Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziennik. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

Dzień z życia pisarza: Samuel Pepys



16 lipca 1666 roku 

Leżałem w łóżku całe rano i większą część popołudnia, nękany srogimi bólami a wiatrami, nie mogąc oddać wody albo mało. Niebo było tego dnia zadziwiająco ciemne i rano deszcz, a w Harwich spadł pono grad wielkości orzecha. Wypiłem tylko trochę rosołu, który lubię. Resztę dnia spędziliśmy z Baltym, który przybył z morza na dzień lub dwa. Wieczorem wziąłem lewatywę i poczułem się lepiej, i noc miałem niezłą. 

*Dziennik Samuela Pepysa*, t. , tłum. Maria Dąbrowska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1954, s. 65.

czwartek, 5 marca 2015

Dzień jak koronkowa firanka



21 czerwca 1918, Looe, Kornwalia

Cóż to za dziwny dzień dzisiaj? Cienki, biały, jak koronkowa firanka, pełen okropnych hałasów. (Np. ktoś otwiera szufladę tandetnej komody i nie może jej potem zamknąć.) Jedzenie jest łykowate i niestrawne, napoje nie dość gorące. Przeglądając się w lustrze wydaję się sobie okropna, łysa jak jajko, napuchnięta, suknie są na mnie ciasne. Wszystko pokryte jest kurzem i piaskiem – popiół papierosów rozsypuje się i opada – nagietki rozsiewają swe płatki po całej toalecie. W sąsiednim pokoju ktoś usiłuje nastroić kiepski fortepian.
Gdybym miała „swój dom”, mogłabym zaciągnąć zasłony, a zamknąwszy drzwi wykadzić czymś przyjemnie pachnącym, potem przejść się szybko cichym krokiem wokoło mego doskonale urządzonego pokoju przyglądając się grze cieni i świateł – i w ten sposób można by wytrzymać – lecz żyjąc tak, jak ja, zawsze w zajazdach – to bardzo trudno.

Zacytuje parę tych trudności:

1.      Postanowiłam zrobić pedicure przed śniadaniem i nie zrobiłam tego z lenistwa.
2.      Kawa nie była gorąca, boczek przesolony i znać było na talerzu, że usmażono go na brudnej patelni.
3.      Nie umiałam wymyślić żadnego tematu rozmowy z panią Honey, która była milcząca, roztargniona i przygaszona...
4.      List J., w którym pisze o ogromnych trudnościach i o wszystkich sprawach, jakie musi załatwić, nim wyjedzie na wakacje, nie wzruszył mnie wcale. Był jakiś bezbarwny – miałam wrażenie, jakbym czytała coś, co mnie nie dotyczy, coś co jest poza mną.
5.      Bliżej nieokreślone boleści podczas kąpieli.
6.      Nic nie mam do czytania, a deszcz zanadto pada, aby wyjść.
7.      A. Przyjechała, a do mnie nie zatelefonowała. Zdaje mi się, że na razie ma już dosyć naszej przyjaźni...
8.      Bardzo podły obiad. Małe, twarde kotlety siekane nie nadające się do jedzenia i trochę wodnistego kompotu z agrestu. Nie cierpię angielskiej kuchni.
9.      Poszłam na spacer, złapał mnie deszcz, wróciłam okropnie przemarznięta i zmęczona.
10.  Herbata była zimna. Nie miałam zamiaru zjeść ciastka, lecz wreszcie je zjadłam. Za dużo paliłam.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s.106-108.

wtorek, 20 maja 2014

Szczęście


"Szczęście polega na tym, że ma się kawałek sznurka, do którego można wszystko przyczepić. Na przykład wybieranie się do krawcowej, albo raczej rozmyślanie nad suknią, jaką mogłabym u niej zamówić, i wyobrażanie sobie, jak już jest uszyta — to właśnie taki sznurek, który kiedy go zanurzyć w falę skarbów, wraca oklejony perłami. A wydaje się, że moje dni będą teraz nimi usłane. Podoba mi się to londyńskie życie wczesnym latem — przechadzanie się ulicami i przystawanie na placach, i jeszcze gdyby moje książki miały się okazać sukcesem; gdybyśmy mogli zacząć budowę w Monks i założyć radio dla Nelly, i gdyby — gdyby — gdyby. Tak naprawdę jednak życzyłabym sobie posiadać trzy funty, żeby kupić parę wysokich butów na gumowych podeszwach, w których bym chodziła w niedziele na spacery po wsi. 
Jeżeli idzie o obecny stan mojego umysłu, to jedna sprawa wydaje mi się niewątpliwa: że dowierciłam się wreszcie do złoża ropy naftowej i choćbym nie wiem jak szybko pisała, to i tak nie wydobędę wszystkiego na powierzchnię. Zbiera się we mnie w tej chwili co najmniej sześć opowiadań i mam w końcu poczucie, że potrafię zamknąć w słowach wszystkie swoje myśli. Przypuśćmy więc, że miałabym zostać jedną z interesujących — bo nie powiem wielkich, ale interesujących — pisarek? Co dziwne, biorąc pod uwagę moją próżność, nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w swoje powieści".

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 270.

Źródło: Płaszcz zabójcy

niedziela, 18 maja 2014

Made in China

Mo Yan

"Poznawałem arkana współczesnej poezji chińskiej. Z zawrotem głowy śledziłem te niesłychane rymy, które w zwrotce rymują się wszystkimi końcówkami, a do tego jeszcze na wszystkie skosy wewnątrz zwrotki, a do tego jeszcze rymują się nie tylko sylaby, ale i pewne znaczenia, niektóre alegorie. Wiersz chiński to piramida skomplikowanych rytmów, rymów i symboli. wiersz chiński to matematyka plus wieszczba plus muzyka. Wiersz chiński to prawdziwa nieskończoność.

