Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autobiografia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

"Byłem żarłokiem, ale kochliwym"

Recenzja "Wysokiego Zamku"

"Powiedziałem już, jak wcześnie nauczyłem się czytać i pisać. Preparowałem piękne, ozdobne laurki dla ojca i matki, ozdobione mnóstwem kwiatuszków rysowanych, a i pierwsze lektury były typowe, zwyczajne — wierszy, takich jak o komarze, bajek; kiedy już po wojnie wpadł mi w rękę jakiś zbiór wierszyków dla dzieci, w których rozpoznałem lekturę sprzed trzydziestu kilku lat, zdumiewało mnie, czego też w nich nie odkrywałem jako sześcioletni chłopiec. Jakieś dramaty nieprawdopodobne i niewyrażalne, emocje, już teraz wcale we mnie z sobą nie sąsiadujące, zadziwienia i strachy, ale też i śmieszności, czaiły się dla mnie wtedy w zbiegu najniewinniejszych słów.
Dlaczego historia plamy na podłodze, której miotła nie mogła dać rady, pełna była ponurości, grozy nawet? Dlaczego wyliczanie kolejnych wron bez ogona stanowiło inkantację jakoś aż magiczną, niby ryzykowne wzywanie skrytych jakichś sił, kuszenie niewiadomego licha? Tym dziwniejsze to, że się z takich emocji, strachów, przeczuć dramatycznych nikomu nie spowiadałem, nikomu o nich nie mówiłem. Nie umiałbym chyba owych stanów wyrazić, nazwać, zapewne; ale także — jeślibym może zdolny był o tym wtedy pomyśleć w ogóle — uważałem chyba, że reakcja taka jak moja jest jedyną możliwą i całkiem zwyczajną. W każdym razie byłem wtedy podatniejszym niż dziś instrumentem, nie trzeba było wielu bodźców, uderzeń, aby wydobyć ze mnie, czy raczej, aby w głowie mojej wznieść całe gmachy uczuć i przeżyć; doprawdy, autorzy książeczek dla dzieci sami nie wiedzą, co czynią, jak zapalnym, prawda, że psychicznie tylko, materiałem żonglują bezustannie. Im się zdaje, że opowiadają pouczającą historyjkę, a tymczasem w odbiorze zamienia się ona w zagadkę albo w powikłany dramat; chcąc rozśmieszyć, nauczają misteryjnych tajemnic, rymują po częstochowsku, a rodzi się z tego w jakiejś głowie siedmioletniej wzniosła katharsis. Najniezwyklejsze były te początki, te najpierwsze lektury. Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach.

    Byłem, rzecz jasna, Mowglim, Winnetou i kapitanem Nemo, zapadły mi w pamięć okruszyny tekstów najbardziej nieoczekiwane; kupując po wojnie książkę Umińskiego Podróż bez pieniędzy, starannie ją przekartkowałem, aby odkryć jedno z piękniejszych jej zdań — „Kula, przeleciawszy z charakterystycznym grzmotem przestrzeń” — chodziło o polowanie na krokodyla czy na nosorożca, ale niestety było to wydanie zrewidowane i owa wspaniała kula z jej grzmotem znikła z niego, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. A Dolina bez wyjścia? Okropne działy się ze mną rzeczy, kiedy ją czytałem. Cóż dopiero mówić o Duchu puszczy; takie lektury nie pozwalały na nonszalancką swobodę, na wylegiwanie się pod oknem, z nogą krzesła zręcznie podrzucaną stopami, ani na klęczenie u stołu, z łokciami na blacie — musiałem być bardzo blisko osób zupełnie pewnych i dorosłych, a i tak bywało straszno. Dickensa czytać nie chciałem, był jak deszczowa beznadziejna jesień, zaś w Dumasie po prostu zginąłem, zgubiłem się — zaczęło się niewinnie, od Trzech muszkieterów, a po jakimś czasie wyglądało na to, że dla przeczytania wszystkich jego książek życia nie starczy.

    Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą.
    Czytając, zwykle coś jadłem, bo już chyba dałem do zrozumienia, że byłem żarłokiem, ale kochliwym — godzi się wspomnieć tutaj o pierwszych kobietach. Dziwnym to szło zygzakiem. Na początku była Mila, nasza praczka, miałem może pięć lat i, jak zwykle wtedy, żenić się zaraz chciałem. Cierpiała, biedaczka, na okropne żylaki. Pralek elektrycznych nie było, pranie zamieniało dom w rodzaj parnego piekła, przynajmniej kuchnię z przyległościami, na środek wyjeżdżała ogromna balia, bulgotało wulkanicznie w baniakach, potem pojawiała się maglownica drewniana, z wypełniającym pół domu rumorem; tkwiłem w tym wszystkim, rozgardiasz wcale mi nie przeszkadzał.
     Później kochałem się w nauczycielce ze szkoły powszechnej, nie pamiętam, jak wyglądała; zbiła raz mego sąsiada z ławki — w szkole powszechnej na ogół można było dostać tylko „pacę” linią, w otwartą i wyciągniętą dłoń, ale ten chłopak był twardy, zimny, okropnie krnąbrny i arogancki, ukochana moja wytrzepała mu ze spodenek chmary kurzu. Nawet nie pisnął ani łzy nie uronił, niesłychanie mi tym imponując.
   Powoli specjalnością moją stawała się miłość nieszczęśliwa. Zakochałem się do szaleństwa w dziewczynce starszej ode mnie o jakieś cztery lata, a więc pannie prawie dorastającej, gdy ja miałem koło dziesięciu lat. Dziewczę to obserwowałem z dala, w Ogrodzie Jezuickim, w sposób kontemplacyjny, mało się ruszając. Byłem już porządnie tłusty, postacią zaczynałem przypominać gruszkę, chociaż dokładniej formę jej, najszerszą poniżej środka, imitowałem później w gimnazjum. Twarz miałem pucołowatą, oczy zwykle dość wytrzeszczone, bo z natury byłem ciekawy, a i gębę często rozdziawiałem, zdaje się, sądziłem, że dodaje mi to uroku. Nie miałem tedy zbyt wielu szans, zresztą nie wyobrażałem sobie żadnych ziszczeń, nie wiedziałem bowiem, co można robić z dziewczynkami innego, aniżeli biegać za nimi wieczorem, w ogrodzie, od krzaka do krzaka, i straszyć je latarką. Miłość moja do dziewczynki z Ogrodu Jezuickiego nie miała więc żadnej akcji, nie nosiła piętna rozwoju, a jednak była niezwykle intensywna. Zdaje się, żem wyznał ją rodzicom, inaczej nie udawałoby mi się przebywać dostatecznie często w tym doskonałym punkcie, z którego mogłem ją obserwować. Chyba nic o mnie nie wiedziała, nie zamieniłem z nią jednego słowa, a jednak linia jej profilu, podbródka, warg wypaliła mi się w pamięci tak dokładnie, że pozostał tego ślad do dzisiaj.

    Ciekawe, że gwałtowność takich platonicznych zakochań wcale nie przeszkadzała w miłostkach (jeżeli to były miłostki) bardziej, jak by powiedzieć — gminnych? Bodajże ośmioletniego, ojciec, wchodząc do kuchni, zastał mnie raz przy trywialnym zajęciu szczypania służącej w zadek. Zmieszany, powiedział coś w rodzaju „ach, tak” lub „ach, przepraszam” i zaraz wyszedł. Ciekawe też, że mogę przypomnieć sobie nieco z ówczesnych moich czynów, a nawet emocji, natomiast żadnych myśli; bardzo możliwe, że w ogóle nie wybiegałem nimi poza krąg danych bezpośrednio, zmysłowych doświadczeń. Na ulicy Słowackiego znajdowało się naprzeciw Poczty Głównej biuro Cunard Line, towarzystwa okrętowego, a w każdym z jego okien stał wielki model oceanicznego parowca. Chodziły za mną, śniły mi się te wspaniałe statki, miały wszystko, jak się należy, nawet mosiężne śruby u sterów, olinowania, maszty, niezliczone okna w szeregach, pokłady, mostki, miniaturowe szalupy, schodki i koła ratunkowe. Marzyłem o nich beznadziejnie i żarliwie, prawdopodobnie w sposób równie idealny marzył Kuba Rozpruwacz o dziewczynkach, które nie powpadały mu w ręce. Jego rojenia były pewno tak samo niewinne jak moje, u szyb Cunard Line, dopiero urzeczywistnienie stawało się drogą wiodącą do zbrodni. Może więc i dobrze się stało, że żadnego z owych dwumetrowych cudów nie udało mi się nigdy przybliżyć na odległość ręki — albowiem prędzej czy później sięgnąłbym po młotek.
   Dziecko, którym byłem, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowałem nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej należy wziąć pod uwagę, że byłem słaby fizycznie i obawiałem się represji ze strony dorosłych. Ojciec nie bił mnie nigdy, matka czasem kuksała, to wszystko, ale było wszak wiele innych, mniej bezpośrednich środków i sposobów, od reprymendy słownej po obostrzenia leguminowe. Gdyby czteroletnie dzieci dorównywały wszakże siłą rodzicom, świat nasz wyglądałby inaczej. Tworzą doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie są mniej skomplikowane od ludzi dojrzałych — a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu. Czy bowiem nie z rozpaczą w sercu rozwalałem zabawki? Czy nie żałowałem potem (niezależnie od nakładanych kar) ich utraty? Dlaczego, taki strachliwy, smakowałem w sytuacjach ryzykownych — naprawdę? Coś ciągnęło wszak, aby wychylać się z okna możliwie daleko, a dobrze wiedziałem, choćby dzięki historii „człowieka-muchy”, czym grozi upadek z drugiego piętra. Pamiętam też, jak przeraziłem wuja, kiedy zimą na wakacjach w Tatarowie wlazłem naraz pod lokomotywę pociągu, który miał właśnie ruszyć, żeby czym prędzej odłamać zwisający spod cylindrów sopel lodu. Bałem się bardzo, że pociąg ruszy i obetnie mi nogi, ale widocznie ów sopel był mi nadzwyczaj potrzebny. Czyżby to miała być tak zwana przez psychologów czynność przymusowa, rodzaj natręctwa? Są to zjawiska znane, przechodziłem przez okresy liczenia okien, drzwi, przez fazy skomplikowanych rytuałów, musiałem chodzić tak, aby stąpać tylko po płytach chodnika, nie zbliżając się stopą do ich złączeń, a już z oddychaniem miałem niesamowite kłopoty. Próbowałem nie oddychać, jak długo się dało, albo znów robić to jakoś specjalnie, były tam jakieś wdechy i wydechy, szczególnie przed zaśnięciem, jakieś osobliwe formowanie jaśka i poduszki pod głową, budowanie kojca z kołdry i tak dalej.
    Zdarzały mi się także, czasem w chorobie, a czasem i kiedy byłem całkiem zdrów, osobliwe sensacje, zwane — jak się o tym dowiedziałem trzydzieści lat później — zaburzeniami schematu ciała. Leżałem sobie w łóżeczku, z rękami na piersiach, i naraz dłonie zaczynały rosnąć, natomiast ja sam spoczywałem pod ich ogromem nieprawdopodobnym coraz to mniejszy — powtarzało się to, zawsze w sposób dość podobny, i na pewno na jawie. Pięści urastały mi do rozmiarów iście górskich, palce przemieniały się w jakieś zamknięte, ogromne łuki, wszystko w nich ulegało zmonstrualnieniu, elefantiazie, lękałem się tego trochę, ale znów nie zanadto, było to bardzo dziwne — i nikomu o tym nie mówiłem.



