Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2016

Biurokrata na wakacjach




Teatrzyk Zielona Gęś ma zaszczyt przedstawić:

"Biurokratę na wakacjach" 

Osoby:

Biurokrata i Amator Kąpieli 

Amator Kąpieli
(pośrodku jeziora): Ratunku! 

piątek, 7 października 2016

Smutne miasteczko





"Smutne miasteczko" - Wojciech Młynarski

Raz państewko mi się przyśniło
otoczone górami w koło,
co od innych tym się różniło,
że w nim strasznie było wesoło.
Żarty brzmiały na każdym kroku,
żartowali duzi i mali,
ludzie całkiem nie mieli boków,
bo ze śmiechu je pozrywali.

niedziela, 5 lipca 2015

Spoza nas



Spoza nas (wiersz z banałem w środku)

nie bój się chodzenia po morzu
nieudanego życia
wszystkiego najlepszego
dokładnej sumy niedokładnych danych
miłości nie dla ciebie
czekania na nikogo

przytul w ten czas nieludzki
swe ucho do poduszki

bo to co nas spotyka
przychodzi spoza nas

Jan Twardowski





Źródło zdjęcia: Sarolta Ban

wtorek, 6 stycznia 2015

"O nieczytaniu" Piotr Nowak



"Wyrastałem w świecie, w którym nieznajomość pewnych tytułów kompromitowała, zaś nieczytanie książek po prostu wykluczało z „towarzystwa” (głównie z imprez, gdzie piło się z taką samą intensywnością, z jaką dyskutowało Materię i pamięć Bergsona). To jednak przeszłość. Dzisiaj poniekąd wszyscy – choć mniejszość z nas czyta na okrągło – „żyjemy” z nieczytania. Nie sposób przecież utrzymywać w dobrej wierze, że czyta się wszystko, jak leci – to niemożliwe. Przeciwnie: nieczytanie stało się koniecznością, normą, dobrym obyczajem. Jakoś zdawałem sobie sprawę z tego przesunięcia, lecz dopiero kapitalny esej Pierre’a Bayarda Jak rozmawiać o książkach, których się nie czytało? uzmysłowił mi skalę nieczytania oraz co to dla nas znaczy.

Okazuje się, że istnieje wiele sposobów nieczytania książek. Poza najgłupszym z nich, sprowadzającym się do odmowy brania słowa pisanego do ręki, można nie czytać książek bardzo inteligentnie, czego przykładem jest bibliotekarz z powieści Roberta Musila Człowiek bez właściwości. Kładzie on nacisk na niezaglądanie do książek, jakie znajdują się pod jego pieczą. Ten bowiem, kto bierze poważnie treść książek, ich sens, „już jest zgubiony jako bibliotekarz”. Jeden z najczęściej spotykanych stereotypów dotyczących czytania książek głosi, że tylko ten może rozmawiać na ich temat, kto je przeczytał. Nic bardziej mylnego! Musilowski bibliotekarz nie dość, że nie przeczytał nigdy ani jednej książki, to nie wyobraża siebie życia bez nich oraz tego, że ktoś zna je lepiej niż on sam. Jego przeciwieństwem jest Gogolowski Pietrek, stangret Cziczikowa, który namiętnie czyta wszystko, co wpadnie mu w ręce, nie rozumiejąc wszakże sensu, nie łapiąc sedna choćby na poziomie pojedynczego zdania. O ile pierwszy z nich – doktor habilitowany bibliotekoznawstwa – delektuje się ciszą słów, o tyle Pietrka zachwyca dźwięk, jaki wydają książki, gdy czyta się je na głos – wszystko jedno, czy będą to zadania z chemii, czy Sonety do Laury. Bibliotekarz osiąga satysfakcję "poznawczą" z nieczytania, stangret czerpie z lektury wyłącznie przyjemność "estetyczną" – może nie bezpośrednio z książek, ale z tego, jak brzmią. Dla rosyjskiego stangreta książki stanowią część rozśpiewanej natury, bibliotekarz widzi w nich pojedyncze elementy składające się na kulturę. Najważniejsza nie jest więc lektura książek, lecz dążenie do ogarnięcia całości, którą stanowią. Nie treść – zawsze przygodna, zmienna, partykularna – jest w nich istotna, ale relacja, jaką tworzą z innymi elementami całości. Same elementy, oderwane od całości, na którą się składają, nie znaczą nic. "Prawdziwa kultura – pisze Bayard – powinna być dążeniem do całkowitości i pełni, nie można jej sprowadzić do sumy poszczególnych przeczytanych książek. To dążenie z kolei zmienia perspektywę, z jakiej patrzymy na pojedynczą książkę – staramy się bowiem wznieść ponad jednostkowość i zwracać uwagę raczej na miejsce, które zajmuje w systemie relacji z innymi"

Jadąc nie tak dawno autem z moim redakcyjnym kolegą Marcinem Rychterem, rozmawialiśmy o książce Pierre’a Bayarda. Marcin zwrócił mi wówczas uwagę na opowiadanie Patricka Süskinda Amnezja in litteris (1998, przekład Małgorzaty Łukasiewicz) traktujące o kłopotach, z jakimi jego bohater boryka się, gdy starą, dawno przeczytaną przez siebie książkę bierze za książkę nową. "Schorzenie" to związane jest z całkowitym zanikiem pamięci literackiej, ze stanem, w którym to, co już przeczytane, miesza się z tym, co dopiero zamierzamy przeczytać. Słuchałem tego z ciekawością. Można wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy odkryłem u siebie w domu tę samą książkę Süskinda, nie dość, że dawno przeze mnie przeczytaną, to jeszcze solidnie obnotowaną. Nic z niej nie pamiętałem! Dlaczego jednak takie zapomnienie miałoby być zapomnieniem twórczym? Zapominając książkę Süskinda, wypierając ją ze świadomości, zwolniłem tym sposobem – taka jest moja wersja – miejsce dla jakiejś innej książki, które zajęła – może tak być – właśnie książka Bayarda. Na szczęście symptomy mojej "choroby" okazały się na tyle powszechne, że przestałem się nimi przejmować. Bo oto Montaigne pisze: "(…) zdarzało mi się nieraz brać w rękę jakoby nowe i nieznane książki, które czytałem pilnie parę lat wprzódy i zabazgrałem przypiskami". Oczywiście, można próbować udawać, że odszyfrowywanie poczynionych przed laty skrótów, lektura własnych zapisków, tych wszystkich zabawnych obelg, jakie z boku wypisujemy pod adresem autora, to próba odnalezienia siebie. Mnie to nie wychodzi – po prostu nie rozpoznaję się w moich dawnych bóstwach i fascynacjach, nie rozumiem stanu umysłu, w jaki wepchnęły mnie te niegdyś żywe, dziś kompletnie zapomniane, książki. Moje notatki są mi tak samo obce, jakby sporządziła je cudza ręka. Kto je pisał? Kim jestem? Kim byłem? Zagadka.

