety w cenie pięciu groszy i trzy od dziesięciogroszowej. Od dodatku nadzwyczajnego osiem groszy od sztuki, ale wtedy mi nie dawali, ciężko też było trafić na moment wydania. Umieć sprzedać gazety - to była wielka sztuka.
- Ile sprzedałeś? - pytałem jednego kolegi.
- Dwanaście sztuk - odpowiada.
- A ja tylko dwie.
- A ty ile? - pytam drugiego.
- Piętnaście.
- A ja dwie.
Wreszcie i ja połapałem się w technice sprzedawania. Gdy dostałem gazety do ręki - jak najszybciej przed siebie, byle dalej, żeby być tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden nowy gazeciarz. Raz dotarłem w ten sposób do ulicy Filtrowej. W każdym tramwaju jadącym w stronę placu Narutowicza idą dwie, cztery gazety. Po pewnym czasie gazeciarze z placu Narutowicza połapali się, że im handel idzie słabiej - zjechali kupą, dali mi dobry wycisk i przegnali z dobrego stanowiska. Pojechałem do swoich chłopaków. Ci zostawili swój "majdan" w różnych kioskach i sklepach i grupą w osiemnas­tu chłopaków zrobiliśmy nalot na tamtych. I odegraliśmy się - ale już więcej w ich parafię nie jeździłem.

sobota, 19 stycznia 2013

Krytyk wściekły pozytywnie (3), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach

"Krytycy, ja tylko tak. Naprawdę to was kocham. Chcę was wielbić w swojej zrusyfikowanej, kulawej polszczyźnie. Bo krytyk to niespełniony prozaik, a prozaik to niespełniony krytyk. bo wy jesteście naszym negatywem, a my jesteśmy waszym.
Miotacie się resztką sił w tej przeklętej sprzeczności zawartej między interpretacją i objaśnieniem a miarą wartości i oceną moralną. I my się miotamy, skryci za fabułą, za metaforą, za bezwstydną figurą stylistyczną, my się też szamoczemy między opisem i wytłumaczeniem a dziesięciorgiem przykazań i kaznodziejstwem.
My się hazardujemy, obstawiając wyścigi idei, psychoz społecznych, codziennych wniebowstąpień naszych bliźnich, i wy się hazardujecie, obstawiając nas w beznadziejnym wyścigu do nieśmiertelności, do pana nobla i do kolejnego redaktora tygodnika "Kultura", który przydziela urzędowe nagrody. Często przegrywamy, źle obstawiwszy, i wy przegrywacie z naszej winy.
Smutne będzie życie bez krytyków. A już je widzimy przed sobą, już wynika z mgieł różnych kryzysów, różnych ruchów tektonicznych w kulturoznawstwie, różnych zawijasów powszechnej demokratyzacji naszego bytowania na wyjałowionej pecynie ulepionej z paru podstawowych pierwiastków chemicznych. Nikt nie chce być oficerem, każdy chce zostać generałem. Nikt nie chce być duchownym, każdy chce zostać bogiem. Nikt nie chce objaśniać wszechświata, każdy chce stwarzać wszechświaty.
Żegnam się więc z wami, umierający w przytułkach dobroczynności krytycy, krytycy-harmoniści i krytycy wściekli, krytycy, którzy się przegryźli, i krytycy-tabliczki mnożenia, krytycy rybki-pielęgnice i krytycy-Leonardowie, rozpieszczone hybrydy, co się pchacie nachalnie na pokład "Titanica"".

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, 2005, s. 41-42.

piątek, 11 stycznia 2013

"HITMAN" - Juliusz Machulski


Juliusza Machulskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Każde dziecko w Polsce wie, że jest to reżyser znakomitych filmów będących połączeniem komedii i kryminału. Wystarczy tu wymienić tylko kilka kasowych hitów, takich jak: "Vabank", "Seksmisja", "Kingsajz", "V.I.P", "Deja Vu", "Girl Guide", "Killer", "Vinci". Cytaty z tych filmów weszły na stałe do języka polskiego. Trzy pierwsze wymienione przeze mnie filmy są na liście moich TOP 20 ulubionych polskich komedii. Być może jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Juliusz Machulski oprócz reżyserowania potrafi również wspaniale pisać i jest autorem wielu scenariuszy teatralnych i filmowych.