Stanisław Lem, Wysoki Zamek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, str. 44-48
 

wtorek, 26 sierpnia 2014

Orwell o magii przekleństw


"Wyzwiska także się zmieniają — albo przynajmniej podlegają modzie. Na przykład dwadzieścia lat temu robotnicy londyńscy nałogowo używali słowa bloody. Obecnie całkowicie je zarzucili, choć w powieściach wciąż jeszcze każe się im posługiwać tym epitetem. Żaden londyńczyk z pochodzenia (w wypadku Szkotów czy też Irlandczyków rzecz ma się inaczej) nie użyje obecnie słowa bloody, chyba że odebrał jakie takie wykształcenie. Wyraz ów praktycznie awansował w skali społecznej i utracił charakter wyzwiska używanego wyłącznie przez klasy pracujące. Rozpowszechnionym ostatnio w londyńskiej gwarze przymiotnikiem towarzyszącym każdemu rzeczownikowi jest fucking. Nie ulega wątpliwości, iż słowo to, podobnie jak słowo bloody, wejdzie do salonów, zaś jego miejsce zajmie jakieś inne słowo. Wszystko co dotyczy przeklinania, a zwłaszcza przeklinania w języku angielskim, spowija mgła tajemniczości. Z samej istoty przeklinanie jest tak samo irracjonalne jak magia, bo też i jest ono rodzajem magii. Wiąże się z nim jednak pewien paradoks, oto i on: przeklinając, pragniemy oburzyć słuchaczy i urazić ich uczucia, osiągamy zaś ów cel wspominając o czymś, o czym zwykle się nie mówi — zazwyczaj odnosi się to do czynności seksualnych. 

czwartek, 17 lipca 2014

Słowo jest śmieciem


"Słowa to fonetyczny albo graficzny zapis myśli, wzruszeń, asocjacji, lęków, radości, tęsknoty, gniewu, głupoty albo mądrości, dobra człowieczego albo złości. Słowa to pomost miedzy ludźmi. Słowa to nić babiego lata, która sczepia dwoje ludzi. 

Kiedyś słowo było drogocenne. Szare komórki z rzadka produkowały jakąś myśl, jakiś ciąg słów o zaskakująco trafnym znaczeniu. Szare komórki odziedziczone po szarym ojcu małpiszonie. Słowo było więc nowością. Słowo było luksusem. Słowo było święte.

A kiedy słowo utrwaliło się na wieki w kamieniu albo na papierze, zaczęto czcić słowo jak pacierz, jak modlitwę. Słowo było oknem w wieczność. Słowo było głosem boga. Jeszcze car Mikołaj I powiadał, że poddanym Imperium Rosyjskiego wystarczy do porozumiewania się słowo mówione. Słowo pisane to najwyższy przywilej cesarski i tylko nielicznym wybranym może być udostępnione. Ludziom głoszącym słowo wyrywano języki, ludzi piszących słowo zamykano w domach wariatów.

Dziś już rzadko można spotkać prawdziwego Mikołaja. Dziś już tylko gdzieniegdzie wyrywa się języki i zamyka w domach wariatów. Bo nikt już nie panuje nad słowem. Słowa leją się z ust rozwrzeszczanych tłumów, z głośników radiowych i telewizyjnych, z milionów książek i gazet, z magnetofonów i adapterów, z wieców i kościołów, z nielegalnych druków i z kosmosu. Ogromne rzeki zatrutych słów płyną znikąd donikąd. Wielkie chmury martwych słów unoszą się do stratosfery. Niebotyczne góry kamienieją z żużlu spalonych słów.

Słowo jest śmieciem. Słowo jest najtańszym opakowaniem plastykowym. Słowo jest kłopotliwym odpadkiem współczesnej cywilizacji. Każde indywiduum może grzebać w twoich śmieciach. Każdy przechodzący nędznik może podeptać twoje słowa, opluć je albo zrobić na nich kupę. Każdy przypadkowy osioł może zdmuchnąć je z powierzchni ziemi, zrzucić do szamba niebytu.

W moich słowach również grzebie, kto chce i nie chce. Moje słowa są również rozbełtaną magmą, która nigdy nie zastygnie w dostojny kształt osobowości ludzkiej. Resztka moich okaleczonych, skarlałych wyrazów odpłynie cuchnącym rynsztokiem do Martwego Morza martwych słów." [s. 241-242]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

sobota, 5 lipca 2014

"I ja jestem szmirusem"

Tadeusz Konwicki

"Drogi czytelniku, którego przez fałszywą kurtuazję nazywam powiernikiem. Drogi połykaczu cudzych słów. Drogi niezaspokojony leniu, co szukasz łatwych do strawienia piguł ulepionych z cudzych nieszczęść i trafów życiowych, z cudzych miłości i nienawiści, z cudzego piękna i cudzej szpetoty. Drogie medium wszystkich szczwanych wariatów, pyszałkowatych maniaków i zdradzonych półbogów.

Po co udajesz jakąś wyższość duchową, po co obnosisz się z ambicjami intelektualnymi, po co kłamiesz, że interesuje cię cała prawda o człowieku, dobra i zła? Przecież kochasz szmirę, sztuczne łzy, fałszywe dobro, ckliwe, oszukańcze uczucia, idiotyczne szczęśliwe zakończenia. Przecież łakniesz dwuznacznych plotek, smakowitych oszczerstw o małych znajomych i wielkich nieznanych, łakniesz ludzkiej intymności wywleczonej bezwstydnie przed twoje oczy. Jesteś szmirusem, mój drogi powierniku. I ja jestem szmirusem.

Ja też lecę zdyszany na film, w którym pokazują goliznę. Podkradam książki i czytam z wypiekami te stronice, na których piszą źle o znajomych. Rozkoszuję się komiksami i słodką muzyczką damskich zespołów młodzieżowych. Tak, tak, popłakuję często w kinie, gdy w sposób nierealny dobro zwycięża zło albo spotykają się usta nieszczęśliwych kochanków. Ja także opuszczam skwapliwie opisy przyrody w książkach i ambitne refleksje autorów, szukam jeno tych fragmentów rozjaśnionych dialogami. A niech no tylko ktoś zaśpiewa dziewczęcym głosem "Ave Maria", już okrutny szloch chwyta mnie jak kleszczami za gardło. Ja jestem cały z was.

Ale kiedy zostanę sam na sam z papierem, sam na sam z cienkim kawałkiem martwej, białej substancji, zachodzą we mnie dziwne procesy, nad którymi nie umiem zapanować. To znaczy, chcę być sobą, a więc całym z was, i nie mogę. Chcę opisywać od początku do końca samo dobro, a pisze mi się to dobro jakieś niezbyt dobre, dobro, z którego ciągle wyłazi zło. Pragnę pieścić się prostą i zrozumiałą fabułą, a tu ciągle przyplątują się jakieś dywagacje, jakieś niewczesne uogólnienia, które wszystkim, i mnie, i wam, psują krew. Usiłuję zwieńczyć rzecz szczęśliwym zakończeniem, a wychodzi jakieś takie nieszczęśliwe, więc je natychmiast poprawiam, upozytywniam i widzę, że jeszcze gorzej.

Kto wodzi moją ręką po papierze? Jaka to zła siła mnie, waszego lokaja, pochlebcę i pielęgniarza, kieruje przeciwko wam, rozkazuje czynić przykrości, obrażać uczucia, rozwścieczać bezkarną hucpą? Co to za wszechmocne bóstwo ustawia mnie przeciw mnie?" [s.182-183]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Płaczę, bo rozumiem"

Jorge Luis Borges

"W wigilię Bożego Narodzenia 1938 - w roku, gdy umarł ojciec - miałem poważny wypadek. Wbiegałem na schody, gdy nagle poczułem gwałtowne uderzenie. Zawadziłem czubkiem głowy o kant otwartego, świeżo malowanego okna. Udzielono mi pierwszej pomocy, ale mimo to w ranę wdała się infekcja i przez cały bezsenny tydzień miałem halucynacje i wysoką gorączkę Któregoś wieczoru straciłem mowę i zabrano mnie do szpitala na natychmiastową operację. Wywiązała się posocznica i przez miesiąc, niczego nieświadomy, znajdowałem się na krawędzi życia. (W kilka lat później napisałem o tym w opowiadaniu "Południe").

Kiedy zacząłem wracać do zdrowia, bałem się, że postradałem zmysły. Pamiętam, jak matka chciała poczytać mi książkę, o którą wcześniej prosiłem - "Z milczącej planety" C.S. Lewisa - ale przez dwie bądź trzy noce odkładałem lekturę. Wreszcie namówiła mnie, a ja po wysłuchaniu jednej czy dwóch stron wybuchnąłem płaczem. Matka zapytała, co znaczą te łzy: "Płaczę, bo rozumiem", odpowiedziałem".[s.66-67]

Jorge Luis Borges "Autobiografia", przełożył Adam Elbanowski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, s. 95.


niedziela, 8 czerwca 2014

Starszy bibliotekarz, czyli blaski i cienie pracy w bibliotece



"Teraz dzięki przyjaciołom otrzymałem skromne stanowisko starszego bibliotekarza w bibliotece Miguel Cane, filii Biblioteki Publicznej, w szarej i ponurej dzielnicy, na południowy zachód od centrum. Podlegał mi wprawdzie bibliotekarz i młodszy bibliotekarz, ale nade mną z kolei był dyrektor i starszy kustosz, kustosz i młodszy kustosz. Miesięczna pensja wynosiła dwieście dziesięć pesos, potem podniesiono ją do dwustu czterdziestu pesos, co dziś odpowiada siedemdziesięciu czy też osiemdziesięciu dolarom amerykańskim.

