Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 maja 2014

Jak można stracić 300% czasu


 
"– Panie kierowniku, ja już czekam cały miesiąc!
– Pan siada, sekundę... Miesiąc, mówi pan?!
– Nooo!
– No i już nieprawda, bo nie miesiąc, a 37 dni kalendarzowych.
– Więc już więcej!
– Więc już się pan mija z prawdą, prawda? Nooo. 37 dni... No skoro pan tyle czeka, to może pan poczekać jeszcze jeden dzień.
– Ja mam czekać jeszcze jeden dzień, a ten pan dopiero...!
– Nie, chwileczkę, niech pan siada. Pan jest moim gościem na razie, ja mówię. Samochód tego pana przywieziono dzisiaj rano, 8 godzin temu. Czyli że dla niego jeden dzień czekania dłużej, to jest 300% więcej czasu.
– Ale...
– Jest czy nie jest?
– No jest.
– No, jest. A dla pana, skoro pan czekasz 37 dni, to jeden dzień więcej to będzie... yyy... No kochany, no jakby nie liczyć no... (liczy różnymi sposobami). No jakby nie liczyć... To dla pana jeden dzień jest niecałe 3, dokładnie 2 koma 702. No to na stratę 2 koma 7 no, to jeszcze możemy sobie pozwolić, ale żeby stracić 300% czasu... ho, ho, kochany, co to to nie – my na czas musimy patrzeć po gospodarsku!"

"Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?", reż. Stanisław Bareja

wtorek, 13 maja 2014

Bardzo dobre połączenie

Marian Łącz (z prawej) z Józefem Nalberczakiem w słynnej scenie

 "– Ja to, proszę pana, mam bardzo dobre połączenie. Wstaję rano, za piętnaście trzecia. Latem to już widno. Za piętnaście trzecia jestem ogolony, bo golę się wieczorem. Śniadanie jadam na kolację. Tylko wstaję i wychodzę.
– No, ubierasz się pan.
– W płaszcz, jak pada. Opłaca mi się rozbierać po śniadaniu?
– A... fakt.
– Do PKS mam pięć kilometry. O czwartej za piętnaście jest pekaes.
– I zdanżasz pan?
– Nie, ale i tak mam dobrze, bo jest przepełniony i się nie zatrzymuje. Przystanek idę do mleczarni. To jest godzinka. Potem szybko wiozą mnie do Szymanowa. Mleko, wiesz pan, ma najszybszy transport, inaczej się zsiada. W Szymanowie wysiadam, znoszę bańki i łapię EKD. Na Ochocie w elektryczny do Stadionu, a potem to już mam z górki, bo tak... w 119. przesiadka, w 13. przesiadka, w 345., i jestem w domu, to znaczy w robocie. I jest za piętnaście siódma! To jeszcze mam kwadrans. To sobie obiad jem w bufecie, to po fajrancie już nie muszę zostawać, żeby jeść, tylko prosto do domu. I góra 22.50 jestem z powrotem. Golę się. Jem śniadanie i idę spać".

"Co mi zrobisz jak mnie złapiesz?", reż. Stanisław Bareja.

sobota, 15 marca 2014

Haruki Murakami: In search of this elusive writer - dokument BBC

Haruki Murakami

Prawdziwa gratka dla wszystkich fanów Murakamiego. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć, to polecam ten obszerny dokument BBC. O Autorze, o jego książkach, o Japonii, o gadających kotach, kobiecych uszach, maratończykach, starych winylach i jazzowych standardach.







wtorek, 28 maja 2013

"Capote", czyli zderzenie dwóch Ameryk



Ostatnio wpadł mi do głowy pomysł oglądania raz w tygodniu filmów, które od dawna już chciałem obejrzeć, ale nie miałem jakoś nigdy na to czasu. Postanowiłem też, że swoje wrażenia będę opisywał na blogu. Filmy staram się oglądać w wersji oryginalnej, aby przy okazji poćwiczyć trochę angielski, dlatego też, przynajmniej na razie, będą to głownie filmy w tym języku. Nie wykluczam jednak wyjątków od tej reguły, bo lubię również kino polskie, szczególnie to stare z lat 60-tych i 70-tych.
 