A kiedy nadziwowałem się tym wierszom, w bystry sposób skonstruowałem logiczną teorię. Chiny mają genialną poezję, bo są krajem chłopskim, do niedawna feudalnym. Kraje mieszczańskie, kraje uprzemysłowione i zurbanizowane stworzyły powieść. Chiny nie mogły wyprodukować powieści, więc dlatego, poprzestając na wierszach, doprowadziły kunszt poetycki do zawrotnych wyżyn.

Nasmakowałem się swoją teorią i zacząłem ją głosić z odrobiną dumy, ale wtedy właśnie lektor języka polskiego na uniwersytecie pekińskim nieśmiało mnie poinformował, że powieść chińska, powieść już najzupełniej perfekcyjna, powieść w stanie degeneracji, powieść, która przeszła wszystkie etapy rozwoju epiki, symbolizmu, naturalizmu, ekspresjonizmu, małego realizmu, prozy obyczajowej, prozy-strumienia świadomości, prozy amorficznej, lingwistycznej, zdezintegrowanej, prozy intelektualnej, prozy-bełkotu, prozy amoralnej, prozy erotyki i lubieżności, prozy przemieszanych czasów, prozy kreacyjnej i antyprozy, że ta sędziwa i wszystko już mająca za sobą powieść chińska zmarła śmiercią naturalną w XIII albo XIV wieku". [s. 188-189]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

czwartek, 13 lutego 2014

Pochwała grubych książek

"W młodości odwiedzałem mojego przyjaciela i mistrza Kornela Filipowicza. Powiedzieć, że traktował żółtodzioba po partnersku, to nic nie powiedzieć. Siadałem po przeciwnej stronie olbrzymiego zagraconego biurka, Kornel częstował rozpuszczalną nescą, zapalał papierosa, najpierw powściągliwie zwierzał się z jakichś swoich problemów warsztatowych, potem podnosił głowę i pytał: A ty? Piszesz coś? Co piszesz? – Opowiadanie – ledwo artykułowałem, udławiony dumą, że klasyk ze mną jak pisarz z pisarzem gwarzy. – Opowiadanie – powtarzał. – Wieleż będzie miało stron? – Dwanaście – odpowiadałem. Kornel zamyślał się i po chwili mówił: – Piękny rozmiar.

piątek, 31 stycznia 2014

"Morze bezsensownego zła"

Jarosław Iwaszkiewicz, 1963


Z dzienników Jarosława Iwaszkiewicza

26 sierpnia 1962 roku

Ja tylko tak udaję, że się nocy nie boję... Chodzi się po tym świecie, gada, pracuje, je, śpi i chędoży, tworzy się „dzieła sztuki”, ale to wszystko jest udawanie. Chodzi się i robi się to wszystko z zamkniętymi oczami, aby nie widzieć tego, co nas otacza naprawdę. Morze bezsensownego zła, z którego wynurzają się coraz nowe, coraz większe nonsensy. Góry kłamstwa, do którego tak przyzwyczailiśmy się, że sami kłamiemy z ironicznym uśmiechem. Najpoważniejsi ludzie mówią o „nowym” człowieku – bez mrugania okiem, chociaż wiedzą, że żaden nowy człowiek nie istnieje: jest wciąż ten sam stary człowiek, który sam na siebie zastawił najstraszliwsze sidła, pojmał się w nie i szarpie się bez żadnych rezultatów. Okropność męki owadów, zwierząt, człowieka. Wszystko trzeba przyjmować tak, jakby to miało jakieś znaczenie, a znaczenia to nie ma.

piątek, 10 stycznia 2014

Tajemnica powodzenia w życiu

Tadeusz Konwicki

"Drogą wytrwałej dedukcji rozwiązałem pewną istotną zagadkę. Myślę o tajemnicy sukcesu, powodzenia w życiu. Kierując się pobudkami humanitarnymi, mam obowiązek podzielić się z lekko skołowanymi bliźnimi swoim krzepiącym odkryciem.

Dla jasności sprawy muszę się posłużyć niezbyt wykwintną przenośnią. Otóż wyobraźmy sobie niebo albo to miejsce, gdzie przebywają opatrzność, los czy fatum. Stoją tam niezliczone rzędy kanistrów z indywidualnymi sukcesami każdego z nas, z sukcesami, które, załóżmy to sobie dla wygody, są jakąś płynną substancją. Kanistry te są jednakowe, ani duże, ani małe, raczej takie jakby średnie.

czwartek, 19 grudnia 2013

Lokatorzy Hotel des Trois Moineaux

"W hotelu mieszkali dziwaczni osobnicy. Paryskie dzielnice slumsów wabią takich ludzi — ludzi, którzy zostali dotknięci samotnością i na wpół popadli w obłęd; którzy już nawet przestali udawać, iż są normalni czy też przyzwoici. Nędza zwalniała ich od konieczności przestrzegania obowiązujących norm zachowania, tak jak posiadanie pieniędzy zwalnia od pracy. Niektórzy z lokatorów prowadzili życie tak osobliwe, że doprawdy trudno nawet je opisać. 

