Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 lutego 2021

Życie w cieniu smoka



Nigdy nie lubiłem opowiadań. Człowiek zaczyna lubić bohaterów, zżywać się z nimi, wchodzić w przedstawiony świat i nagle wszystko się kończy pozostawiając spory niedosyt. Mając wszystko to na uwadze, przystąpiłem do lektury opowiadań Luciusa Sheparda pt. „Smok Griaule” z pewną nieśmiałością, pełen wątpliwości i niedowierzania. I muszę powiedzieć, że bardzo pozytywnie się rozczarowałem.

„Smok Griaule” to zebrane w jednym tomie i wydane przez wydawnictwo Mag w serii Uczta Wyobraźni opowiadania o smoku Griaule jakie ukazały się w różnych czasopismach, plus jedno nowe, nigdy wcześniej nie wydane pt. „Czaszka”. Wszystkie opowiadania łączy to samo miejsce, jakiś kraj gdzieś w Ameryce Środkowej oraz postać smoka Griaula, pokonanego kiedyś w pojedynku na magię przez pewnego czarownika. Czrownik jednak sfuszerował trochę swoją robotę lub też może w ostatniej chwili przestraszył się smoka, w każdym razie smok nie został zupełnie zabity i od tamtego czasu leży sparaliżowany zaklęciem, nadal żywy i poprzez emanację swojego mózgu wpływa na życie, myśli i postępowanie ludzi, którzy znajdują się w jego pobliżu. Nikt nie wie czy to co robi jest wynikiem jego woli czy może woli smoka, który wpłynął na jego umysł. Wielu z bohaterów przypisuje swoje złe uczynki wpływowi Griaula.



Fantasy Sheparda to tzw. literary fantasy, w której nie znajdziemy szybkiej akcji, przygód, wielkich bitew, pojedynków na miecze czy też pogoni za trollami. Wszyscy, którzy szukają tego w czytanych przez siebie książkach niestety srogo się rozczarują. To nie jest prosta literatura. Shepard pisze bardzo dobrze, ładnym językiem, wciągając łatwo czytelnika w opowiadane historie i niczym smok Griaule oddziałując na jego umysł. Każde z opowiadań jest inne, pisane nieco odmiennym stylem i porusza odmienny aspekt ludzkiego życia. Mamy tu elementy horroru, pamiętnik, rodzaj legendy, baśń, współczesną powieść obyczajową, a nawet thriller prawniczy. Proza Sheparda jest wielopoziomowa. W swoich opowiadaniach często porusza on filozoficzne i etyczne tematy, takie jak wolna wola, przeznaczenie, dobro i zło, wpływ boga na życie jego wyznawców, mroczne zakamarki ludzkiej duszy. Czytając te opowiadania, człowiek zaczyna zastanawiać się nad własnym życiem, swoimi wyborami, a także nad czarnymi kartami w historii ludzkości, nad nasza wolną wolą. Czy nasze życiowe decyzje, które kiedyś podjęliśmy, wszystko co robimy, nie tłumaczymy, podobnie jak postacie z opowiadań Sheparda, wpływem jakiejś wyższej istoty? I czy wszystkie złe czyny, które ludzkość popełniła, nie usprawiedliwiamy wpływem jakiegoś złego boga?

Opowiadania Sheparda to rodzaj fantasy, który osobiście bardzo mi odpowiada, i inny sposób patrzenia na ten gatunek, gdzie liczy się wyobraźnia i piękno języka. Jego utwory nawiązują często do realizmu magicznego, a Lucius Shepard obok Johna Crowley‘a jest uznawany za amerykańskiego Gabriela Garcię Marqueza. Cieszę się, że gatunek fantasy jest tak obszerny i każdy może znaleźć w nim coś dla siebie. Zachęcony i zachwycony opowiadaniami, poszedłem za ciosem i obecnie czytam powieść Luciusa Sheparda „Piękna krew”, wydaną w magowskiej Uczcie Wyobraźni, której akcja rozgrywa się również w cieniu Griaula. Polecam przede wszystkim, tym którzy lubią dobrą literaturę.  


poniedziałek, 27 maja 2019

Piekło pocztowe, czyli piekielnie szybka poczta




„Piekło pocztowe” to kolejna już przeczytana przeze mnie książka Terrego Pratchetta należąca do cyklu „Świat Dysku”. Ktoś może zadać sobie pytanie czy czytanie kolejnych pozycji o tym samym może być interesujące i zabawne. Czy to aby się nie nudzi? Mogę Was zapewnić, że absolutnie nie. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Pomysłowość, inteligencja i humor. Na tym właśnie polega mistrzostwo Terrego Pratchetta. Świat Dysku wypełniają postaci, które są barwne, żywe, dowcipne, ani trochę papierowe, bardzo prawdziwe.  Niby co jeszcze można wymyślić  w kolejnej dwudziestej czy entej odsłonie tego samego uniwersum? A jednak za każdym razem jesteśmy zaskoczeni, dajemy się wciągnąć i bawimy się świetnie.  A kiedy docieramy do końca, żałujemy, że to już ostatnia strona.

„Piekło pocztowe” otwiera nowy, niewielki podcykl w Świecie Dysku, którego głównym bohaterem jest niejaki Moist von Lipwig. Były przestępca, fałszerz, manipulator, oszust i złodziej. Człowiek o stu twarzach i jednocześnie żadnej twarzy oraz o wielu nazwiskach. Oszust niemal doskonały. Chyba nie tak do końca, bo jednak wpada i zostaje schwytany. To w pewnym sensie nowy typ bohatera. Zły człowiek, który zaczyna czynić dobre rzeczy. Co prawda pod groźbą śmierci i przymuszony, ale jednak, jednak.  Moist von Lipwig dostaje od rządzącego miastem Ankh-Morpork patrycjusza, Vetinariego, propozycję, jedyną w swoim rodzaju i raczej nie do odrzucenia, propozycję objęcia posady poczmistrza i przywrócenia do życia instytucji Poczty, która podupadła i właściwie od dawna już nie istnieje. Stało się tak za sprawą nowego wynalazku, czegoś w rodzaju naszego telegrafu, który jako znacznie szybszy wyparł pocztowe usługi. Jak się jednak okazuje, nie do końca i nie zawsze nowe wynalazki są dobre. Tak nawiasem mówiąc  Brytyjczycy zorganizowali kiedyś plebiscyt na 10 najlepszych postaci ze Świata Dysku i Moist von Lipwig znalazł się w tej dziesiątce, co mnie zresztą nie dziwi. "Piekło pocztowe" było też pierwszą książką Terrego Prachetta jaka została nominowana do nagrody Nebuli, a na jej podstawie został nakręcony film fabularny.

Jak wiele książek Terrego Pratchetta, także i ta jest parodią naszego świata i satyrą na wiele jego instytucji. Tutaj mamy nabijanie się z poczty, jej sposobu funkcjonowania, a także z hobby jakim jest zbieranie znaczków i samych filatelistów w szczególności. Jednocześnie Terry Prachett piętnuje duże korporacje, grupy finansowe, firmy działające wyłącznie dla zysku i starające się nieuczciwymi środkami wyeliminować konkurencję, np. przejmując małe, rodzinne firmy. Karty książki zaludniają postacie znane już z innych tytułów, takie jak golemy, wampiry, wilkołaki czy Igory. Ważną rolę, znaną z naszej rzeczywistości odgrywa także prasa i dziennikarze, a gdzieś tam w tle obecna jest słynna Straż Miejska. "Piekło", inaczej niż poprzednie części cyklu, podzielone jest na rozdziały, z których każdy, na wzór XIX wiecznych powieści, poprzedzony jest kilkuhasłową zapowiedzią mających nastąpić wydarzeń.

Czytanie „Piekła pocztowego” sprawiło mi dużo radości i znacznie poprawiło nastrój.  Zawsze tak reaguję kiedy mam do czynienia z czymś co jest jednocześnie zabawne, mądre i naprawdę dobrze napisane. Stwierdzam to kolejny już raz. Terry Pratchett miał błyskotliwy umysł. Zaczęło się od jednego cytatu z „Piekła”znalezionego gdzieś w sieci, który mnie na tyle zaintrygował, że sięgnąłem tylko na chwilkę po książkę i tak już zostałem z nią przez kilka wieczorów.  Nie muszę chyba pisać, że wszystkim gorąco polecam. W planach mam już kolejną książkę ze Świata Dysku, a będzie nią „Mort”

niedziela, 31 marca 2019

"Rzeka bogów" Iana McDonalda, czyli bogowie i sztuczne inteligencje



"Rzeka bogów" to moje pierwsze spotkanie z pisarstwem Iana McDonalda. Ten brytyjski autor słynie z tego, że w przeciwieństwie do większości anglosaskich pisarzy SF akcję swoich książek umieszcza w 'egzotycznych' krajach nie należących do świata zachodniego, co czyni je tym bardziej interesującymi i godnymi uwagi. I tak "Chaga" przenosi nas do Afryki i gorącej Kenii, "Brasyl" oczywiście zabiera nas do Brazylii, a "Dom derwiszy. Dni cyberabadu" do azjatyckiej części świata, a dokładnie do Turcji. W przypadku "Rzeki bogów" trafiamy na Półwysep Indyjski. Mamy rok 2047 i Indie niezbyt odległej przyszłości podzielone na kilka mniejszych państw, toczących ze sobą wojny i konkurujących o zasoby naturalne, a w szczególności jeden z podstawowych jakim jest woda. 