Nigdy nie zachowujemy w pamięci całych książek (to niemożliwe), lecz tylko ich sens, obrys, luźne fragmenty, najczęściej wymieszane z innymi książkami – z ich sensem i fragmentami. Co więcej, czytając „grubą” książkę, jej kolejne tomy, na przykład Człowieka bez właściwości, łapiemy się na tym, że już przy końcu tomu trzeciego nie pamiętamy, kim była Bonadea czy jakiemu hobby oddawał się generał von Stumm (scyzorykom). Zapomnienie wszakże – o czym nie pamiętamy – jest do czytania tak samo potrzebne, jak dobra pamięć czy okulary.

W pewnym wieku przestaje się czytać książki. Dlatego powtarzam studentom, aby czytali je, ponieważ bardzo szybko (zaraz po studiach) przejdzie im na to ochota. Nie wierzą. Spodziewają się, że ciekawość i chłonność, przywileje młodego wieku, zachowają na zawsze. Tymczasem wraz z biegiem życia lektura książek daje coraz mniejszą satysfakcję. Po co w takim razie czyta się je nadal? Niekiedy dla pieniędzy (gdy ma się ten fart, że płacą za czytanie), trochę z przyzwyczajenia, a trochę dlatego, że jest się w tym stosunkowo dobrym – na pewno lepszym od tych, którzy dopiero uczą się rozpoznawać labirynt kultury".

Cały tekst można znaleźć: http://publica.pl/teksty/o-nieczytaniu

O czytaniu i zapominaniu możecie przeczytać też TUTAJ

Piotr Nowak "O nieczytaniu", Res Publica Nowa, 2009, nr 8.

wtorek, 4 listopada 2014

"Byłem żarłokiem, ale kochliwym"

Recenzja "Wysokiego Zamku"

"Powiedziałem już, jak wcześnie nauczyłem się czytać i pisać. Preparowałem piękne, ozdobne laurki dla ojca i matki, ozdobione mnóstwem kwiatuszków rysowanych, a i pierwsze lektury były typowe, zwyczajne — wierszy, takich jak o komarze, bajek; kiedy już po wojnie wpadł mi w rękę jakiś zbiór wierszyków dla dzieci, w których rozpoznałem lekturę sprzed trzydziestu kilku lat, zdumiewało mnie, czego też w nich nie odkrywałem jako sześcioletni chłopiec. Jakieś dramaty nieprawdopodobne i niewyrażalne, emocje, już teraz wcale we mnie z sobą nie sąsiadujące, zadziwienia i strachy, ale też i śmieszności, czaiły się dla mnie wtedy w zbiegu najniewinniejszych słów.
Dlaczego historia plamy na podłodze, której miotła nie mogła dać rady, pełna była ponurości, grozy nawet? Dlaczego wyliczanie kolejnych wron bez ogona stanowiło inkantację jakoś aż magiczną, niby ryzykowne wzywanie skrytych jakichś sił, kuszenie niewiadomego licha? Tym dziwniejsze to, że się z takich emocji, strachów, przeczuć dramatycznych nikomu nie spowiadałem, nikomu o nich nie mówiłem. Nie umiałbym chyba owych stanów wyrazić, nazwać, zapewne; ale także — jeślibym może zdolny był o tym wtedy pomyśleć w ogóle — uważałem chyba, że reakcja taka jak moja jest jedyną możliwą i całkiem zwyczajną. W każdym razie byłem wtedy podatniejszym niż dziś instrumentem, nie trzeba było wielu bodźców, uderzeń, aby wydobyć ze mnie, czy raczej, aby w głowie mojej wznieść całe gmachy uczuć i przeżyć; doprawdy, autorzy książeczek dla dzieci sami nie wiedzą, co czynią, jak zapalnym, prawda, że psychicznie tylko, materiałem żonglują bezustannie. Im się zdaje, że opowiadają pouczającą historyjkę, a tymczasem w odbiorze zamienia się ona w zagadkę albo w powikłany dramat; chcąc rozśmieszyć, nauczają misteryjnych tajemnic, rymują po częstochowsku, a rodzi się z tego w jakiejś głowie siedmioletniej wzniosła katharsis. Najniezwyklejsze były te początki, te najpierwsze lektury. Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach.

    Byłem, rzecz jasna, Mowglim, Winnetou i kapitanem Nemo, zapadły mi w pamięć okruszyny tekstów najbardziej nieoczekiwane; kupując po wojnie książkę Umińskiego Podróż bez pieniędzy, starannie ją przekartkowałem, aby odkryć jedno z piękniejszych jej zdań — „Kula, przeleciawszy z charakterystycznym grzmotem przestrzeń” — chodziło o polowanie na krokodyla czy na nosorożca, ale niestety było to wydanie zrewidowane i owa wspaniała kula z jej grzmotem znikła z niego, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. A Dolina bez wyjścia? Okropne działy się ze mną rzeczy, kiedy ją czytałem. Cóż dopiero mówić o Duchu puszczy; takie lektury nie pozwalały na nonszalancką swobodę, na wylegiwanie się pod oknem, z nogą krzesła zręcznie podrzucaną stopami, ani na klęczenie u stołu, z łokciami na blacie — musiałem być bardzo blisko osób zupełnie pewnych i dorosłych, a i tak bywało straszno. Dickensa czytać nie chciałem, był jak deszczowa beznadziejna jesień, zaś w Dumasie po prostu zginąłem, zgubiłem się — zaczęło się niewinnie, od Trzech muszkieterów, a po jakimś czasie wyglądało na to, że dla przeczytania wszystkich jego książek życia nie starczy.

    Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą.
    Czytając, zwykle coś jadłem, bo już chyba dałem do zrozumienia, że byłem żarłokiem, ale kochliwym — godzi się wspomnieć tutaj o pierwszych kobietach. Dziwnym to szło zygzakiem. Na początku była Mila, nasza praczka, miałem może pięć lat i, jak zwykle wtedy, żenić się zaraz chciałem. Cierpiała, biedaczka, na okropne żylaki. Pralek elektrycznych nie było, pranie zamieniało dom w rodzaj parnego piekła, przynajmniej kuchnię z przyległościami, na środek wyjeżdżała ogromna balia, bulgotało wulkanicznie w baniakach, potem pojawiała się maglownica drewniana, z wypełniającym pół domu rumorem; tkwiłem w tym wszystkim, rozgardiasz wcale mi nie przeszkadzał.
     Później kochałem się w nauczycielce ze szkoły powszechnej, nie pamiętam, jak wyglądała; zbiła raz mego sąsiada z ławki — w szkole powszechnej na ogół można było dostać tylko „pacę” linią, w otwartą i wyciągniętą dłoń, ale ten chłopak był twardy, zimny, okropnie krnąbrny i arogancki, ukochana moja wytrzepała mu ze spodenek chmary kurzu. Nawet nie pisnął ani łzy nie uronił, niesłychanie mi tym imponując.
   Powoli specjalnością moją stawała się miłość nieszczęśliwa. Zakochałem się do szaleństwa w dziewczynce starszej ode mnie o jakieś cztery lata, a więc pannie prawie dorastającej, gdy ja miałem koło dziesięciu lat. Dziewczę to obserwowałem z dala, w Ogrodzie Jezuickim, w sposób kontemplacyjny, mało się ruszając. Byłem już porządnie tłusty, postacią zaczynałem przypominać gruszkę, chociaż dokładniej formę jej, najszerszą poniżej środka, imitowałem później w gimnazjum. Twarz miałem pucołowatą, oczy zwykle dość wytrzeszczone, bo z natury byłem ciekawy, a i gębę często rozdziawiałem, zdaje się, sądziłem, że dodaje mi to uroku. Nie miałem tedy zbyt wielu szans, zresztą nie wyobrażałem sobie żadnych ziszczeń, nie wiedziałem bowiem, co można robić z dziewczynkami innego, aniżeli biegać za nimi wieczorem, w ogrodzie, od krzaka do krzaka, i straszyć je latarką. Miłość moja do dziewczynki z Ogrodu Jezuickiego nie miała więc żadnej akcji, nie nosiła piętna rozwoju, a jednak była niezwykle intensywna. Zdaje się, żem wyznał ją rodzicom, inaczej nie udawałoby mi się przebywać dostatecznie często w tym doskonałym punkcie, z którego mogłem ją obserwować. Chyba nic o mnie nie wiedziała, nie zamieniłem z nią jednego słowa, a jednak linia jej profilu, podbródka, warg wypaliła mi się w pamięci tak dokładnie, że pozostał tego ślad do dzisiaj.

    Ciekawe, że gwałtowność takich platonicznych zakochań wcale nie przeszkadzała w miłostkach (jeżeli to były miłostki) bardziej, jak by powiedzieć — gminnych? Bodajże ośmioletniego, ojciec, wchodząc do kuchni, zastał mnie raz przy trywialnym zajęciu szczypania służącej w zadek. Zmieszany, powiedział coś w rodzaju „ach, tak” lub „ach, przepraszam” i zaraz wyszedł. Ciekawe też, że mogę przypomnieć sobie nieco z ówczesnych moich czynów, a nawet emocji, natomiast żadnych myśli; bardzo możliwe, że w ogóle nie wybiegałem nimi poza krąg danych bezpośrednio, zmysłowych doświadczeń. Na ulicy Słowackiego znajdowało się naprzeciw Poczty Głównej biuro Cunard Line, towarzystwa okrętowego, a w każdym z jego okien stał wielki model oceanicznego parowca. Chodziły za mną, śniły mi się te wspaniałe statki, miały wszystko, jak się należy, nawet mosiężne śruby u sterów, olinowania, maszty, niezliczone okna w szeregach, pokłady, mostki, miniaturowe szalupy, schodki i koła ratunkowe. Marzyłem o nich beznadziejnie i żarliwie, prawdopodobnie w sposób równie idealny marzył Kuba Rozpruwacz o dziewczynkach, które nie powpadały mu w ręce. Jego rojenia były pewno tak samo niewinne jak moje, u szyb Cunard Line, dopiero urzeczywistnienie stawało się drogą wiodącą do zbrodni. Może więc i dobrze się stało, że żadnego z owych dwumetrowych cudów nie udało mi się nigdy przybliżyć na odległość ręki — albowiem prędzej czy później sięgnąłbym po młotek.
   Dziecko, którym byłem, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowałem nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej należy wziąć pod uwagę, że byłem słaby fizycznie i obawiałem się represji ze strony dorosłych. Ojciec nie bił mnie nigdy, matka czasem kuksała, to wszystko, ale było wszak wiele innych, mniej bezpośrednich środków i sposobów, od reprymendy słownej po obostrzenia leguminowe. Gdyby czteroletnie dzieci dorównywały wszakże siłą rodzicom, świat nasz wyglądałby inaczej. Tworzą doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie są mniej skomplikowane od ludzi dojrzałych — a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu. Czy bowiem nie z rozpaczą w sercu rozwalałem zabawki? Czy nie żałowałem potem (niezależnie od nakładanych kar) ich utraty? Dlaczego, taki strachliwy, smakowałem w sytuacjach ryzykownych — naprawdę? Coś ciągnęło wszak, aby wychylać się z okna możliwie daleko, a dobrze wiedziałem, choćby dzięki historii „człowieka-muchy”, czym grozi upadek z drugiego piętra. Pamiętam też, jak przeraziłem wuja, kiedy zimą na wakacjach w Tatarowie wlazłem naraz pod lokomotywę pociągu, który miał właśnie ruszyć, żeby czym prędzej odłamać zwisający spod cylindrów sopel lodu. Bałem się bardzo, że pociąg ruszy i obetnie mi nogi, ale widocznie ów sopel był mi nadzwyczaj potrzebny. Czyżby to miała być tak zwana przez psychologów czynność przymusowa, rodzaj natręctwa? Są to zjawiska znane, przechodziłem przez okresy liczenia okien, drzwi, przez fazy skomplikowanych rytuałów, musiałem chodzić tak, aby stąpać tylko po płytach chodnika, nie zbliżając się stopą do ich złączeń, a już z oddychaniem miałem niesamowite kłopoty. Próbowałem nie oddychać, jak długo się dało, albo znów robić to jakoś specjalnie, były tam jakieś wdechy i wydechy, szczególnie przed zaśnięciem, jakieś osobliwe formowanie jaśka i poduszki pod głową, budowanie kojca z kołdry i tak dalej.
    Zdarzały mi się także, czasem w chorobie, a czasem i kiedy byłem całkiem zdrów, osobliwe sensacje, zwane — jak się o tym dowiedziałem trzydzieści lat później — zaburzeniami schematu ciała. Leżałem sobie w łóżeczku, z rękami na piersiach, i naraz dłonie zaczynały rosnąć, natomiast ja sam spoczywałem pod ich ogromem nieprawdopodobnym coraz to mniejszy — powtarzało się to, zawsze w sposób dość podobny, i na pewno na jawie. Pięści urastały mi do rozmiarów iście górskich, palce przemieniały się w jakieś zamknięte, ogromne łuki, wszystko w nich ulegało zmonstrualnieniu, elefantiazie, lękałem się tego trochę, ale znów nie zanadto, było to bardzo dziwne — i nikomu o tym nie mówiłem.