Dowodem na to może być wydana pod koniec 2012 roku książka pt. "HITMAN", będąca zbiorem felietonów, które w znacznej części ukazała się na łamach miesięcznika "Bluszcz". Początkowo, gdy zajrzałem do książki, trochę się zaniepokoiłem widząc felietony, ponieważ spodziewałem się raczej autobiografii. Okazało się jednak, że można napisać świetną książkę wspomnieniową z wykorzystaniem gatunku literackiego jakim jest felieton. Każdy z zawartych w książce 46 felietonów to gotowy pomysł na scenariusz filmu. Niektóre z nich są wręcz napisane w formie scenariusza. I nie ma w tym nic dziwnego, po prostu autor "HITMANA" myśli i odbiera rzeczywistość jak reżyser.

Nie będę ukrywał, że książka spodobała mi się z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, Juliusz Machulski opowiada w niej o dobrze znanym mi okresie PRL-u, potocznie zwanego "komuną", w którym sam kiedyś żyłem i dorastałem jako dziecko. Co prawda nie jesteśmy rówieśnikami, dzieli nas prawie 15 lat, tym niemniej komunistyczna Polska nie zmieniała się z dnia nadzień i przez wiele lat posiadała te same, tak charakterystyczne cechy,  różne absurdy i mankamenty. Obecnie ten okres naszej historii jest bardzo modny i trendy wśród młodych ludzi, którzy go nie znali i nie pamiętają, ponieważ urodzili się wiele lat później. Ja także darzę go sentymentem, ale z innych zupełnie powodów. Po drugie, dzięki tym felietonom możemy poznać ogromną ilość anegdot, śmiesznych lub przejmujących historii, związanych z zawodowym życiem Juliusza Machulskiego oraz ludźmi, których kiedyś poznał. Miał on bowiem szczęście spotkać na swojej drodze wielu światowej sławy reżyserów, aktorów, scenarzystów i operatorów. Osobną sprawą są opisane przez autora, często z przymrużeniem oka, wielkie światowe festiwale filmowe, to targowisko próżności. Okazuje się, że rządzą się one swoimi prawami, mają swoje dziwactwa, fanaberie i czasami bywają nieprzewidywalne. Po trzecie, książka zawiera niesamowitą dawkę humoru i ironii. Juliusz Machulski jest powszechnie znany z ogromnego poczucia humoru i nieprzeciętnej inteligencji. Po czwarte, autor "HITMANA" jest mi bardzo bliski, jest moją bratnią duszą od kiedy dowiedziałem się, że podobnie jak ja (niestety nie znam więcej takich osób) ma manię równiutkiego ustawiania książek na półkach, zgodnie z ich wysokością i wielkością. Drugi raz poczułem do niego sympatię, gdy z kartek omawianej książki dowiedziałem się, że nie zna się na samochodach i, że zupełnie go one nie interesują. Inną jeszcze wspólną cechą jest miłość do języków obcych, szczególnie angielskiego. Być może nadajemy na podobnych falach.

Na koniec warto podkreślić, że książka została wspaniale wydana przez Wydawnictwo Agora i zawiera fantastyczne ilustracje do poszczególnych felietonów autorstwa Marii Machulskiej-Le Mene, córki Juliusza Machulskiego. Książkę polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom filmu, choć będzie to dla nich wielka gratka. W przyjemny sposób możemy poznać życie autora, spędzić z nim kilka miłych wieczorów (ja dawkowałem sobie "HITMANA" czytając go do poduszki) i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy z jego prywatnego i zawodowego życia. Jedyny minus tej książki to to, że kończy się za szybko. Mam nadzieję, że niebawem nastąpi jej ciąg dalszy.

Juliusz Machulski "HITMAN", Wydawnictwo Agora, 2012, s.360.