Tacy na przykład Rougiersowie, para starych łachmaniarzy karzełkowatej postury parających się niezwykłym handlem. Sprzedawali pocztówki na Boulevard St Michel. Cały dowcip polegał na tym, iż znajdowały się one w zapieczętowanych pudełkach, tak jak zdjęcia pornograficzne, choć w rzeczywistości przedstawiały fotografie zamków nad Loarą; nabywcy odkrywali to poniewczasie i oczywiście nigdy nie zgłaszali reklamacji. Państwo Rougiersowie zarabiali około stu franków tygodniowo i dzięki ścisłemu reżimowi oszczędnościowemu zawsze pozostawali na wpół głodni, na wpół nietrzeźwi. W ich pokoju było tak brudno, że fetor tego brudu wyczuwało się już piętro niżej. Madame F. utrzymywała, że żadne z obojga Rougiersów od czterech lat nie zdejmowało ubrania.

"Typowa paryska dzielnica biedoty"

George Orwell

15 października 1934 

"Rue du Coq d'Or, Paryż, godzina siódma rano. Z ulicy słychać wściekłe, ochrypłe wrzaski. Madame Monce, właścicielka niewielkiego hoteliku z naprzeciwka, wyszła na chodnik, żeby zwymyślać lokatorkę z trzeciego piętra. Na bose stopy wzuła saboty, siwe włosy opadają jej na ramiona. 

Madame Monce: — Sacree Salope! Ile razy ci powtarzałam, żebyś nie rozgniatała pluskiew na tapetach? Kupiłaś sobie ten hotel, czy co? Dlaczego nie wyrzucasz pluskiew przez okno, tak jak inni? Espece de trainee! 

niedziela, 15 grudnia 2013

"Nie ma ta­kiej oko­licz­ności, w której czy­ta­nie by szko­dziło"

18 lip­ca 2012

Na szczęście nie stra­ciłem za­pału do li­te­ra­tu­ry, na szczęście nie za­po­mniałem (za­nik, wi­dać, idzie inną drogą) za­sad rze­miosła. Jed­na z naj­ry­zy­kow­niej­szych i za­ra­zem naj­trud­niej oba­lal­nych brzmi: żeby na­pi­sać do­bry wiersz, trze­ba prze­czy­tać do­bry wiersz. Re­guła – ma się ro­zu­mieć – do­ty­czy wszyst­kich ga­tunków li­te­rac­kich. Żeby na­pi­sać dobrą po­wieść, opo­wia­da­nie czy in­ny so­net, trze­ba ta­kie rze­czy czy­tać, czy­tać i jesz­cze raz czy­tać.

Na­pi­sałem od­ru­cho­wo, iż jest to jed­na z naj­ry­zy­kow­niej­szych za­sad – wy­co­fuję się z te­go szczy­to­wa­nia. Ry­zy­ko w tym – jak i w licz­nych in­nych przy­pad­kach – do­ty­czy wyłącznie gra­fo­manów. „W cza­sie pi­sa­nia ni­cze­go nie czy­tam, pragnę za­cho­wać całko­witą nie­za­leżność, ab­so­lutną wier­ność so­bie, ni­cze­go nie czy­tam, al­bo­wiem za wszelką cenę pragnę uniknąć czy­je­go­kol­wiek wpływu” – wy­zna­je je­den z dru­gim nie­bo­rak i nie za­uważa, jak sa­mobójcze jest to wy­zna­nie. Prze­cież „czyjś wpływ” – oby jak naj­wy­ra­zist­szy – prze­ważnie jest je­dyną szansą nieszczęśni­ka, na ogół tyl­ko to co za­pożyczo­ne, al­bo wręcz tyl­ko to co od­pi­sa­ne, mie­wa w je­go tekście jakąś war­tość.

wtorek, 10 grudnia 2013

"Monotonia, nuda, śmierć"


Człowiekowi osłoniętemu przed burzami tego świata, wydelikaconemu duchowo, wydaje się, że żyje. Potem czyta książkę (na przykład Kochanka lady Chatterley), wyjeżdża gdzieś albo porozmawia z Richardem i odkrywa, że wcale nie żyje, lecz pogrążony jest w śnie zimowym. 

