Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura austriacka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura austriacka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Jarmark sensacji" Egon Erwin Kisch


Wstyd się przyznać, ale jeszcze do niedawna Egon Erwin Kisch był mi zupełnie nieznany. Nie czytałem ani jednej jego książki. Chyba nawet jego nazwisko nie obiło mi się nigdy o uszy. Czysta nie zapisana karta. Nie mam pojęcia jak to się mogło stać. Na szczęście już naprawiłem swój błąd dzięki Wydawnictwu Agora, które w Bibliotece Gazety Wyborczej w nowej serii Reporterzy dużego formatu wydało "Jarmark sensacji" Egona Erwina Kischa.

Kim był Egon Erwin Kisch i dlaczego powinno się znać jego nazwisko? Otóż E.E.K. to najsłynniejszy reporter pierwszej połowy XX wieku, uważany za jednego z najwybitniejszych reporterów w historii światowego dziennikarstwa. Do inspiracji jego twórczością (napisał aż 34 książki) przyznawali się najwięksi polscy reporterzy, m.in. Ryszard Kapuściński. Powszechnie uważa się, że Kisch był dla światowego reportażu tym, kim Kafka był dla prozy, przez niektórych nazywany był nawet poetą faktu. Był pochodzenia żydowskiego, posiadał obywatelstwo austro-węgierskie, a potem czechosłowackie. Urodził się, przez dużą część życia mieszkał i zmarł w Pradze. Temu miastu poświecił także znaczną część swojej twórczości. Kisch pisał w języku niemieckim, chociaż biegle znał również język czeski. Przez pewien okres życia mieszkał też w Niemczech. Wszystko to razem sprawiło, że jest uważany za pisarza należącego zarówno do literatury niemieckiej, czeskiej, jak i austriackiej. Sam często uważał się za obywatela świata. E.E.K. był bardzo interesującą i nietuzinkową postacią.  Jako reporter miał "nosa" i niebywałe szczęście. Od tytułu jednego z jego zbiorów reportaży zatytułowanego "Szalejący reporter" do dziś w Czechach dodaje się do nazwiska Kischa przydomek „Szalejący”. Charakteryzowała go nieprzeciętna inteligencja i można by rzec, że aż chorobliwa ciekawość. W "Jarmarku sensacji" tak pisze o sobie:
"Gdziekolwiek byłby mnie zagnał przypadek, miejsce to stałoby się w każdym razie wkrótce oknem na świat; dbałaby o to najsilniejsza z moich cech: ciekawość. Podobnie jak inni ludzie budzą się ze snu w momencie niebezpieczeństwa, tak ja się budzę, ponieważ nie wiem, kim jest osoba poruszająca się we śnie na drugim planie. Nie mogę jechać tramwajem, nie ustaliwszy, jaką książkę czyta pan w przeciwległym kącie. Śledzę jakąś parę na przestrzeni kilku ulic, aby dowiedzieć się, jaką mową się posługuje. Zaglądam do obcych okien, czytam wszystkie szyldy w domu, w którym mam złożyć wizytę, przetrząsam cmentarze w poszukiwaniu znanych nazwisk. Obojętnych mi ludzi pytam o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zbadania, czemu się tak nazywają. Przetrząsnąłbym każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów, każde "wstęp wzbroniony" nęci do wstępowania, wszystko, co tajemnicze - do śledzenia". [s.84]