Jako pierwszy film obejrzałem "Capote" Bennetta Millera z 2005 roku. Film zrobił na mnie ogromne wrażenie. To co z pewnością długo zostanie mi w pamięci, poza samą sensacyjną historią, to rola Philipa Seymoura Hoffmana, który wcielił się w postać Trumana Capote'a, słynnego pisarza, autora klasycznej już powieści "Śniadanie u Tiffany'ego". Zrobił to znakomicie, wspaniale odtworzył gesty, mimikę oraz charakterystyczny dziecinny głos Capote'a, głównie dzięki nagraniom wywiadów, jakie przeprowadził z pisarzem jego biograf Gerald Clarke. Capote powiedział kiedyś Clarke'owi: "Jest jeden, jedyny Truman Capote. nie było takiego przede mną i nie będzie po mnie". Miał całkowitą rację. Jednak na czas trwania filmu Hoffman wskrzesił pisarza, niemal stał się nim. Za swoją rolę zdobył zresztą w 2005 roku Oscara oraz Złoty Glob.

Listopad 1959 roku. Truman Capote czyta w "The New York Timesie" artykuł poświęcony morderstwu dokonanemu w Holcomb w stanie Kansas. Sprawa dotycząca czteroosobowej rodziny Clutterów przykuwa uwagę pisarza. Capote przekonuje wydawców pisma "The New Yorker", aby zlecili mu przygotowanie o niej tekstu. W tym celu udaje się do Kansas. W zbieraniu materiałów pomaga mu przyjaciółka z czasów dzieciństwa, Nelle Harper Lee, która kilka miesięcy później zdobędzie Nagrodę Pulitzera za powieść "Zabić drozda". Początkowo jego dziecinny głos, maniery i niekonwencjonalny sposób ubierania wzbudzają nieufność wśród mieszkańców Holcomb. Wkrótce jednak Capote zdobywa ich zaufanie. Złapani w Las Vegas zabójcy - Perry Smith i Dick Hickock - zostają sprowadzeni do Kansas, osądzeni i skazani na karę śmierci. W ich przypadku nie było wątpliwości dotyczących winy. Przysięgli musieli jedynie wybrać rodzaj kary: życie czy śmierć. Capote odwiedza ich w więzieniu, poznaje, rozmawia z nimi, zaprzyjaźnia się. W pewnym momencie zdaje sobie sprawę z tego, że planowany wcześniej artykuł rozrasta się do rozmiarów książki. Powieści, która zapoczątkuje nowy gatunek literacki, literaturę faktu.

"Z zimną krwią", bo o niej mowa stanie się najlepszą książką Trumana Capote'a i podobnie jak "Śniadanie" klasyką. Sam pisarz wierzył, że to przeznaczenie sprawiło, że w jego ręce trafiła właśnie ta historia, był pewien, że książka jaką napiszę będzie wspaniała i wyjątkowa. "Gdy myślę o tym, jak dobra może być ta książka wręcz tracę oddech" - pisał do przyjaciela. Jej tematem jest zderzenie dwóch Ameryk: bezpiecznego, spokojnego kraju, mniej lub bardziej zamożnych przedstawicieli klasy średniej, wierzących w Boga, uczciwie pracujących, oraz kraju, w jakim żyli zabójcy Clatterów, pozbawionego zasad i moralności. Ci zabójcy nie wzięli się znikąd. Ukształtowały ich warunki w jakich się wychowali, brak opieki w dzieciństwie i młodości, alkoholizm rodziców, w końcu porzucenie i odrzucenie. Jestem przekonany, że podobne postaci i historie znaleźć można wszędzie na świecie, także w Polsce. Capote zastanawia się czym kierowali się mordercy, dlaczego dokonali tej zbrodni, dlaczego tam, w małym miasteczku w Kansas. W końcu otrzymuje odpowiedź, zrobili to dla pieniędzy (w sumie dla jakichś 40-50 dolarów, tyle znaleźli w domu Clutterów), a zabili, ponieważ ojciec tej rodziny był gentlemenem, spokojnym, dobrym człowiekiem, który troszczył się i bał o swoją żonę i dzieci. To przypomniało jednemu z nich jego własne życie, jego rodzinę, matkę która go porzuciła, ojca, którego nigdy nie miał, wyprowadzając go tym z równowagi. Potem już nastąpiła reakcja łańcuchowa, wypadki potoczyły się błyskawicznie aż do tragicznego finału.