Stanisław Lem, Wysoki Zamek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, str. 44-48
 

piątek, 12 września 2014

93 rocznica urodzin Stanisława Lema



W związku z tym, że dziś przypada 93 rocznica urodzin Stanisława Lema, jednego z moich ulubionych pisarzy, postanowiłem to jakoś uczcić i zaznaczyć na blogu. To początek skromnego cyklu, Urodziny Mistrzów, zapoczątkowanego wpisem o 100 urodzinach Julio Cortazara.



"Ojciec, kiedy pisał – a jeśli akurat nie czytał, to zazwyczaj pisał – palił niemal bez przerwy. Kiedy wchodziło się do jego pokoju, pod sufitem unosiła się chmura mentolowego dymu Salemów. Atmosfera, na którą składał się dym papierosowy, zapach zakurzonych książek, stukot maszyny do pisania, przy której siedział nieobecny, zatopiony w myślach, miała w sobie coś, od czego mogło się zakręcić w głowie – coś głębokiego, nieuchwytnego, magicznego i podniosłego zarazem".

Tomasz Lem "Awantury na tle powszechnego ciążenia".


*** 

 Nic.

* * *



Nic.



* * *



Nic, ale to zupełnie nic.



* * *



Zdawało mi się, że coś, lecz gdzie tam. Nic.



* * *



Nie ma nic — mnie też nie.



* * *



Jak długo jeszcze? Nic.



* * *



Jak gdyby coś, chociaż to niepewne. Muszę się skoncentrować.



* * *



Coś, ale bardzo niewiele tego. W innych okolicznościach uznałbym, że nic.



* * *



Lodowce białe i błękitne. Wszystko jest zrobione z lodu. Ja też.



* * *



Ładne te lodowce, gdyby tylko nie było tak cholernie zimno.



* * *



Igły lodowe i śniegowe kryształki. Arktyka. Kra w gębie. Szpik w kościach? Jaki tam szpik — czysty, przezroczysty lód. Jest lodowaty i sztywny.



* * *



Mrożonka — to ja. Ale co to znaczy „ja”? Oto pytanie.



* * *



Jeszcze nigdy nie było mi tak zimno. Całe szczęście, że nie wiem, co to „mi”. Mnie? Niby komu? Lodowcowi? Czy góry lodowe mają dziurki?



* * *



Jestem zimowym kalafiorem w promieniach słońca. Wiosna! Wszystko już taje. Ja przede wszystkim. W ustach — sopel albo język.



* * *



Jednak to język. Męczą mnie, turlają, łamią, trą, a nawet, zdaje się, biją. Leżę pod plastykową płachtą, nade mną — lampy. A więc stąd mi się wziął ten inspektowy kalafior. Musiałem majaczyć. Biało — wszędzie biało, ale to ściany, nie śnieg.



* * *



Odmrozili mnie. Z wdzięczności postanowiłem pisać dziennik — jak tylko będę mógł wziąć pióro do zgrabiałej ręki. W oczach — wciąż jeszcze lodowe tęcze i niebieskie lśnienia. Zimno piekielne, ale już mogę się wygrzewać.


Stanisław Lem "Kongres futurologiczny", Wydawnictwo Literackie, Kraków 1983, s. 60-61.

sobota, 30 sierpnia 2014

Muchomor wiosenny w śmietanie

Źródło


pół kilo grzybów
3 dkg masła
1 mała cebula
pół szklanki kwaśnej śmietany
2 łyżki mąki
sól, pieprz, kminek

Drobno posiekane muchomory dusić około 10 minut razem z podsmażoną na maśle cebulą, solą, kminkiem i pieprzem. Połączyć z mąką, rozrobioną z kwaśną śmietaną. Podawać do ziemniaków lub kaszy.

Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny".


piątek, 29 sierpnia 2014

Tort z muchomora czerwonego



Trzy dojrzałe, barwne
kapelusze muchomora
2 i pół szklanki cukru pudru
5 żółtek
kostka masła
cytryna
dwie łyżki rumu

Kapelusze skropić rumem. Utrzeć żółtka z dwiema szklankami cukru pudru i masłem. Dodać drobno posiekaną skórkę z cytryny. Przekładać kapelusze masą. Czerwony kropkowany wierzch tortu oblać lukrem zrobionym z reszty cukru pudru i soku cytrynowego. Jeść powoli. Czekać.

Olga Tokarczuk "Dom dzienny, dom nocny".



poniedziałek, 28 lipca 2014

"Trzeci zamach" Piotr Głuchowski


„Trzeci zamach” to moje pierwsze, bardzo udane i mam nadzieję, że nie ostatnie, spotkanie z twórczością Piotra Głuchowskiego. Książka została wydana przez Wydawnictwo Agora, tak jak i poprzednie książki tego autora w serii Kryminał. „Trzeci zamach” to właściwie thriller sensacyjny z udziałem znanej już czytelnikom pary bohaterów: dziennikarza Roberta Pruskiego oraz pięknej i do tego niezwykle inteligentnej hakerki Mai Szalawskiej.