W bibliotece niewiele mieliśmy do zrobienia. Jakieś pięćdziesiąt osób wykonywało pracę, której z łatwością sprostałoby piętnastu pracowników. Do obowiązków moich oraz piętnastu czy też dwudziestu kolegów należało opisywanie i porządkowanie woluminów, które dotąd nie zostały skatalogowane. Zbiory jednak były tak skromne, że bez trudu mogliśmy znaleźć potrzebną książkę bez sięgania do katalogu, tak starannie opracowanego, choć zupełnie zbędnego. Pierwszego dnia pracowałem z pełnym poświęceniem. Nazajutrz kilku kolegów odwołało mnie na bok, oświadczając, że nie mogę tak postępować, bo stawia ich to w niekorzystnym świetle. "A poza tym - argumentowali - całe to katalogowanie ma stwarzać pozory pracy, więc przez ciebie znajdziemy się na bruku". Odpowiedziałem im, że zamiast jak oni skatalogować sto książek, opracowałem czterysta. No tak, ale jak tak dalej pójdzie, szef zdenerwuje się i nie będzie wiedział co z nami zrobić" - odparli. W imię zachowania pozorów poprosili mnie, żebym odtąd jednego dnia skatalogował osiemdziesiąt trzy książki, następnego dnia dziewięćdziesiąt, a trzeciego - sto cztery.

Wytrzymałem tam dziewięć lat. Dziewięć lat nieustającej udręki. Bibliotekarzy interesowały wyłącznie wyścigi konne, piłka nożna i sprośne dowcipy. Pewnego razu w pobliżu damskiej toalety zgwałcono jedną z czytelniczek. Wszyscy twierdzili, że musiało się tak stać, ponieważ męska i damska toaleta przylegały do siebie.



"Zawsze wyobrażałem sobie Raj jako bibliotekę, nigdy jako ogród". - Jorge Luis Borges

[...] W owych latach byłem już, co brzmi ironicznie, dość znanym pisarzem - wszędzie, tylko nie w bibliotece. Pewnego razu jeden z kolegów znalazł w encyklopedii nazwisko niejakiego Jorge Luisa Borgesa i zdziwiła go zbieżność nazwisk i dat urodzenia.

Od czasu do czasu, jako urzędnicy magistratu, dostawaliśmy kilogramową paczkę yerba mate. Niekiedy pod wieczór, gdy szedłem dziesięć przecznic do przystanku tramwajowego, miałem oczy pełne łez. Te drobne prezenty od zwierzchników nieustannie uświadamiały mi, jak upokarzające i żałosne  jest moje życie.

Kilka godzin dziennie, jadąc w obie strony tramwajem, czytałem "Boską Komedię", wspomagany aż do "Czyśćca" przekładem prozą Johna Aitkena Carlyle'a; potem podążałem już o własnych siłach.

Całą pracę w bibliotece wykonywałem w ciągu godziny, a potem wymykałem się do sutereny i przez pozostałe pięć godzin oddawałem się lekturze albo pisaniu. Tam przewertowałem ponownie sześć tomów "Zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego" Gibbona i kolejne woluminy "Historii Republiki Argentyńskiej" Vicente Fidela Lopeza. Czytałem Leona Bloya, Claudela, Groussaca i Bernarda Shawa. W czasie wakacji tłumaczyłem Faulknera i Virginię Woolf. Pewnego razu wzniosłem się na zawrotne wyżyny, obejmując stanowisko młodszego kustosza. [...]

Moi koledzy uważali mnie za odszczepieńca, nie brałem bowiem udziału w ich niesmacznych żartach. Nadal pisywałem w suterenie biblioteki albo na dachu, kiedy robiło się gorąco. Moje kafkowskie opowiadanie "Biblioteka Babel" obmyślone było jako koszmarna wizja czy też karykatura owej biblioteki publicznej, stąd niektóre szczegóły w tekście nie mają jakiegoś zamierzonego znaczenia. Podane tam liczby książek i półek zgadzają się dokładnie z tymi, które miałem pod ręką. Wytrawni krytycy bardzo przejęli się tymi cyframi i łaskawie obdarzyli je mistycznym sensem.

Jorge Luis Borges, 1951, fot. Grete Stern

W roku 1946 doszedł do władzy prezydent, którego nazwiska nie mam ochoty sobie przypominać. Wkrótce potem zostałem zaszczycony wiadomością, że "awansowano" mnie na stanowisko inspektora do spraw drobiu i królików na jednym z miejskich targowisk. Udałem się do magistratu, żeby zapytać, co oznacza ta nominacja. "Proszę pana - zwróciłem się do urzędnika - wydaje mi się dość dziwne, że spośród wielu pracowników biblioteki akurat mnie powierzono tę funkcję". "No cóż - odpowiedział urzędnik - podczas wojny popierał pan aliantów, czegóż zatem pan oczekiwał". Był to argument nie do odparcia i następnego dnia złożyłem rezygnację". [s. 63 - 69]

Jorge Luis Borges przy współpracy Normana Thomasa di Giovanni "Autobiografia", przełożył Adam Elbanowski, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, s. 95.


poniedziałek, 7 kwietnia 2014

"Jarmark sensacji" Egon Erwin Kisch


Wstyd się przyznać, ale jeszcze do niedawna Egon Erwin Kisch był mi zupełnie nieznany. Nie czytałem ani jednej jego książki. Chyba nawet jego nazwisko nie obiło mi się nigdy o uszy. Czysta nie zapisana karta. Nie mam pojęcia jak to się mogło stać. Na szczęście już naprawiłem swój błąd dzięki Wydawnictwu Agora, które w Bibliotece Gazety Wyborczej w nowej serii Reporterzy dużego formatu wydało "Jarmark sensacji" Egona Erwina Kischa.

Kim był Egon Erwin Kisch i dlaczego powinno się znać jego nazwisko? Otóż E.E.K. to najsłynniejszy reporter pierwszej połowy XX wieku, uważany za jednego z najwybitniejszych reporterów w historii światowego dziennikarstwa. Do inspiracji jego twórczością (napisał aż 34 książki) przyznawali się najwięksi polscy reporterzy, m.in. Ryszard Kapuściński. Powszechnie uważa się, że Kisch był dla światowego reportażu tym, kim Kafka był dla prozy, przez niektórych nazywany był nawet poetą faktu. Był pochodzenia żydowskiego, posiadał obywatelstwo austro-węgierskie, a potem czechosłowackie. Urodził się, przez dużą część życia mieszkał i zmarł w Pradze. Temu miastu poświecił także znaczną część swojej twórczości. Kisch pisał w języku niemieckim, chociaż biegle znał również język czeski. Przez pewien okres życia mieszkał też w Niemczech. Wszystko to razem sprawiło, że jest uważany za pisarza należącego zarówno do literatury niemieckiej, czeskiej, jak i austriackiej. Sam często uważał się za obywatela świata. E.E.K. był bardzo interesującą i nietuzinkową postacią.  Jako reporter miał "nosa" i niebywałe szczęście. Od tytułu jednego z jego zbiorów reportaży zatytułowanego "Szalejący reporter" do dziś w Czechach dodaje się do nazwiska Kischa przydomek „Szalejący”. Charakteryzowała go nieprzeciętna inteligencja i można by rzec, że aż chorobliwa ciekawość. W "Jarmarku sensacji" tak pisze o sobie:
"Gdziekolwiek byłby mnie zagnał przypadek, miejsce to stałoby się w każdym razie wkrótce oknem na świat; dbałaby o to najsilniejsza z moich cech: ciekawość. Podobnie jak inni ludzie budzą się ze snu w momencie niebezpieczeństwa, tak ja się budzę, ponieważ nie wiem, kim jest osoba poruszająca się we śnie na drugim planie. Nie mogę jechać tramwajem, nie ustaliwszy, jaką książkę czyta pan w przeciwległym kącie. Śledzę jakąś parę na przestrzeni kilku ulic, aby dowiedzieć się, jaką mową się posługuje. Zaglądam do obcych okien, czytam wszystkie szyldy w domu, w którym mam złożyć wizytę, przetrząsam cmentarze w poszukiwaniu znanych nazwisk. Obojętnych mi ludzi pytam o ich życie. Niezwykłe nazwy ulic zmuszają mnie do zbadania, czemu się tak nazywają. Przetrząsnąłbym każdą rupieciarnię i każdy stos starych papierów, każde "wstęp wzbroniony" nęci do wstępowania, wszystko, co tajemnicze - do śledzenia". [s.84]
Egon Erwin Kisch
Kisch jako reporter zaczynał od notatek w rubrykach kryminalnych praskich gazet "Prager Tagblatt" i "Bohemia". Z racji swojego zawodu miał częsty kontakt z praskim półświatkiem a nawet światem przestępczym, opisując w swojej gazecie kradzieże z włamaniem, podpalenia, bójki prostytutek itp. Wiele z tych doświadczeń wykorzystał później w swoich tomach reportaży "Z praskich ulic i nocy" z 1912, "Przygody w Pradze" z 1920, a także w swojej powieści "Opiekun dziwek" z 1914, opowiadającej o środowisku praskich prostytutek i sutenerów. Kisch poznał też środowisko artystyczne Pragi, zarówno niemieckie jak i czeskie. Wśród literatów, z którymi spotykał się w praskich kawiarniach i gospodach, byli m.in Rainer Maria Rilke, Max Brod, Franz Kafka i Jaroslav Hašek, autor "Przygód dobrego wojaka Szwejka", z którym łączyła go długoletnia przyjaźń. Opowieści tam zasłyszane spożytkował później w wielu swoich reportażach literackich, np. słynnym opowiadaniu o praskiej prostytutce "Wniebowzięcie Szubienicznej Toni", które znajduje się także w omawianej przeze mnie książce "Jarmark sensacji". Aby napisać dobry reportaż Kisch był w stanie zrobić wiele. Tak o tym pisze w tekście zatytułowanym "O reportażu":
"Tłoczyłem się z masą ludzi pragnących się ogrzać, czekałem wraz z głodnymi w kuchni ludowej na zupę dla biedoty, z bezdomnymi spałem w nocnym przytułku, z bezrobotnymi rąbałem lód na Wełtawie, z flisakami płynąłem do Hamburga, statystowałem w teatrze, z orszakiem proletariatu w łachmanach ciągnąłem do okręgu Žatec na zbiory chmielu oraz byłem pomocnikiem hycla. Jeśli były przeszkody, odnotowywałem je, a były one często bardziej godne uwagi aniżeli sam temat". [s. 263]
"Jarmark sensacji" to, jak pisze we wstępie do książki Mariusz Szczygieł, coś więcej niż reportaż, a trochę mniej niż autobiografia, czyli coś w rodzaju autoreportażu. Teksty Kischa napisane są niezwykle obrazowym, prawie poetyckim językiem. Nie ma w tym jednak przesady, która przeszkodziłaby czytelnikowi w odbiorze lub przesłoniła fakty. Na swój styl Kisch wpadł podczas pisania pierwszego reportażu z pożaru młynów, o czym pisze w tekście zatytułowanym "Debiut przy pożarze młynów". Na miejsce dotarł późno, brak mu było doświadczenia i nie potrafił zebrać wszystkich ważnych szczegółów i faktów dotyczących pożaru. Musiał jednak coś napisać. Jego uwagę zwróciła obserwująca pożar grupa bezdomnych. Zainteresował się nimi i zaczął, z wykorzystaniem swojej wyobraźni, opisywać ich życie i historię. Myślał, że poniósł porażkę i nie sprawdził się jako reporter. Oczekiwał natychmiastowego zwolnienia z pracy reportera. Okazało się jednak, że to co napisał, właściwie zmyślił, było dużo prawdziwsze od relacji innych reporterów, które i tak się różniły co do faktów i szczegółów dotyczących przebiegu pożaru. Czytelnicy byli zachwyceni jego reportażem, uwierzyli w to co napisał. I tak oto fikcja okazała się bardziej wiarygodna od prawdy.