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Krytyk wściekły pozytywnie (2), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach

Źródło

"Warto wspomnieć o drobiazgu, który pomyka żwawo przez artystyczne akwarium. To są ogromne ławice małych rybek-krytyków filmowych. Rządzi nimi prawo rybiego stada. Z niewiadomych, a chyba raczej przypadkowych powodów ulegają raptownej euforii, jakiejś rybiej ekstazie i mkną w górę pod powierzchnię wody, ku słońcu, a kiedy indziej, także z pozoru bez przyczyny, opadają rozpaczliwie na dół z odwróconymi do góry brzuchami. Konrad Lorenz twierdzi, że o kierunku ich ruchu decyduje ilość osobników, która weźmie udział w nowym, przypadkowym ukierunkowaniu. Dodaje jednak, że gdy pewnej rybce amputowano przednią połowę mózgu, gdzie umiejscowione są ośrodki instynktu stadnego, ta rybka nie oglądała się już na ławicę, sama zbaczała z własnej woli ku pokarmowi albo rywalowi i całe stado posłusznie waliło jej śladami. Ta ułomna rybka stała się wzorowym przywódcą swojej społeczności.

Ale najboleśniejszy dla nas, gryzipiórków, jest typ krytyka Leonarda, najboleśniejszy i najbardziej ubliżający. Taki Leonardo przejrzy naszą pisaninę na wskroś, wywlecze, schwyciwszy za kołtun, całą naszą biedę, całą nędzę, ukaże ją światu, wyśmieje, wychłosta szyderstwem i odrzuci ze wstrętem. A potem siądzie sobie, zapali papierosika, wypije trochę kawki i machnie prózkę foremną, intelektualną, wykwintną, całą w heksametrach i trochejach, łatwo przetłumaczalną nawet na język swahili, podtekstową i obiektywistyczną, nie obciążoną koślawymi kompleksami autora. Całe miasto czyta, stęka z zachwytu i podziwu, zagranica przyklaskuje życzliwie. A my, wałachy, muły, woły robocze tylko zgrzytamy po cichu zębami, żeby nawet zona nie słyszała. Co my z trudem, z męką, z wybałuszonymi od wysiłku oczami, on lekko, bez mozołu, od niechcenia, jak ptak. Co my drżąc gatkami ze strachu, obsikani zawstydzeniem, z gilami matołectwa pod nosem, on nonszalancko, kapryśnie, autoironicznie. Straszny jest los mało zdolnych i robotnych, nikczemne jest życie tępawych i gęgających monotonnie w kółko to samo, katorżnicza to wegetacja nieucałowanych w czoło przez geniusz.

Więc szemrząc tchórzliwie pod nosem, więc jęcząc skrycie od kolki nienawiści, stajemy z nim codziennie na starcie. Ale kiedy padnie strzał startera, zapominamy jednak o naszym upodleniu. Bo my przecież wiemy o jednej rzeczy, o której on nie wie, o jednej jedynej okoliczności, której on, znając wszystko lepiej od nas, nawet się nie domyśla. Bo ten bieg jest biegiem na dziesięć kilometrów. I my biegniemy ciężkim krokiem, brzydko wykrzywieni, chrypiąc przeraźliwie stwardniałymi skrzelami, i wiemy, że tak będziemy biec ten długi dystans aż do mety, przez ulewę czy przez upał, przez śnieżycę czy przez burzę. A on, gardząc nami, wychodzi już na czoło stawki. On lubi prowadzić i mieć przewagę. Biegnie lekko, prawie nie dotykając ziemi, biegnie ślicznie, już mu klaszczą na pierwszym wirażu, biegnie, jakby motyl leciał śród traw. Już się oddalił, już znika na wirażu. Ale my jesteśmy teraz spokojni, beznamiętnie spoglądamy za nim oczami zmęczonych wołów, bo wiemy, że za kilka okrążeń zatka go raptem w jednej chwili, że pęknie mu trzustka, że skicha się i zasmarka i że zniosą go na zawsze z boiska. bo taki straszny bieg na długim dystansie nie jest dla pięknoduchów, pieszczochów, prymusów. Taki bieg wymyśliła Opatrzność dla nas, krzywonogich wołów roboczych".