Wszystko zaczyna się dosyć spokojnie, powiedziałbym nawet, że standardowo i banalnie, od skandalu społeczno-religijno-politycznego. Franciszek Kosma Drozd, ksiądz-biznesmen, bardzo wpływowa i ważna dla znacznej części polskiego społeczeństwa osoba, właściciel i prezes katolickiej Telewizji Horeb, Wydawnictwa Arka i wielu innych biznesów (skojarzenia z pierwowzorem są tu dosyć oczywiste) oraz inicjator budowy najwyższego na świecie pomnika papieża Jana Pawla II, zostaje na jednej z hiszpańskich wysepek sfotografowany z Karoliną Koon, celebrytką i gwiazdką porno. Pewne poznańskie wydawnictwo czując możliwość  zarobienia dużych pieniędzy na skandalu, chce wydać wspólną biografię księdza prezesa Franciszka Drozda oraz Karoliny Koon. Dlatego też zwraca się do dziennikarza Roberta Pruskiego, aby ten poprawił i uzupełnił napisaną kiedyś, a nigdy nie wydaną, książkę o gwiazdce oraz dopisał część dotyczącą biografii księdza prezesa. Pruski początkowo niechętny, zgadza się podjąć tego zadania. Ma trudną sytuację finansową i życiową, a pieniądze za książkę mogą ją przynajmniej chwilowo poprawić. Dziennikarz jako researcherkę zatrudnia Maję Szalawską.

Potem jest już jak u Hitchcocka, następuje trzęsienie ziemi, a napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną książki. Pruski i Szalawska, badając życiorys i powiązania księdza prezesa, natrafiają na wiele ciemnych spraw z jego przeszłości, a w końcu na istną puszkę Pandory, podstępną grę obcych wywiadów i największą tajemnicę XX w. Nie chcę psuć nikomu przyjemności czytania, dlatego nie będę tutaj opisywał szczegółowo prowadzonego przez parę bohaterów śledztwa dziennikarskiego. Czytanie, poznawanie nowych faktów i śledzenie odkrywanej przez nich powoli tajemnicy z przeszłości dało mi naprawdę dużą frajdę. Starałem się wczuć w konwencję i uwierzyć w wymyśloną przez autora intrygę. W przypadku wszystkich kryminałów, thrillerów i horrorów to warunek konieczny. Nie możemy co chwilę marudzić, że coś jest niemożliwe. Najwięcej wątpliwości oraz zarzutów dotyczących nierealności i niemożliwości rozwiązań fabularnych może dotyczyć samego zakończenia książki. Ale czy thriller sensacyjny, który rządzi się przecież swoimi prawami, da się zakończyć w taki sposób jak książkę non-fiction lub powieść obyczajową?

„Trzeci zamach” podobał mi się jeszcze z kilku powodów. Przede wszystkim interesujący bohater, czterdziestokilkulatek z problemami rodzinnymi i poczuciem humoru, dziennikarz z zawodu, alkoholik o wyglądzie podstarzałego hipisa. Przyznaję się, bardzo polubiłem Roberta Pruskiego. Muszę poszukać wcześniejszych książek Piotra Głuchowskiego z Pruskim w roli głównej, słyszałem, że są znakomite ("Umarli tańczą", "Lód nad głową"). Po drugie, świetne opisy postaci oraz polskiej rzeczywistości, które dodają książce kolorytu i wiarygodności. I na koniec, po prostu dobrze się to czyta.

Piotr Głuchowski "Trzeci zamach", Wydawnictwo Agora, seria Kryminał, Warszawa 2014, s. 478.

wtorek, 22 lipca 2014

"Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"



Jarosław Iwaszkiewicz  - reaktywacja!

„Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia” – pierwsza niebiograficzna, odważna i zaskakująca książka o Jarosławie Iwaszkiewiczu. O jednym z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku w nowy sposób opowiadają najbliżsi oraz literaturoznawcy najmłodszego pokolenia. Świeże spojrzenie na biografię „wielkiego Iwaszkiewicza” biegnie w poprzek przyjętym kanonom i schematom.

Książka właśnie trafia do księgarń. Przygotowana pod redakcją Anny Król pokazuje Iwaszkiewicza, jakiego nie znamy. Każda z trzech części przynosi zaskakujące informacje na temat „najbardziej rozpracowanego”, a jednocześnie nieoczywistego i intrygującego twórcy ostatniego stulecia. Znajdują się w niej migawki z życia osobistego, rozmowy o sprawach dotychczas przemilczanych i anegdoty przypominane przez najbliższych.

Część 1. Migawki, czyli rozmowy z najbliższymi

Z córką pisarza Marią Iwaszkiewicz Anna Król rozmawia o literackim środowisku skupionym w latach 50. I 60. wokół kawiarni „Czytelnik”, zwyczajach pisarskich ojca i chorobie matki. Wiesław Kępiński, przybrany syn Iwaszkiewiczów wraca do miejsc, w których najczęściej bywał z Iwaszkiewiczem, zdradza sekrety mody lat 50. i przypomina ulubione warszawskie ścieżki pisarza. Zofia Dzięcioł, gosposia, która pracowała na Stawisku od 1956 roku do śmierci Iwaszkiewiczów, po raz pierwszy zdecydowała się opowiedzieć o codzienności Anny i Jarosława. Podczas rozmowy w dawnym domu pozwoliła zajrzeć do szuflad i szaf, w których nadal wiszą garnitury pisarza, opowiedziała o przyzwyczajeniach i ulubionych potrawach rodziny. Oni, proszę pani, wszystko zbierali. „Wszystko się przyda” – to było motto tego domu, jedyna odpowiedź na wszystko. To obłęd był. „Przyda się”. Niech pani zobaczy – atrament do pióra, to też jego. I jeszcze ta resztka wody kolońskiej. A tam niżej francuska puderniczka i pędzel do golenia. Tych pierdołów za przeproszeniem to zawsze było pełno. Bo teraz to się wszystko co niepotrzebne wyrzuca. A tutaj się wszystko zbierało, bo się przyda. Taka mania! (fragment tekstu)
Część 2. Wielogłos, czyli eseje i wyznania

Zaproszeni do współtworzenia publikacji, najlepsi literaturoznawcy młodego pokolenia zdradzają powody fascynacji biografią i twórczością pisarza. Prawnuczka Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek pisze o tym, jak udało jej się przezwyciężyć rodzinną legendę przytłaczającą słynnego pradziadka. Krytyczka literacka Justyna Sobolewska przypomina  fascynującą lekturę „homoseksualnej love story” pozostawioną przez pisarza w „Dziennikach”, a biograf Radosław Romaniuk zastanawia się nad tym, jak i kiedy pisarz stał się jednym z najbliższych przyjaciół. Iwaszkiewicz, jaki wyłania się z tych portretów to: „Stary” - podjadający słodycze w stawiskiej kuchni, ojciec - wpadający w odwiedziny do kawiarni „Czytelnika” i prezes borykający się z napastliwością literackiego środowiska.  Czasem po prostu kompan, zakochany mężczyzna, mentor i wrażliwy poeta.

czwartek, 17 lipca 2014

Słowo jest śmieciem


"Słowa to fonetyczny albo graficzny zapis myśli, wzruszeń, asocjacji, lęków, radości, tęsknoty, gniewu, głupoty albo mądrości, dobra człowieczego albo złości. Słowa to pomost miedzy ludźmi. Słowa to nić babiego lata, która sczepia dwoje ludzi. 