Ogrom i rodzaj poruszanych tematów, różne miejsca akcji, a także to, iż mamy do czynienia nie z jednym lecz wieloma bohaterami, powoduje, że opisanie czy omówienie tej powieści nie należy do łatwych zadań. Historie grupy bohaterów początkowo toczą się pozornie bez związku ze sobą, przeplatając się w kolejnych rozdziałach aby w końcówce książki cała układanka puzzli trafiła na swoje miejsce. Ian McDonald niczego nie zostawił przypadkowi lecz bardzo precyzyjnie i do ostatniego szczegółu zaplanował całość. Książka pomimo tego, że jest trudna i wymaga sporego skupienia podczas czytania, daje mnóstwo przyjemności, takiej czystej czytelniczej radości i do tego bardzo wciąga. To co mnie osobiście w niej urzekło, to wyjątkowy klimat i nastrój, na które to rzeczy zwracam zawsze szczególną uwagę podczas lektury jakiejkolwiek książki. Kiedy czyta się "Rzekę bogów" można dosłownie poczuć zapachy Indii, nie koniecznie zresztą przyjemne, ich gorąco, zobaczyć wszystkie kolory i dźwięki. Indie tętnią bowiem życiem, są barwne i chaotyczne, a mimo to wszystko się jakoś kręci i posuwa naprzód. Indie to kraj licznych kontrastów, podziałów klasowych, kast, gdzie widać obojętność dla losu innych, dla losu jednostki. To kraj ludzi skrajnie biednych i obrzydliwie bogatych, połączenie tradycji, wiary i nowoczesności, to największe na Ziemi skupiska ludzkie i niemal opuszczone wioski, pozostawione samym sobie. To wojny i zamieszki religijne, podpalanie świątyń, wzajemne ataki terrorystyczne hindusów i muzułmanów. Wizja przyszłości jaką serwuje nam autor jest bardzo prawdopodobna, wiele z opisanych przez niego problemów i procesów społecznych dzieje się już obecnie. McDonald pisze, mimo, że to fantastyka, wyjątkowo realistyczną prozę, jego styl jest specyficzny i bardzo rozpoznawalny. Pisze ładnie, cyzeluje zdania, a jego pisanie jest gęste niczym smoła. Trudno odłożyć tę książkę, a to co czytasz wpływa na sposób twojego myślenia jeszcze wiele dni po skończeniu lektury.

Opisywanie szczegółowo treści tej książki mija się z celem i jest chyba niemożliwe, dlatego może skupię się tylko na kilku sprawach. Wspomniałem wcześniej o braku jednego bohatera. Otóż takim bohaterem z pewnością jest lub mogła by być sztuczna inteligencja. Zawładnęła ona życiem ludzi w niemal wszelkich dziedzinach i jego aspektach, kontrolując je w dużym stopniu, dążąc do realizacji swoich celów i doprowadzając do powstania najwyższej swojej formy, sztucznej inteligencji A.I. trzeciej generacji 3.0. Inne tematy to inżynieria genetyczna, modyfikowanie genów  nienarodzonych jeszcze dzieci przez specjalnych projektantów, co doprowadza do powstania nowego typu człowieka, post-człowieka o opóźnionym starzeniu się, tzw. Brahminów czy też na przykład powstania trzeciej płci, a właściwie pozbawionych cech płciowych osobników, tzw. Neutek. Jakby tego było jeszcze mało czytelnik znajdzie w "Rzece bogów", bo to w końcu fantastyka naukowa, sporo naukowego żargonu, terminów i teorii naukowych, głównie z fizyki, dotyczących budowy wszechświata oraz możliwości istnienia innych wszechświatów. Jest jeszcze jedna rzecz, o której chyba warto wspomnieć. Sporo jest w tej powieści erotyki, ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Dawno nie czytałem tak znakomitych opisów scen erotycznych i w ogóle seksu, podziwiam wyobraźnię autora, to naprawdę rzadkość.

"Rzeka bogów" to wyjątkowa książka, z rodzaju tych, na które trafia się bardzo rzadko, zdecydowanie książka do wielokrotnego czytania, prawdziwa uczta wyobraźni. Ja z pewnością wrócę do niej jeszcze nie raz. Polecam ją wszystkim, którzy lubią dobrą literaturę.

Pierwsze zdanie: "Niesiony prądem trup obraca się."
Kiedy: 2047
Gdzie: Półwysep Indyjski
Dla kogo: fanów nieszablonowej "realistycznej" fantastyki

"Rzeka bogów" /River of Gods/ Ian McDonald, przełożył Wojciech M. Próchniewicz, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2009.

niedziela, 10 marca 2019

"Związek żydowskich policjantów" Michael Chabon



Spełniona nadzieja to połowa rozczarowania.

Wybór kolejnej lektury to zawsze u mnie skomplikowana sprawa i trudno mi podjąć decyzję co ma być następne. Każda książka bowiem ma swój czas. Musi być odpowiedni nastrój, właściwa pora roku. Ważne są też pierwsze zdania, początkowe strony. Wtedy pojawia się to coś, następuje „zassanie” i już wiem, iż to był dobry wybór, tego właśnie potrzebowałem, to jest to. Nie inaczej było w przypadku „Związku żydowskich policjantów” Michaela Chabona.

Wiele dobrego czytałem o tej powieści w różnych miejscach w sieci. Pojawiała się często na listach najlepszych książek i w wielu tego typu zestawieniach. Zdobyła też wiele nagród. W roku 2008 wyróżniona została nagrodami Hugo, Locus, Nebula oraz Sidewise. Oprócz tego otrzymała także  nominacje do nagrody im. Edgara Allana Poe oraz nagrody BSFA. Dodałem oczywiście do kolejki książek, które chcę, muszę koniecznie przeczytać. Potem kilka razy próbowałem napocząć, ale za każdym razem z różnych powodów ją odkładałem. To nie był ten czas. W końcu jednak książka trafiła we właściwy moment i teraz po lekturze wiem, że poniósłbym dużą stratę i pozbawił się wielkiej przyjemności gdybym jej nie przeczytał.
Według relacji „Tog”, cudowny kurczak wygłosił szereg zdumiewających przepowiedni, nie wspomniał jednakże o zupie, w której zamilknąwszy wreszcie niczym Bóg Wszechmogący, zajął później poczesne miejsce. Nawet najbardziej pobieżna lektura kronik, myśli Landsman, dostarcza dowodów, że dziwne czasy dla Żydów to prawie zawsze również dziwne czasy dla kurczaków.
„Związek żydowskich policjantów” to książka wyjątkowa. Połączenie chandlerowskiego czarnego kryminału noir, historii alternatywnej i political fiction. Zaliczana do fantastyki, laureatka wielu nagród, które zwykle przyznaje się książkom z tego gatunku. Właściwie nie wiadomo dlaczego tak się dzieje, ponieważ fantastyki mamy tam jak na lekarstwo jeśli tylko pominie się fakt, że czytamy alternatywną historię świata. Dla mnie jest to przede wszystkim czarny kryminał, bardzo dobry kryminał, przy czym nie oceniam książek z tego gatunku na podstawie liczby trupów lub szybkiej i pełnej nagłych zwrotów akcji. Osobiście podobają mi się, o czym pisałem już kiedyś, dziwne kryminały, nieoczywiste, które są połączeniem kilku gatunków literackich. Wtedy jest właśnie dla mnie najbardziej interesująco.

Jak już wspomniałem wcześniej „Związek żydowskich policjantów” to książka wyjątkowa, także dlatego, że jest owocem pięciu lat  pracy autora. Bardzo dobrze napisana. Od pierwszych zdań dają się zauważyć wspaniały styl i niezwykle dopracowane dialogi, zawierające porównania, których nie powstydziłby się sam Chandler oraz sporą dawkę żydowskiego humoru. Aby jednak nie wprowadzać kogoś w błąd muszę wyraźnie powiedzieć, że nie jest to wesoła książka. Posiada bardzo urokliwy, prawie magiczny, melancholijny nastrój i klimat miejsca gdzie wszystko się kończy, znany nam świat się kończy i za kilka dni nic nie będzie już takie jak dawniej. Tutaj chcę przekazać wyrazy uznania dla tłumaczki, Barbary Kopeć-Umiastowskiej, której znakomicie udało się oddać ten klimat w polskim tłumaczeniu.
...odpowiada Szprinca po amerykańsku, głosem jak cebula turlająca się w wiadrze.
Akcja książki dzieje się w czasach nam współczesnych jednak w innej, alternatywnej ich wersji. Naród żydowski przegrał wojnę z Arabami i stracił swoją ziemię obiecaną, państwo Izrael. Zagrożony eksterminacją otrzymał jednak od rządu amerykańskiego prawo do czasowego użytkowania kawałka stanu Alaska w okolicach miasta Sitka. Właśnie upływa 60-letni okres dzierżawy. Z różnych powodów nie udało się spełnić marzeń o Ziemi Obiecanej. Chabon, sam będąc pochodzenia żydowskiego, z humorem opisuje żydowskich mieszkańców kolonii Sitka, ich problemy, wady, religijność, śmiesznostki, wszystko co doprowadziło do kolejnej porażki. Bardzo chcieli, miało być tak pięknie i nie wyszło, znowu zrobili sobie na złość. Sami będąc wygnańcami i uchodźcami z Europy i Palestyny, nie mogli się dogadać i pokojowo współistnieć z rdzennymi mieszkańcami Alaski, plemieniem północno-amerykańskich Indian, Tlingitami. Stracili pionierski zapał i porzucili marzenia  o Ziemi Obiecanej, starając się uciec i wyemigrować jak najdalej od niej. 

W takim to czasie i w takich okolicznościach musi wykonywać swoją pracę główny bohater powieści inspektor śledczy Mejer Landsman, rozwiedziony alkoholik, przegrany człowiek, były szachista, który nienawidzi szachów, w każdym razie łączy go z nimi dziwna relacja. Ostatnią sprawą jaką się zajmuje w ciągu ostatnich dni dogorywającej kolonii jest sprawa szachisty narkomana zastrzelonego w pokoju hotelu, w którym mieszka Landsman. W śledztwie pomaga mu jego partner, pół-Żyd pół-Tlingit, Miśko Szemec, zaś przeszkadza była żona, Bina Gelbfisz. Nie zważając na zakazy Landsman prowadzi swoje prywatne śledztwo rozwiązując zagadkę, także szachową, i odkrywając prawdę.

Jeśli ktoś chce może odczytywać powieść Chabona na więcej niż jednym poziomie, także jako uniwersalną opowieść o odchodzeniu, o końcu starego świata, o powiązaniach politycznych i ekonomicznych rządzących światem, o religii, egzystencji ludzkiej. Jedynym być może minusem polskiego wydania jest brak słowniczka wyjaśniającego liczne terminy i słowa żydowskie, co sprawia, że czytelnik musi domyślić się ich znaczenia z kontekstu lub przerywać co jakiś czas lekturę i zacząć serfować w sieci. Wszystko to jest jednak drobnostką w porównaniu z przyjemnością płynącą z lektury. Zapewniam i mogę się założyć, że nie będziecie zawiedzeni i że czas spędzony z tą książką nie będzie czasem straconym.