piątek, 25 października 2013

Miron i Ameryka (4), czyli o tym jak trudno znaleźć siusialnię na Manhattanie


czwartek 14 paźdz. 1982

Jazda samodzielna metrem z przesiadką do Queensu. Tam czekał Lech Michał Brodacz. Iście do banku. Bez wyniku. U Brodacza w domu. Herbaty, mocne. Telefony. Żona Brodacza, Julita, załatwiła z bankiem, tym od czeku, że mi wypłacą jutro. Jazda metrem. Czekanie na zreperowanie taksówki Brodacza. Obwoził mnie potem po Harlemie i dzielnicach bogaczy. Na siedząco, po wyspaniu nowy odbiór miasta. Dziś wydało mi się niesłychane, monumentalne. Szersze ulice. Okna czarnych wieżowców świecą jak ze złota.
W gościach u lekarki, pani Piaseckiej, która jako dziewczynka z matką przekradła się przez granice socjalizmu zasznurowanym wozem UNRRY, zresztą ileś wozów z ilomaś ludźmi. Za grube pieniądze. Pojechały do ojca i męża w Anglii, wyjazd do Argentyny, tam ciężkie prace, ona na studiach i do USA. Mieszka z córeczką w 12-piętrowej starej kamienicy. W środku przestronnie, ładnie. Sporo obrazów polskich malarzy, m.in. Tetmajera, jak Królowa Jadwiga odwiedza żniwiarzy. Ładne w kolorach i ruchu.
Wymaniłem od niej codeinę i efedrynę. Ta ostatnia - jak się okazało - bez recept, trzeba znać nazwę, a jej etykietkę mi dała.
Herbaciarnia. Z nią i jej wujem, który też jest gościem z Polski.
Pokazywała mi po drodze kilka osobliwości. M.in. - obok jej domu - kino dla homoseksualistów.
Po pożegnaniu się z nią i wujem pod jej bramą szybko wdałem się w to kino. Tylko 6 dolarów, a ogląda się i ogląda. Na widowni tu i ówdzie ktoś siedzi, przesiada się, coś czasem się dzieje.
Pijak za mną palił papierosy, komentował na głos to, co szło na ekranie, w końcu podmacał mnie, potem gadał, przesiadał się. Po długim czasie, po iluś filmach Murzyn powiedział
- gut najt
Spojrzałem na zegarek: wpół do drugiej w nocy, i choda 7 Avenue trzy czy cztery kilometry. Ludzie tu i ówdzie, troszkę zaśmiecone, mijałem dwóch leżących żebraków, jeden z nogą w gipsie, Murzynów kopiących puszki. I tylko przelatywałem Poprzeczne, leżące postaci podnoszone jak glissando po klawiaturze.
53-cia
52-ga
51-a
50-a
49-ta
Tak dobrnąłem w pół godziny do swojej 23, skręt, minięcie 8 Avenue i ze strachem pod daszek hotelu zakonnic. Czy mnie wpuszczą? Dziad wydzwoniony ukazał się między podwójnymi drzwiami, machał ręką, wołał
- noł, noł
- noł noł
Wreszcie napisałem 711 i pokazałem kartkę. Wpuścił, wymyślał, ale wpuścił. Wyciągnąłem dolara
- noł noł
i piechotą na 7 piętro w siódmych potach, uszczęśliwiony.

Nowojorczycy w wagonie metra w 1981 roku.
Autor nieznany. Źródło.

Trudno tu znaleźć siusialnię na Manhattanie. Kiedy po odstawieniu taksówki poszliśmy się trochę przejść, szukałem siusialni.
Metro zawiodło. Wychodek zamknięty. Na wielu stacjach tak jest. Wreszcie wleciałem do restauracji, tam się udało. Kiedy wyszedłem, Brodacz wyczytał napis na szybie tej restauracji, że nie wolno korzystać z ubikacji nie-klientom.
Brodacz pokazał mi kwartał Rockefellera i stację metra na utrzymaniu Rockefellera. Elegancka i pucowana. Inne zaniedbane. Kolejki w metro nadjeżdżają obsmarowane całe od wierzchu i od środka. Od niedawna nie wolno ich obsmarowywać, kara.

 Fot. Matt Weber. Źródło.

W Harlemie widziałem ze 3 białych zaledwie. Mijaliśmy wypalone domy, ruchliwe sklepy, dziadowszczyznę.
Brodacz do taksówki Murzynów zabiera tylko wyglądających porządnie. Mogą go oszukać albo kazać gdzieś jechać i obrabować, a nawet zabić. Jego kolega Polak został obrabowany i zadźgany przez Portorykańczyków. Julita zabroniła mu szoferować po tym wypadku, ale wrócił do owego zajęcia, dobry zarobek. Przedtem sprzątał na 12 piętrze, mało płatne. I buchalterował, nuda i mało płatne. Teraz jeździ na zmianę z dziewczyną. On w dzień, ona w nocy, taki układ. Podobno ona się nie boi.
Pożary, mimo zabezpieczeń i pilnowaczy, zdarzają się. Niedawno na b. wysokim pietrze młodzieniec ukazał się w oknie na tle płonącego mieszkania. Tylko to jedno mieszkanie się paliło, ale od drzwi odcięty odwrót. Na pomoc za mało czasu. Na oczach ludzi owinął się w koc i rzucił z okna w dół miasta. Wolał to szybkie niż spalenie się żywcem.
Napisałem dziś nowojorską Kicię Kocię, co mi od razu dodało pewności siebie.

Książka jest dostępna TUTAJ

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

 

wtorek, 22 października 2013

"Żyję już tylko pomiędzy linijkami moich prac"

Sandor Marai

"Każda linijka, którą zapisuję - czy piszę artykuł, czy studium, fragment powieści czy nawet te notatki - budzi we mnie niewypowiedziane napięcie i niepokój. To uczucie nie przemija z latami, z doświadczeniem, z rutyną zdobytą w rzemiośle - cóż to za rzemiosło! - lecz przeciwnie, wzrasta. W porze dnia, którą poświęcam pracy, wszystko mnie denerwuje i przeszkadza, rozmowa telefoniczna wytrąca mnie z równowagi, a wiadomość, że ktoś ma mnie odwiedzić, że muszę się wywiązać z codziennego zadania "na czas", unicestwia mnie dosłownie, jest jak strach przed atakiem bólu fizycznego." 

poniedziałek, 21 października 2013

Jak się (nie) bawić


Dziennik Józefa Alfonsa Potrykowskiego
 
2 stycznia 1859 roku 

Witold, mój syn, nie wrócił do domu. Być może, że jest gdzieś zaaresztowanym albo też gdzieś pije i resztę dopija moich biednych pieniędzy. I cóż z nim zrobić? Wypędzić go, prawie ślepego, niepodobna. Wybić? Tego nie lubię i dusza moja na to się wzdryga. Do kozy wsadzić — byłoby to mnie samego i moje nazwisko sczernić.

3 stycznia 1859 roku 

Witold  wrócił do  domu  nocy  zeszłej  pijaniuteńki,  bez  chustki  od  nosa, bez  portmonetki i  bez  grosza,  w  stanie   zabłocenia wszelkie wyobrażenie przechodzącego. Dziś rano niczegom się u niego dopytać nie mógł — pijany jak bestia; ocucony, sam nie wie, co gada. Zdaje mi się, że musi te nadużycia przechorować, bo się ani ruszyć nie może. [...]