Kiedyś słowo było drogocenne. Szare komórki z rzadka produkowały jakąś myśl, jakiś ciąg słów o zaskakująco trafnym znaczeniu. Szare komórki odziedziczone po szarym ojcu małpiszonie. Słowo było więc nowością. Słowo było luksusem. Słowo było święte.

A kiedy słowo utrwaliło się na wieki w kamieniu albo na papierze, zaczęto czcić słowo jak pacierz, jak modlitwę. Słowo było oknem w wieczność. Słowo było głosem boga. Jeszcze car Mikołaj I powiadał, że poddanym Imperium Rosyjskiego wystarczy do porozumiewania się słowo mówione. Słowo pisane to najwyższy przywilej cesarski i tylko nielicznym wybranym może być udostępnione. Ludziom głoszącym słowo wyrywano języki, ludzi piszących słowo zamykano w domach wariatów.

Dziś już rzadko można spotkać prawdziwego Mikołaja. Dziś już tylko gdzieniegdzie wyrywa się języki i zamyka w domach wariatów. Bo nikt już nie panuje nad słowem. Słowa leją się z ust rozwrzeszczanych tłumów, z głośników radiowych i telewizyjnych, z milionów książek i gazet, z magnetofonów i adapterów, z wieców i kościołów, z nielegalnych druków i z kosmosu. Ogromne rzeki zatrutych słów płyną znikąd donikąd. Wielkie chmury martwych słów unoszą się do stratosfery. Niebotyczne góry kamienieją z żużlu spalonych słów.

Słowo jest śmieciem. Słowo jest najtańszym opakowaniem plastykowym. Słowo jest kłopotliwym odpadkiem współczesnej cywilizacji. Każde indywiduum może grzebać w twoich śmieciach. Każdy przechodzący nędznik może podeptać twoje słowa, opluć je albo zrobić na nich kupę. Każdy przypadkowy osioł może zdmuchnąć je z powierzchni ziemi, zrzucić do szamba niebytu.

W moich słowach również grzebie, kto chce i nie chce. Moje słowa są również rozbełtaną magmą, która nigdy nie zastygnie w dostojny kształt osobowości ludzkiej. Resztka moich okaleczonych, skarlałych wyrazów odpłynie cuchnącym rynsztokiem do Martwego Morza martwych słów." [s. 241-242]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

sobota, 5 lipca 2014

"I ja jestem szmirusem"

Tadeusz Konwicki

"Drogi czytelniku, którego przez fałszywą kurtuazję nazywam powiernikiem. Drogi połykaczu cudzych słów. Drogi niezaspokojony leniu, co szukasz łatwych do strawienia piguł ulepionych z cudzych nieszczęść i trafów życiowych, z cudzych miłości i nienawiści, z cudzego piękna i cudzej szpetoty. Drogie medium wszystkich szczwanych wariatów, pyszałkowatych maniaków i zdradzonych półbogów.

Po co udajesz jakąś wyższość duchową, po co obnosisz się z ambicjami intelektualnymi, po co kłamiesz, że interesuje cię cała prawda o człowieku, dobra i zła? Przecież kochasz szmirę, sztuczne łzy, fałszywe dobro, ckliwe, oszukańcze uczucia, idiotyczne szczęśliwe zakończenia. Przecież łakniesz dwuznacznych plotek, smakowitych oszczerstw o małych znajomych i wielkich nieznanych, łakniesz ludzkiej intymności wywleczonej bezwstydnie przed twoje oczy. Jesteś szmirusem, mój drogi powierniku. I ja jestem szmirusem.

Ja też lecę zdyszany na film, w którym pokazują goliznę. Podkradam książki i czytam z wypiekami te stronice, na których piszą źle o znajomych. Rozkoszuję się komiksami i słodką muzyczką damskich zespołów młodzieżowych. Tak, tak, popłakuję często w kinie, gdy w sposób nierealny dobro zwycięża zło albo spotykają się usta nieszczęśliwych kochanków. Ja także opuszczam skwapliwie opisy przyrody w książkach i ambitne refleksje autorów, szukam jeno tych fragmentów rozjaśnionych dialogami. A niech no tylko ktoś zaśpiewa dziewczęcym głosem "Ave Maria", już okrutny szloch chwyta mnie jak kleszczami za gardło. Ja jestem cały z was.

Ale kiedy zostanę sam na sam z papierem, sam na sam z cienkim kawałkiem martwej, białej substancji, zachodzą we mnie dziwne procesy, nad którymi nie umiem zapanować. To znaczy, chcę być sobą, a więc całym z was, i nie mogę. Chcę opisywać od początku do końca samo dobro, a pisze mi się to dobro jakieś niezbyt dobre, dobro, z którego ciągle wyłazi zło. Pragnę pieścić się prostą i zrozumiałą fabułą, a tu ciągle przyplątują się jakieś dywagacje, jakieś niewczesne uogólnienia, które wszystkim, i mnie, i wam, psują krew. Usiłuję zwieńczyć rzecz szczęśliwym zakończeniem, a wychodzi jakieś takie nieszczęśliwe, więc je natychmiast poprawiam, upozytywniam i widzę, że jeszcze gorzej.

Kto wodzi moją ręką po papierze? Jaka to zła siła mnie, waszego lokaja, pochlebcę i pielęgniarza, kieruje przeciwko wam, rozkazuje czynić przykrości, obrażać uczucia, rozwścieczać bezkarną hucpą? Co to za wszechmocne bóstwo ustawia mnie przeciw mnie?" [s.182-183]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

wtorek, 3 czerwca 2014

Świetnie, jak na garbatego



Rzekł do uczniów nauczyciel.
Wzniośle tak, jak tylko mógł:
„Wszystko to, co stworzył Bóg,
jest zrobione znakomicie.
Nie ma skazy na tym cudzie,
wszystko jest bezbłędne w krąg:
błękit nieba, zieleń łąk,
zwierzę wszelkie oraz ludzie.”
Wtem wymowy tok mu przetnie
głos garbuska z tylnych ław:
„A mnie czy w nawale spraw
Pan Bóg stworzył też tak świetnie?”
Bacznie spojrzał się na niego
nauczyciel, łebski człek,
po czym bez wahania rzekł:
”Świetnie, jak na garbatego”.