Pierwsze zdanie: "Od dziewięciu miesięcy Landsman gnieździ się w hotelu Zamenhof i jak dotąd żaden ze współmieszkańców nie padł ofiarą morderstwa"

Kiedy: 2007
Gdzie: Sitka, Alaska
Dla kogo: fanów historii alternatywnych, political fiction i czarnego kryminału

"Związek żydowskich policjantów" /The Yiddish Policemen's Union/ Michael Chabon, przełożyła Barbara Kopeć-Umiastowska, Wydawnictwo W.A.B, 2009



wtorek, 6 lutego 2018

"Olga i osty" Agnieszka Hałas


Ta książka to dla mnie duże pozytywne zaskoczenie. Początkowo sądziłem, że czytam fantasy, po jakimś czasie jednak zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę mam do czynienia z bardzo dobrą powieścią psychologiczną. „Olga i osty” to książka o poranionych, pokaleczonych przez życie ludziach, toksycznych rodzicach, złych relacjach i depresji. Uprzedzam, nie jest to wesoła historia, chociaż pięknie napisana. Cała książka przepełniona jest smutkiem i pewnego rodzaju melancholią, tęsknotą za dzieciństwem i za tym co było w nim cudowne. Ucieczką od szarej i ponurej rzeczywistości. Nie zawsze jednak dzieciństwo bywa wspaniałe. Czasami wydarzają się rzeczy, które mają potem wpływ na całe nasze dorosłe życie. 

Główną bohaterką książki jest Olga, bardzo przeciętna młoda kobieta, z problemami, która pewnego razu trafia do fantastycznej krainy o nazwie Zaświat. Zamieszkują ją różne dziwne stwory, bardzo podobne do tych, które znamy ze starych baśni, bajek, opowieści fantasy czy mitologii. Pojawia się nawet Zły. Życie Olgi zmienia się, do samego końca nie wiemy jednak czy na dobre czy raczej złe. Nie wiemy też co tak naprawdę jest rzeczywistością, a co snem, czy cała opowieść nie jest tylko złym snem, po którym to bohaterka książki lub jej autorka obudzi się zlana potem. Sny i sen wewnątrz drugiego snu, to też nawiązanie do jednej z bardziej znanych książek dla dzieci, a właściwie dorosłych i filozofów, do „Alicji w Krainie Czarów” oraz „Po drugiej stronie lustra” Lewisa Carrolla. Zakończenie, a nawet kilka zakończeń, daje sporo możliwości interpretacji. Mnie jednak przekonuje ta optymistyczna i taki też, pozytywny, jest mój odbiór tej wyjątkowej książki. 

Tych, którzy nie lubią fantasy chcę pocieszyć, że większość akcji dzieje się w normalnej niefantastycznej rzeczywistości, która jest bardziej przerażająca niż wszystkie stwory z Zaświatu. A wszystkich pragnę przeprosić, że nie potrafiłem napisać czegoś bardziej mądrego i sensownego o tej książce aby zachęcić do jej przeczytania jak najwięcej osób, bo jest tego warta.

"Olga i osty" Agnieszka Hałas, W.A.B.


czwartek, 28 grudnia 2017

"Czasomierze" David Mitchell



Podobno powieść jako gatunek literacki dawno już się przeżyła i skończyła. Czy ktoś coś tutaj mówił także o śmierci autora? Otóż nie. Nieprawda. Mamy nowy, niezmiernie interesujący rodzaj powieści. Wymyślił go sobie pewien autor, David Mitchell.

Jeżeli ktoś czytał ‘Atlas chmur”, to wie o czym mówię, bowiem Mitchell powtórzył w ‘Czasomierzach’ zabieg znany już z tamtej powieści, a także z jego wcześniejszego ‘Widmopisu’. Nie mamy tutaj jednego czasu akcji i jednego narratora. Książka dzieli się na sześć części. Akcja dzieje się odpowiednio w latach 1984, 1991, 2004, 2015, 2025, i 2043, czyli obejmuje jak gdyby okres życia jednej jednostki ludzkiej, W każdej części śledzimy przebieg wypadków oczami innej osoby. Tylko pierwsza i ostatnia część mają tego samego narratora. Główną bohaterką ‘Czasomierzy’, nawiasem mówiąc bardzo pozytywną i jedną z niewielu tak pozytywnych postaci kobiecych w książkach Mitchella, jest Holly Sykes.  Poznajemy ją w pierwszej części powieści jako nastolatkę. Potem spotykamy ją co jakiś czas, jak pokazuje się lub przemyka wśród pozostałych postaci, by wreszcie pojawić się w ostatniej części, już jako wiekowa i chora na raka staruszka. 

‘Czasomierze’ czytałem, nawet jak na mnie, bardzo długo. Po części z powodów osobistych, a częściowo dlatego, że jest to tego typu literatura, której nie da się przeczytać w dwa wieczory, pół godziny przed snem. Każda z części ‘Czasomierzy’ napisana jest innym stylem. Znajdziemy tutaj dziennik nastolatki, powieść akademicką, reportaż wojenny, biografię pisarza, mieszankę thrillera, powieści grozy i urban fantasy, by na koniec poznać naszą ziemską przyszłość poprzez opowieść postapokaliptyczną i dystopię. 

Mitchell pisze naprawdę dobrze. Jego proza jest gęsta, zdania zawierają dużo znaczeń i niosą spory ładunek emocjonalny. Nie da się tego przeczytać za jednym razem więcej jak kilkadziesiąt stron. Do czytającego dopiero po jakimś czasie dociera prawdziwa waga tego co przeczytał. Po skończeniu książka jest cały czas w głowie i trudno tak od razu o niej zapomnieć, przejść ot tak nad nią do porządku i zacząć czytać coś innego. Tak miałem zresztą z wszystkimi książkami Mitchella jakie dotąd czytałem.

‘Czasomierze’ to książka o walce dobra i zła, o dylematach moralnych jakie napotykają na swojej drodze życia ludzie, o kondycji współczesnego człowieka, o przemijaniu i śmiertelności, o wielkim znaczeniu więzi rodzinnych i w ogóle rodziny. Mitchell jak mało kto potrafi przedstawić zło tkwiące w człowieku. Czym lub kim są tytułowi czasomierze dowiadujemy się w trakcie lektury i nie jest to być może nawet najważniejsze.

Nie jest to wesoła książka. Ostatnia część w której widzimy ludzkość na granicy zagłady zrobiła na mnie największe wrażenie i emocjonalnie przypomniała mi ‘Drogę’ Cormaca McCarthy’ego. Przesłanie autora jest jedno i wyraźne. Ostrzega on współczesnego człowieka, czyli także nas, przed dewastacją i niszczeniem środowiska naturalnego, które nadal jest lekceważone przez polityków i decydentów w wielu krajach. Kiedyś będzie to naprawdę wielki problem dla naszych dzieci i wnuków. Jaką Ziemię im zostawimy i czy będą cierpieć i nas przeklinać, wspominając jednocześnie czasy kiedy był prąd, były paliwa, było jedzenie, działał Internet i było w miarę bezpiecznie. Jeśli chodzi o sytuację geopolityczną na świecie w nie tak znowu odległej przyszłości, to Mitchell według mnie trafia w dziesiątkę ze swoimi przewidywaniami, odrobił swoje zadanie na piątkę i zrobił niezły research. Wszystko razem wygląda niezmiernie prawdopodobnie i przekonywająco. Niestety.

Najmniej podobała mi się część fantastyczna, walka jednych nieśmiertelnych, dobrych horologów, z innymi, złymi anachoretami, wędrówka dusz, ich nieśmiertelność. Skąd to się wzięło i po co, wyjaśnienia Mitchella nie do końca mnie przekonują. Wszystko fajnie wygląda i autor nieźle opowiada, ale trochę za szybko i łatwo jak dla mnie, chociaż rozumiem potrzebę tego wątku dla końcowego rozwiązania i dla powieści jako całości. 

Sporo jest w ‘Czasomierzach’ mądrych zdań, które kolekcjonerzy będą mogli sobie wynotować. Moje ulubione, bardzo według mnie mądre i prawdziwe, to: 
„Mężczyźni żenią się z kobietami i mają nadzieję, że one już zawsze będą takie same. Kobiety wychodzą za mężczyzn i mają nadzieję, że oni się zmienią”. 
oraz
„Czasem magia jest po prostu normalnością do której ludzie jeszcze nie przywykli”.
Mitchell pisze obrazami, bazuje na emocjach. Scena z zaginięciem córeczki Holly i to co czuje Ed, jej tato, gdy panicznie stara się ją znaleźć, jest, wierzcie mi, znakomita, prawdziwsza niż w życiu. Wiem co mówię, bo przeżyłem już kiedyś coś podobnego. Ci, którzy już znają wcześniejsze książki Mitchella, znajdą w ‘Czasomierzach’ liczne do nich nawiązania, nazwy postaci i dodatkowe spojrzenie na niektóre wątki, najbardziej chyba jeśli chodzi o powieść „Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta”, której zakończenie kojarzyło mi się znacząco z tym w ‘Czasomierzach’.

‘Czasomierze’ to bardzo dobra, wielowątkowa i wielopoziomowa, mądra powieść, i oby zawsze tylko takie trafiały w moje ręce. Polecam gorąco!

TU możecie posłuchać podcastu wywiadu z autorem na temat właśnie tej książki, taki mały bonusik ;)

"Czasomierze" David Mitchell, Wydawnictwo MAG, Warszawa 2016.

wtorek, 1 listopada 2016

Brudny Harry w krainie fantasy



"Jeśli zdarzyła się zbrodnia, musi być wymierzona kara".

„Zbrojni” (Men at Arms) to druga w kolejności pozycja w cyklu o Straży Miejskiej Terry’ego Pratchetta będącego częścią całej serii książek o Świecie Dysku . Z kontynuacjami serii książkowych bywa różnie, jedne trzymają poziom pierwszej części, inne natomiast nie. W przypadku „Zbrojnych” widać wyraźnie, że autor przygotował się, innymi słowy dobrze odrobił „zadanie domowe”, przemyślał wszystko i zaplanował cały cykl o Straży niezwykle starannie. Nie przeczytałem jeszcze wszystkich pozycji, ale moim zdaniem „Zbrojni” są chyba najlepszą częścią tego cyklu. Nie wiem czy może plusy przysłoniły mi minusy, ale ja żadnych nie znalazłem.