Teksty Kischa są przemyślane, nie ma tam właściwie zbędnych słów. Kisch pisał bardzo inteligentnie, zajmująco i dowcipnie. Widać, że miał duże poczucie humoru, ponieważ potrafił śmiać się także z samego siebie. Lubił pisać o sobie, być jednym z bohaterów swoich reportaży. Trzeba przyznać, że jako reporter miał dużo szczęścia, udało mu się bowiem w niemal niewiarygodny sposób rozwiązać kilka naprawdę poważnych spraw kryminalnych, nie wspominając już o słynnej swego czasu aferze szpiegowskiej z udziałem pułkownika Alfreda Redla ("Jak się dowiedziałem, że Redl był szpiegiem"). Nie brak też wśród autoreportaży E.E.K. rzeczy poruszających, jak np. "Matka mordercy", gdzie mamy opowieść starej kobiety, która w obronie syna wyznaje, że to ona jest morderczynią i przyczyną wszelkiego zła, czy wręcz wstrząsających, jak np. "Reporter zostaje żołnierzem", gdzie opisał całą prawdę o wojnie. Brał udział w bitwie, właściwie chaotycznej ucieczce, w której zginęło, utonęło lub zostało rozszarpanych granatami, 3000 żołnierzy austro-węgierskich. On sam cudem przeżył. Widział rzeczy, o których nikt potem nie napisał w gazetach, a to co można było w nich przeczytać, było śmiechu warte i niezgodne z prawdą. Nie wszystko jest jednak takie ponure. W tej książce znajdziemy dużo humoru, jak choćby w kończącym ją, chyba najśmieszniejszym tekście trochę w stylu Jarosława Haszka pt. "Stacja wyjściowa", w którym Kisch śmieje się ze swojego nazwiska, rzekomo pochodzącego z Węgier, oraz z samych Węgrów.


"Jarmark sensacji" przeczytałem naprawdę z dużą przyjemnością. Książkę czyta się znakomicie, nic się nie zestarzała, pomimo upływu 72 lat od jej napisania (wydana została w Meksyku w 1942, gdzie E.E.K uciekł przed nazistami). Stanowi ona nieocenione źródło informacji o tamtych ciekawych czasach. Osobiście bardzo lubię ten okres w historii Europy. Lubię także Czechów, którzy potrafią mówić i pisać nawet o najpoważniejszych sprawach z pewną charakterystyczną i niepowtarzalną nutą ironii, czego nie potrafią inne narody. Moje pierwsze spotkanie z twórczością Egona Erwina Kischa uważam za bardzo udane i z dużą radością sięgnę po kolejne książki jego autorstwa.

Egon Erwin Kisch "Jarmark sensacji", przełożył Stanisław Wygodzki, wstęp Mariusza Szczygła, Wydawnictwo Agora, Biblioteka Gazety Wyborczej, Reporterzy dużego formatu, wydanie III, Warszawa 2014, s. 288.

sobota, 22 czerwca 2013

"Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma?"

Raymond Chandler
Do Fredericka Lewisa Allena
 7 maja 1948 r.

[...] Artykuł Audena o prozie detektywistycznej [1] jest znakomity przez swój klarowny, chłodny, klasyczny styl. Ale z jakiej racji wciąga w to mnie? Jestem po prostu facetem, który wziął parę opowiadań z popularnych magazynów i nadał im formę powieści. Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma? Szukam tylko pretekstu do pewnych eksperymentów z żywym dialogiem.
Właśnie dotarłem do połowy powieści o Philipie Marlowe i trochę mnie ta praca bawiła (dopóki nie utknąłem w miejscu), a tu ci zjawia się ten Auden i powiada mi, że interesuje mnie pisanie poważnych rozpraw o środowisku przestępczym. Teraz więc patrzę uważnie na wszystko, co piszę, i mówię sobie: pamiętaj, stary, to ma być poważna rozprawa o środowisku przestępczym. Poważnie mówisz? Nie. Czy to jest środowisko przestępcze? Nie, po prostu zwykłe skorumpowane życie z przejaskrawieniem strony melodramatycznej nie dlatego, że szaleję za melodramatem jako takim, ale dlatego, że mam dość silne poczucie rzeczywistości, aby znać reguły gry.
Dawno temu, kiedy pisywałem do pism brukowych, wtrąciłem do tekstu takie zdanie: "Wysiadł z samochodu i szedł zalanym słońcem chodnikiem, dopóki cień markizy nad wejściem nie padł mu na twarz niczym strumień zimnnej wody". Redakcja to zdanie wykreśliła. Czytelnicy nie lubili takich rzeczy - hamowały tylko bieg akcji.
Postanowiłem udowodnić, że nie mają racji. Zgodnie z moją teorią czytelnikom tylko się zdawało, że nic ich nie obchodzi poza akcją, w rzeczywistości, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, przywiązywali wagę, tak samo jak ja, do tworzenia stanów emocjonalnych poprzez dialog i opisy. Tym, co pozostawało im w pamięci, do czego powracali myślą, nie był fakt, że człowieka zabito, ale to, że człowiek ten w chwili śmierci usiłował wziąć z biurka spinacz, który mu się wyślizgiwał, toteż jego twarz wyrażała napięcie, usta miał półotwarte w grymasie udręki, o śmierci zaś w ogóle nie myślał. Nie słyszał nawet, że śmierć puka już do drzwi. Ten cholerny mały spinacz wciąż wymykał mu się z palców.

[1] W.H.Auden: The Guilty Vicarage, "Harper's Magazine", maj 1948.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 266-267.

czwartek, 20 czerwca 2013

"Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie"

Raymond Chandler
Do Helgi Green
25 maja 1957 r.

[...] Wziąć podrzędny gatunek literacki i zrobić z niego coś na kształt autentycznej literatury jest samo w sobie pewnym osiągnięciem. Podobno - nie stwierdzam tego na podstawie własnych informacji - setki pisarzy zarabiają dzisiaj jako tako na życie pisaniem powieści kryminalnych, ponieważ ja sprawiłem, że gatunek ten zyskał uznanie, a nawet ogólny szacunek. Ale, tam do licha, cóż innego może robić człowiek, który pisze? Stara się pisać jak najlepiej bez względu na obrany gatunek literacki. Miałem szczęście i to chyba stało się inspiracją dla innych. Steinbeck doszliśmy wspólnie do wniosku, że chcielibyśmy, aby pisarzem uznawanym i czczonym, gdy nas już zabraknie, był ktoś teraz nieznany, może dużo lepszy od nas obu, który po prostu nie miał tego szczęścia - czy może siły przebicia. Każdy uczciwy pisarz, który od czasu do czasu ma się za artystę, zgodzi się chętnie na zapomnienie, byleby przetrwała pamięć o kimś lepszym. Nie zawsze jesteśmy ludźmi miłymi, ale mamy w zasadzie pewien ideał, który nas przewyższa ... Są oczywiście pisarze kiepscy i sprzedajni, ale kiedy prawdziwy pisarz natknie się na coś dobrego, modli się w duchu: "niechże ten gość będzie lepszy ode mnie". Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie, więc ten, co potrafi, tak jak ja, z pewnością nie będzie miał komu innemu za złe, że potrafi to zrobić jeszcze lepiej. Artysta nie może wyprzeć się sztuki i wcale tego nie chce. Kochanek nie może wyprzeć się miłości. Jeżeli pokładamy wiarę w ideale, nie znaczy to, że go posiedliśmy - to on nami włada, bez wątpienia tedy nie chcielibyśmy ze względów merkantylnych zamrozić go na swoim poziomie.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 119.