Truman Capote był gayem i wcale się z tym nie krył. W czasach, gdy homoseksualizm był przyjmowany w Ameryce z dużą niechęcią, on z nonszalancją obnosił się ze swoją odmienną orientacją, na niej opierał w pewnym sensie swoją karierę pisarza. Na przyjęciach zwracał na siebie uwagę, będąc wspaniałym gawędziarzem, duszą towarzystwa. Był bliskim przyjacielem wielu bogatych i sławnych kobiet. Zbierając materiał do swojej książki Capote przez wiele lat, zanim nastąpiła egzekucja skazanych, odwiedzał ich w więzieniu, zaprzyjaźnił się z nimi, szczególnie z jednym, Perrym Smithem, z którym wiązało go nawet coś więcej niż przyjaźń. W filmie zostały wykorzystane autentyczne listy jakie pisali do Trumana Capote'a zabójcy, także filmowe dialogi odzwierciedlają to co powiedzieli. Z kolei wiele ujęć jest wierną kopią autentycznych filmów dokumentalnych lub zdjęć z tamtego okresu. Pisarz był obecny podczas egzekucji Perry'ego, bardzo to przeżył. "Z zimną krwią" przyniosło Trumanowi Capote'owi olbrzymią sławę, pieniądze i szacunek. Była punktem zwrotnym w jego karierze przyczyniając się także do jego upadku. Pisanie tej książki zabrało mu 6 lat z życia, w trakcie jej pisania zaczął dużo pić. Mimo, że jeszcze później zaczynał pisać wiele rzeczy, nie udało mu się już ukończyć żadnej powieści.

 

sobota, 18 maja 2013

Dokument BBC o Nabokovie

Biograficzny filmy dokumentalny BBC poświęcony autorowi "Lolity": "Life and Lolita". W filmie można usłyszeć głos i wypowiedzi Nabokova dotyczące różnych spraw, co lubił, czego nie cierpiał, jakie miał poglądy, których pisarzy i jakie ich książki ceni, a jakich nie znosi. Autor filmu tropi ślady Nabokova w Ameryce, Wielkiej Brytanii, Rosji i Szwajcarii. Odwiedza, a nawet nocuje w pokojach, w których autor "Lolity" mieszkał i pracował, rozmawia z nabokovologami oraz ludźmi, którzy Nabokova znali osobiście. Vladimir Nabokov był Wielkim Mistyfikatorem, ale być może choć trochę uda się go poznać. Znakomicie zrobiony film, polecam wszystkim, a szczególnie miłośnikom jego prozy.






sobota, 19 stycznia 2013

"Sławomir Mrożek przedstawia" (1997) - film Pawła Łozińskiego





Na wstępie realizatorom filmu podyktował warunki. Nie zgodził się na zasadę policyjną, polegającą na tym, że ktoś delikwentowi zadaje pytania, a ten obowiązkowo musi na nie odpowiedzieć. Nie zgodził się też, by miał to być film biograficzny, albo prezentacja sylwetki twórcy. Gotów był zaakceptować jedynie film o sytuacji, w jakiej się znalazł, z którego, być może, wyniknie kim jest i jak się zachowuje. Oświadczywszy to, Sławomir Mrożek gościnnie otworzył bramę wiodącą do jego meksykańskiego rancha "La Epiffania" i oprowadzając po nim gości, skrupulatnie pokazał wszystko: podkowę wiszącą na drzwiach, wyjątkowej urody sęk, śrubę nie wiadomo do czego i garderobę dla psich smyczy. Wyjechał z kraju 33 lata temu, bo czuł się własnością państwa i - jak mówi - nie wiedział kim jest, a chciał się tego dowiedzieć. Zatrzymał się w Rzymie. Potem znalazł się w Paryżu. Wreszcie, mając blisko 60 lat, wyruszył z Francji za ocean. Osiadł w Meksyku. Kupił rancho. Urządzał je i pielęgnował siedem lat. Teraz zdecydował się zostawić ten dom, ogród, psy i wrócić do Polski. Nigdy nie przypuszczał, że znajdzie się w sytuacji bohaterów "Wiśniowego sadu" Czechowa, lecz oto w niej jest. Siedząc przy pierwszym w życiu prawdziwym biurku, które kupił sobie w ramach stabilizacji, mówi o mało spektakularnym, w odróżnieniu od innych, procesie twórczym pisarza. Robiąc przerwy na krótkie spacery po kipiącym zielenią ogrodzie, opowiada o swej młodości, początkach kariery, zerwaniu związków z krajem, swej twórczości, emigracyjnych doświadczeniach, sukcesie i meksykańskim domu. Na koniec kamera wyławia go w tłumie na krakowskiej ulicy. Wrócił, lecz już tego nie komentuje. [PAT]