Egon Erwin Kisch
Kisch jako reporter zaczynał od notatek w rubrykach kryminalnych praskich gazet "Prager Tagblatt" i "Bohemia". Z racji swojego zawodu miał częsty kontakt z praskim półświatkiem a nawet światem przestępczym, opisując w swojej gazecie kradzieże z włamaniem, podpalenia, bójki prostytutek itp. Wiele z tych doświadczeń wykorzystał później w swoich tomach reportaży "Z praskich ulic i nocy" z 1912, "Przygody w Pradze" z 1920, a także w swojej powieści "Opiekun dziwek" z 1914, opowiadającej o środowisku praskich prostytutek i sutenerów. Kisch poznał też środowisko artystyczne Pragi, zarówno niemieckie jak i czeskie. Wśród literatów, z którymi spotykał się w praskich kawiarniach i gospodach, byli m.in Rainer Maria Rilke, Max Brod, Franz Kafka i Jaroslav Hašek, autor "Przygód dobrego wojaka Szwejka", z którym łączyła go długoletnia przyjaźń. Opowieści tam zasłyszane spożytkował później w wielu swoich reportażach literackich, np. słynnym opowiadaniu o praskiej prostytutce "Wniebowzięcie Szubienicznej Toni", które znajduje się także w omawianej przeze mnie książce "Jarmark sensacji". Aby napisać dobry reportaż Kisch był w stanie zrobić wiele. Tak o tym pisze w tekście zatytułowanym "O reportażu":
"Tłoczyłem się z masą ludzi pragnących się ogrzać, czekałem wraz z głodnymi w kuchni ludowej na zupę dla biedoty, z bezdomnymi spałem w nocnym przytułku, z bezrobotnymi rąbałem lód na Wełtawie, z flisakami płynąłem do Hamburga, statystowałem w teatrze, z orszakiem proletariatu w łachmanach ciągnąłem do okręgu Žatec na zbiory chmielu oraz byłem pomocnikiem hycla. Jeśli były przeszkody, odnotowywałem je, a były one często bardziej godne uwagi aniżeli sam temat". [s. 263]
"Jarmark sensacji" to, jak pisze we wstępie do książki Mariusz Szczygieł, coś więcej niż reportaż, a trochę mniej niż autobiografia, czyli coś w rodzaju autoreportażu. Teksty Kischa napisane są niezwykle obrazowym, prawie poetyckim językiem. Nie ma w tym jednak przesady, która przeszkodziłaby czytelnikowi w odbiorze lub przesłoniła fakty. Na swój styl Kisch wpadł podczas pisania pierwszego reportażu z pożaru młynów, o czym pisze w tekście zatytułowanym "Debiut przy pożarze młynów". Na miejsce dotarł późno, brak mu było doświadczenia i nie potrafił zebrać wszystkich ważnych szczegółów i faktów dotyczących pożaru. Musiał jednak coś napisać. Jego uwagę zwróciła obserwująca pożar grupa bezdomnych. Zainteresował się nimi i zaczął, z wykorzystaniem swojej wyobraźni, opisywać ich życie i historię. Myślał, że poniósł porażkę i nie sprawdził się jako reporter. Oczekiwał natychmiastowego zwolnienia z pracy reportera. Okazało się jednak, że to co napisał, właściwie zmyślił, było dużo prawdziwsze od relacji innych reporterów, które i tak się różniły co do faktów i szczegółów dotyczących przebiegu pożaru. Czytelnicy byli zachwyceni jego reportażem, uwierzyli w to co napisał. I tak oto fikcja okazała się bardziej wiarygodna od prawdy.