środa, 13 marca 2013

"Czerniaków 1933" - Stanisław Grzesiuk

Stanisław Grzesiuk
Na dalszą naukę nie ma pieniędzy i możliwości. Chłopak, który ma piętnaście lat, powinien już starać się zarobić, żeby była pomoc w domu. Ale jak zarobić? Złodzieje z naszego domu namawiali mnie, żebym "pracował" z nimi.
- Jesteś cwaniak, policja ciebie nie zna - z nami będzie ci dobrze, nie zginiesz.
Odmówiłem. Po co kraść, jak nie można przynieść do domu? Gdy byłem mniejszy, a nieraz coś z chłopakami zwędziliśmy dla sportu - to w domu matka brała za łapę, kazała odnieść i przeprosić, a czasem to jeszcze dobrze wlała. Więc kraść nie miało dla mnie sensu. Wszystkie ogrody i sady w okolicy były w mojej bezpłatnej dzierżawie. Właziłem do każdego i nigdy mnie nie złapano - ale to było robione tylko dla sportu. Lubiłem każde ryzyko i niebezpieczne sytuacje.
Ojciec, jak był trzeźwy, nie mówił nic. Jak był pijany, krzyczał, żebym sobie roboty szukał. Cóż więc robiłem?
Rano przynosiłem matce dwa wiadra wody i wynosiłem brudną. Potem przynosiłem węgiel z piwnicy lub ze składu, kupiłem, co potrzeba, w sklepie - i już byłem wolny. Wtedy przynosiłem kilka wiader wody jednej lokatorce. Miała za drzwiami na korytarzu beczkę, z której brała wodę do prania i zmywania. Płaciła mi pięć groszy za przyniesienie jednego wiadra; tak samo jak u woziwody, tylko ja przynosiłem jej wodę pod drzwi, a od woziwody brało się spod bramy i trzeba było nieść na piętro. Jak przynio­słem pięć wiader, to zarobiłem dwadzieścia groszy, bo jeden grosz za wiadro brał inwalida przy pompie ulicznej. Następnie kręciłem się przy składzie opałowym. Niejeden raz zarobiłem trochę groszy za odniesienie komuś węgla do domu. Płacili jeden grosz od kilograma. Pracował tam już starszy kolega, ale jak on poszedł z węglem i nie było nikogo, a znów trzeba było odnieść, brałem ja. Nie dźwigałem po pięćdziesiąt kilogramów, bo to było dla mnie za ciężko, ale dwadzieścia, trzydzieści to nosiłem.
Teraz, gdy już miałem pieniądze, szedłem na Mokotów do biblioteki. Nie była to prawdziwa biblioteka, lecz sklep sprzedający papier, zeszyty i przybory szkolne, w którym na jednej ścianie były półki z książkami. Właściciel sklepu wypożyczał te książki za opłatą dziesięciu groszy od jednej książki po złożeniu dwu złotych kaucji. Ze swego zarobku złożyłem kaucję za dwie książki, ale były dnie, że wymieniałem tylko jedną książkę; częściej jednak wymieniałem dwie i czytałem jednego dnia. Nikt nie dawał mi żadnych rad co do wyboru lektury. Wyczytywałem więc wszystkie książki o Dzikim Zachodzie, Karola Maya, Branda, Baxtera, kryminalne Romańskiego, Marczyńskiego, Wallace'a i innych. Wyczytałem książki o przygodach Arsena Lupina, Sherlocka Holmesa i wszystkie o Tarzanie; Michała Zevaco, Dumasa i Trylogię Sienkiewicza. Książki grube dzielone były na kilka mniejszych i za każdą płaciło się dziesięć groszy. Gdy już miałem w ręku książkę, brałem w kieszeń kawał chleba i szedłem nad starą fosę fortową na Czerniakowie. Tam, leżąc na słońcu, czytałem. Dla urozmaicenia co pewien czas zażywałem kąpieli, a raz lub dwa razy w ciągu dnia kilku z nas przepływało na drugą stronę fosy i zapuszczaliśmy się w ogrody badylarzy na strąki grochu.
Moimi ulubionymi bohaterami z książek byli ludzie, których cechowała szaleńcza odwaga i ryzykanctwo, obrońcy słabych i uciśnionych, a bojowi wobec ludzi złych. W postępowaniu swoim starałem się naśladować takich właśnie bohaterów. Cieszyłem się, gdy raz udało mi się wywalić okno w płonącym drewnianym budynku i zanim nadbiegli inni, wyniosłem dwoje małych dzieci oraz wyrzuciłem na podwórze wszystkie ubrania z szafy. Byłem wszędzie tam, gdzie groziło jakieś niebezpieczeństwo, i musiałem zawsze należeć do tych, którzy ostatni wycofują się z niebezpiecznej sytuacji.
Żeby być mocnym wobec złych, nie wystarczała sama odwaga, potrzebna była także zaprawa i trening. W mieszkaniu na drzwiach wieszałem stare ubrania i palta i godzinami ćwiczyłem uderzenia głową z różnych pozycji. Wiedziałem, że jest to najskuteczniejsze i najbardziej zdradliwe uderzenie. Doszedłem do takiej wprawy, że "na łeb" byłem jednym z najlepszych na Czerniakowie. Trenowałem też nożem. Rzucanie nożem do celu na odległość. Ukrywanie noża w rękawie. Błyskawiczne wyciąganie noża z kieszeni spodni i z kieszeni marynarki, tak zwanej "za parkanem".. Niejeden urwany guzik i rozdarte spodnie kosztował trening przeskakiwania przez parkan, chodzenia po drzewach i skakania ze znacznych nawet wysokości. Wyrabia­łem w sobie silną wolę, upór i mściwość w stosunku do tych, którzy skrzywdzili mnie z premedytacją lub wykorzystywali swoją przewagę fizyczną. Po kilku awanturach ze starszymi i silniejszymi mówiono o mnie: "Chłopak grzeczny, ale i charakterny..." Słabszego nie uderzyłem nigdy.
Wieczorem wyskakiwałem na plac Unii Lubelskiej "postarać się trochę na majdanie" - co znaczy po prostu: sprzedawać gazety. "Starało się" tam wielu kolegów, z którymi kończyłem szkołę. Oni byli majdaniarzami rejestrowanymi (po złożeniu kaucji), ja starałem się na dziko: koledzy brali więcej gazet i część dawali do sprzedaży mnie.
Jaki był z tego zarobek? Dwa grosze od gazety w cenie pięciu groszy i trzy od dziesięciogroszowej. Od dodatku nadzwyczajnego osiem groszy od sztuki, ale wtedy mi nie dawali, ciężko też było trafić na moment wydania. Umieć sprzedać gazety - to była wielka sztuka.
- Ile sprzedałeś? - pytałem jednego kolegi.
- Dwanaście sztuk - odpowiada.
- A ja tylko dwie.
- A ty ile? - pytam drugiego.
- Piętnaście.
- A ja dwie.
Wreszcie i ja połapałem się w technice sprzedawania. Gdy dostałem gazety do ręki - jak najszybciej przed siebie, byle dalej, żeby być tam, gdzie nie dotarł jeszcze żaden nowy gazeciarz. Raz dotarłem w ten sposób do ulicy Filtrowej. W każdym tramwaju jadącym w stronę placu Narutowicza idą dwie, cztery gazety. Po pewnym czasie gazeciarze z placu Narutowicza połapali się, że im handel idzie słabiej - zjechali kupą, dali mi dobry wycisk i przegnali z dobrego stanowiska. Pojechałem do swoich chłopaków. Ci zostawili swój "majdan" w różnych kioskach i sklepach i grupą w osiemnas­tu chłopaków zrobiliśmy nalot na tamtych. I odegraliśmy się - ale już więcej w ich parafię nie jeździłem.

piątek, 11 stycznia 2013

"HITMAN" - Juliusz Machulski


Juliusza Machulskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Każde dziecko w Polsce wie, że jest to reżyser znakomitych filmów będących połączeniem komedii i kryminału. Wystarczy tu wymienić tylko kilka kasowych hitów, takich jak: "Vabank", "Seksmisja", "Kingsajz", "V.I.P", "Deja Vu", "Girl Guide", "Killer", "Vinci". Cytaty z tych filmów weszły na stałe do języka polskiego. Trzy pierwsze wymienione przeze mnie filmy są na liście moich TOP 20 ulubionych polskich komedii. Być może jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Juliusz Machulski oprócz reżyserowania potrafi również wspaniale pisać i jest autorem wielu scenariuszy teatralnych i filmowych.

Dowodem na to może być wydana pod koniec 2012 roku książka pt. "HITMAN", będąca zbiorem felietonów, które w znacznej części ukazała się na łamach miesięcznika "Bluszcz". Początkowo, gdy zajrzałem do książki, trochę się zaniepokoiłem widząc felietony, ponieważ spodziewałem się raczej autobiografii. Okazało się jednak, że można napisać świetną książkę wspomnieniową z wykorzystaniem gatunku literackiego jakim jest felieton. Każdy z zawartych w książce 46 felietonów to gotowy pomysł na scenariusz filmu. Niektóre z nich są wręcz napisane w formie scenariusza. I nie ma w tym nic dziwnego, po prostu autor "HITMANA" myśli i odbiera rzeczywistość jak reżyser.

Nie będę ukrywał, że książka spodobała mi się z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, Juliusz Machulski opowiada w niej o dobrze znanym mi okresie PRL-u, potocznie zwanego "komuną", w którym sam kiedyś żyłem i dorastałem jako dziecko. Co prawda nie jesteśmy rówieśnikami, dzieli nas prawie 15 lat, tym niemniej komunistyczna Polska nie zmieniała się z dnia nadzień i przez wiele lat posiadała te same, tak charakterystyczne cechy,  różne absurdy i mankamenty. Obecnie ten okres naszej historii jest bardzo modny i trendy wśród młodych ludzi, którzy go nie znali i nie pamiętają, ponieważ urodzili się wiele lat później. Ja także darzę go sentymentem, ale z innych zupełnie powodów. Po drugie, dzięki tym felietonom możemy poznać ogromną ilość anegdot, śmiesznych lub przejmujących historii, związanych z zawodowym życiem Juliusza Machulskiego oraz ludźmi, których kiedyś poznał. Miał on bowiem szczęście spotkać na swojej drodze wielu światowej sławy reżyserów, aktorów, scenarzystów i operatorów. Osobną sprawą są opisane przez autora, często z przymrużeniem oka, wielkie światowe festiwale filmowe, to targowisko próżności. Okazuje się, że rządzą się one swoimi prawami, mają swoje dziwactwa, fanaberie i czasami bywają nieprzewidywalne. Po trzecie, książka zawiera niesamowitą dawkę humoru i ironii. Juliusz Machulski jest powszechnie znany z ogromnego poczucia humoru i nieprzeciętnej inteligencji. Po czwarte, autor "HITMANA" jest mi bardzo bliski, jest moją bratnią duszą od kiedy dowiedziałem się, że podobnie jak ja (niestety nie znam więcej takich osób) ma manię równiutkiego ustawiania książek na półkach, zgodnie z ich wysokością i wielkością. Drugi raz poczułem do niego sympatię, gdy z kartek omawianej książki dowiedziałem się, że nie zna się na samochodach i, że zupełnie go one nie interesują. Inną jeszcze wspólną cechą jest miłość do języków obcych, szczególnie angielskiego. Być może nadajemy na podobnych falach.

Na koniec warto podkreślić, że książka została wspaniale wydana przez Wydawnictwo Agora i zawiera fantastyczne ilustracje do poszczególnych felietonów autorstwa Marii Machulskiej-Le Mene, córki Juliusza Machulskiego. Książkę polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom filmu, choć będzie to dla nich wielka gratka. W przyjemny sposób możemy poznać życie autora, spędzić z nim kilka miłych wieczorów (ja dawkowałem sobie "HITMANA" czytając go do poduszki) i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy z jego prywatnego i zawodowego życia. Jedyny minus tej książki to to, że kończy się za szybko. Mam nadzieję, że niebawem nastąpi jej ciąg dalszy.

Juliusz Machulski "HITMAN", Wydawnictwo Agora, 2012, s.360.