piątek, 11 stycznia 2013

"HITMAN" - Juliusz Machulski


Juliusza Machulskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Każde dziecko w Polsce wie, że jest to reżyser znakomitych filmów będących połączeniem komedii i kryminału. Wystarczy tu wymienić tylko kilka kasowych hitów, takich jak: "Vabank", "Seksmisja", "Kingsajz", "V.I.P", "Deja Vu", "Girl Guide", "Killer", "Vinci". Cytaty z tych filmów weszły na stałe do języka polskiego. Trzy pierwsze wymienione przeze mnie filmy są na liście moich TOP 20 ulubionych polskich komedii. Być może jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Juliusz Machulski oprócz reżyserowania potrafi również wspaniale pisać i jest autorem wielu scenariuszy teatralnych i filmowych.

Dowodem na to może być wydana pod koniec 2012 roku książka pt. "HITMAN", będąca zbiorem felietonów, które w znacznej części ukazała się na łamach miesięcznika "Bluszcz". Początkowo, gdy zajrzałem do książki, trochę się zaniepokoiłem widząc felietony, ponieważ spodziewałem się raczej autobiografii. Okazało się jednak, że można napisać świetną książkę wspomnieniową z wykorzystaniem gatunku literackiego jakim jest felieton. Każdy z zawartych w książce 46 felietonów to gotowy pomysł na scenariusz filmu. Niektóre z nich są wręcz napisane w formie scenariusza. I nie ma w tym nic dziwnego, po prostu autor "HITMANA" myśli i odbiera rzeczywistość jak reżyser.

Nie będę ukrywał, że książka spodobała mi się z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, Juliusz Machulski opowiada w niej o dobrze znanym mi okresie PRL-u, potocznie zwanego "komuną", w którym sam kiedyś żyłem i dorastałem jako dziecko. Co prawda nie jesteśmy rówieśnikami, dzieli nas prawie 15 lat, tym niemniej komunistyczna Polska nie zmieniała się z dnia nadzień i przez wiele lat posiadała te same, tak charakterystyczne cechy,  różne absurdy i mankamenty. Obecnie ten okres naszej historii jest bardzo modny i trendy wśród młodych ludzi, którzy go nie znali i nie pamiętają, ponieważ urodzili się wiele lat później. Ja także darzę go sentymentem, ale z innych zupełnie powodów. Po drugie, dzięki tym felietonom możemy poznać ogromną ilość anegdot, śmiesznych lub przejmujących historii, związanych z zawodowym życiem Juliusza Machulskiego oraz ludźmi, których kiedyś poznał. Miał on bowiem szczęście spotkać na swojej drodze wielu światowej sławy reżyserów, aktorów, scenarzystów i operatorów. Osobną sprawą są opisane przez autora, często z przymrużeniem oka, wielkie światowe festiwale filmowe, to targowisko próżności. Okazuje się, że rządzą się one swoimi prawami, mają swoje dziwactwa, fanaberie i czasami bywają nieprzewidywalne. Po trzecie, książka zawiera niesamowitą dawkę humoru i ironii. Juliusz Machulski jest powszechnie znany z ogromnego poczucia humoru i nieprzeciętnej inteligencji. Po czwarte, autor "HITMANA" jest mi bardzo bliski, jest moją bratnią duszą od kiedy dowiedziałem się, że podobnie jak ja (niestety nie znam więcej takich osób) ma manię równiutkiego ustawiania książek na półkach, zgodnie z ich wysokością i wielkością. Drugi raz poczułem do niego sympatię, gdy z kartek omawianej książki dowiedziałem się, że nie zna się na samochodach i, że zupełnie go one nie interesują. Inną jeszcze wspólną cechą jest miłość do języków obcych, szczególnie angielskiego. Być może nadajemy na podobnych falach.

Na koniec warto podkreślić, że książka została wspaniale wydana przez Wydawnictwo Agora i zawiera fantastyczne ilustracje do poszczególnych felietonów autorstwa Marii Machulskiej-Le Mene, córki Juliusza Machulskiego. Książkę polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom filmu, choć będzie to dla nich wielka gratka. W przyjemny sposób możemy poznać życie autora, spędzić z nim kilka miłych wieczorów (ja dawkowałem sobie "HITMANA" czytając go do poduszki) i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy z jego prywatnego i zawodowego życia. Jedyny minus tej książki to to, że kończy się za szybko. Mam nadzieję, że niebawem nastąpi jej ciąg dalszy.