Antoni Marianowicz


"Garbaty pajac", Andrzej Troc


piątek, 23 maja 2014

Polskie piekiełko

Antoni Marianowicz


Polskie piekiełko

Imbecyl głupkowato
Idiocie raz powtórzył
Wyrazy, których matoł
O głąbie ględząc użył.

Półgłówek o tumanie
Andronów naplótł tyle,
Że przez to niesłychanie
Dotknięci są debile.

A tępak dyrdymały
Wbił osłom do łepetyn
Przez które żal niemały
Ma do bęcwała kretyn.

Kiep, bredząc o cymbale
Popełnił straszne faux-pas,
W zakutej budząc pale
Nienawiść do jełopa.

Na domiar złego dement
Gamonia zraził, który
Do sprawy wniósł element
Obłędnej awantury.

Wiec wszyscy gniewem płoną,
Kotłują się najbzdurniej,
I żadne mędrców grono
Już nie pogodzi durni.

* * *
Gdy rodzimy rzępoli Rzępolak
Czasem serce mnie boli, żem Polak.

Antoni Marianowicz

Za http://www.marianowicz.pl/index.html

"Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz"

Jarosław Iwaszkiewicz, Sandomierz, 1950
List Jarosława Iwaszkiewicza do córki, Teresy

Sandomierz, 19 maja 1950 roku
 
Moja miła i kochana,

oczywiście w dniu dzisiejszym myślę bardzo dużo o tobie i tych dwudziestu dwóch latach, które nas dzielą od twojego pojawienia się na świat, wspominam wszystkie wspólne przeżycia, dzieciństwo twoje i młodość. Od dwóch dni jestem w Sandomierzu, już nie mogłem wytrzymać na Stawisku i w Warszawie [...] Zresztą kiepsko się czuję w Sandomierzu, bo przeziębiłem się w drodze i mam gorączkę, a poza tym rozkleiłem się naturalnie, wyrwawszy się ze swoich „ramek”. Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz, a miasteczko, puste i zaniedbane, robi smutne wrażenie. Jedna pociecha, że robią kanalizację! Za parę lat kwestia kakania będzie w Sandomierzu rozwiązana. [...] Ostatniej niedzieli byli Modzelewscy, Paweł Hertz i Irena Łempicka, która nie zdaje sobie sprawy ze stanu zdrowia Tadzia i projektuje jakieś wielkie wyjazdy, pogoda była śliczna i bzy cudne. Nowa gosposia zrobiła dobry obiad i sama się zaofiarowała zrobić do zupy grzybowej zamiast klusek uszka. Ona przez dziesięć lat jeździła po Wiśle jako bufetowa na statku – i jest „wodniaczka” – podobna do Zosi Świerczyńskiej, tylko o połowę (dosłownie) mniejsza. Paweł był wyjątkowo miły i nie robił min „ph”. Niestety musiałem o 4-tej jechać do Otwocka na odczyt – w upalny piękny dzień majowy, i to w niedzielę – było to wielką ofiarą. Nie dziw się, że tak źle piszę, ale ręce mi się trzęsą po noszeniu mojego potwornie ciężkiego bagażu, w Skarżysku trzeba było nosić te kufrzyska na przestrzeniach kilometrowych, taka tam głupia stacja. [...] 
Mam olbrzymie zamiary literackie na mój Sandomierz, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo wydechuję zmęczenie i do niczego się nie biorę, na Zielone Święta mama przyjedzie do mnie, to mi też parę dni zabierze, a potem trzeba wracać, bo w czerwcu wielki Zjazd Literatów z otwarciem Domu Literatury, tego na Krak[owskim] Przedmieściu, i różnymi wielkimi fetami. Bardzo to będzie męczące. Myślę, że naprawdę wypocznę, jak mama w lipcu pojedzie z dziećmi do Ustki. Mam zamiar tam pojechać na imieniny mamy i nareszcie zobaczyć, jak ta Ustka wygląda.
[...] Jaki cudny dzień dzisiaj, akacje przed moim domem w pełnym kwiecie – a w domu zostawiłem rozkwitające wino i irysy – susza zresztą potworna i deszczu nie było już od l maja!
Całuję Cię serdecznie i do serca przyciskam, Eugeniusza pozdrawiam, myślę b[ardzo] dużo o tobie, nie tylko dzisiaj – twój


Tata


Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, s. 247–248.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy

środa, 21 maja 2014

Ptak



PTAK

Fragment książki Antoniego Marianowicza "Życie surowo wzbronione", Czytelnik, Warszawa 1996

[...] Po wojnie zapomniałem jakby o tej swojej gettowej twórczości i nagle, gdzieś około roku 1962, wziąłem do ręki egzemplarz "Les Temps Modernes", miesięcznika wydawanego przez Jean Paul Sartre'a i ze zdumieniem znalazłem tam na czele numeru wiersz, opatrzony następującym komentarzem: "Latem 1942 roku produkował się w getcie warszawskim słynny magik. Niniejszy wiersz, pióra nieznanego autora, znaleziony został w archiwum Żydowskiej Komisji Historycznej". Utwór nazywał się L'Oiseau - "Ptak", a jego pierwsza zwrotka brzmiała:

Quelgue part, a la belle étoile
Dressa sa tente un mage célebre:
Devant l'entrée un signe étrange,
Symbole de mystérieuses ténebres.

I zacząłem mówić z pamięci:

Pod gołym niebem, na ulicy
Namiot swój rozbił słynny mag.
Nad wejściem dziwny widniał znak
Symbol straszliwej tajemnicy.

A w środku tłum szyderczy zamarł...
Zaś słynny mag w turbanie z gwiazd
Patrzył się w ogień, który gasł
I ręce wznosił niby szaman.

Seans rozpoczął się: żonglerka
Talerzy i płonących kół,
Na ręku mistrza ciężki stół
Wirował zwinnie, jak tancerka.

A później połykanie ognia
I migocących, cienkich szpad,
W ciemności zda się mistrz to bladł,
To znów rozbłyskał jak pochodnia.

Aż wreszcie wbił mu w ciało miękkie
Połyskującą szablę ktoś,
A mag, przebity nią na wskroś,
Uśmiechał się i kłaniał z wdziękiem.