Józef Alfons Potrykowski, Tułactwo Polaków we Francji: dziennik emigranta, cz. II, Wydawnictwo Literackie 1974, s. 468-469.

Źródło: Płaszcz zabójcy


czwartek, 17 października 2013

"Wiersze muszą być napisane"

Z dziennika Anny Kamieńskiej 

13 lipca 1974 roku 

Są pisarze ochraniani przez żony, celebrujący swoją pra­cę. U mnie wszystko jest ważniejsze: pranie, zakupy, czy­jaś zachcianka, aby do niego wpaść, prasowanie spodni Pawełka. Potem siadam przy biurku i nie mogę sobie przypomnieć, jak to się robi. Tylko wiersze napadają mnie czasem jak drapieżne ptaki, byle gdzie, byle kiedy. Muszą być napisane. [...] 

Pełno wokół mnie kobiet starzejących się i nie umieją­cych się pogodzić ze starością, pełnych niewyżytych uczuć. Samotne. Niezrozumiane. A jednocześnie tak zachłanne, chciwe, zazdrosne, ukrywające to wszystko pod pozorami egzaltacji i sentymentalizmu. Nie potrafią kochać napraw­dę, a chcą być kochane. Wystawiają życiu rachunki, jakby miłość była monetą płatniczą. Zakochane w sobie. Mó­wiące tylko i na wszystko: A ja... a ja... a ja... 

Lena Z. po dwóch latach w gipsie po złamaniu nogi - pojechała do Domu Pisarzy w Warnie. Wyszła na balkon, zobaczyła przestrzeń, linię morza, ten widok, który tak znam i kocham, i rozpłakała się. Płakała przez 15 minut. Nie mogła się nadziwić ludziom, że chodzą bez uniesienia, bez radości, jakby to wszystko było całkiem normalne. 

Milczeć. Więcej milczeć. Milczenie uczy pokory. To wszystko nie jest tak ważne, aby musiało być wygadane. [...] 

Anna Kamieńska, Notatnik: 1973-1979, W Drodze 1987, s. 86-87. 

Źródło: Płaszcz zabójcy
 

środa, 9 października 2013

Podróżując samotnie

Katherine Mansfield i John M. Murry
Czyż była to tylko wyobraźnia, czy też w istocie kelnerzy - szczególnie kelnerzy i służący hotelowi - odnoszą się w sposób niegrzeczny, arogancki, a zarazem nieco ironiczny do kobiety podróżującej samotnie? Czyż byłaby to ta przeklęta kobieca skłonność do zastanawiania się nad sobą? Chyba nie, gdyż nawet w chwilach, w których czuła się najszczęśliwsza, najswobodniejsza, nagle zdawała sobie sprawę z "tonu", jakim odzywał się kelner lub służący hotelowy. Dziwnie niweczyło to jej poczucie bezpieczeństwa. Wydawało jej się, że coś złego knuje się przeciw niej, że ludzie i rzeczy - nawet martwe przedmioty jak krzesła i stoły - są w tajnej zmowie i czekają tylko na tę fatalną, nieuniknioną przygodę, która zawsze się zdarza i nie może się nie zdarzyć kobiecie podróżującej samotnie.

czwartek, 4 lipca 2013

Miron i Ameryka (3), czyli ciekawe popołudnie w Nowym Jorku

Miron Białoszewski
 
środa, 13 pażdziernik1982

Brodacz - aktor-szofer - załatwiał ze mną bankowości. Ale nie zdołaliśmy dziś nic. Jutro znów, ale bez latania, bo będzie taksówka, którą brodaty aktor-szofer Lech Michał jeździ. Dziś miał dzień wolny. stracił na mnie dużo czasu. Byliśmy w Queensie, u niego w domu. Dwa razy u jego żony Julity w redakcji tutejszego polskiego "Nowego Dziennika". Telefonowanie do jednej z moich patronek, pani Krzywickiej. Telefon przerywany. Julita z redakcją śpieszyły się namiętnie na manifestacje antyp0olskorządowe pod konsulat. Mnie porwały w pędzie, ale zatrzymałem się w pewnej odległości. Powiedziałem, że mi nie wypada, skoro tam wczoraj byłem jako załatwiacz i od konsulatu dalej potrzebuję łaski, pomocy w powrotnym bilecie. Zresztą co mi przyjdzie ze słuchania pokrzykiwań i gwizdów małej grupki Polaków. Najgłosniej krzyczała jakaś kobieta. Niczym wczorajsza Murzynka o Jezusie. Zamiast to kontemplować, poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie w Nowym Jorku. W każdym porno-sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej męsko-męska, obfita niezwykle. Tam tyle mężczyzn, co i tu. Każdy sobie ogląda, co chce. Jak długo chce. Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów.
Ciepło, deszczyk. Powrót jak i wczoraj, z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z Murzynami, czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole [chodzi zapewne o Grand Central Terminal], jednocześnie poczta główna naprzeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję.
Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim "interesem" sam sobie robi minetę. Olbrzymi "interes" podobny do owego miałem dwa razy.
Dużo przeżyłem w życiu dobrego, złego i ciekawego. I dlatego nie może się powtórzyć oszołomienie takie jak Paryżem w 1959 roku. Jeszcze było wspaniale z Egiptem.
Z tymi porno mieszkam sobie u zakonnic. I wszystko dobrze. To tak jak chodzenie do konsulatu i miłe rozmowy z wygwizdywaczami.
Leżę w pokoju, piszę, czytam. Za oknem cisza. Czasem lekki szum czegoś jadącego, spokój - spokój. Tylko rano o 10-tej dyńdylinda tu obok z kościółka sygnaturka. Dziś mnie wybiła ze snu, przez co spałem ledwie 4-5 godzin. Jest tak ostra, tak długo dzwoni, że niewiele pomagają zatyczki w uszach.
Siusianie nocne przy łóżku do dużego pudła po soku pomarańczowym z grubej tektury. Nie przecieka. Nawet po tygodniu.
Nie mogę nauczyć się uruchomiania telefonu ani otwierania okna typu angielskiego. Więc jednak pułapki.
W Pradze czeskiej byłem z Polakiem z mojej grupy późno wieczorem pod Hradczanami, na starym Mieście, na moście Karola. Szukałem sladów Meyrinka, Kafki, pytałem Czechów wyglądających oknami o drogę. Pewien zaułek był naprawiany, latarki nad wykopem, niczym Koguci Zaułek w Golemie. Ta starówka jest duża. Cała na pochyłości. Polak, ten ze mną, chciał sprawdzić, gdzie to urzędował Bolesław Chrobry. Ja mu przypomniałem, że zdobył Pragę, urzędował, ucztował. Nagle wpadli ludzie
- Czesi! Zbrojni! Uciekać!
Poderwali się od żarcia, picia, uciekli. W tejże Pradze czeskiej Kazimierz Wielki miał kochankę. Raz w nocy w łóżku spadła jej z głowy peruka. Okazała się łysa. Obrzydził ją sobie.