Teksty Kischa są przemyślane, nie ma tam właściwie zbędnych słów. Kisch pisał bardzo inteligentnie, zajmująco i dowcipnie. Widać, że miał duże poczucie humoru, ponieważ potrafił śmiać się także z samego siebie. Lubił pisać o sobie, być jednym z bohaterów swoich reportaży. Trzeba przyznać, że jako reporter miał dużo szczęścia, udało mu się bowiem w niemal niewiarygodny sposób rozwiązać kilka naprawdę poważnych spraw kryminalnych, nie wspominając już o słynnej swego czasu aferze szpiegowskiej z udziałem pułkownika Alfreda Redla ("Jak się dowiedziałem, że Redl był szpiegiem"). Nie brak też wśród autoreportaży E.E.K. rzeczy poruszających, jak np. "Matka mordercy", gdzie mamy opowieść starej kobiety, która w obronie syna wyznaje, że to ona jest morderczynią i przyczyną wszelkiego zła, czy wręcz wstrząsających, jak np. "Reporter zostaje żołnierzem", gdzie opisał całą prawdę o wojnie. Brał udział w bitwie, właściwie chaotycznej ucieczce, w której zginęło, utonęło lub zostało rozszarpanych granatami, 3000 żołnierzy austro-węgierskich. On sam cudem przeżył. Widział rzeczy, o których nikt potem nie napisał w gazetach, a to co można było w nich przeczytać, było śmiechu warte i niezgodne z prawdą. Nie wszystko jest jednak takie ponure. W tej książce znajdziemy dużo humoru, jak choćby w kończącym ją, chyba najśmieszniejszym tekście trochę w stylu Jarosława Haszka pt. "Stacja wyjściowa", w którym Kisch śmieje się ze swojego nazwiska, rzekomo pochodzącego z Węgier, oraz z samych Węgrów.