Akcja nadal toczy się w Ankh-Morpork, największym mieście na Dysku. Mamy tutaj ponownie tendencje rojalistyczne i chęć niektórych jednostek do przywrócenia monarchii. Pochodzący ze zubożałego rodu szlacheckiego Edward d'Eath, postanawia odnaleźć potomka dawnych królów Ankh-Morpork i doprowadzić do jego koronacji. Jakiś czas potem z muzeum Gildii Skrytobójców ginie wyjątkowo niebezpieczne urządzenie, wynalazek geniusza Leonarda da Quirma, i dochodzi do szeregu, jak się zdaje, przypadkowych morderstw. Kapitan Samuel Vimes, dowódca Straży Nocnej Ankh-Morpork, podejmuje śledztwo, pomimo że rządzący miastem Patrycjusz wyraźnie mu tego zabronił. W samej Straży Nocnej następują duże zmiany, zostają bowiem do niej przyjęci nowi rekruci: troll Detrytus, krasnolud Cuddy i Angua, która jest wilkołakiem. Ma to związek z napięciami rasowymi pomiędzy rożnymi „nacjami”, rasami zamieszkującymi Ankh-Morpork, gdzie niemal każdy kogoś nienawidzi: krasnoludy nienawidzą trolli, trolle krasnoludów. ludzie nienawidzą obu ras i wzajemnie. Rozwiązaniem wydaje się być pomysł, aby każda rasa miała swoich reprezentantów w oddziale Straży. Kolejnym zatem tematem tej książki, poza zagadką kryminalną, jest rasizm.
"Zawsze miło jest wiedzieć, że ktoś ma gorzej od nas. Ktoś przecież musi być tyłkiem tego świata".
W „Zbrojnych” Terry Pratchett zakpił sobie odrobinę ze swoich czytelników i bardzo umiejętnie, „nic nikomu nie mówiąc”,  poprowadził tam gdzie chciał. Kiedy bowiem czytasz tę książkę, w pewnym momencie zaczynasz zdawać sobie sprawę, dociera do ciebie fakt, że masz w rękach klasyczny kryminał, ze wszystkimi jego niezbędnymi elementami. Oczywiście osadzony w świecie fantasy, potraktowany humorystycznie i będący jednocześnie celem satyry, ale jednak kryminał  Ci, którzy lubią kryminały będą mile zaskoczeni i w pełni  usatysfakcjonowani. Ja zobaczyłem w "Zbrojnych" parodię "Brudnego Harry'ego" i "Akademii Policyjnej" i w ogóle wszystkich tego typu kryminałów policyjnych, gdzie policjanci pracują parami, mają przydzielonych partnerów, którzy często, dla kontrastu i uzupełniania się, są "odmienni", ale można na nich polegać i w razie czego uratują ci tyłek albo i życie. 
"Są ludzie, którzy odbierają innym pieniądze. W porządku, to zwykła kradzież. Ale są też ludzie, którzy jednym krótkim słowem potrafią odebrać komuś samo człowieczeństwo. To zupełnie inna sprawa".
Co mogę jeszcze dodać? Chyba tylko tyle, że przyjąłem kolejną dużą dawkę humoru, a czytanie „Zbrojnych” dało mi wyjątkową przyjemność. Książki Terry'ego Pratchetta należą do nielicznych książek, które dają czytelnikowi prawdziwy „reset” i pozwalają zapomnieć o naszym smutnym świecie. Polecam szczerze wszystkim, którzy tego potrzebują.
- Jesteś mądrzejszy od Detrytusa - pocieszył kolegę Nobby.
- Też sobie to powtarzam. Mówię: „Fred, cokolwiek się stanie, jesteś mądrzejszy od Detrytusa”. Potem mówię: „Fred... ale drożdże też są”.

Terry Pratchett "Zbrojni", tłum. Piotr W. Cholewa, Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Grafika: Marc Simonetti

wtorek, 25 października 2016

Terry Pratchett "Straż! Straż!"



Moje pierwsze spotkanie ze "Światem Dysku" Terry'ego Pratchetta miało miejsce już bardzo bardzo dawno temu, kiedy to w jednym z numerów "Nowej Fantastyki" pojawiła się pierwsza część tego cyklu, a mianowicie "Kolor magii". Książka nie zachwyciła mnie jednak. Owszem, przeczytałem ją do końca, wtedy miałem jeszcze zwyczaj kończenia zaczętych książek choćby nie wiem co się działo. Wszystko wydało mi się dosyć wydumane, naciągane, a humor jakiś taki wymęczony. Dlatego nie sięgałem już po kolejne tomy. Teraz już wiem, że wszystko przez to, iż zacząłem od niewłaściwej strony, w nieodpowiednim miejscu.

"Poza tym Straż z zasady nie miesza się do bójek. O wiele prościej jest wkroczyć później i aresztować wszystkich nieprzytomnych".
Cykl "Świata Dysku" dzieli się na kilka podcykli i najlepiej podobno zacząć od cyklu o Straży Miejskiej lub o Czarownicach z Lancre. Pierwszą częścią cyklu o Straży Miejskiej jest powieść zatytułowana "Straż! Straż!". Terry Pratchett wyśmiewa się w niej z instytucji straży miejskiej oraz policji, robiąc odniesienia do naszej "wspaniałej" rzeczywistości. W ogóle cały "Świat Dysku" jest dosyć postmodernistyczny, można znaleźć tutaj odwołania, aluzje, nawiązania i parodie różnych postaci z literatury światowej, np. z dramatów Szekspira, czy też problemów i instytucji z naszego świata, takich jak poczta, giełda, policja, świat polityki i nauki. Mnie przypomina to trochę teksty ze Shreka, ale w wersji dla dorosłych, w dobrym tego słowa znaczeniu. "Świat Dysku" to fantasy, ale nie klasyczna, raczej jej parodia. Występują tu postaci znane z książek tego gatunku, jak trolle, krasnoludy, smoki. czarownice, wilkołaki, golemy czy nawet wampiry. Humor Terry'ego Pratchetta jest wspaniały, dlatego niejednokrotnie zaśmiewałem się podczas lektury. Przy tym autor wykorzystując cały ten "arsenał" i pisząc lekko, porusza jednocześnie poważne sprawy i problemy, zwracając nam uwagę na wiele ciemnych stron ludzkiej natury z jakimi mamy stale do czynienia. Człowiek jaki jest każdy widzi. Pasuje tutaj cytat z klasyka "Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie".
"Macie czelność się skarżyć, [pomyślał smok]. A przecież my byliśmy smokami. Smoki powinny być okrutne, chytre, nieczułe i straszne. Ale coś ci powiem małpo… [Wielki pysk zbliżył się jeszcze i Wonse spojrzał prosto w głębie bezlitosnych smoczych ślepi.] Smoki nigdy nie paliły na stosie, nie torturowały, nie rozpruwały na kawałki i nie nazywały tego moralnością".
Książki Terry'ego Pratchetta to literatura rozrywkowa, dająca dużą radość z jej czytania, a przy tym niegłupia. Dialogi skrzą się tu dowcipem najwyższej klasy, a cytaty z jego książek są już klasyczne i kultowe. Zdaję sobie sprawę, że piszę tutaj o książkach, które są znane na całym świecie i trudno by było znaleźć kogoś kto o nich przynajmniej nie słyszał lub nie widział charakterystycznych ilustracji z ich okładek. Jeżeli jednak jest jeszcze ktoś taki, ostatni maruder, to musi szybko pędzić do biblioteki lub księgarni, aby nadrobić swe niebywałe braki. I Bob jest twoim wujem! :)
"Życie to tylko chemia. Tu kropla, tam strużka, a wszystko się zmienia. Niewielki łyk sfermentowanych soków i nagle człowiek zdolny jest przeżyć kolejne parę godzin".
Terry Pratchett "Straż! Straż!"

poniedziałek, 29 września 2014

John Scalzi "Czerwone koszule" (recenzja)


Ktoś tam w niebie musi naprawdę dbać o dobór moich lektur, albo mam po prostu niewiarygodne szczęście, ponieważ co rusz trafiają w moje ręce znakomite i wyjątkowe książki. Kolejną z nich jest powieść Johna Scalziego "Czerwone koszule", będąca (tylko pozornie) czymś w rodzaju parodii lub pastiszu telewizyjnych seriali science-fiction. 

Właściwie chodzi tutaj głownie o jeden serial, klasyczny już dla tej konwencji, mający swoich fanów i dla wielu kultowy, a mianowicie Star Trek. Jego popularność, znaczenie dla popkultury oraz towarzyszący mu przemysł można chyba jedynie porównać z innym cyklem filmowym SF, "Gwiezdnymi wojnami". Z serialu Star Trek weszło na stałe do języka angielskiego wiele wyrażeń, idiomów i terminów. Tak stało się właśnie z tytułowymi "czerwonymi koszulami", terminem, który stał się synonimem postaci dalekiego planu, wprowadzanych do scenariusza tylko po to, by swoją nagłą lub tragiczną śmiercią wywołać efekt dramatyczny i przyciągnąć uwagę widzów. Mam nadzieję, że tym co dotychczas napisałem nie zniechęciłem i nie odstraszyłem potencjalnych czytelników tej powieści, szczególnie takich, którzy nie czytują lub wręcz nie znoszą SF. Była by to wielka  szkoda, bowiem "Czerwone koszule" są książką nietuzinkową, głęboką, nie stroniącą od zagadnień natury filozoficznej i egzystencjalnej oraz wielowymiarową, dającą się odczytywać na kilku poziomach. 