C.D.N.

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 39-41. 

sobota, 15 grudnia 2012

Krytyk wściekły pozytywnie (1), czyli gatunki krytyków wg Tadeusza Konwickiego

Źródło

"Naszła mnie nagle dzisiaj ochota, aby popieścić się z krytykami. W końcu żyję śród nich tyle lat i codziennie odczuwam ich obecność. A to któryś poczochra mi raptem pobłażliwie włosy, a to szczypnie boleśnie w policzek, a to kopnie znienacka i odejdzie sobie jak gdyby nigdy nic. Przyzwyczaiłem się do nich, polubiłem te permanentne zaczepki, pokochałem właściwie ową czujną ich obecność, którą słyszę za plecami.[...]

Zacznijmy od okazu krytyka-harmonisty, co go się zaprasza na wesela, imieniny albo chrzty. Jest to krytyk okolicznościowy. Dobrze ugoszczony, zagra z ochotą, solidnie, do białego rana. Znajdzie się grzecznie, nie zrobi raptem grandy, można go pokazać bez wstydu krewnym, znajomym, a nawet ważniejszym gościom. Krytyk-harmonista wywodzi się jeszcze z czasów przedwojennych, a więc uformował się w epoce spokojnej, respektującej fachowość i reguły gry. Taki na pewno nie zafałszuje.

Szacunek musi budzić także gatunek krytyka wściekłego. Krytyk wściekły jest wściekły charakterologicznie. Jeśli znielubi ciebie od pierwszego wejrzenia, to żebyś później same "Księgi pielgrzymstwa" rodził, i tak go nie udobruchasz, nie rozchmurzysz, nie rozśmieszysz. Przeciwnie, każdy twój mizerny sukcesik będzie go coraz silniej rozwścieczał. Każdy ochłap, który ci życie upuści na podłogę, on będzie przyjmował jako osobistą zniewagę. Pogrążając się w grobie, pokaże ci jeszcze mimicznie, żeś grafoman.

Ma on pozytywnego brata wściekłego. Wściekły krytyk pozytywny lubi upatrzyć sobie jakąś piśmienną ofiarę w gąszczu ciał literackich i ogłosić ją nowatorem, prekursorem, geniuszem. Wściekły krytyk pozytywny wlecze swoją ofiarę za kołnierz przez całe życie i okazuje ją z maniackim uporem zmęczonym rówieśnikom przy każdej sposobności. Jeśli współcześni, sterani zresztą ciężkim życiem, okazują obojętność, jeśli nie padają na kolana, jeśli nie intonują "Te Deum", wściekły krytyk pozytywny robi się jeszcze bardziej wściekły, zacina się w sobie, zaczyna gardzić wszystkimi i wszystkich nienawidzić. Przypomina on czcigodną postać Solonego z "Trzech sióstr", który do końca upierał się z posępną zawziętością, że w Moskwie są dwa uniwersytety, choć wszyscy wiedzieli, że tylko jeden.

W pojedynczych egzemplarzach ukazuje się nam również bardzo ciekawy okaz krytyka, który tak się wgryzł w sztukę, że przegryzł się na drugą stronę. Taki krytyk z początku bywał normalnym krytykiem, to znaczy chwalił, co mu się podoba, ganił, co go brzydzi. Ale pod wpływem pewnych układów zewnętrznych postanowił raz i drugi pokierować "na rozum" gustem. Raz i drugi pochwalił "na rozum", raz i drugi zganił "na rozum". Później robił to już coraz częściej, bo okoliczności zewnętrzne, jak to się okazało, wymagały takich praktyk coraz częściej. Więc ten narząd wewnętrzny otrzymany razem z genami od Pana Boga, wiec ten system hormonów albo, mówiąc staroświecko, ta cząstka duszy, która pozwala odróżniać dobry wiersz od grafomanii, dobrą prozę od zakalca, wiec to tajemnicze coś zaczęło raptownie usychać, aż w końcu skurczyło się i zanikło. I takim przegryzionym krytykiem rządzą już tylko przeciągi. Raz wielkie i wspaniałe, kiedy indziej słabe i z zapachem.