"Jarmark sensacji" przeczytałem naprawdę z dużą przyjemnością. Książkę czyta się znakomicie, nic się nie zestarzała, pomimo upływu 72 lat od jej napisania (wydana została w Meksyku w 1942, gdzie E.E.K uciekł przed nazistami). Stanowi ona nieocenione źródło informacji o tamtych ciekawych czasach. Osobiście bardzo lubię ten okres w historii Europy. Lubię także Czechów, którzy potrafią mówić i pisać nawet o najpoważniejszych sprawach z pewną charakterystyczną i niepowtarzalną nutą ironii, czego nie potrafią inne narody. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Egona Erwina Kischa uważam za bardzo udane i z dużą radością sięgnę po kolejne książki jego autorstwa.

Egon Erwin Kisch "Jarmark sensacji", przełożył Stanisław Wygodzki, wstęp Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Agora, Biblioteka Gazety Wyborczej, Reporterzy dużego formatu, wydanie III, Warszawa 2014, s. 288.

wtorek, 23 października 2012

Szczyt przyjemności dają nam fragmenty

Thomas Bernhard, Obernathal, 1988r

Tu w sali Bordona mam najlepsze warunki do medytacji, a gdybym miał kiedyś ochotę po­czytać sobie tu na ławce, na przykład mojego ulubione­go Montaignea lub mojego jeszcze bardziej ulubionego Pascala, czy też mojego jeszcze bardziej ulubionego Vol­tairea, jak pan widzi, moi ulubieni autorzy to sami Fran­cuzi, ani jednego Niemca, mogę to tutaj uczynić z naj­większą przyjemnością i z największym pożytkiem. Sala Bordona to zarówno moja czytelnia, jak i myślarnia. A kiedy mam ochotę na łyk wody, Irrsigler przynosi mi szklankę wody, nie muszę nawet wstawać. Czasami lu­dzie są zdumieni, widząc, że tak tu sobie siedzę na ławce i czytam Voltairea, pijąc ze szklanki czystą wodę, dziwią się, potrząsają głową i przechodzą dalej, tak jakby brali mnie za obłąkanego ze specjalnym państwowym zezwo­leniem na błazeńską wolność. Już od lat nie przeczyta­łem w domu ani jednej książki, natomiast tu, w sali Bor­dona, przeczytałem setki książek, nie znaczy to jednak, że tu, w sali Bordona, wszystkie te książki przeczytałem kompletnie, w życiu nie przeczytałem jednej książki kom­pletnie, czytam książki na modłę nadzwyczaj utalentowa­nego kartkującego, to znaczy jestem kimś, kto woli kart­kować niż czytać, kto zatem dziesiątki, w niektórych okolicznościach i setki stron kartkuje, nim choć jedną przeczyta; kiedy jednak tę jedną stronę czyta, czyta ją tak gruntownie jak nikt inny i z największą pasją czytelni­czą, jaką można sobie wyobrazić. Musi pan wiedzieć, że jestem typem nie tyle czytającego, ile kartkującego, kart­kowanie uwielbiam na równi z czytaniem, w życiu kartkowałem miliony razy więcej, niż czytałem, a kartkowa­nie dawało mi tyle radości, co czytanie, i faktycznie tak samo dodawało mi ducha. W sumie przecież lepiej prze­czytać niechby i trzy strony trzystustronicowej książki, za to tysiąc razy gruntowniej niż normalny czytelnik, który wszystko niby przeczyta, ale nawet jednej strony gruntownie, powiedział. Lepiej przeczytać dwanaście li­nijek książki z najwyższą intensywnością, czyli, jak moż­na by powiedzieć, przebić się do Całości, niż gdybyśmy przeczytali całą książkę tak jak normalny czytelnik, który w końcu przeczytaną przez siebie książkę zna równie powierzchownie, jak lecący samolotem pasażer krajo­braz, nad którym leci samolot. Nie postrzega nawet za­rysu terenu. A dzisiaj wszyscy czytają wszystko w locie, czytają wszystko, niczego nie znają. Ja, wszedłszy do książki, zaraz się do niej wprowadzam, proszę sobie wyobrazić, zapieram się rękami i nogami i siłą trzeba mnie z niej wyrywać, wkraczam na dwie, trzy strony tekstu fi­lozoficznego, tak jakbym wkraczał na jakiś teren, w przy­rodę, na terytorium państwa, część świata, niech panu będzie, aby w ową część świata wedrzeć się nie zaledwie niecałą siłą i niecałym sercem, lecz całkowicie, aby ją zbadać, a następnie, po zbadaniu jej tak gruntownym, jak to tylko jest w mojej mocy — móc dojść do konkluzji o Całości. Kto wszystko czyta, niczego nie pojął, powie­dział. Nie trzeba koniecznie czytać całego Goethego, ca­łego Kanta, niekoniecznie też całego Schopenhauera —wystarczy parę stron Wertera, parę stron Powinowactw z wyboru, a więcej już wiemy o obu tych książkach, niż gdybyśmy je przeczytali od deski do