Języka tu w Nowym Jorku nie używam. Załatwiam na migi. Zresztą podobno w N. Jorku na ogół mówią źle po angielsku. Żywioł języka - końcówki.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 804-805.

środa, 3 lipca 2013

"Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności"

24 stycznia 1915

Z F. w Podmokłym. Uważam za niemożliwe abyśmy się kiedyś połączyli, brak mi jednak odwagi, by to jej wyznać, i w rozstrzygającej chwili samemu sobie. Toteż zbyłem ją raz jeszcze pociechą — idiotycznie, każdy bowiem dzień postarza mnie i czyni bardziej strupieszałym. Powtarzają się dawne bóle głowy, gdy próbuję zrozumieć to, że ona cierpi, a równocześnie jest spokojna i wesoła. Nie powinniśmy wzajemnie zamęczać się ponowną, obszerną pisaniną, byłoby najwygodniej przejść nad tym spotkaniem niby nad faktem oderwanym; lub wierzę — być może —w to, że tutaj się wyzwolę, i będę żył z pisania, i wyjadę za granicę lub dokądkolwiek i będę żył potajemnie z F.? Bo i tutaj nie znaleźliśmy w sobie zupełnie żadnych zmian. Każde z nas mówi sobie po cichu, że druga część dwugłosu jest nieczuła i bezlitosna. Ja — nie przestanę ani trochę rościć sobie pretensji do życia pełnego fantazji, nastawionego wyłącznie na moją pracę — ona, głucha na wszelkie nieme prośby — pragnie przeciętności, komfortowego mieszkania, zainteresowania się fabryką, obfitego jedzenia, wysypiania się od godziny jedenastej wieczorem, opalonego pokoju i nastawia na właściwą minutę mój zegarek, spieszący od ćwierć roku o półtorej godziny. I ona ma rację i miałaby nadal rację; tak, racja jest po stronie F., kiedy poprawia mnie, gdy zwracam się do kelnera: „Przynieś pan gazetę, aż będzie przeczytana”, a ja nie mogę sprostować niczego, gdy mówi o „indywidualnym charakterze” (wymówić można to tylko skrzypliwie), co dotyczy zamierzonego urządzenia mieszkania. F. nazywa obie moje starsze siostry „deskami”, o najmłodszą z nich nie pyta wcale, nie pyta też prawie wcale ani w sposób wyczuwalny nie interesuje się moją pracą. Tak wygląda jedna strona medalu. Ja sam niezdolny jestem i wyjałowiony jak zazwyczaj, nie powinienem mieć czasu na zastanawianie się nad czym innym prócz pytania, czemu się to dzieje, że ktoś ma ochotę pomacać mnie piątym palcem. W krótkich odstępach czasu owiałem trzykrotnie ludzi tym wystygłym oddechem. Tych ludzi z Hellerau, rodzinę R. w Podmokłym i F. F. powiedziała: „Jak rozsądni jesteśmy tutaj oboje”. Milczałem, jak gdyby mój zmysł słuchu został wyłączony w momencie tej sentencji. Przez dwie godziny byliśmy sami w pokoju. Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności. Nie przeżywaliśmy z sobą dotychczas ani jednej dobrej chwili, w czasie której odetchnąłbym swobodnie. Słodyczy płynącej ze stosunku do kochanej kobiety, jaką odczuwałem w Zuckmantel i W Rivie — słodyczy tej nie znałem w odniesieniu do F. nigdy, chyba tylko w listach, ograniczając się do niezmiernego podziwu, uległości, współczucia, rozpaczy i pogardzania samym sobą. Czytywałem jej też to i owo, niemile obijały się zdania jedno o drugie; żadnego kontaktu ze słuchaczką, która przymknąwszy powieki i leżąc na kanapie, wchłaniała bez słowa treść. Półgłośna prośba o pozwolenie zabrania i przepisania rękopisu. Przy opowiadaniu o odźwiernym żywsza uwaga i bystrzejsza obserwacja. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze znaczenia tej noweli; F. również pojęła ją jak należy, co nie przeszkadza, że potem godziliśmy w nie z gruba ciosanymi uwagami, czemu ja dałem początek. Trudności, na jakie napotykam, rozmawiając z ludźmi —na pewno dla ludzi tych niepojęte — mają źródło w tym, że moja myśl, lub trafniej treść mej świadomości, jest zupełnie mglista; że w tym wszystkim — jeśli chodzi tylko o mnie — spoczywam spokojnie i czasem zadowolony z siebie; a tymczasem rozmowa z ludźmi wymaga pointy, podtrzymania i powiązania, więc rzeczy, których mi brak. Nikt nie zechce przebywać ze mną w oparach mgły, a gdyby nawet zechciał, to nie potrafię przepędzić mgły z czoła, między dwojgiem ludzi ona zresztą rozwiewa się i nicestwieje. F. bardzo nakłada drogi, jadąc przez Podmokły, fatyguje się zdobywaniem paszportu, musi ścierpieć mnie po nie przespanej nocy i na domiar złego jeszcze wysłuchać prelekcji, a wszystko to jest nonsensem. Czy cierpi z tego powodu, tak jak ja? Na pewno nie, nawet przyjąwszy jednakową wrażliwość. Nie ma w niej przecież poczucia winy. Moja diagnoza była trafna i przyznano jej rację: każde z nas kocha swego partnera takim, jakim on jest. Ale będąc sam taki, jaki jest, wie dobrze, że z partnerem swoim nie potrafi żyć. Duet: dr W. stara się mnie przekonać, że F. jest warta nienawiści, zaś F. stara się mnie przekonać, że W. jest wart nienawiści. Wierzę obojgu i kocham lub staram się kochać oboje.