Juliusz Machulski "HITMAN", Wydawnictwo Agora, 2012, s.360.

środa, 28 listopada 2012

Bohumil Hrabal i film, czyli "chyba byłem genialny"


Tak tu sobie gadam, ale na pewno państwa zainteresuje praca przy filmie. Już taki jestem, że zamiast coś robić, wolę pójść się wykąpać albo do knajpy Jak tylko ktoś coś ode mnie chce, wtedy zaraz mówię... O Jezu, muszę gdzieś iść... I już mnie nie ma. Jedynym, który mnie kupił, był pan Menzel. Wszystko zaczęło się od opowiadania o stryju Pepinie, Śmierć pana Baltisbergera, dzięki któremu staliśmy się sobie bliscy. On miał wtedy dwadzieścia dwa lata. No, a kiedy mi zaczęły wychodzić książki, trzecią były Pociągi pod specjalnym nadzorem, ich akcja rozgrywała się niedaleko stąd, za Łabą, jest tam też zdanie o Kersku. Ta Niemka powiedziała Ich fahre nach Kersko, znaczy się jechała z Kostomlatów właśnie do jakiegoś domku gdzieś tutaj. Ten film proponowano kilku reżyserom, ale kiedy dali im temat... Nawet Vera Chytilova, która myślała, że mogłaby go nakręcić, to chociaż jej ojciec miał restaurację dworcową w Bohdanczu, przyszła i powiedziała... Panie Hrrrabal, nie wiem, jak to ugrrryźć. W końcu zahaczyli pana Menzla, a wtedy on: Mam pomysł, co z tym zrobić. O, proszę. I w ten sposób Menzelek trafił mi się już drugi raz, no a praca z nim, co nieraz opisywałem, była niesamowicie ciekawa, ponieważ on był i jest nadal, jak by to powiedzieć... No, wokół niego jest taki mocny dzwon niewiedzy, wciąż tkwi w nim chłopaczek, ale jednocześnie ma w łepetynie diamentowe oczko, przed nim kamerę, więc wie, jak skomponować kadry, żeby z tego wyszedł film... 

Myśmy pracowali szczególną metodą, bez przerwy się wymienialiśmy... Najpierw ja pisałem opowiadanie, potem on je uzupełniał i oddawał mi, ja coś tam  zmieniałem i tak długo żeśmy dialektycznie obrabiali literacki tekst, aż był gotowy. A później tutaj, w Kersku, przez trzy dni pisałem literacki scenariusz. Przyniosłem go dyrektorowi Fikarowi i mówię: To ja sobie pójdę. Wtedy on: Bohousz, nic z tego. Siadaj i pij koniak. Tak więc musiałem siedzieć I pić koniak. Kiedy przeczytał – widzę to jak dzisiaj – położył na tekście swoje łapsko i powiada: Bohousz, gotowe. żadnych zmian. Czyli chyba byłem genialny, bo przecież po tych wstępnych etapach, kiedyśmy się wymienili dwa, trzy razy, pisałem na okrągło przez trzy dni tutaj w Kersku, tu był etap ostatni. A potem było ciekawie z obsadą głównej roli. Ubierali kandydata w mundur, taki, jaki miał Miłosz Pipka w Pociągach pod specjalnym nadzorem, i ten później paradował przez cztery minuty przed kamerą. Później puszczało się to na ekran, a po obejrzeniu autor i cała filmowa ekipa mówili... Eee, gdzie tam, to nie on... No i był pierwszy, drugi, trzeci, czwarty... Po dziesiątym Menzelek sam wskoczył w ten mundur, ale jak zobaczył siebie na próbnym zdjęciu, powiedział: Ja jestem już za stary, a poza tym wyglądam za bardzo inteligentnie. Trzeba nam kogoś z głupią miną. Po szesnastym byliśmy skołowani, aż tu nagle odezwała się pani Fikarova: Wiecie co? Widziałam w telewizji tego przygłupa, Neckara. Jego wypróbujcie. A Menzel na to: E, nie, ma odstające uszy Ale ona się upierała, więc wcisnęli go w mundur i kiedy przespacerował się trzy minuty, wszyscy uznali, że to on. Czyli w zasadzie bez pani Fikarovej byłby ktoś inny... Tylko że on był tak wzruszający, chłopięco naiwny i jakiś taki przygłupawy, ale nie w pejoratywnym sensie, to znaczy romantyczny... Tak, pan Neckar był strzałem w dziesiątkę, bo ten film jest niesamowity. Pierwszy fabularny film Menzla i od razu dostał Oscara, a w końcu Oscara nie dają za darmo albo na piękne oczy... I tak Menzelek i ja dzięki tej metodzie odnieśliśmy sukces... Później jeszcze nakręciliśmy „Postrzyżyny". 