deski, co tak czy inaczej i tak pozbawia nas czystej przyjemności. Zdoby­cie się jednak na owo drastyczne samoograniczenie wy­maga wiele odwagi i tyle siły ducha, że człowiek niezmiernie rzadko może ją w sobie znaleźć, i my sami rzad­ko ją w sobie znajdujemy; człowiek czytający jest ohyd­nie żarłoczny, jak mięsożerca, i jak mięsożerca psuje so­bie żołądek, zdrowie w ogóle, i psuje sobie głowę wraz z całą duchową egzystencją. Nawet rozprawę filozoficzną lepiej rozumiemy nie wtedy, gdy pożremy ją doszczętnie w Całości za jednym zamachem, tylko wtedy, gdy wybie­rzemy sobie jeden szczegół, od którego wychodząc, w szczęśliwym wypadku dotrzemy do Całości. Szczyt przy­jemności dają nam przecież fragmenty, tak jak i w życiu osiągamy szczyt przyjemności, przyglądając mu się we fragmentach, a jaką grozę budzi w nas Całość i w gruncie rzeczy też to, co doskonałe, kompletne. Dopiero kiedy w szczęśliwym wypadku zdołamy sprowadzić Całość, to, co kompletne, dokonane, do fragmentu, przystąpiwszy do lektury, możemy osiągnąć wyżyny, w pewnych okolicznościach wręcz szczyty rozkoszy. Nasza epoka jako Ca­łość od dawna jest już przecież nie do wytrzymania, po­wiedział, jest znośna tylko wtedy, kiedy widzimy ją we fragmencie. Całość i skończona perfekcja są dla nas nie­znośne, powiedział. Tak samo w gruncie rzeczy nieznoś­ne są dla mnie wszystkie te obrazy, tu, w Kunsthistori­sches Museum, uczciwie mówiąc, są dla mnie okropne. Żeby je móc znieść, na każdym z nich i w każdym szu­kam tak zwanego kardynalnego błędu, procedura ta zawsze, jak dotąd, prowadziła mnie do mojego celu, a mianowi­cie, by każde z tych tak zwanych skończonych, perfek­cyjnych dzieł sztuki sprowadzić do fragmentu, powie­dział. Skończona perfekcja nie tylko nieprzerwanie gro­zi nam zagładą, lecz wręcz tę zagładę na nas sprowadza, wszystko to, co opatrzone mianem arcydzieła, wisi tutaj na ścianach, powiedział. Wychodząc od tego, że dosko­nała perfekcja, że Całość w ogóle nie istnieje, posuwam się o krok za każdym razem, kiedy tylko każde wiszące tu na ścianie tak skończone perfekcyjnie dzieło sztuki sprowadzę do fragmentu, szukając, dopóki się w nim nie doszukam, w tymże dziele sztuki, jakiegoś kardynalnego błędu, punktu rozstrzygającego o klęsce artysty, któ­ry je stworzył. I w każdym z tych obrazów, z tych tak zwanych arcydzieł, odnajdywałem i odkrywałem zawsze jakiś kardynalny błąd, potrafiłem doszukać się klęski jego twórcy. I przez ponad trzydzieści lat sprawdzała się ta moja, haniebna, pomyśli pan może, rachuba. Żadne z tych arcydzieł światowej sławy, obojętnie czyje, nie jest w rzeczy samej całe i doskonałe. I to mnie uspokaja, po­wiedział. To mnie w gruncie rzeczy uszczęśliwia. Tylko wciąż na nowo przekonując się, że Całość nie istnieje, że nie ma skończonej perfekcji, jesteśmy w stanie żyć dalej. Całość i Perfekcja są dla nas nie do wytrzymania. Musi­my pojechać do Rzymu i stwierdzić, że Bazylika św. Pio­tra to tandetne bezguście, zaś ołtarz Berniniego jest de­bilny architektonicznie, powiedział. Papieża musimy uj­rzeć twarzą w twarz i stwierdzić osobiście, że koniec koń­ców również i on jest równie groteskowym bezradnym człowiekiem, jak wszyscy inni — żeby móc wytrzymać. Musimy słuchać Bacha i usłyszeć, jak Bach ponosi klę­skę, Beethovena słuchać i usłyszeć, jak Beethoven pono­si klęskę, nawet Mozarta słuchać i usłyszeć, jak i Mozart ponosi klęskę. I tak samo należy postępować z tak zwa­nymi wielkimi filozofami, nawet jeśli są oni naszymi ukochanymi artystami ducha, powiedział. Pascala nie kochamy przecież dlatego, że jest wielkim dokonaniem, tylko dlatego, że w gruncie rzeczy jest tak bezradny, tak samo Montaignea kochamy ze względu na jego całe ży­cie, poszukującą, choć nieznajdującą bezradność, i Vol­tairea z powodu jego bezradności. W ogóle przecież ko­chamy filozofię i ogólnie całą humanistykę w sumie je­dynie dlatego, że jest tak bezradna. Tak naprawdę to ko­chamy tylko te książki, które nie są Całością, które są chaotyczne, bezradne. Tak jest z wszystkimi i z każdym z osobna, powiedział Reger, także jakiś człowiek szcze­gólnie nas pociąga tylko dlatego, że jest bezradny i że nie jest cały, dlatego, że jest chaotyczny, a nie doskonały. 
Thomas Bernhard "Dawni mistrzowie". 