Mało się już widzi, niestety, krytyków-mózgowców, krytyków-tabliczki mnożenia. Ci są najsłodsi. Ze zmarszczonym naukowo czołem biorą powieść pod lupę jak szkolny przykład chemiczny. W nich siedzi groźny, ale kochany belfer gimnazjalny. Przed nimi żadnych karesów, żadnej zalotności, żadnych prysiudów. Przed nimi trzeba zdawać. Podkreślają, rysują na marginesach wykrzykniki, stawiają stopnie. Patrzą i widzą tylko rysunek, lecz nie widzą barw, słuchają i słyszą tylko rytm, lecz nie słyszą melodii, czytają i odczytują tylko sylogizmy, lecz nie odczytają nigdy poezji. Są podobni do doktora Roentgena, którego zachwycały kości i tylko kości potrafił utrwalić na wieczność".

C.D.N.

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 36-39.

czwartek, 13 grudnia 2012

"Moje pokolenie wierzyło w książki"

"Moje pokolenie zaczytywało się w książkach na śmierć. Co gorsza, moje pokolenie wierzyło w książki. Wy, którzy spokojnie i ze znudzeniem przerzucacie kartki dzieł markiza de Sade w kawiarni, na zebraniu partyjnym albo czekając na spowiedź, nie możecie sobie wyobrazić, ile mnie kosztowało zdobyć tom Żeromskiego i po cichu, ukradkiem, połknąć go tak, żeby nikt nie widział. W moich okolicach, w moich sferach czytanie książek to był pierwszy, a może ostatni stopień do piekieł. Moi mentorzy życiowi traktowali książkę jak szatana.
Więc te książki, które były oknem na świat i oknem w niebie, połykaliśmy gorączkowo w dzień i w nocy kryjąc się przed najbliższymi. I każdą książkę przechorowaliśmy ciężko, bo wierzyliśmy każdej książce.
Kiedy spadła pierwsza bomba na Wilno, ja wypełzłem na świat, na niewielki, prowincjonalny świat wileński, opity ambrozją książkową jak pijawka krwią.
A z tych naszych polskich, polsko-polskich i nadpolskich książek wyrywaliśmy niczym główną stronicę jeden jątrzący się imperatyw: umrzeć za Polskę".

Tadeusz Konwicki, Kalendarz i klepsydra, Czytelnik, Warszawa 1976, s. 62-63.

środa, 12 grudnia 2012

O XIX wieku i triumfie literatury, czyli kiedyś to były czasy

"Wymiera pokolenie schorowane na literaturę. Wymierają literaci chorzy na literaturę i znikają w niepamięci czytelnicy chorzy na literaturę. To naprawdę ostatnia pora, żeby spróbować objaśnienia tego krótkiego momentu w niedługich dziejach ludzkości, kiedy literatura przeżywała swój wielki triumf.
Jeszcze się widzi dostojne oblicza literackie, jeszcze ogląda się czasem majestatyczne gesty demiurgów, jeszcze spostrzeże się raptem osobnika z piórem, który potrząsa słuchawką telefonu dyspeczerskiego, instruując tłumy, prowadząc te tłumy do walki, rządząc autorytatywnie światem maluczkich, choć sznur od tej słuchawki już dawno został odcięty przez koła tak zwanego parowozu dziejów.
Wielu literatów obraziło się na cały świat. Patrzą przez szyby z pogardliwym uśmiechem na szamotanie się bliźnich, którzy nic nie wiedzą o literaturze, czyli o umarłej, i nic nie chcą wiedzieć. Patrzą z wysoka na te biedne masy, co odwróciły się od nieba literatury. Patrzą z uczuciem mściwej satysfakcji. Patrzą ze świadomością wzniosłego arystokratyzmu. I wierzą w zmartwychwstanie literatury. I wierzą w totalne pokajanie się tłuszczy za zdradzenie literatury.
Bo przecież to niemożliwe, że ta, co z najwyższych regionów niebios ducha przez duże D rządziła wielkim światem, żeby ta królowa albo święta mogła stać się biedną, nikomu specjalnie nie potrzebną kurwą, co włóczy się o każdej porze, na wszystkich rogach szukając byle jakiego klienta. Bo przecież to nie do pojęcia, żeby despotyczna siła, która obalała cesarstwa, powoływała nowe narody do życia, wymyślała nowych bogów i nowe religie, żeby taka siła stała się tragiczną, śmieszną bezsiłą.