Ze mną jest tak, że kiedy siedzę nad scenariuszem, piszę go jako dojrzały mężczyzna, a dopiero po obróbce przez Menzla widzę go inaczej. Rozumiecie państwo, jak mi tam wprowadza rozmaite uwagi i zmiany, to one wnoszą zawsze coś specyficznego, co jest charakterystyczne tylko dla niego i ma taką stylistyczną naiwną czystość. Powiedziałbym, że Menzel ma odwagę dużą większą niż ja, nie boi się szukać guza i na tym właśnie polega jego wiecznie młodzieńcza natura... Więc ja mu robię taki zarys, a potem, kiedy odda mi go ze swoimi uwagami, bardzo chętnie je akceptuję, widząc, jak tekst, ten filmowy scenariusz się rozwinął w porównaniu z tym, co ja wcześniej napisałem. Po prostu Menzel zawsze dodaje autentycznej młodzieńczości, która wciąż go nie opuszcza, chociaż ma już czterdzieści sześć albo i siedem lat. Tylko w „Święcie przebiśniegu", historyjkach stąd, z tego lasu, jakoś tak zmężniał, jakby wydoroślał, a wszystko za sprawą odważnego montażu, uszeregowania poszczególnych obrazów, bo sama książka jest czymś w rodzaju pokawałkowanego dziennika bez scalającego wątku, który występuje choćby w „Pociągach". Menzel wpadł na rewelacyjny pomysł, żeby protagonistą było opowiadanie o uczcie...  I  kiedy Komitet Kinematografii przyznawał nam na ten film pięć milionów koron, spytali: O czym to będzie?... No, główną rolę gra odyniec... w Ameryce by powiedzieli, że brakuje love story i posłaliby was do wszystkich diabłów, coś takiego jest możliwe tylko u nas. Bo rzeczywiście, główną rolę gra tam odyniec i wszystko, co się wokół tego kręci, czyli tworzy taki szkielet. Jak u ryby, u której są pożyteczne i płetwy, i żebrowe ości. Właśnie one są poszczególnymi historyjkami, które się łączą, podobnie jak tutejsze alejki zbiegają się na betonowej drodze. Czyli głównym wątkiem, tą betonówką, jest historia o odyńcu. I Menzel zrobił z tego oryginalny film, bardzo dojrzały i konsekwentny. Dawniej nie potrafiłby wziąć nożyczek i jakby metodą kolażu ułożyć te obrazy w film, o którym fachowcy powiedzieli po projekcji, że to nie jest film dla szerokiej publiczności, a już pewno nie dorówna „Postrzyżynom". No i proszę: okazuje się, że tutaj na wsi, w miasteczkach, miastach i w samej Pradze, tłumy walą na niego. I co ciekawe, do młodych ludzi przemawia bardziej niż „Postrzyżyny" bo mówi o sprawach, do których mają klucz. „Postrzyżyny" są bajką o starych, złotych czasach. I tak je trzeba traktować, nie jako rzeczywistość, ponieważ młody człowiek niewiele wie o dawniejszej strukturze społecznej i w ogóle jak było przed  wojną, kiedy obowiązywało hasło, że ludzie po prostu mają być przyzwoici. Tą przyzwoitość tam widać w stosunkach między bednarzami a zarządcą browaru, chociaż jasne, że napięcia i konflikty też się zdarzały... No, ale moim zdaniem, Menzel właśnie w „Święcie przebiśniegu" jest wyrazistszy, bardziej zdecydowany. I spokojnie można powiedzieć, że ta tragiczna, jakby reportażowa humoreska dorównuje zarówno „Pociągom", jak i „Postrzyżynom". 