Głównymi bohaterami powieści, tytułowymi "Czerwonymi koszulami", są rekruci rozpoczynający służbę na "Nieustraszonym", okręcie flagowym Unii Galaktycznej. Wśród nich zaś wyróżnia się podporucznik Andrew Dahl, który postanawia rozwiązać zagadkę dziwnego zachowania się doświadczonych, starszych rangą członków załogi, którzy notorycznie chowają się w różnych zakamarkach okrętu, byle tylko uniknąć uczestniczenia w misjach zwiadowczych. Chcą po prostu i zwyczajnie przeżyć, bowiem każda taka misja kończy się jatką wśród szeregowych żołnierzy. Odkrycie prawdy zaskakuje nie tylko Andrew Dahla, ale także każdego czytelnika. Książka nie wygląda na taką jaką jest w rzeczywistości. Do tego błędnego wrażenia dokłada się jeszcze ilustracja na okładce, która sama w sobie może nie jest wcale zła, ale nie oddaje niestety treści książki.

Książka Scalziego jest bardzo złożona, dlatego mam obawy czy uda mi się opisać wszystkie jej tematy, motywy i aluzje. Pierwsza i najbardziej narzucająca się rzecz, to oczywiście wspomniane już przeze mnie nawiązanie do Star Treka i innych seriali telewizyjnych science-fiction. Autor wyśmiewa się trochę ze sposobu ich pisania przez scenarzystów oraz zawartych w nich głębi intelektualnych. Najzabawniejsze jest zaś to, że sam Scalzi pracował przy produkcji takiego telewizyjnego serialu fantastyczno-naukowego pt. "Gwiezdne wrota. Wszechświat". W "Czerwonych koszulach" mamy sporo typowych dla wczesnej klasycznej SF elementów, są tutaj zatem walki statków kosmicznych, jest unia galaktyczna, akademia oficerska, eksploracja kosmosu, rozmaite rasy i ich religie, bunt robotów, stwory kosmiczne takie jak np. borgowiańskie czerwie pustynne (to  oczywiście ukłon autora w stronę "Diuny" Franka Herberta), rekiny lodowe czy wirus merowiańskiej dżumy. Z innych motywów należy wymienić podróże w czasie i wzajemne przenikanie się światów równoległych, z którymi związanych jest jak zwykle kilka naukowych paradoksów.

Jak już wcześniej wspomniałem, powieść "Czerwone koszule" wprowadza początkowo czytelnika w błąd, jest bowiem wielowymiarowa i może być odczytywana na kilka sposobów. Zaczyna się jak typowa fantastyka przygodowa z zagadką w tle. Potem zauważamy, że opowiadana historia jest jedynie pastiszem lub parodią takiej fantastyki, że mamy tutaj znakomitą zabawę konwencją, by na koniec stwierdzić, że autorowi chodziło o coś innego, o wiele bardziej istotnego, i że jego książka ma tak naprawdę poważniejszą wymowę. "Czerwone koszule" należą też w pewnym sensie do literatury postmodernistycznej, mamy tam bowiem postacie fikcyjne, rozważające swoją autentyczność w stosunku do innych postaci, także fikcyjnych, pytające o to gdzie jest i czym jest rzeczywistość, poszukujące autora scenariusza, jakim jest ich życie. W powieści padają nawet terminy autotematyczności i metaliterackości. Na najgłębszym zaś poziomie analizy można "Czerwone koszule" interpretować jako powieść o sensie bytu, podejmowaniu wyborów, poszukiwaniu własnego "ja" oraz o wyjątkowości każdej istoty ludzkiej. Warto na koniec dodać, że cała właściwie książka przesiąknięta jest humorem (co jest zresztą dosyć rzadkie w dziełach literatury SF, szczególnie polskiej produkcji), który podczas jej lektury może nie powodował u mnie gwałtownych wybuchów śmiechu, ale czytając ją cały czas uśmiechałem się.

"Czerwone koszule", pomimo, że traktują o poważnych sprawach, często natury filozoficznej, czyta się szybko i przyjemnie. Autorowi udało się zaskoczyć czytelnika i dokonać rzeczy z pozoru niemożliwej, połączyć 2 w 1, literaturę rozrywkową z tą o głębszej tematyce. John Scalzi napisał znakomitą książkę, która może się podobać zarówno fanom literatury SF, miłośnikom telewizyjnych seriali fantastyczno-naukowych, jak i tym, którzy szukają czegoś ambitniejszego i wolą poważniejszą literaturę. Mnie osobiście lektura tej książki, ze względu na jej złożoność, obecny w niej humor oraz lekki język, sprawiła dużo radości. Z pewnością będę jeszcze do niej nie raz wracał, bo "Czerwone koszule", to książka do wielokrotnego czytania. Cieszę się, że nadal powstają dobre książki SF, które potrafią mnie pozytywnie zaskoczyć.

Fot. Athena Scalzi
John Scalzi (rocznik 1969) światowy rozgłos zdobył powieścią "Wojna starego człowieka", która, podobnie jak kolejne dwie pozycje z zapoczątkowanej przez nią serii, była nominowana do Nagrody Hugo. Pełnił funkcję przewodniczącego Amerykańskiego Stowarzyszenia Autorów Science Fiction i Fantasy. Jego książki, poza wartką akcją i doskonale skonstruowanymi postaciami, charakteryzuje ogromne poczucie humoru, przywodzące na myśl najlepsze powieści Harry’ego Harrisona. "Czerwone koszule" otrzymały Nagrodę Hugo dla najlepszej powieści SF 2013 roku.

John Scalzi "Czerwone koszule", przełożył Marcin Wawrzyńczak, Wydawnictwo Akurat, Warszawa 2014, s. 336.

niedziela, 31 sierpnia 2014

J. G. Ballard "Wyspa"


J. G. Ballard jest mi znany przede wszystkim ze znakomitego zbioru opowiadań pt. "Ogród czasu", ale także z autobiograficznej powieści "Imperium słońca". Większość jego książek wyróżnia się oryginalną formą i treścią. Ballard przedstawia w nich prześladujące go wizje świata przyszłości niekoniecznie odległej, natomiast wielce prawdopodobnej. Jest to pisarz z rodzaju tych, co to się wszystko co napiszą bezgranicznie wielbi, albo wręcz przeciwnie, nie cierpi. Jednym słowem jego pisarstwo budzi skrajne emocje i nie pozostawia nikogo obojętnym.. 

"Wyspa" zaintrygowała mnie niezłą okładką i zamieszczoną na niej notką na temat książki. Mimo to do jej przeczytania zbierałem się długo, to była rezerwowa pozycja do czytania w busie lub autobusie. Skutek był taki, że czytałem kilkanaście stron, aby następnym razem zacząć od początku. Aż pewnego dnia przeczytałem o kilka stron za dużo, wsiąkłem w świat tej opowieści i pozostałem w niej do końca.

Tytułowa wyspa to, ograniczony z trzech stron wałami, wiaduktami i ogrodzeniami z siatki, obszar pomiędzy autostradami i drogami szybkiego ruchu. Teren zapomniany przez ludzi i Boga, zamieniony na złomowisko i śmietnik cywilizacji. Główny bohater, Robert Maitland , trzydziestopięcioletni architekt, jadąc pewnego dnia autostradą traci kontrolę nad swoim samochodem, przebija barierę ochronną, zjeżdża z nasypu i zatrzymuje  się pośród zardzewiałych i porośniętych trawą wraków innych samochodów. Maitland, któremu udało się wyjść z wypadku niemal bez szwanku, robi wszystko, aby wydostać się z tej "bezludnej wyspy". Nie jest to jednak, jakby się komuś mogło wydawać, takie proste. Akcja powieści toczy się w 1973 roku, odpadają zatem telefony komórkowe i inne gadżety techniczne dostępne dzisiaj. Podejmowane próby wydostania się tylko pogarszają jego sytuację, zostaje potrącony przez samochód i poważnie ranny. Znalazł się w matni. Wyspa nie pozwala mu uciec. Trochę przypomina mi to inną znakomitą książkę i sytuację w jakiej znalazł się jej bohater, a mianowicie "Kobietę z wydm" Kobo Abe. 
"Opanowując uczucie litości nad sobą, pomyślał znów o Catherine i o synu. Przypomniał sobie zimne uniesienie, z jakim zataczał się po szosie, wykrzykując do samochodów imię żony. Właściwie powinien być jej wdzięczny za to, że go tu wysadziła. Większość szczęśliwych chwil życia spędził samotnie: na wędrówce po Włoszech i Grecji podczas studenckich wakacji, na trzymiesięcznym zwiedzaniu Stanów Zjednoczonych po egzaminach. Już wiele lat temu zrewidował mitologię swojego dzieciństwa. Zachowany w umyśle obraz małego chłopca, bawiącego się zawsze w długim podmiejskim ogrodzie otoczonym wysokim murem, stał się dziwnie pokrzepiający. to nie tylko próżność sprawiła, że oprawiona fotografia siedmioletniego chłopca w szufladzie biurka w pracy przedstawiała nie syna, ale jego samego. Może małżeństwo z Catherine, nieudane z punktu widzenia ogólnie przyjętych norm, było udane właśnie dlatego, że odtwarzało dla niego ten wyidealizowany pusty ogród".[s. 27-28]
Być może, w każdym razie daje się odnieść takie wrażenie, że Maitland celowo, podświadomie doprowadził do wypadku, chciał wypaść z nudy swojego życia, codzienności, odpocząć od pracy, żony i synka, przeżyć przygodę. Po jakimś czasie walka o przetrwanie na "wyspie" zaczyna mu się nawet podobać i właściwie, kiedy już może, nie chce jej opuścić. Nagłe przeniesienie do ekstremalnych warunków i sytuacji, powoduje uwolnienie się jego prawdziwego "ja". Jak to często bywa, w trudnych momentach ludzie pokazują jacy są naprawdę, często budzą się ich najniższe instynkty. "Wyspa" staje się też dla niego wyzwaniem, zapanowanie na wyspie i nad wyspą stanowi cel, do którego zaczyna dążyć. 
"Obok nowo odkrytego poczucia fizycznej pewności siebie Maitland zauważył, że opanowuje go nastrój spokojnej egzaltacji. Leżał rozluźniony w wejściu do swojej altany, uświadamiając sobie, że jest naprawdę sam na wyspie. Zostanie na niej, dopóki nie będzie mógł uciec o własnych siłach. Zerwał z siebie resztki podartej koszuli i położył się nagi do pasa, tak że słońce mogło mu liczyć żebra. Pod pewnymi względami zadanie, które przed sobą postawił, nie miało sensu. Właściwie nie czuł już potrzeby opuszczenia wyspy i to samo potwierdzało, że objął ją w posiadanie".[s. 187]
"Wyspa" to książka przyciągająca, niepokojąca, obsesyjna, klaustrofobiczna, symboliczna, dająca wiele możliwości interpretacji. Jedna z wielu, to metafora życia po śmierci. Chciałem się podzielić z Wami swoimi wrażeniami z lektury i zachęcić Was do przeczytania tej książki, bo uważam, że jest tego warta. Czy mi się udało? Mam nadzieję, że tak, że ktoś dzięki mnie dowiedział się o tym  interesującym autorze i jednej z jego książek. "Wyspa" zdecydowanie zaostrzyła mój apetyt na pozostałe utwory Ballarda.