Franz Kafka "Dziennik".

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Miron i Ameryka (2), czyli o Murzynach i białej rasie

Miron Białoszewski

12 październik 1982, wtorek

Rano wyglądam oknem. Domiska olbrzymie sterczą, ale ruch w dole jak w Sieradzu. Trochę samochodów i parę osób przechodzi.
Wyjście na miasto. Nie ma tłoku. Ale wsiąka się od razu w nasycenie. Sklepy. Staroświeckość ulic. Wszystkie rasy. Nie ma podziemnych przejść. Jezdnię przechodzi się wierzchem.
Zmęczenie.
Fundacja odszukana z trudem. A pani umówiona. Dała czek.
Konsulat. Konsulowie uprzejmi. Stary dom secesyjny. Obie polskie strony chętnie ustalają mój wieczór w Polskim Instytucie Nauk. Powrót. Łóżko. Dzwonią do mnie. Gadam. Buch leżeć. Jeszcze raz poniosło mnie na 42 ulicę z rozrywkami. Światła, takie graniastosłupy świateł jak na filmie, ale na krótkim odcinku. Ulice wcale nie szaleją od neonów. Murzyni, Murzyni.
To ten mój Paryż 1959 tak mnie zaszokował konwulsjami reklam, ciągami świateł. Stolicą świata. Tłumami, gąszczem pełznących samochodów. Już nigdy tak nigdzie nie było. Trochę w Kairze, na gęstość. Pewnie i ja obyłem się z efektami. Powtarzałem sobie
- więc taki jest wielki świat. Te tajemnice otwierane.
Mam lepszy pokój. Ciepło. Roleta. Cicho. Idealnie. Wyrocznia z Hożej-Niewczasowej sprawdza się.
Nie można było znaleźć po sklepach portfela (mój za ciasny na paszport) ani lemoniadek do rozpuszczania.
Dużo zaniedbania, starych chodników, spękań, bylejakości. Schody z metra najczęściej zwykłe, wcale nie ruchome.
Ważniejsze stacje mają wielkie odnogi, ciągi, skręty, tłumy, nieraz sklepy. Wychodek znaleźć trudno. 
Bardzo mi się podoba Manhattan. Jak pawi ogon, rozłożony do podziwiania i wyrywania piór. Sposób na to: energia i dolary. Teresa przez telefon daje rady. Uważać. Inni też.
W konsulacie zakłopotanie, że będą mieli nazajutrz pod oknami manifestację. Już było spokojnie, już coś nawiązywali, a tu buch! - skasowanie "Solidarności" i wybuch sprzeciwu.
Ja wysłuchuję tych i tamtych. Bo niby co innego wypada? Nie ukrywam swojego dystansu do polityki ani zmęczenia polityką, gospodarką, życiem społecznym, musem polskim. chcę inności, choćby na 6 tygodni. Świata. Ale tu problem murzyński. Opanowali Waszyngton, biali uciekają do miasteczek. Coraz wiecej tych czarnych i w N. Jorku.
Sam odczułem tu i tam możliwość niepewności siebie - białego, kiedy wracałem 87 Avenue wieczorem między raczej czarnymi niż białymi.
W Związku Radzieckim mnożą się islamczycy, żółtacy. Może to zmierzch białej rasy? Panowała na świecie krótko. Wiele dała, w myśli, sztuce. Wiele nie dała. wiele nabroiła. Uroda białych często działa. Ale - biorąc bezstronnie a tanecznie, teatralnie - to to rasa mało rytmiczna, ciężka, krowiasta, a z pretensją, leniwa, a porządnicka, niewytrzymująca konkurencji w zewnętrzności bycia, jako sztuki, w urodzie zwierzęcia.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 802-804.

sobota, 22 czerwca 2013

"Dziś pragnę go zachować"