niedziela, 14 października 2012

Taki więc jestem

Niedziela, 19 lipca 1910, spałem, budziłem się, spałem, budziłem się, nędzne życie. Gdy się nad tym zastanawiam, muszę wyznać, że moje wychowanie zaszkodziło mi bardzo pod niejednym względem. Bo przecież nie wychowano mnie gdzieś na ustroniu czy w jakiejś ruinie wśród gór — przeciwko temu nie mógłbym zdobyć się na choćby słowo zarzutu. Ryzykując, że cały szereg mych dawnych nauczycieli nie będzie w stanie tego pojąć, przyznaję, że chętnie, bardzo chętnie byłbym takim małym mieszkańcem ruin, opalonym od słońca, które pośród gruzów świeciłoby mi na mdły bluszcz, chociażbym nawet na początku osłabł pod naporem własnych moich zalet, które wybujałyby we mnie z uporczywością chwastu. Gdy się nad tym zastanawiam, muszę wyznać, że moje wychowanie zaszkodziło mi bardzo pod niejednym względem. Ten zarzut godzi w mnóstwo ludzi, mianowicie w moich rodziców, w paru krewnych, w niektórych odwiedzających nasz dom, w rozmaitych pisarzy, w pewną ściśle określoną kucharkę, która przez cały rok odprowadzała mnie do szkoły, w zgraję nauczycieli (którą muszę ścisnąć we wspomnieniu, inaczej ten i ów wymknie mi się; ale żem ją tak mocno stłamsił, całość tu i ówdzie rozsypuje się znowu), w pewnego inspektora szkolnego, w powoli wlokących się przechodniów, krótko mówiąc, zarzut ten przekłuwa kręto jak sztylet całe społeczeństwo i nikt — powtarzam — niestety nikt nie jest zabezpieczony przed nagłym pojawieniem się kiedyś czubka sztyletu z przodu, z tyłu, z boku. Na ów zarzut nie chcę słyszeć żadnej repliki, gdyż słyszałem ich już zbyt wiele, a że w większości ich udowodniono również, że nie mam racji, włączam te repliki do mego zarzutu i oświadczam, że moje wychowanie i te wywody pod niejednym względem bardzo mi zaszkodziły.[...]

24 grudnia. Przyjrzałem się teraz dokładniej swemu biurku i zrozumiałem, że nic dobrego zrobić na nim nie można. Tyle gratów leży tu bezładnie, tworząc nieład nie uporządkowanych przedmiotów, bez rytmu i bez jakiej bądź harmonii, która czyni zresztą wszelki nieład znośnym. Niech tam sobie na zielonym suknie będzie nieporządek, jaki chce. Bywało to dopuszczalne również na parterze dawnych teatrów. Ale żeby z miejsc stojących... (ciąg dalszy jutro)