środa, 12 grudnia 2012

O XIX wieku i triumfie literatury, czyli kiedyś to były czasy

"Wymiera pokolenie schorowane na literaturę. Wymierają literaci chorzy na literaturę i znikają w niepamięci czytelnicy chorzy na literaturę. To naprawdę ostatnia pora, żeby spróbować objaśnienia tego krótkiego momentu w niedługich dziejach ludzkości, kiedy literatura przeżywała swój wielki triumf.
Jeszcze się widzi dostojne oblicza literackie, jeszcze ogląda się czasem majestatyczne gesty demiurgów, jeszcze spostrzeże się raptem osobnika z piórem, który potrząsa słuchawką telefonu dyspeczerskiego, instruując tłumy, prowadząc te tłumy do walki, rządząc autorytatywnie światem maluczkich, choć sznur od tej słuchawki już dawno został odcięty przez koła tak zwanego parowozu dziejów.
Wielu literatów obraziło się na cały świat. Patrzą przez szyby z pogardliwym uśmiechem na szamotanie się bliźnich, którzy nic nie wiedzą o literaturze, czyli o umarłej, i nic nie chcą wiedzieć. Patrzą z wysoka na te biedne masy, co odwróciły się od nieba literatury. Patrzą z uczuciem mściwej satysfakcji. Patrzą ze świadomością wzniosłego arystokratyzmu. I wierzą w zmartwychwstanie literatury. I wierzą w totalne pokajanie się tłuszczy za zdradzenie literatury.
Bo przecież to niemożliwe, że ta, co z najwyższych regionów niebios ducha przez duże D rządziła wielkim światem, żeby ta królowa albo święta mogła stać się biedną, nikomu specjalnie nie potrzebną kurwą, co włóczy się o każdej porze, na wszystkich rogach szukając byle jakiego klienta. Bo przecież to nie do pojęcia, żeby despotyczna siła, która obalała cesarstwa, powoływała nowe narody do życia, wymyślała nowych bogów i nowe religie, żeby taka siła stała się tragiczną, śmieszną bezsiłą.

Lew Tołstoj i Antoni Czechow w Jasnej Polanie

Wszak jeszcze niedawno hrabia Lew Tołstoj, twórca wielkiej, światowej sekty tołstojowców, mędrzec i prawodawca moralny drugiej połowy XIX wieku, ten olbrzym z Jasnej Polany wierzył szczerze, iż on pierwszy i być może jedyny w tym wielkim pochodzie ludzkości otrzyma w darze od boga nieśmiertelność i po prostu nigdy nie umrze. Wszak zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu nasz Adam Mickiewicz stawał do walki z Bogiem i w pewnych momentach nawet osiągał przewagę. Wszak jeszcze dziś niektórzy moi koledzy wezbrani świętością, najczęściej po wprowadzeniu do organizmu kilku setek polskiego narkotyku, każą mi klękać przed sobą i całować ich po rękach, i okazywać im cześć boską.
Dobrotliwy, czcigodny Wiek Dziewiętnasty. Zwycięski wiek pary i elektryczności. wiek nauki i racjonalizmu. Wiek ufności w przyszłość i w rozum ludzki. Wiek uniwersalizmu i szacunku dla indywidualności człowieka. Jak dobrze było literaturze w tym Dziewiętnastym Wieku. Jak suto, wystawnie i bezpiecznie. Jak ślicznie długowieczny okazał się ten Dziewiętnasty. Dożył do pierwszej wojny światowej, gdzieniegdzie przetrwał jeszcze na ostatnich nogach do drugiej światowej. I właśnie tam gdzieniegdzie spłodził nas, nazywanych Kolumbami (znowu ten Bratny), zarażonymi śmiercią, otrutymi wojną, pryszczatymi, inteligenciakami, marginesem społecznym, reakcjonistami, mięczakami, kompleksiarzami, zrozpaczonymi pesymistami, neurotykami, zboczeńcami, bezsilnymi opozycjonistami, odchodzącą klasą, niewierzącymi fideistami.
My jesteśmy cali z Dziewiętnastego. Kurcze odbytnicy historii wyrzuciły nas na śmietnisko odpadów uranowych, nieudanych przeszczepów, zdezelowanych rakiet kosmicznych. Grzebiemy w tym śmietniku pełni ufności, wynajdując butwiejące cząstki świata, który nas wydał, taplając się w łożysku, w którym przyszliśmy na ów świat. Wpełzamy pod szczątki książek i mówimy: nad nami wielkie, jasne, kojące niebo literatury. Wczołgujemy się na gipsową łysinę popiersia z utrąconym nosem i mówimy: jak daleko stąd widać, ile epok przed nami, ile nieskończoności.[...]
Literaturo, literaturo kochana. Epicka i zmysłowa, ezoteryczna i obyczajowa, lingwistyczna i wagonowa, majestatyczna i z rynsztoka, intelektualna i grafomańska, rozpuczona pychą i fałszywie pokorna, święta i sprzedajna, literaturo słów spisanych pracowicie w rozpaczy albo w zadufaniu, w nienawiści albo w nudzie, w nadziei albo w chwili śmierci, literaturo lawiny słów podobnych do siebie, koślawych, monotonnych, banalnych, takich samych jak biliony słów niezapisanych, co rodzą się w każdej chwili i na zawsze giną w każdej chwili.
Jaka szkoda, że literatura nie rządzi już tym konwulsyjnym światem. Jaka szkoda, że biedne jej ciałko depczą zwycięskie środki masowego przekazu. Jaka szkoda, że nie budzi już tych największych namiętności, że nikogo nie zabija i nikt jej nie zabija, że nikogo nie deprawuje i nikogo nie uświęca, że nie obala tyranów i nie rodzi męczenników. Jaka szkoda, że kiedy wdarłem się do jej świątyni, okazała się ta świątynia gruzem rozpadających się wspaniałych murów i złomami wyniosłych kolumn, co kiedyś podtrzymywały sklepienie niebieskie nad nami."

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 133-135.

środa, 17 października 2012

Teraz już widziałam mordercę


Konkretna myśl o napisaniu powieści kryminalnej zrodziła się we mnie, gdy pracowałam w aptece. Pomysł tkwił mi w głowie od momentu rzuconego przez Madge wyzwania - a obecne moje zajęcie sprzyjało takim zamysłom. Inaczej niż przy pielęgnowaniu chorych, gdzie zawsze jest coś do zrobienia, tu po okresie intensywnej pracy następował okres leniuchowania. Czasami na dyżurach popołudniowych bywałam sama i nie miałam nic do roboty, siedziałam więc bezczynnie. Po upewnieniu się, że słoje z różnymi specyfikami leczniczymi są pełne, mogłaś robić, co chciałaś, nie wolno było tylko opuszczać apteki. 
Zaczęłam się zastanawiać, jaki rodzaj powieści kryminalnej należałoby wybrać. Miałam do czynienia z truciznami, a zatem w tej sytuacji może naturalne wydawałoby się wybranie śmierci przez otrucie. Skoncentrowałam się na jednym fakcie, który wyglądał obiecująco i dawał różne możliwości. Bawiłam się tym pomysłem, podobał mi się i ostatecznie go zaakceptowałam. Teraz zaczęłam zastanawiać się nad bohaterami powieści. Kto miał zostać otruty? Kto to zrobi? Kiedy? Gdzie? Jak? Dlaczego? No i nad całą resztą. Powinno to być morderstwo poniekąd intymne, ze względu na specyficzny sposób, w jaki go popełniono. Wszystko musi się odegrać w rodzinie, że tak powiem. Oczywiście musi też być jakiś detektyw. W owym czasie hołdowałam tradycji Sherlocka Holmesa, rozważałam więc sprawę detektywów. Naturalnie nie takich samych jak Sherlock Holmes - muszę stworzyć własnego, ale on też będzie mieć przyjaciela, pewnego rodzaju obiekt kpin czy poniekąd popychadło - to nie będzie wcale trudne. Wróciłam do obmyślania innych postaci. Kto ma zostać zamordowany? Mąż mógłby zamordować swoją żonę, to jednak chyba morderstwo najczęściej spotykane. Mogłabym naturalnie wymyślić jakieś niezwykłe morderstwo i niezwykły motyw, lecz to mi nie odpowiadało ze względów artystycznych. Istota dobrego kryminału polega przecież na tym, że jego sprawcą musi być ktoś oczywisty, a przy tym z tego czy innego powodu okaże się, że nie jest wcale taki oczywisty, bo nie mógł chyba popełnić tego morderstwa. A jednak je popełnił. W tym miejscu się zagubiłam, zabrałam się więc do przygotowania paru dodatkowych butli płynu do dezynfekcji ran, żeby następnego dnia mieć więcej wolnego czasu.
Przez jakiś czas zabawiałam się obmyślaniem swojej powieści. Stopniowo zaczęła nabierać kształtu. Teraz już widziałam mordercę. Powinien mieć wygląd raczej złowróżbny. Będzie nosić czarną brodę - wydawała mi się wówczas czymś złowieszczym. Niedawno zamieszkali koło nas pewni znajomi: on nosił czarną brodę, a jego żona była od niego starsza i niezmiernie bogata. Tak, to mogłoby służyć jako kanwa. Rozważałam to przez jakiś czas. Mogłoby być kanwą, ale mnie nie zadowalało. Wspomniany brodacz nigdy by nikogo nie zamordował, tego byłam pewna. A zatem zrezygnowałam z nich i zdecydowałam raz na zawsze, że nie ma sensu myśleć o rzeczywistych ludziach - trzeba stworzyć własne postaci. Jako punkt wyjścia można wziąć osoby widziane na przykład w tramwaju, w pociągu, czy w restauracji, bo da się z nich wykreować własnych bohaterów.
I rzeczywiście, nazajutrz jadąc tramwajem zobaczyłam właśnie to, czego potrzebowałam: jakiś jegomość z czarną brodą siedział obok starszej pani, a ta skrzeczała jak sroka. Nie sądziłam, żeby odpowiadała mi ona, za to on nadawał się znakomicie do moich celów. W pewnej od nich odległości siedziała duża, krzepka niewiasta i rozprawiała głośno o cebulkach wiosennych kwiatów. Podobał mi się też jej wygląd. A może ją włączyć do mojej powieści? Wysiadłam z tramwaju zakonotowawszy sobie całą trójkę w pamięci z zamiarem popracowania jeszcze nad nią. Krocząc po Barton Road mruczałam coś pod nosem zupełnie jak w czasach zabawy w Kocięta.
Wkrótce naszkicowałam sobie z grubsza poszczególne postaci. Była wśród nich zażywna jejmość - nawet znałam jej imię: Evelyn. Mogła to być uboga krewna, ogrodniczka czy osoba do towarzystwa, ewentualnie gospodyni. W każdym razie postanowiłam ją zatrzymać. Następnie jegomość z czarną brodą, o którym nadal niewiele wiedziałam, prócz tego, że nosił brodę, a to doprawdy trochę za mało. A może nie za mało? Tak, chyba akurat, bo przecież będzie się patrzyć na niego z zewnątrz, czyli widać będzie tylko to, co on zechce pokazać, a nie to, jaki naprawdę jest - to powinien być właśnie klucz do tajemnicy. Starsza żona zostanie zamordowana raczej z powodu swoich pieniędzy niż cech charakteru, wobec tego nie jest specjalnie ważna. Teraz zaczęłam szybko dodawać następne osoby. Syn? Córka? A może siostrzeniec? Trzeba mieć wielu podejrzanych. Rodzina wychodziła mi nieźle.
Zostawiłam ich na jakiś czas, żeby dojrzewali, i poświęciłam uwagę detektywowi. Kogo mogłabym mieć jako detektywa? Dokonałam przeglądu detektywów, których spotykałam i podziwiałam w różnych książkach. Był tam Sherlock Holmes, jedyny w swoim rodzaju - z nim nigdy nie mogłabym rywalizować. Był Arsen Lupin - ale kryminalista to czy detektyw? W każdym razie nie w moim guście. Był młody dziennikarz Rouletabille z „Tajemnicy żółtego pokoju” - takiego właśnie człowieka chciałabym wymyślić - kogoś, kto przedtem nie występował w powieściach kryminalnych. Kogo mogłabym wziąć? Ucznia? Raczej z trudem. Naukowca? Co ja wiedziałam o naukowcach? Potem na myśl mi przyszli belgijscy uchodźcy. W naszej parafii w Tor mieszkała ich cała kolonia. Kiedy przyjechali, spotkali się z powszechną sympatią i współczuciem. Ludzie znosili im meble, żeby mieli czym urządzić mieszkania, i wszyscy wychodzili ze skóry, by się biedacy czuli jak najlepiej. Po czym nastąpiła normalna reakcja, gdy uciekinierzy zamiast okazywać wielką wdzięczność narzekali na to czy na tamto. Nie uwzględniono faktu, że musieli się czuć oszołomieni w obcym kraju. W większości byli to nieufni wieśniacy i najmniej ze wszystkiego życzyli sobie zaproszeń na herbatę albo odwiedzania ich w domu. Chcieli, żeby dano im spokój i żeby mogli trzymać się na uboczu, oszczędzać każdy pens, kopać swoje ogródki i po swojemu je uprawiać.
Dlaczego nie mogłabym zrobić detektywem Belga? - pomyślałam. Są tu uciekinierzy różnego rodzaju. A może to uciekinier, który jest oficerem policji? Emerytowany oficer policji? Niezbyt młody. Popełniłam tu wielki błąd. W rezultacie wymyślony przeze mnie detektyw musiałby mieć teraz dobrze ponad sto lat.
W każdym razie zdecydowałam się na detektywa Belga. Pozwoliłam mu dorastać pomaleńku do swojej roli. Powinien być inspektorem, tak żeby dysponował pewną wiedzą o przestępstwach. Będzie pedantyczny, bardzo schludny, rozmyślałam uprzątając swój pokój z mnóstwa niechlujnie wyglądających rupieci. Nieduży, schludny jegomość. Miałam go przed oczami - niedużego, schludnego jegomościa, wiecznie coś porządkującego, lubiącego, żeby rzeczy były do pary i kanciaste, a nie okrągłe. I musi być bardzo bystry - powinien mieć szare komórki - to dobre sformułowanie, muszę je zapamiętać. Tak, będzie miał szare komórki. Nazywać się musi jakoś wspaniale, tak jak Sherlock Holmes i jego rodzina. Kto był jego bratem? Mycroft Holmes.
A gdyby mojemu niedużemu jegomościowi dać na imię Herkules? Przy jego niewielkim wzroście, Herkules to dobre imię. Większych trudności przysporzyło mi nazwisko. Nie wiem, dlaczego w końcu zdecydowałam się na nazwisko Poirot, czy przyszło mi po prostu do głowy, czy też zobaczyłam je w jakiejś gazecie albo gdzieś indziej - dość że je miałam. Dobrze wyglądało razem z imieniem Hercule, nie Herkules - Hercule Poirot. To już zdecydowane, i chwała Bogu.