Lew Tołstoj i Antoni Czechow w Jasnej Polanie

Wszak jeszcze niedawno hrabia Lew Tołstoj, twórca wielkiej, światowej sekty tołstojowców, mędrzec i prawodawca moralny drugiej połowy XIX wieku, ten olbrzym z Jasnej Polany wierzył szczerze, iż on pierwszy i być może jedyny w tym wielkim pochodzie ludzkości otrzyma w darze od boga nieśmiertelność i po prostu nigdy nie umrze. Wszak zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu nasz Adam Mickiewicz stawał do walki z Bogiem i w pewnych momentach nawet osiągał przewagę. Wszak jeszcze dziś niektórzy moi koledzy wezbrani świętością, najczęściej po wprowadzeniu do organizmu kilku setek polskiego narkotyku, każą mi klękać przed sobą i całować ich po rękach, i okazywać im cześć boską.
Dobrotliwy, czcigodny Wiek Dziewiętnasty. Zwycięski wiek pary i elektryczności. wiek nauki i racjonalizmu. Wiek ufności w przyszłość i w rozum ludzki. Wiek uniwersalizmu i szacunku dla indywidualności człowieka. Jak dobrze było literaturze w tym Dziewiętnastym Wieku. Jak suto, wystawnie i bezpiecznie. Jak ślicznie długowieczny okazał się ten Dziewiętnasty. Dożył do pierwszej wojny światowej, gdzieniegdzie przetrwał jeszcze na ostatnich nogach do drugiej światowej. I właśnie tam gdzieniegdzie spłodził nas, nazywanych Kolumbami (znowu ten Bratny), zarażonymi śmiercią, otrutymi wojną, pryszczatymi, inteligenciakami, marginesem społecznym, reakcjonistami, mięczakami, kompleksiarzami, zrozpaczonymi pesymistami, neurotykami, zboczeńcami, bezsilnymi opozycjonistami, odchodzącą klasą, niewierzącymi fideistami.
My jesteśmy cali z Dziewiętnastego. Kurcze odbytnicy historii wyrzuciły nas na śmietnisko odpadów uranowych, nieudanych przeszczepów, zdezelowanych rakiet kosmicznych. Grzebiemy w tym śmietniku pełni ufności, wynajdując butwiejące cząstki świata, który nas wydał, taplając się w łożysku, w którym przyszliśmy na ów świat. Wpełzamy pod szczątki książek i mówimy: nad nami wielkie, jasne, kojące niebo literatury. Wczołgujemy się na gipsową łysinę popiersia z utrąconym nosem i mówimy: jak daleko stąd widać, ile epok przed nami, ile nieskończoności.[...]
Literaturo, literaturo kochana. Epicka i zmysłowa, ezoteryczna i obyczajowa, lingwistyczna i wagonowa, majestatyczna i z rynsztoka, intelektualna i grafomańska, rozpuczona pychą i fałszywie pokorna, święta i sprzedajna, literaturo słów spisanych pracowicie w rozpaczy albo w zadufaniu, w nienawiści albo w nudzie, w nadziei albo w chwili śmierci, literaturo lawiny słów podobnych do siebie, koślawych, monotonnych, banalnych, takich samych jak biliony słów niezapisanych, co rodzą się w każdej chwili i na zawsze giną w każdej chwili.
Jaka szkoda, że literatura nie rządzi już tym konwulsyjnym światem. Jaka szkoda, że biedne jej ciałko depczą zwycięskie środki masowego przekazu. Jaka szkoda, że nie budzi już tych największych namiętności, że nikogo nie zabija i nikt jej nie zabija, że nikogo nie deprawuje i nikogo nie uświęca, że nie obala tyranów i nie rodzi męczenników. Jaka szkoda, że kiedy wdarłem się do jej świątyni, okazała się ta świątynia gruzem rozpadających się wspaniałych murów i złomami wyniosłych kolumn, co kiedyś podtrzymywały sklepienie niebieskie nad nami."