Akurat teraz Menzel jest gdzieś w Szwajcarii i ma ciekawe zajęcie, bo tam rozwiązano cyrk, duży cyrk, i klowni założyli teatr, no i on robi im za reżysera. A ponieważ w Ameryce właśnie leci sztuka z życia klownów, więc ci klowni, grając samych siebie, odnoszą wielkie sukcesy, głównie dzięki robocie Menzla. I jeżdżą z tym po Europie. Byli już w Wiedniu, teraz znowu są gdzieś indziej... Proszę? Czy przyjadą do Pragi? No cóż, Menzel przyjedzie, ale czy ci klowni... On woli robić sztuki, może widzieli państwo „Pensjonat dla kawalerów"... Dobrze się stało, że łepetynę zawsze miał pełną teatru. Swego czasu wystawiał „Hamleta" o dziwo z sukcesem, w Dubrowniku, więc z braku czasu przyjechał tu na ostatnią chwilę. A na wszystko dostał raptem sześć tygodni. I po tych sześciu tygodniach plenerowe zdjęcia były gotowe, na szczęście, prawie cały film dzieje się w plenerze... Ale dali mu innego kamerzystę, który jednak okazał się genialny. Powtarzał w kółko: Mnie tam nic nie przeszkadza, ani deszcz, ani słońce, bo ja sobie swoją maszynkę zasłonię... I tyrał na okrągło, więc zdążyli nakręcić tę piękną porę roku, jesień z tymi cudnymi barwami, wszystko oprócz scenek poza plenerem. Szykujemy jeszcze drugą część, „Taką piękną żałobę", mamy już scenariusz, więc Menzel przyjedzie. Ale wiecie państwo, nasze życie też nie jest usłane samymi różami i ponieważ tematyka naszych filmów ciut odstaje od panującego kursu, tośmy na razie nie dostali zgody na rozpoczęcie. A w takim razie Menzel woli jeździć po Europie i robić teatr, ale kiedyś wróci i wtedy chyba się za to zabierzemy, i znów będziemy ze sobą współpracować jak dawniej.
 

Dobra, teraz sobie usiądę i łyknę... Byłem poproszony o parę słów, a powiedziałem ich chyba z tonę, więc dajmy sobie trochę luzu. Można zadawać pytania. Jeśli zdobędę się na odwagę i będę wiedział co, wtedy odpowiem.

przełożył Jan Stachowski

[Z]: Spotkanie autorskie w restauracji „Leśna", [w]:  "Jaka piękna rupieciarnia", przełożyli Aleksander Kaczorowski i Jan Stachowski.

sobota, 24 listopada 2012

Nabokov o "Lolicie" w programie telewizyjnym


Wyszperałem na You Tube, bardziej dla siebie niż kogokolwiek innego, trzy filmiki. Pierwsze dwa to fragmenty programu telewizyjnego CBC "Close Up" z lat 50-tych, w którym Vladimir Nabokov dyskutuje o swojej genialnej, klasycznej już dzisiaj, ale też zarazem kontrowersyjnej powieści "Lolita". Ostatni, trzeci film, to film dokumentalny BBC "How Do  You Solve a Problem Like Lolita?". Pisarz i dziennikarz telewizyjny, Stephen Smith, podąża śladami Vladimira Nabokova, który cały czas zwodzi i wymyka się krytykom oraz swoim czytelnikom, chowając się za swoją kontrowersyjną książką. Myślę, że to duża przyjemność dla miłośników twórczości Nabokova, szczególnie zaś Lolity.








czwartek, 22 listopada 2012

Życie i twórczość Katherine Mansfield - film

Katherine Mansfield w Menton, Francja, 1920

Zapraszam do obejrzenia krótkiego, około 10 minutowego, filmu biograficzny przedstawiający życie i twórczość fascynującej kobiety i pisarki znanej jako Katherine Mansfield. Jest to film pomyślany jako promocja mającego powstać w przyszłości filmu długometrażowego.