J.G. Ballard "Wyspa", przełożył Lech Jęczmyk, Wydawnictwo "Książnica", Katowice 2007, s. 189.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Kate Atkinson "Zagadki przeszłości" (recenzja)


Zacznę tym razem może nietypowo, tzn. od końca, czyli od podsumowania. Dawno nie czytałem tak dobrej książki. Kate Atkinson naprawdę potrafi opowiadać ciekawe i wciągające historie. „Zagadki przeszłości” to znakomity, złożony, wielowątkowy kryminał, którego jedynym minusem jest to, że zbyt szybko się kończy.

Tradycyjnie już nie mam zamiaru zdradzać Wam treści książki, opowiadać kto zabił, kogo, w jaki sposób, kiedy i dlaczego. Jeżeli przeczytacie książkę, dowiecie się sami. Chciałbym jedynie zachęcić do jej lektury i opowiedzieć o moich wrażeniach. Jak już pisałem powyżej, byłem zaskoczony, że to taka znakomita książka. Czytałem wcześniej „Jej wszystkie życia” tej autorki, zatem wiedziałem, że można się spodziewać dobrej literatury. Jednak to dopiero „Zagadki przeszłości” spowodowały, że umieściłem Kate Atkinson na liście moich ulubionych pisarzy, cykl z Jacksonem Brodiem zaliczam do ulubionych cyklów kryminalnych, a jego samego do ulubionych bohaterów kryminałów, obok Filipa Marlowa i detektywa-lumpa z niby-kryminałów Eduardo Mendozy. Ostrzegam, że książka wciąga. Nie mogłem się oderwać od niej nawet podczas koszenia trawnika!

Akcja „Zagadek przeszłości” toczy się w Cambridge w Anglii. Jackson Brodie, były inspektor policji, który obecnie zarabia ciężko na chleb jako prywatny detektyw, zmaga się z kilkoma trudnymi sprawami z przeszłości, musi znosić obraźliwe zachowanie swojej niezbyt sympatycznej sekretarki i na dodatek cały czas boli go ząb. W życiu osobistym także nie ma lekko, zostawia go żona, zabierając ze sobą dziecko, właściwie wszystko co miał. Brodiego mimo to, nie opuszcza ironia i poczucie humoru, innego może trochę rodzaju niż np. u Filipa Marlowa, typowo angielskie, ale w końcu jest Anglikiem. Umiejętne i udane połączenie elementów humoru i grozy, to jedna z licznych zalet tej książki. Inne plusy, to między innymi bardzo wiarygodne, pełnokrwiste postacie. Zmieniająca się narracja prowadzona na zmianę przez kilka różnych postaci, sprawia, że możemy poznawać i oceniać te same sprawy z różnych punktów widzenia. Ogólny efekt tych zabiegów okazuje się bardzo pozytywny, nie nudzimy się i jest interesująco, a przecież o to nam chodzi, prawda? Do tego wszystkiego można jeszcze dorzucić ciekawie przedstawione przez autorkę tło społeczno-obyczajowe Anglii, ze szczególnym uwzględnieniem Cambridge, które nie jest do końca takie jak nam się, wychowanym na stereotypach,  mogło by wydawać.

„Zagadki przeszłości” to książka zabawna, ale i jednocześnie bardzo mroczna. Kate Atkinson wykorzystując kostium powieści detektywistycznej, opowiedziała nam kilka smutnych i dosyć okrutnych historii z życia rodzin dysfunkcyjnych, których bohaterkami są głównie kobiety i dziewczynki. To książka o niespotykanej lekkości ludzkiego życia, o konsekwencjach podejmowanych przez ludzi wyborów, o tym do czego może prowadzić brak miłości małżeńskiej i rodzicielskiej, molestowanie i znęcanie się nad dziećmi, zbyt duże ambicje czy brak wystarczającej opieki. Skutki takiej sytuacji, to między innymi możliwość powstania u dorosłego  już człowieka osobowości socjopatycznej lub psychopatycznej. Stąd już niedaleko do planowania i zabijania własnych dzieci, aby się ich pozbyć, kiedy stały się niewygodne. Skąd my to znamy? Te historie mogłyby równie dobrze zdarzyć się wszędzie, także u nas.

Kate Atkinson "Zagadki przeszłości",  przełożył Paweł Laskowicz, Czarna Seria, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2014, s. 368.

środa, 30 lipca 2014

Åke Edwardson "Dom na końcu świata"



„Dom na końcu świata” Åke Edwardsona to bardzo dobra, ale jednocześnie bardzo mroczna i chłodna książka. I nic dziwnego, w końcu to szwedzki kryminał. Przyznam, że do tej pory nie czytałem jeszcze nic tego autora. Owszem, jego nazwisko obiło mi się tu i ówdzie o uszy, widziałem także kilka tytułów w księgarniach. Teraz dopiero jednak, czytając jedenasty tom cyklu z Erikiem Winterem, mogłem przekonać się i ocenić styl i rzemiosło Åke Edwardsona.

Sytuacja jaką w tym tomie cyklu zastajemy jest następująca: komisarz Erik Winter wycofał się z uprawiania zawodu, wyjechał ze Szwecji i mieszka z rodziną w słonecznej i upalnej Hiszpanii. Miewa jednak dziwne sny, czuje, że coś, albo ktoś wzywa go i postanawia, że musi wrócić do Szwecji i Goeteborga. Przynajmniej na jakiś czas. Wraca sam. Jego rodzina, matka oraz żona z córeczką zostają nadal w Hiszpanii. Winter dziwnie się czuje po powrocie, niby koledzy ci sami, ale szefem jest już ktoś inny i wprowadza nowe porządki. Ciężko znosi także różnicę miedzy Szwecją i Hiszpanią jeśli chodzi o klimat, temperaturę, nasłonecznienie oraz mentalność ludzi. Nie trzeba długo czekać, aby znalazła się dla niego sprawa do rozwiązania. Na jednej z licznych wysepek na obrzeżach Goeteborga, w domu na końcu świata, zostaje popełniona makabryczna zbrodnia. Zamordowana zostaje kobieta i dwójka jej dzieci. Na miejscu zbrodni znaleziono także żywe niemowlę. Morderca nie mógł albo nie chciał go zabić, specjalnie zostawił je żywe? Tak zaczyna się ta historia. A jak się kończy, musicie przekonać się o tym sami.

Åke Edwardson, 2010
Ja zaś mogę Wam opowiedzieć o kilku refleksjach które przyszły mi do głowy podczas czytania tego kryminału. Przy okazji tej książki oraz krwawej, i to dosłownie, historii o jakiej opowiada, dostajemy interesującą opowieść o problemach Szwecji i ludzi ją zamieszkujących. O tym jak podzielone i rozwarstwione jest szwedzkie społeczeństwo. O jego ksenofobi i rasizmie. I o innych problemach, które nękają także wiele europejskich krajów. Szwecja się zmieniła, to nie jest już ten sam kraj, którym była kiedy komisarz Winter był dzieckiem. Ludzie zamykają się w domach ze swoimi problemami, depresją. Trudno prowadzi się śledztwo, przepytuje świadków. Nikt nic nie wie, nikt nic nie widział. Nie było to dla mnie dużym zaskoczeniem, wiedziałem już sporo o tych sprawach z kryminałów Henninga Mankella. Chcąc, nie chcąc porównywałem ze sobą style pisania tych dwóch szwedzkich autorów kryminałów. Główna różnica to bohater. W obu wypadkach jego nazwisko zaczyna się na W, Winter i Wallander różnią się jednak sposobem myślenia, pracy, działania. Erik Winter to trochę wizjoner, jasnowidz. Chociaż nie przyznaje się do tego, miewa często dziwne, symboliczne czy też prorocze sny. Często zdaje się na swoje zmysły, emocje. Próbuje wczuć się w sposób myślenia mordercy. To bardziej indywidualista w działaniu, podczas gdy Kurt Wallander preferuje pracę zespołową. Obaj natomiast są melomanami i amatorami mocnych trunków. Wallander lubi muzykę klasyczną, Winter natomiast uwielbia Jazz, szczególnie Johna Coltrane’a. Komisarz Winter w trakcie prowadzenia śledztwa czyta biografię tego słynnego amerykańskiego muzyka jazzowego. A Love Supreme, tytuł jednego z albumów, suity jazzowej, Coltrane’a jest mottem, przewija się przez całą książkę niczym mantra i stanowi jej przesłanie. Największa, idealna miłość. Znaczenie tych słów dociera do nas, gdy znamy już zakończenie tej historii.

Podczas czytania „Domu na końcu świata” miałem kilka razy skojarzenia z chyba najlepszym kryminałem Henninga Mankella zatytułowanym „O krok”. Tak jak w tamtym przypadku morderca jest bardzo blisko, zawsze nieuchwytny, o ten jeden krok przed prowadzącymi śledztwo. Cała makabryczność zbrodni  w "Domu na końcu świata" polega dodatkowo na tym, że zabite, zaszlachtowane niczym zwierzęta w rzeźni, zostały dzieci, które w Szwecji są traktowane szczególnie wyjątkowo. Ale dla każdego kto ma wyobraźnię, a tym bardziej posiada dzieci, jest to niewyobrażalna zbrodnia. Trudno sobie wyobrazić motywy jakimi kierował się morderca, że był do tego zdolny. Zakończenie książki jest zaskakujące, może trochę niewiarygodne, straszne i niemożliwe. Ludzie są jednak zdolni do popełniania naprawdę potwornych czynów, także z miłości do kogoś. Nie mogę na sto procent, podobnie jak jeden z kolegów Wintera, powiedzieć, że bym czegoś takiego nigdy w życiu nie zrobił. Tego się nie wie.