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 133-135.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

I tak nie przeczytam wszystkich książek

Tadeusz Konwicki

"Janusz Grabiński (rysownik, przyjaciel), który był na targach książkowych tego roku we Frankfurcie nad Menem, opowiadał mi, że sam na własne oczy widział pokazane na stoiskach 70 000 nowych tytułów. A trzeba pamiętać, że nie wszystkie domy wydawnicze eksponowały się na owych targach. 
Ale i to nieźle. W 1973 roku wydano zatem co najmniej 70 000 nowych książek. 70 000 nowych książek łasi się i szuka czytelników. 70 000 facetów pisało w pocie czoła swoje książki, rojąc o sukcesach i gotówce.
70 000 ludzi to siedem dywizji wojska. Siedem dywizji to prawie korpus. Z takim korpusem można bronić stolic, łańcuchów górskich albo sporych odcinków frontu. Z siedmioma dywizjami można zacząć wojnę i nawet ją szybko przegrać.
70 000 ludzi to już ludność sporego miasta. W tej liczbie zmieszczą się i fabrykanci, i milionerzy, i rzemieślnicy, i drobnomieszczanie, i sklepikarze, i kloszardzi, i wariaci, i bandyci, i święci.
70 000 ludzi piśmiennych, ta upiorna armia nieproszonych ochotników, chce Noblów, chce zachwytu, chce nieśmiertelności. 70 000 trochę ułomnych facetów lewituje, wieszczy, wadzi się z Bogiem.
Ludzie, którędy tu się przebić?"

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 77.

sobota, 6 października 2012

Ze wspomnień (cz.I) - Joseph Conrad

Książki można pisać w przeróżnych miejscach. Zdarza się, że natchnienie wcielone w słowa nawiedza kajutę marynarza na statku unieruchomionym w środku miasta przez zamarzniętą rzekę; a że święci spoglądają podobno życzliwie na pokornych wyznawców, lubię sobie wyobrażać cień starego Flauberta (który wierzył między innymi, że jest potomkiem Wikingów) unoszący się z żartobliwym zainteresowaniem nad parowcem „Adowa”, o wyporności 2000 ton, uwięzionym przez niełaskawą zimę przy nabrzeżu w Rouen; na tym właśnie parowcu zacząłem pisać dziesiąty rozdział Szaleństwa Almayera. Powtarzam, że cień Flauberta przyglądał mi się z zainteresowaniem, bo czyż dobrotliwy normandzki olbrzym o wielkich wąsach i grzmiącym głosie nie był ostatnim z romantyków? Czyż w swym nieziemskim, prawie ascetycznym poświęceniu dla sztuki nie był czymś w rodzaju świętego pustelnika literata?