sobota, 6 października 2012

Pierwszy strach Agathy


Zanim ukończyłam piąty rok życia, poznałam pierwszy raz strach. Pewnego wiosennego dnia Niania wybrała się ze mną na pierwiosnki. Przeszłyśmy na drugą stronę torów kolejowych i idąc uliczką Shiphay zrywałyśmy je wzdłuż żywopłotów, gdzie rosło ich najwięcej. Potem weszłyśmy przez otwartą bramę i dalej zrywałyśmy kwiatki. Koszyk był już prawie pełny, gdy jakiś człowiek krzyknął głosem ostrym i pełnym złości:
- Co wy tamój robicie? 
Wydawał mi się olbrzymem, rozgniewanym i czerwonym na twarzy. Niania odparła, że nie robimy niczego złego, zbieramy tylko pierwiosnki.
- Znajdujecie się na cudzym terenie. Jazda stąd. Jeśli w ciągu minuty nie znajdziecie się za tą bramą, to ugotuję was żywcem!
Trzymałam kurczowo rękę Niani, gdy stamtąd wychodziłyśmy. Ona nie mogła iść zbyt prędko, a zresztą nawet nie bardzo chciała, a we mnie strach narastał. Kiedy wreszcie znalazłyśmy się bezpieczne na ulicy, odczułam taką ulgę, że o mało nie upadłam. Pobladłam i wyglądałam źle, jak zauważyła nagle Niania.
- Kochaneczko - rzekła łagodnym tonem - nie myślisz chyba, że on naprawdę mógłby coś takiego zrobić? Nie zamierzał cię ugotować ani nic w tym sensie.
Pokiwałam głową w milczeniu. Wyobraziłam sobie wielki gar buchający parą na ogniu i mnie wrzucaną do gotującej się wody. Moje przeraźliwe krzyki. Wszystko to widziałam straszliwie realnie. Niania przemawiała do mnie uspokajająco.
- Tak się tylko mówi. To rodzaj dowcipu. Nie był to miły osobnik, raczej dosyć nieuprzejmy, nieprzyjemny, ale nie mówił tego poważnie. Po prostu żartował.
Dla mnie to nie był wcale żart i nawet teraz gdy wchodzę na jakiś obcy teren, odczuwam lekkie mrowienie wzdłuż kręgosłupa. Od tamtego dnia do dziś nie zaznałam równie realnej jak tamta grozy. W moich koszmarach nocnych nigdy jednak nie pojawiło się to właśnie przeżycie. Wszystkie dzieci miewają koszmary i ciekawa jestem, czy są one efektem „straszenia” ich przez piastunki lub inne osoby, czy też jakiegoś rzeczywistego wydarzenia z życia. Mój osobisty koszmar związany był z kimś, kogo nazywałam Uzbrojonym Bandytą. Nigdy o nikim takim nie czytałam. Nazwałam go Uzbrojonym, bo miał broń, a nie pod wpływem obawy, że zastrzeli mnie, albo z jakiejś innej przyczyny związanej z tą strzelbą, przypominającą staroświecki typ muszkietu. Stanowiła ona część jego wyglądu zewnętrznego, obok, jak mi się teraz wydaje, francuskiego szaroniebieskiego munduru, pudrowanej peruki z harcapem i pewnego rodzaju trójgraniastego kapelusza. Sam widok Uzbrojonego Bandyty wzbudzał przerażenie. Sceneria snu natomiast mogła być najzupełniej zwyczajna - podwieczorek albo przechadzka z różnymi osobami, a zazwyczaj jakaś miła zabawa. Wtem zgoła nieoczekiwanie pojawiało się uczucie niepokoju. Był tam ktoś - ktoś, kogo być nie powinno - okropne uczucie strachu, a potem go widziałam: siedzi przy stole, spaceruje po plaży, przyłącza się do gry. Jego jasne niebieskie oczy napotykały mój wzrok i budziłam się krzycząc:
- Uzbrojony Bandyta, Uzbrojony Bandyta!
- Panience śnił się ostatniej nocy znowu uzbrojony bandyta - meldowała Niania swoim spokojnym głosem.
- Dlaczego on tak cię przeraża, kochanie? - pytała matka. - Co może ci zrobić?
Nie wiedziałam, dlaczego mnie przeraża. Później sen się zmienił. Uzbrojony Bandyta nie zawsze był w tym samym kostiumie. Czasem, gdy siedzieliśmy wokół stołu, a ja spojrzałam na kogoś z przyjaciół czy któregoś z członków rodziny, widziałam nagle, że to nie jest Dorothy, Phyllis czy Monty, matka czy też ktoś inny. Mój wzrok napotykał spojrzenie jasnych niebieskich oczu w znanej mi twarzy - pod jakże znajomą powierzchownością. Naprawdę to był przecież Uzbrojony Bandyta.