Åke Edwardson "Dom na końcu świata", tłum. Inga Sawicka, Wydawnictwo Czarna Owca, Czarna Seria, s. 432.

poniedziałek, 28 lipca 2014

"Trzeci zamach" Piotr Głuchowski


„Trzeci zamach” to moje pierwsze, bardzo udane i mam nadzieję, że nie ostatnie, spotkanie z twórczością Piotra Głuchowskiego. Książka została wydana przez Wydawnictwo Agora, tak jak i poprzednie książki tego autora w serii Kryminał. „Trzeci zamach” to właściwie thriller sensacyjny z udziałem znanej już czytelnikom pary bohaterów: dziennikarza Roberta Pruskiego oraz pięknej i do tego niezwykle inteligentnej hakerki Mai Szalawskiej.

Wszystko zaczyna się dosyć spokojnie, powiedziałbym nawet, że standardowo i banalnie, od skandalu społeczno-religijno-politycznego. Franciszek Kosma Drozd, ksiądz-biznesmen, bardzo wpływowa i ważna dla znacznej części polskiego społeczeństwa osoba, właściciel i prezes katolickiej Telewizji Horeb, Wydawnictwa Arka i wielu innych biznesów (skojarzenia z pierwowzorem są tu dosyć oczywiste) oraz inicjator budowy najwyższego na świecie pomnika papieża Jana Pawla II, zostaje na jednej z hiszpańskich wysepek sfotografowany z Karoliną Koon, celebrytką i gwiazdką porno. Pewne poznańskie wydawnictwo czując możliwość  zarobienia dużych pieniędzy na skandalu, chce wydać wspólną biografię księdza prezesa Franciszka Drozda oraz Karoliny Koon. Dlatego też zwraca się do dziennikarza Roberta Pruskiego, aby ten poprawił i uzupełnił napisaną kiedyś, a nigdy nie wydaną, książkę o gwiazdce oraz dopisał część dotyczącą biografii księdza prezesa. Pruski początkowo niechętny, zgadza się podjąć tego zadania. Ma trudną sytuację finansową i życiową, a pieniądze za książkę mogą ją przynajmniej chwilowo poprawić. Dziennikarz jako researcherkę zatrudnia Maję Szalawską.

Potem jest już jak u Hitchcocka, następuje trzęsienie ziemi, a napięcie rośnie z każdą przeczytaną stroną książki. Pruski i Szalawska, badając życiorys i powiązania księdza prezesa, natrafiają na wiele ciemnych spraw z jego przeszłości, a w końcu na istną puszkę Pandory, podstępną grę obcych wywiadów i największą tajemnicę XX w. Nie chcę psuć nikomu przyjemności czytania, dlatego nie będę tutaj opisywał szczegółowo prowadzonego przez parę bohaterów śledztwa dziennikarskiego. Czytanie, poznawanie nowych faktów i śledzenie odkrywanej przez nich powoli tajemnicy z przeszłości dało mi naprawdę dużą frajdę. Starałem się wczuć w konwencję i uwierzyć w wymyśloną przez autora intrygę. W przypadku wszystkich kryminałów, thrillerów i horrorów to warunek konieczny. Nie możemy co chwilę marudzić, że coś jest niemożliwe. Najwięcej wątpliwości oraz zarzutów dotyczących nierealności i niemożliwości rozwiązań fabularnych może dotyczyć samego zakończenia książki. Ale czy thriller sensacyjny, który rządzi się przecież swoimi prawami, da się zakończyć w taki sposób jak książkę non-fiction lub powieść obyczajową?

„Trzeci zamach” podobał mi się jeszcze z kilku powodów. Przede wszystkim interesujący bohater, czterdziestokilkulatek z problemami rodzinnymi i poczuciem humoru, dziennikarz z zawodu, alkoholik o wyglądzie podstarzałego hipisa. Przyznaję się, bardzo polubiłem Roberta Pruskiego. Muszę poszukać wcześniejszych książek Piotra Głuchowskiego z Pruskim w roli głównej, słyszałem, że są znakomite ("Umarli tańczą", "Lód nad głową"). Po drugie, świetne opisy postaci oraz polskiej rzeczywistości, które dodają książce kolorytu i wiarygodności. I na koniec, po prostu dobrze się to czyta.

Piotr Głuchowski "Trzeci zamach", Wydawnictwo Agora, seria Kryminał, Warszawa 2014, s. 478.

niedziela, 11 maja 2014

Bernard Malamud "Pomocnik"


Właściwie tego wpisu miało nie być. Nie dlatego, że książka mi się nie spodobała. Wręcz przeciwnie, jest świetna. Tyle, że ostatnio nie miałem jakoś ochoty do robienia rzeczy, których robić nie muszę. Jednak powieść Malamuda nie dawała mi spokoju, chodziła za mną przez wiele dni. Często wracałem do niej myślami. Musiałem zatem coś o niej napisać, choćby kilka linijek, aby zachęcić innych do jej przeczytania.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods"


Raz na jakiś czas, jak dla mnie jednak zbyt rzadko, pojawia się na rynku czytelniczym wyjątkowa, zabawna i jednocześnie smutna, niezwykle mądra książka. Po pewnym czasie staje się ona książką kultową. Do takich właśnie książek zalicza się wydana ostatnio przez Wydawnictwo Literackie debiutancka powieść Gavina Extence'a "Wszechświat kontra Alex Woods". 

Tę książkę powinno się umieścić na jednej półce z takimi, klasycznymi, już w tej chwili, utworami jak: "Modlitwa za Owena" i "Świat według Garpa" Johna Irvinga, "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya, "Paragraf 22" Josepha Hellera, "Buszujący w zbożu" J.D.Salingera, "Dziwny przypadek psa nocną porą" Marka Haddona czy też z dziełami zebranymi Kurta Vonneguta. Powieść Extence'a sporo zawdzięcza wszystkim wymienionym tytułom, bez których być może nigdy by nie powstała, najbardziej zaś książkom Kurta Vonneguta, którego filozofia, poczucie humoru oraz sposób patrzenia na świat są w niej wyraźnie obecne. Fani tego pisarza nie powinni, wręcz nie mogą, przejść obok tej książki obojętnie.

"Wszechświat kontra Alex Woods" to historia, której narratorem i zarazem głównym bohaterem jest siedemnastolatek, Alex Woods, wychowywany przez samotną i dosyć niekonwencjonalną matkę prowadzącą sklep z ezoteryką i zawodowo zajmującą się wróżeniem z kart Tarota. Alex jako dziesięcioletni chłopiec został trafiony w głowę przez spadający z nieba meteoryt. Na szczęście udało mu się przeżyć ten niezbyt często spotykany wypadek, swego rodzaju bliskie spotkanie trzeciego stopnia. Zderzenie z meteorytem doprowadziło jednak do szeregu istotnych zmian w jego życiu: zaczął od tamtej pory chorować na padaczkę oraz dosyć poważnie zainteresował się astronomią, fizyką i neurologią (szczególnie działaniem mózgu). Jednym słowem Alex stał się dosyć nietypowym nastolatkiem, marzącym o odkryciach naukowych i stworzeniu przez siebie Ogólnej Teorii Wszystkiego w fizyce wyjaśniającej zachowanie się wszechświata. Alex staje się także inny, bo zaczyna czytać książki. Lubi czytanie i książki zaczynają odgrywać ważna rolę w jego życiu. Wszystko to razem powiększa jeszcze jego, i tak już dużą odmienność w stosunku do kolegów ze szkoły. Jego inność nie podoba im się, rodzi u nich niepokój i agresję. W końcu, dzięki szeregowi zbiegów okoliczności, Alex spotyka pewnego staruszka, pana Petersona, i zaprzyjaźnia się z nim dzięki ich wspólnej miłości do książek Kurta Vonneguta.

"Wszechświat kontra Alex Woods" to powieść o rodzinie, przyjaźni, tolerancji i wolności człowieka do stanowienia o sobie. Przypomina nam o pewnych podstawowych ludzkich wartościach, o których często w życiu zapominamy, na przykład aby być zawsze człowiekiem i że mieć nie zawsze znaczy być.

Powieść Gavina Extence'a to także satyra na panujący w Wielkiej Brytanii, chociaż niestety pewnie nie tylko tam, system edukacyjny, w którym liczą się tylko oceny z egzaminów. Coś czego nie ma na egzaminie jest po prostu nieważne i nie warto się tego uczyć. Szkoła Alexa nawet nie próbuje zainteresować czymś uczniów i zachęcić ich do samodzielnego zdobywania wiedzy. To nie jest miejsce, które w pozytywny sposób wpływa na rozwój intelektualny i emocjonalny młodego człowieka. Dostaje się w tej książce również mediom, policji oraz bezdusznemu, nieliczącemu się z człowiekiem, często absurdalnemu prawu tworzonemu przez polityków i władze. 

"Wszechświat kontra Alex Woods" to pełna ciepła, bardzo ludzka, zabawna i zarazem smutna książka, która opowiada w prosty sposób o trudnych sprawach stanowiących często dylematy współczesnego człowieka i mówiących wiele o jego kondycji.

Alex w powieści zastanawia się kim, jakim człowiekiem byłby, gdyby nie trafił w niego meteoryt. Jest pewny jednej rzeczy, byłby zupełnie kimś innym. Wszystko w jego życiu potoczyłoby się zupełnie inaczej. Ale czy lepiej? 

Historia chłopca, który został trafiony meteorytem daje do myślenia, zmusza czytelnika do zatrzymania się na chwilę i zastanowienia nad życiem i jego podstawowymi wartościami. Autor nie zmusza nikogo do przyjmowania jego poglądów na różne sprawy, przedstawiając jedynie opis pewnego indywidualnego przypadku. Nie daje prostych i jedynie słusznych odpowiedzi. Czytając tę wspaniałą książkę każdy musi sam odpowiedzieć sobie na kilka pytań. Czy we mnie także, jak w Alexa Woodsa, musi trafić meteoryt aby mnie zmienić, wyrwać z utartych kolein życia i pokazać inną jego stronę, z której istnienia nie zdawałem sobie dotąd sprawy? Co ja zrobiłbym na jego miejscu, czy byłbym tak samo dzielny i zachowałbym się podobnie jak on?