25 grudnia. ...z otwartej przegrody pod nasadą stołu sterczały na kształt schodów nie oprawione tomy starych gazet, katalogi, widokówki, listy, wszystkie częściowo podarte, częściowo otwarte w formie schodów; ten niegodziwy stan psuje wszystko. Poszczególne, stosunkowo duże graty na parterze występują najwyraźniej, jakby wolno było w teatrze, aby na widowni kupiec porządkował swoje handlowe księgi, cieśla walił młotem, oficer machał szabla, duchowny przemawiał do serc, uczony do rozumu, polityk do obywatelskiego sumienia, aby zakochani nie krępowali się itd. Tylko na moim biurku stoi na baczność lustro do golenia tak, jak się je używa przy goleniu; szczotka do ubrań leży na stole, odwrócona swoją szczeciniastą powierzchnią, portmonetka drzemie otwarta, na wypadek gdybym chciał płacić, z pęku kluczy wystaje jeden gotowy do dzieła, a krawat owija się jeszcze strzępem wokół zrzuconego kołnierzyka. Sąsiadująca od góry, zwężona nieco przez małe zamknięte boczne szufladki, otwarta przegroda nasady stołu to nic innego jak rupieciarnia; to niby niski balkon widowni, właściwie najbardziej rzucającą się w oczy część teatru, zarezerwowaną dla najpospolitszej hołoty, dla starych światowców, u których brud powoli wypełza z wnętrza na zewnątrz, dla ordynarnych dryblasów, którzy zwieszają nogi przez poręcz balkonu. Rodziny z takim mnóstwem dzieci, że ogarnia się je tylko przelotnym spojrzeniem, nie mogąc ich się doliczyć, zostawiają tu brud ubogich Izb dziecinnych (przecież już chlupie na parterze); w mrocznej czeluści siedzą nieuleczalnie chorzy, widać ich na szczęście tylko wtedy, gdy się w głąb błyśnie światłem itd. W tej przegrodzie leżą stare papiery, które dawno już bym wyrzucił, gdybym miał kosz na papiery, ołówki z połamanymi szpicami, puste pudełko od zapałek, przycisk na listy z Karlovych Varów, liniał o krawędzi, której wyboistość większą jest niż na wiejskiej drodze, sporo spinek do kołnierzyków, tępe nożyki do brzytwy (dla tych rzeczy nie ma miejsca na świecie), przytrzymywacze do krawatów i jeszcze jeden ciężki, żelazny przycisk na listy. W wyższej przegrodzie — nędza, nędza, a przecież zamiar był dobry. Jest wszakże północ, ale — ponieważ wyspałem się bardzo dobrze — jest to tylko częściowym usprawiedliwieniem, skoro za dnia w ogóle nic nie napisałem. Zaświecona żarówka, zaciszne mieszkanie, ciemność za oknem, ostatnie chwile czuwania —oto, co mnie uprawnia do pisania najnędzniejszych choćby miernot. Korzystam spiesznie z tego prawa. Taki więc jestem.

26 grudnia. Przez dwa i pół dnia byłem, niezupełnie zresztą, sam, i już — jeślim nawet nie przeobraził się —jestem na drodze do tego. Samotność ma nade mną moc nigdy niezawodną. Moje wnętrze rozluźnia się (na razie na powierzchni tylko) i jest gotowe ujawnić jeszcze większą głębię. Trochę ładu zaczyna dokonywać się we mnie i niczego nie potrzebuję bardziej, gdyż nieład przy nikłych zdolnościach to zło najgorsze.

27 grudnia. Moje siły nie wystarczają już, by napisać jakiekolwiek zdanie. Ach, gdyby chodziło tylko o słowa, gdyby dość było dopisać jedno słowo i odwrócić się spokojnie i z przeświadczeniem, że się to słowo całkowicie wypełniło sobą. Częściowo przespałem popołudnie, czuwając rozważałem niektóre przeżycia miłosne w mojej młodości, utknąłem zły na pewnej zmarnowanej sposobności (leżałem wówczas trochę przeziębiony w łóżku, a moja guwernantka czytała mi głośno Sonatę Kreutzerowską, przy czym umiała rozkoszować się moim podnieceniem), zastawiłem sobie jarską kolację, doznałem przyjemności trawienia oraz obawy, czy światło mych oczu wystarczy mi na całe życie.

Franz Kafka "Dziennik".

środa, 6 czerwca 2012

Thomas Bernhard o fotografowaniu


"Pogardzam ludźmi, którzy nieustannie zajmują się fotografowaniem i cały czas biegają wkoło z apa­ratami zawieszonymi na szyi. Nieustannie poszukują moty­wów i fotografują wszystko i wszystkich, nawet najbardziej bezsensowne rzeczy. Mają w głowie tylko to, żeby nieustannie przedstawiać samych siebie, zawsze w najbardziej odpychają­cy sposób, czego jednak nie są świadomi. Utrwalają na foto­grafiach perwersyjnie zniekształcony świat, niemający z rze­czywistym nic wspólnego poza tym, że jest jego perwersyjnym zniekształceniem, któremu wyłącznie oni są winni.