Agatha Christie "Autobiografia".

piątek, 5 października 2012

Literackie pierwociny Agathy



Pewnego nieprzyjemnego zimowego dnia leżałam w łóżku, powracając do zdrowia po grypie. Nudziłam się jak mops. Przeczytałam górę książek, trzynaście razy próbowałam ułożyć jednego pasjansa, udał mi się inny, a teraz już pozostawała mi jedynie gra sama ze sobą w brydża. Zajrzała do mnie matka.
- Dlaczego nie napiszesz jakiegoś opowiadania? - spytała.
- Mam napisać jakieś opowiadanie? - Zdumiałam się.
- Tak - odparła. - Jak Madge.
- Och, nie wydaje mi się, żebym potrafiła.
- Dlaczego?
Nie ma powodu, jak się wydawało, żebym nie potrafiła, oprócz tego, że...
- Przecież nie wiesz, czy potrafisz - zauważyła matka - bo nigdy nie próbowałaś.
Rzeczywiście, to prawda. Mama zniknęła jak zwykle nagle i po pięciu minutach pojawiła się ponownie z zeszytem w ręce. - Zrobiłam w nim tylko parę notatek dotyczących prania, reszta kartek jest czysta. Możesz zaraz przystąpić do pisania - rzekła.
Kiedy mama zaproponowała, żeby coś zrobić, w praktyce zawsze tak się działo. Siadłam więc na łóżku i zaczęłam rozmyślać o opowiadaniu. Na pewno było to zajęcie sensowniejsze niż ponowne układanie pasjansa. Nie pamiętam teraz, ile czasu mi to zabrało - chyba niezbyt wiele, opowiadanie bowiem skończyłam do następnego wieczora. Zaczynałam pisać o różnych rzeczach, potem porzucałam te próby, w końcu dałam się wciągnąć i poszło mi jak z płatka. Pisanie okazało się zajęciem wyczerpującym i zarazem ekscytującym, choć raczej nie sprzyjało rekonwalescencji.
- Wyciągnę starą maszynę do pisania Madge - obiecała mi mama - to będziesz mogła z niej korzystać.
To pierwsze opowiadanie nazwałam „Dom piękności”. Za arcydzieło raczej trudno je uznać, chociaż w sumie uważam, że z tego, co stworzyłam, był to z pewnością pierwszy obiecujący utwór. Oczywiście, napisany po amatorsku i zdradzający wpływy lektur z minionego tygodnia. Tego zresztą nie da się uniknąć w początkowej fazie twórczości. Czytałam wtedy książki D.H. Lawrence’a. Pamiętam, że bardzo mi się w tym okresie podobały jego powieści „Wąż upierzony”, „Synowie i kochankowie”, „Biały paw” i inne. Czytałam też kilka utworów niejakiej Everard Cotes i podziwiałam jej styl. Moje pierwsze opowiadanie było afektowane i napisane w taki sposób, że nie można się zorientować, co autorka miała na myśli, styl też nie grzeszył oryginalnością, niemniej świadczyło o wyobraźni.
Potem napisałam jeszcze inne: „Zew skrzydeł” (niezłe), „Samotny Bóg” (pod wpływem lektury „Miasta pięknego nonsensu”, niestety sentymentalne), krótki dialog na przyjęciu między głuchą kobietą a nerwowym mężczyzną, i straszne o seansie spirytystycznym (po wielu latach napisałam je od nowa). Przepisałam wszystkie na maszynie Madge - marki Empire, jak sobie przypominam - i pełna nadziei wysyłałam do różnych pism, przybierając zależnie od kaprysu rozmaite pseudonimy. Madge nazwała się Mostyn Miller, ja wobec tego występowałam jako Mack Miller, potem Nathaniel Miller (jak nasz dziadek). Nie liczyłam specjalnie na sukces i okazało się, że miałam rację. Wszystkie opowiadania po kolei wracały do mnie ze zwykłą odpowiedzią: „Redakcja żałuje...” Posyłałam je wówczas do innego czasopisma. Zdecydowałam się też spróbować swoich sił w powieści. Zabrałam się do tego w sposób beztroski. Powieść zlokalizowałam na terenie Kairu. Myślałam o dwu niezależnych fabułach i początkowo nie mogłam się zdecydować na wybór którejś z nich. Ostatecznie z pewnym wahaniem dokonałam tego i zasiadłam do pisania. Zainspirowały mnie trzy osoby, które widywałyśmy z mamą w jadalni hotelowej w Kairze. Ładna dziewczyna - w moich oczach już raczej nie dziewczyna, bo niewiele jej zapewne brakowało do trzydziestki - codziennie po tańcach przychodziła na kolację z dwoma panami. Jeden był krępym, ciemnowłosym kapitanem z 60. Pułku Strzelców, drugi wysokim blondynem z Coldsteamskiego Pułku Gwardyjskiego, młodszym od niej o rok czy dwa. Panna siadała pośrodku, oni po bokach; najwyraźniej trzymała w odwodzie obu. Znałyśmy ich nazwiska, ale nie dowiedziałyśmy się niczego więcej, ktoś tylko powiedział: - Kiedyś będzie musiała któregoś wybrać. - To wystarczyło, żeby pobudzić moją fantazję. Gdybym wiedziała coś więcej, chyba nie chciałoby mi się o nich pisać. A tak to mogłam stworzyć wspaniałą historię, zapewne niewiele mającą wspólnego z nimi, ich charakterami i postępowaniem. Po jakimś czasie historia przestała mi się podobać, przerzuciłam się zatem na drugą, mniej poważną, z zabawniejszymi postaciami. Popełniłam jednak fatalny błąd, obarczając się głuchą bohaterką. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego tak jest, niemniej każdy potrafi w całkiem interesujący sposób poradzić sobie z niewidomą bohaterką. Z głuchą zaś sprawa nie przedstawia się tak łatwo, bo, jak się wkrótce przekonałam, gdy już opiszesz, co myśli ona, i co myślą i mówią o niej inni, nie ma już szans na dalszą rozmowę, i znajdziesz się w ślepym zaułku. Biedna Melancy stała się jeszcze bardziej mdła i nudna. Powróciłam do pierwszej historii i uświadomiłam sobie, że nie wystarczy jej na powieść. W końcu postanowiłam połączyć oba wątki. Miejsce akcji było to samo, czyż więc nie można tak postąpić? Tak oto moja powieść osiągnęła ostatecznie pożądane rozmiary. Obciążona zbyt wielką liczbą wątków przerzucałam się szaleńczo od jednej grupy postaci do drugiej, zmuszając je czasem do mieszania się ze sobą w sposób, którego zapewne wcale by sobie nie życzyły. Nadałam powieści tytuł - nie wiem dlaczego taki właśnie - „Śnieg na pustyni”. Matka z pewnym wahaniem poradziła mi, żebym zwróciła się do Edena Philpottsa, prosząc o pomoc i radę. Eden Philpotts był w tym czasie u szczytu sławy, a jego dartmoorskie powieści ceniono bardzo wysoko. Tak się złożyło, że mieszkał w sąsiedztwie i przyjaźnił się z naszą rodziną. Brakowało mi śmiałości, ale w końcu posłuchałam tej rady. Eden Philpotts wygląd miał dość osobliwy, z twarzy - interesującej, o oczach migdałowych, w kształcie z lekka jakby w kącikach uniesionych ku górze - przypominał bardziej fauna niż normalną istotę ludzką. Cierpiał okrutnie z powodu podagry i gdy przychodziliśmy w odwiedziny, nieraz zastawaliśmy go z nogą grubo obandażowaną i opartą na krześle. Nienawidził życia towarzyskiego i prawie nie wychodził z domu, w gruncie rzeczy nie znosił spotykać się z ludźmi. Jego przystojna i czarująca żona natomiast była osobą nader towarzyską i miała wielu przyjaciół. Eden Philpotts lubił mojego ojca, a także mamę, która rzadko zawracała mu głowę zaproszeniami na zebrania towarzyskie, za to podziwiała jego ogród oraz rosnące tam rzadkie rośliny i krzewy. Powiedział, że naturalnie przeczyta literackie pierwociny Agathy. Wdzięczność, jaką do niego żywię, trudno mi wprost wyrazić słowami. Jakże łatwo mógł rzucić kilka byle jakich zdań zasłużonej krytyki i być może zniechęcić mnie na całe życie. A tymczasem zaoferował mi pomoc. Wiedział doskonale, jaka jestem nieśmiała i jak trudną rzeczą bywa dla mnie mówienie o różnych sprawach. List, który do mnie napisał, zawierał cenne rady. Niektóre z tych rzeczy, które napisałaś, są pierwszorzędne. Masz wielkie wyczucie dialogu. Powinnaś się trzymać wesołego, naturalnego dialogu. Postaraj się wyeliminować ze swoich powieści całe to moralizowanie, zanadto je lubisz, a nie ma nic nudniejszego w czytaniu. Zostaw swoje postaci same, tak by to one mówiły za siebie, zamiast stale im dyktować, co mają powiedzieć, albo wyjaśniać czytelnikowi, co miały na myśli mówiąc to, co mówią. Czytelnik sam ma to osądzić. Masz tu dwie historie, zamiast jednej, ale to częsty błąd u początkujących. Wkrótce nie będziesz chciała marnować w tak rozrzutny sposób historii. Posyłam Ci list do mego agenta literackiego, Hughesa Massie. Dokona krytycznej analizy twojej powieści i poinformuje Cię, jaką ma szansę na przyjęcie. Obawiam się, że niełatwo jest umieścić gdzieś pierwszą powieść, nie wolno się zatem zniechęcać. Chciałbym Ci polecić parę książek, które, jak sądzę, uznasz za użyteczne dla siebie. Przeczytaj „Wyznania angielskiego opiumisty” De Quinceya - wzbogaci znamienicie twoje słownictwo - on używa bardzo interesujących wyrazów. Przeczytaj Jefferysa „Historię mojego życia” ze względu na opisy i wyczucie przyrody. Nie pamiętam już, jakie jeszcze książki mi polecił, wiem jednak, że znajdował się wśród nich zbiór opowiadań, a jedno z nich - „Duma Pirrie’ego” - osnute było wokół imbryka. Wśród zaleconych lektur znalazł się tom dzieł Ruskina, do którego nabrałam gwałtownej niechęci, i parę innych. Czy pomogły mi, czy też nie, nie mam pojęcia. Przypadł mi do gustu De Quincey, a także opowiadania. Udałam się potem do Londynu na spotkanie z Hughesem Massie. Był duży, śniady i wydał mi się przerażający. 
- Ach - powiedział, patrząc na okładkę maszynopisu - „Śnieg na pustyni”. Mm, bardzo sugestywny tytuł, sugeruje podsycanie ognia.
Zrobiłam się jeszcze bardziej nerwowa czując, że ta interpretacja odbiega znacznie od moich intencji. Właściwie nie wiem, dlaczego wybrałam taki tytuł, poza tym, że pewno czytałam wtedy Omara Chajjama. Chodziło mi chyba o to, że wszystko, co się wydarza w życiu, jest samo w sobie sztuczne i przemija bez śladu - jak śnieg na piaszczystym obliczu pustyni. Nie sądzę, by taką wymowę miała moja książka po ukończeniu, lecz tak to sobie wcześniej wyobrażałam. Hughes Massie zatrzymał maszynopis i obiecał go przeczytać, ale po kilku miesiącach mi go zwrócił. Prawdopodobieństwo umieszczenia powieści w jakimś wydawnictwie jest niewielkie, jak orzekł. Najlepiej więc będzie, jego zdaniem, jeśli przestanę o niej myśleć i zabiorę się do pisania innej książki. Z natury nigdy nie byłam osobą ambitną, toteż zrezygnowałam z dalszej walki. Napisałam jeszcze kilka wierszy i cieszyłam się nimi, ponadto chyba jedno czy dwa opowiadania. Wysyłałam je do różnych czasopism, spodziewając się, że zostaną mi odesłane, i tak rzeczywiście się działo.

Agatha Christie "Autobiografia".