Fot. Alix Extence
Gavin Extence (ur. 1982) – urodził się w niewielkim brytyjskim miasteczku. Jako dzieciak był zapalonym szachistą, nawet jeździł do Moskwy i St. Petersburga na turnieje, gdzie mierzył się z najtęższymi szachowymi głowami. Raz nawet wygrał. Obecnie Gavin mieszka w Sheffield z żoną, dzieckiem i kotem. Pracuje nad swoją następną książką. A gdy nie pisze, lubi gotować i po amatorsku zajmuje się astronomią.

Gavin Extence "Wszechświat kontra Alex Woods" (The Universe Versus Alex Woods), przełożył Łukasz Malecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2014, s. 422.


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Jarmark sensacji" Egon Erwin Kisch


Wstyd się przyznać, ale jeszcze do niedawna Egon Erwin Kisch był mi zupełnie nieznany. Nie czytałem ani jednej jego książki. Chyba nawet jego nazwisko nie obiło mi się nigdy o uszy. Czysta nie zapisana karta. Nie mam pojęcia jak to się mogło stać. Na szczęście już naprawiłem swój błąd dzięki Wydawnictwu Agora, które w Bibliotece Gazety Wyborczej w nowej serii Reporterzy dużego formatu wydało "Jarmark sensacji" Egona Erwina Kischa.

Kim był Egon Erwin Kisch i dlaczego powinno się znać jego nazwisko? Otóż E.E.K. to najsłynniejszy reporter pierwszej połowy XX wieku, uważany za jednego z najwybitniejszych reporterów w historii światowego dziennikarstwa. Do inspiracji jego twórczością (napisał aż 34 książki) przyznawali się najwięksi polscy reporterzy, m.in. Ryszard Kapuściński. Powszechnie uważa się, że Kisch był dla światowego reportażu tym, kim Kafka był dla prozy, przez niektórych nazywany był nawet poetą faktu. Był pochodzenia żydowskiego, posiadał obywatelstwo austro-węgierskie, a potem czechosłowackie. Urodził się, przez dużą część życia mieszkał i zmarł w Pradze. Temu miastu poświecił także znaczną część swojej twórczości. Kisch pisał w języku niemieckim, chociaż biegle znał również język czeski. Przez pewien okres życia mieszkał też w Niemczech. Wszystko to razem sprawiło, że jest uważany za pisarza należącego zarówno do literatury niemieckiej, czeskiej, jak i austriackiej. Sam często uważał się za obywatela świata. E.E.K. był bardzo interesującą i nietuzinkową postacią.  Jako reporter miał "nosa" i niebywałe szczęście. Od tytułu jednego z jego zbiorów reportaży zatytułowanego "Szalejący reporter" do dziś w Czechach dodaje się do nazwiska Kischa przydomek „Szalejący”. Charakteryzowała go nieprzeciętna inteligencja i można by rzec, że aż chorobliwa ciekawość. W "Jarmarku sensacji" tak pisze o sobie:
"Gdziekolwiek byłby mnie zagnał przypadek, miejsce to stałoby się w każdym razie wkrótce oknem na świat; dbałaby o to najsilniejsza z moich cech: ciekawość. Podobnie jak inni ludzie budzą się ze snu w momencie niebezpieczeństwa, tak ja się budzę, ponieważ nie wiem, kim jest osoba poruszająca się we śnie na drugim planie. Nie mogę jechać tramwajem, nie ustaliwszy, jaką książkę czyta pan w przeciwległym kącie. Śledzę jakąś parę na przestrzeni kilku ulic, aby dowiedzieć się, jaką mową się posługuje. Zaglądam do obcych okien, czytam wszystkie szyldy w domu, w którym mam złożyć wizytę, przetrząsam cmentarze w poszukiwaniu znanych nazwisk. Obojętnych mi ludzi pytam o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zbadania, czemu się tak nazywają. Przetrząsnąłbym każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów, każde "wstęp wzbroniony" nęci do wstępowania, wszystko, co tajemnicze - do śledzenia". [s.84]
Egon Erwin Kisch
Kisch jako reporter zaczynał od notatek w rubrykach kryminalnych praskich gazet "Prager Tagblatt" i "Bohemia". Z racji swojego zawodu miał częsty kontakt z praskim półświatkiem a nawet światem przestępczym, opisując w swojej gazecie kradzieże z włamaniem, podpalenia, bójki prostytutek itp. Wiele z tych doświadczeń wykorzystał później w swoich tomach reportaży "Z praskich ulic i nocy" z 1912, "Przygody w Pradze" z 1920, a także w swojej powieści "Opiekun dziwek" z 1914, opowiadającej o środowisku praskich prostytutek i sutenerów. Kisch poznał też środowisko artystyczne Pragi, zarówno niemieckie jak i czeskie. Wśród literatów, z którymi spotykał się w praskich kawiarniach i gospodach, byli m.in Rainer Maria Rilke, Max Brod, Franz Kafka i Jaroslav Hašek, autor "Przygód dobrego wojaka Szwejka", z którym łączyła go długoletnia przyjaźń. Opowieści tam zasłyszane spożytkował później w wielu swoich reportażach literackich, np. słynnym opowiadaniu o praskiej prostytutce "Wniebowzięcie Szubienicznej Toni", które znajduje się także w omawianej przeze mnie książce "Jarmark sensacji". Aby napisać dobry reportaż Kisch był w stanie zrobić wiele. Tak o tym pisze w tekście zatytułowanym "O reportażu":
"Tłoczyłem się z masą ludzi pragnących się ogrzać, czekałem wraz z głodnymi w kuchni ludowej na zupę dla biedoty, z bezdomnymi spałem w nocnym przytułku, z bezrobotnymi rąbałem lód na Wełtawie, z flisakami płynąłem do Hamburga, statystowałem w teatrze, z orszakiem proletariatu w łachmanach ciągnąłem do okręgu Žatec na zbiory chmielu oraz byłem pomocnikiem hycla. Jeśli były przeszkody, odnotowywałem je, a były one często bardziej godne uwagi aniżeli sam temat". [s. 263]
"Jarmark sensacji" to, jak pisze we wstępie do książki Mariusz Szczygieł, coś więcej niż reportaż, a trochę mniej niż autobiografia, czyli coś w rodzaju autoreportażu. Teksty Kischa napisane są niezwykle obrazowym, prawie poetyckim językiem. Nie ma w tym jednak przesady, która przeszkodziłaby czytelnikowi w odbiorze lub przesłoniła fakty. Na swój styl Kisch wpadł podczas pisania pierwszego reportażu z pożaru młynów, o czym pisze w tekście zatytułowanym "Debiut przy pożarze młynów". Na miejsce dotarł późno, brak mu było doświadczenia i nie potrafił zebrać wszystkich ważnych szczegółów i faktów dotyczących pożaru. Musiał jednak coś napisać. Jego uwagę zwróciła obserwująca pożar grupa bezdomnych. Zainteresował się nimi i zaczął, z wykorzystaniem swojej wyobraźni, opisywać ich życie i historię. Myślał, że poniósł porażkę i nie sprawdził się jako reporter. Oczekiwał natychmiastowego zwolnienia z pracy reportera. Okazało się jednak, że to co napisał, właściwie zmyślił, było dużo prawdziwsze od relacji innych reporterów, które i tak się różniły co do faktów i szczegółów dotyczących przebiegu pożaru. Czytelnicy byli zachwyceni jego reportażem, uwierzyli w to co napisał. I tak oto fikcja okazała się bardziej wiarygodna od prawdy.

Teksty Kischa są przemyślane, nie ma tam właściwie zbędnych słów. Kisch pisał bardzo inteligentnie, zajmująco i dowcipnie. Widać, że miał duże poczucie humoru, ponieważ potrafił śmiać się także z samego siebie. Lubił pisać o sobie, być jednym z bohaterów swoich reportaży. Trzeba przyznać, że jako reporter miał dużo szczęścia, udało mu się bowiem w niemal niewiarygodny sposób rozwiązać kilka naprawdę poważnych spraw kryminalnych, nie wspominając już o słynnej swego czasu aferze szpiegowskiej z udziałem pułkownika Alfreda Redla ("Jak się dowiedziałem, że Redl był szpiegiem"). Nie brak też wśród autoreportaży E.E.K. rzeczy poruszających, jak np. "Matka mordercy", gdzie mamy opowieść starej kobiety, która w obronie syna wyznaje, że to ona jest morderczynią i przyczyną wszelkiego zła, czy wręcz wstrząsających, jak np. "Reporter zostaje żołnierzem", gdzie opisał całą prawdę o wojnie. Brał udział w bitwie, właściwie chaotycznej ucieczce, w której zginęło, utonęło lub zostało rozszarpanych granatami, 3000 żołnierzy austro-węgierskich. On sam cudem przeżył. Widział rzeczy, o których nikt potem nie napisał w gazetach, a to co można było w nich przeczytać, było śmiechu warte i niezgodne z prawdą. Nie wszystko jest jednak takie ponure. W tej książce znajdziemy dużo humoru, jak choćby w kończącym ją, chyba najśmieszniejszym tekście trochę w stylu Jarosława Haszka pt. "Stacja wyjściowa", w którym Kisch śmieje się ze swojego nazwiska, rzekomo pochodzącego z Węgier, oraz z samych Węgrów.


"Jarmark sensacji" przeczytałem naprawdę z dużą przyjemnością. Książkę czyta się znakomicie, nic się nie zestarzała, pomimo upływu 72 lat od jej napisania (wydana została w Meksyku w 1942, gdzie E.E.K uciekł przed nazistami). Stanowi ona nieocenione źródło informacji o tamtych ciekawych czasach. Osobiście bardzo lubię ten okres w historii Europy. Lubię także Czechów, którzy potrafią mówić i pisać nawet o najpoważniejszych sprawach z pewną charakterystyczną i niepowtarzalną nutą ironii, czego nie potrafią inne narody. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Egona Erwina Kischa uważam za bardzo udane i z dużą radością sięgnę po kolejne książki jego autorstwa.

Egon Erwin Kisch "Jarmark sensacji", przełożył Stanisław Wygodzki, wstęp Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Agora, Biblioteka Gazety Wyborczej, Reporterzy dużego formatu, wydanie III, Warszawa 2014, s. 288.