„Zaszło nareszcie - rzekła Nina do matki, wskazując na wzgórza, za które stoczyło się słońce…” Pamiętam, jak kreśliłem te słowa romantycznej córki Almayera na szarym papierze bloku, który leżał na kocu obrywającym moje łóżko. Słowa te odnosiły się do pewnego zachodu słońca na wyspach malajskich i ukształtowały się w mym mózgu wśród gorączkowej wizji lasów i rzek, i mórz, leżących daleko od handlowego, a jednak romantycznego miasta północnej półkuli. Lecz właśnie w owej chwili nastrój pełen wizji i słów został zniweczony przez trzeciego oficera, wesołego, przeciętnego młodzika, który wszedł, trzaskając drzwiami, i wykrzyknął: „Jak tu u pana rozkosznie ciepło!” Było rzeczywiście ciepło. Otworzyłem ogrzewanie parowe, ustawiwszy blaszankę pod cieknącym kurkiem; może nie wiecie, że woda cieknie przez szparę, którą para się nie przedostanie. Nie mam pojęcia, co mój młodociany przyjaciel robił na pokładzie przez cały ten ranek, lecz ręce, które mocno zacierał, były bardzo czerwone; sam ich wygląd przejął mnie chłodem. Młodzieniec ów pozostał jedynym z moich znajomych uprawiającym grę na banjo, a że był przy tym młodszym synem emerytowanego pułkownika, więc przez dziwną, a bezsensowną asocjację myśli zawsze mi się wydaje, iż poemat pana Kiplinga dotyczy wyłącznie jego osoby. Kiedy mój młody kolega nie grał na banjo, pasjami lubił siedzieć i na nie patrzeć. Zabrał się i teraz do tej sentymentalnej kontemplacji; przyglądałem mu się badawczo, a on rozmyślał chwilę nad strunami, po czym zapytał lekko:
- Co też pan tam wciąż bazgrze, jeśli wolno zapytać?
Było to pytanie zupełnie usprawiedliwione, ale nic nie odrzekłem i odwróciłem po prostu blok w odruchu instynktownej skrytości: nie mogłem powiedzieć temu młodzikowi, że wypłoszył mi z myśli psychologię Niny Almayer, wypowiedziane przez nią zdanie, rozpoczynające rozdział dziesiąty, i pełne swoistej mądrości słowa pani Almayer, które miała wyrzec wśród zapadającej złowieszczo tropikalnej nocy. Nie mogłem mu wywiedzieć, że Nina oznajmiła: „Zaszło nareszcie.” Niezmiernie by go to zdziwiło i byłby może upuścił swe drogocenne banjo. Nie mogłem mu także powiedzieć ze słońce mego życia na morzu chyliło się również ku zachodowi w tej samej właśnie chwili, gdy kreśliłem słowa opisujące niecierpliwe porywy młodości pochłoniętej swym pragnieniem. Sam o tym nie wiedziałem, a można śmiało powiedzieć, że nie byłoby to obeszło mego kolegi, choć zacny ten młodzian odnosił się do mnie z większym uszanowaniem, niż tego właściwie wymagały nasze służbowe stosunki. Opuścił wzrok z tkliwością na banjo, a ja patrzyłem w dalszym ciągu przez iluminator. Okrągły otwór ujmował w mosiężne ramy fragment nabrzeża, z beczkami stojącymi rzędem na zamarzłym gruncie i tylną częścią wielkiego wozu. Furman o czerwonym nosie, odziany w bluzę i wełnianą szlafmycę, stał oparty o koło. Po nabrzeżu spacerował leniwie bezczynny strażnik z urzędu celnego, w ściągniętej pasem granatowej kapocie; zdawało się, że jest zgnębiony niepogodą i jednostajnością urzędniczej egzystencji. Tło obrazu objętego iluminatorem stanowiły brudne domy, przed którymi rozpościerał się szeroki pas kamiennego nabrzeża, brunatnego od zamarzniętej warstwy błota. Koloryt obrazu był ciemny, a jego najwydatniejszy punkt stanowiła mała kawiarnia o oknach przybranych firankami i odrapanym froncie z białego drzewa, który to front harmonizował z niechlujstwem biedniejszych dzielnic miasta, ciągnących się wzdłuż rzeki. Przesunięto nas tutaj z innego stoiska w sąsiedztwie opery, gdzie tenże iluminator otwierał się na kawiarkę zupełnie innego rodzaju - najlepszą w mieście, O ile mi się zdaje; w tej to właśnie kawiarni zacny Bovary i jego żona, romantyczna córka starego Pere Renault, posilali się po pamiętnym przedstawieniu w operze, wysłuchawszy tragicznej historii Łucji z Lammermooru w oprawie lekkiej muzyki.