Edmund i Juliusz de Goncourt

Noc z soboty na niedzielę, 18 czerwca 1870 roku

Jest druga nad ranem. Wstałem i zastępuję Pelagię przy łóżku mego biednego, ukochanego brata, który nie odzyskał przytomności i mowy od drugiej po południu w czwartek.
Nasłuchuję jego prędkiego i trudnego oddechu. W cieniu zasłon widzę jego nieruchome spojrzenie. Co chwila dotyka mnie wysunięta z łóżka, ocierająca się ręka; z ust wychodzą i plączą się ze sobą niezrozumiałe słowa. Nad wielkimi czarnymi drzewami księżyc jak z ballady: białe, połyskliwe światło wchodzi przez otwarte okno kładąc się na podłodze. Posępne chwile ciszy, kiedy słychać tylko odgłos repetiera naszego ojca; tym zegarkiem posługuję się od czasu do czasu, by zmierzyć puls jego młodszego syna. Mimo trzykrotnego zażycia bromku potasu w ćwierci szklanki wody nie może spać ani minuty; jego głowa w nieustannym ruchu obraca się z prawa na lewo; coś niepojętego huczy w sparaliżowanym mózgu, z ust wypadają zarysy zdań, urywki słów, nieartykułowane sylaby, zrazu powtarzane gwałtownie i kończące się jak westchnienie. Z daleka słyszę mordercze wycie psa.
Oto godzina kosów i ich gwizdów w bielejącym niebie; na zasłonach wciąż biały odblask jego zamkniętych oczu, nie znających snu, choć śpią na pozór.
Przedwczoraj, w czwartek, czytał mi jeszcze Pamiętniki Chateaubrianda: były jedynym zainteresowaniem i rozrywką tego biedaka. Zauważyłem, że jest zmęczony, że czyta źle. Prosiłem go, by przerwał lekturę; będzie lepiej, jeśli przejdzie się trochę po Lasku Bulońskim. Opierał się chwilę, potem ustąpił; i kiedy wstał, żeby wyjść ze mną z pokoju, zachwiał się i upadł na fotel. Zaniosłem go na łóżko, wypytując co mu dolega, co czuje; pragnąłem jego odpowiedzi i bałem się jej. Niestety, jak podczas pierwszego ataku, mógł wydawać tylko dźwięki, które nie były słowami. [...] Myślałem, że to atak taki jak w maju.
Ale nagle odrzucił głowę do tyłu i krzyknął tak chrapliwie, gardłowo, strasznie, że musiałem zamknąć okno. Natychmiast skurcze wykrzywiły jego ładną twarz, deformując wszystkie jej kształty, zmieniając wszystkie rysy, okropne konwulsje szarpały ciało i ramiona, jakby chcąc je przekręcić, ze zniekształconych ust toczyła się krwawa piana. Siedząc za nim na poduszce, trzymałem jego ręce i przyciskałem jego głowę do serca; jej śmiertelny pot zwilżał moją koszulę i spływał mi po udach.
Po tym ataku nastąpiły inne, mniej gwałtowne, twarz jego stała się na powrót tą, którą znałem. Z kolei nadeszło uspokojenie pełne majaczeń. [...]

Wczoraj wieczorem [neurolog] Beni-Barde powiedział mi, że wszystko skończone, że nastąpił rozkład mózgu u nasady czaszki, z tyłu głowy, że nie ma już żadnej nadziei... Potem — ale już nie słuchałem — mówił o zaatakowanych nerwach płucnych i piorunującej a nieuniknionej gruźlicy... W dniu, kiedy poczułem, że jest ugodzony na zawsze, duma moja, duma za nas obydwu, szeptała mi: „Lepiej byłoby, żeby umarł”. Dziś pragnę go zachować, choćby miał pozostać bezrozumny i kaleki, błagam o to na kolanach.
Pomyśleć, że skończyło się, skończyło na zawsze! Pomyśleć, że ten dwudziestodwuletni, tak bliski i nierozłączny związek, te dnie i noce spędzane zawsze razem od śmierci naszej matki w roku 1848, że ten długi czas, podczas którego rozstaliśmy się tylko dwa razy na dwadzieścia cztery godziny — skończyły się, skończyły na zawsze! Czy to możliwe?
Nie będzie już szedł obok mnie podczas przechadzki. Nie będzie siedział naprzeciw podczas posiłku. We śnie nie będę czuł jego snu w sąsiednim pokoju. Jego oczy nie będą towarzyszyć moim oczom przy oglądaniu krajów, obrazów, życia współczesnego. Nie będzie jego bliźniaczej inteligencji, żeby uprzedzić mnie w powiedzeniu tego, co mam powiedzieć, czy w powtórzeniu tego, co mówię. Za kilka dni, za kilka godzin w moje życie, tak bardzo wypełnione tym uczuciem — mogę powiedzieć: moim jedynym szczęściem — wkroczy straszna samotność starego człowieka na ziemi.
Jakiej to pokuty jesteśmy ofiarami? Zastanawiam się nad tym, kiedy przypominam jego życie, mające przed sobą zaledwie godziny, które zaznało jedynie goryczy; któremu literatura i pracowite poszukiwanie sławy nie przyniosły nic prócz obelg, pogardy i gwizdów; które od pięciu lat walczy z codziennym cierpieniem, a kończy moralną i fizyczną agonią; w którym zawsze i wszędzie odnajduję jakąś prześladującą i morderczą fatalność... Ach, dobroć, dobroć Boża! Słusznie podawaliśmy ją w wątpliwość.

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 300–302.

Źródło: Płaszcz zabójcy