Na koniec coś cylindrem jeszcze
Przykrył starannie wielki mag,
Uchylił - i uleciał ptak
I zaraz poszybował w przestrzeń.

Wzleciał jak gdyby światło rakiet,
Jak pocisk wzbił się ponad mur,
Jeszcze pozostał spoza chmur
Przeświecającym nikłym znakiem.

Mag długo wzrokiem żegnał ptaka.
Miał w oczach łzy, a w głowie szum,
Wreszcie obejrzał się na tłum,
A tłum, wpatrzony w niebo, płakał.

[...] Tak, to ja napisałem ów wiersz nieznanego autora, który w przekładzie trafił do francuskiego czasopisma. Napisałem go któregoś letniego wieczora i nazajutrz odczytałem jednemu z ówczesnych przyjaciół, młodzieńcowi mocno egzaltowanemu, który w zawstydzającym mnie odruchu padł na kolana. Ten gest, stanowiący podziękę za dedykację "Ptaka" - to pierwszy sukces literacki w moim życiu... [...]

Za: http://www.marianowicz.pl/index.html

niedziela, 18 maja 2014

Made in China

Mo Yan

"Poznawałem arkana współczesnej poezji chińskiej. Z zawrotem głowy śledziłem te niesłychane rymy, które w zwrotce rymują się wszystkimi końcówkami, a do tego jeszcze na wszystkie skosy wewnątrz zwrotki, a do tego jeszcze rymują się nie tylko sylaby, ale i pewne znaczenia, niektóre alegorie. Wiersz chiński to piramida skomplikowanych rytmów, rymów i symboli. wiersz chiński to matematyka plus wieszczba plus muzyka. Wiersz chiński to prawdziwa nieskończoność.

A kiedy nadziwowałem się tym wierszom, w bystry sposób skonstruowałem logiczną teorię. Chiny mają genialną poezję, bo są krajem chłopskim, do niedawna feudalnym. Kraje mieszczańskie, kraje uprzemysłowione i zurbanizowane stworzyły powieść. Chiny nie mogły wyprodukować powieści, więc dlatego, poprzestając na wierszach, doprowadziły kunszt poetycki do zawrotnych wyżyn.

Nasmakowałem się swoją teorią i zacząłem ją głosić z odrobiną dumy, ale wtedy właśnie lektor języka polskiego na uniwersytecie pekińskim nieśmiało mnie poinformował, że powieść chińska, powieść już najzupełniej perfekcyjna, powieść w stanie degeneracji, powieść, która przeszła wszystkie etapy rozwoju epiki, symbolizmu, naturalizmu, ekspresjonizmu, małego realizmu, prozy obyczajowej, prozy-strumienia świadomości, prozy amorficznej, lingwistycznej, zdezintegrowanej, prozy intelektualnej, prozy-bełkotu, prozy amoralnej, prozy erotyki i lubieżności, prozy przemieszanych czasów, prozy kreacyjnej i antyprozy, że ta sędziwa i wszystko już mająca za sobą powieść chińska zmarła śmiercią naturalną w XIII albo XIV wieku". [s. 188-189]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

sobota, 10 maja 2014

Kto jest poetą?

Tadeusz Różewicz


Tadeusz Różewicz - Kto jest poetą?

poetą jest ten który pisze wiersze
i ten który wierszy nie pisze

 
poetą jest ten który zrzuca więzy
i ten który więzy sobie nakłada

 
poetą jest ten który wierzy
i ten który uwierzyć nie może

 
poetą jest ten który kłamał
i ten którego okłamano

 
poetą jest ten co ma usta
i ten który połyka prawdę

 
ten który upadał
i ten który się podnosi

 
poetą jest ten który odchodzi
i ten który odejść nie może 

Źródło wiersza: Dobre wiersze

piątek, 7 lutego 2014

"Humor mój jest infernalny"

"Science fiction zrujnowałem podług możliwości i sił we wszystkim, co o niej pisałem, przede wszystkim jako zawiedziony, znudzony śmiertelnie, rozczarowany, ogłupiany systematycznie Czytelnik, a nie jako pisarz". [24 marca 1972]

Kraków, 24 marca 1972

Drogi Panie,

…Ma Pan rację — oczywiście humor mój jest infernalny. O to właśnie szło, inaczej, myślę, lektura byłaby już nadto odpychająca. Lukier dowcipu osładza pigułkę tylko w momencie jej połykania, potem pozostaje gorycz, której, nie muszę chyba Pana zapewniać o tym, nie wymyśliłem sobie prywatnie, bo pochodzi ona raczej z zewnątrz, tj. ze świata, w jakim żyjemy. Tak: Dostojewski jest może najbliższym mi duchowo pisarzem, chociaż jest to bliskość choroby, nieszczęścia, piekła, zmory i wreszcie widma mogiły, a nie jakaś inna. Cytaty z Dostojewskiego można znaleźć w moich Dialogach chociażby (z Wyznań człowieka z lochu 1 np.). Co się tyczy Pana głodu Absolutu… głód ten znam chyba, ale jestem prywatnie przeświadczony o tym, że nie można go zaspokoić, bo Absolut nie istnieje w postaci do przyjęcia; w pewnym sensie jedyny Absolut, albo jedyny „model” Boga, jaki mogę serio zaakceptować, jest Bogiem oo. Destrukcjanów z 21. podróży Tichego, bo wyznania wiary tam zawarte są, tj. były pisane z najwyższą powagą, na jaką w ogóle mnie stać. W Filozofii przypadku nie brak explicite wyrażonych zastrzeżeń, o czym ta książka NIE JEST, co w niej pominięte, a mianowicie praktycznie w całości — estetyczna problematyka, problematyka przeżycia przedmiotu estetycznego, ponieważ uważam, że jej się metoda moja nie ima, tak że tu nie może być mowy o różnicy zdań między nami — po prostu milczałem świadomie na ten temat, który wydaje mi się niedyskursywny w całości.

piątek, 31 stycznia 2014

"Morze bezsensownego zła"

Jarosław Iwaszkiewicz, 1963


Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

26 sierpnia 1962 roku

Ja tylko tak udaję, że się nocy nie boję... Chodzi się po tym świecie, gada, pracuje, je, śpi i chędoży, tworzy się „dzieła sztuki”, ale to wszystko jest udawanie. Chodzi się i robi się to wszystko z zamkniętymi oczami, aby nie widzieć tego, co nas otacza naprawdę. Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym” człowieku – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.