niedziela, 28 października 2012

Bo tylko film nadaje życiu znaczenie

Ten film oglądałam przez całe życie, choć nigdy do końca. Mogłaby niemal rzec: Ten film jest moim życiem! Miała dwa, może trzy lata, gdy Matka zabrała ją tam po raz pierwszy. To jej najwcześniejsze wspomnienie, i jakże ekscytujące! Graumans Egyptian Theatre przy Hollywood Boulevard. Wiele lat wcześniej, nim mogła pojąć chociażby najbardziej podstawowe zasady, jakimi się rządzi opowieść filmowa. Chłonęła jak zaczarowana ruch, bezustanne falowanie płynnego ruchu na olbrzymim ekranie nad głową. Jeszcze nie mogła pomyśleć: To jest ten sam wszechświat, w którym odbywa się projekcja niezliczonych i niemożliwych do nazwania form życia. Ileż to razy w latach straconego dzieciństwa i w latach dojrzewania będzie wracała do tego filmu z tęsknotą, rozpoznając go od razu, mimo rozmaitości tytułów i wielości aktorów. Zawsze bowiem pojawiała się w nim Jasnowłosa Księżniczka. I zawsze zjawiał się Ciemnowłosy Książę. Splot okoliczności popychał ich ku sobie i rozłączał, znowu zbliżał i ponownie rozłączał, póki - gdy film zbliżał się do końca, a muzyka osiągała punkt kulminacyjny - nie padli sobie namiętnie w ramiona. Co jednak nie zawsze było równoznaczne ze szczęśliwym zakończeniem. Zakończenie bywało niewiadomą. Zdarzało się, że jedno klękało przy łożu drugiego i pocałunek kochanków zwiastował śmierć. Nawet jeśli on (lub ona) przeżywał śmierć ukochanej (ukochanego), człowiek wiedział już, że życie przestało mieć jakikolwiek sens. Bo tylko film nadaje życiu znaczenie. I nie istnieje opowieść filmowa bez zaciemnionej sali kinowej. Ależ to denerwujące, nigdy nie obejrzeć zakończenia! Gdyż zawsze coś przeszkadzało, układało się nie tak. A to powstawało jakieś zamieszanie i zapalano światła; a to odzywał się alarm przeciwpożarowy (bez żadnego ognia? czy może był ogień? pewnego razu wydawało się jej, że czuje zapach dymu) i wszystkich proszono do wyjścia; kiedy indziej sama była już spóźniona na spotkanie i musiała wyjść; albo zasypiała w fotelu i traciła zakończenie, budziła się oślepiona jaskrawymi światłami, wokół zaś nieznajomi podnosili się i kierowali do drzwi. Już koniec? Jak to możliwe?

Nawet jako dojrzała kobieta wciąż poszukiwała tego filmu. Wchodziła ukradkiem do kina w jakiejś podrzędnej dzielnicy lub w nie znanym jej miasteczku. Cierpiała na bezsenność, zdarzało się więc, że kupowała bilet na seans nocny. Zdarzało się też, iż kupowała bilet na pierwszy seans danego dnia, czyli przed południem. Nie uciekała od własnego życia (choć to życie przysparzało jej coraz więcej kłopotów, tak jak każde dorosłe życie), ale znajdowała chwilę wytchnienia, umieszczając się niejako w nawiasie owego życia, zatrzymując czas w taki sposób, w jaki dziecko może po wstrzymać ruch wskazówek zegarka: siłą. Wchodziła do mrocznej sali kinowej (często pachnącej zatęchłym popcornem, płynem do włosów, środkami do dezynfekcji), podniecona jak młoda dziewczyna pragnąca ujrzeć na ekranie jeszcze raz Och, kolejny raz!
jeszcze jeden raz! śliczną kobietę o blond włosach, która wygląda, jakby się w ogóle nie starzała, która ma ciało jak każda inna kobieta, ale posiada także niepowtarzalny wdzięk, jakiego żadna zwyczajna kobieta nie ma, która promienieje blaskiem po chodzącym nie tylko z jej lśniących oczu, ale z każdego kawałeczka skóry. Duszą moją jest skóra. Inna dusza nie istnieje. Dostrzegacie we mnie obietnicę ludzkiej radości. Ona, która wślizguje się do kina, wybiera fotel w rzędzie blisko ekranu i bez reszty poświęca uwagę filmowi, który sprawia wrażenie jednocześnie znanego i nieznanego, jak niezbyt dobrze zapamiętany, lecz uporczywie powracający sen.

czwartek, 25 października 2012

Przesyłka specjalna

3 sierpnia 1962 .
 
PRZESYŁKA SPECJALNA
 
Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.
Przybyła Śmierć mknąca niczym w kreskówkach dla dzieci na ciężkim, pozbawionym ozdób rowerze posłańca.
Przybyła Śmierć nieomylna.
Śmierć, której nie da się nic wyperswadować.
Śmierć, której się spieszy.
Śmierć naciskająca z pasją na pedały.
Śmierć wioząca paczkę oznaczoną OSTROŻNIE PRZESYŁKA SPECJALNA w solidnym koszyku tuż za siodełkiem.
Śmierć lawirująca śmiało między ludźmi i różnymi pojazdami przy skrzyżowaniu Wilshire i La Brea, gdzie - z powodu remontu ulicy - dwa pasy ruchu biegnące w kierunku zachodnim przechodziły w jeden.
Śmierć jakże chyża!
Śmierć grająca na nosie tym kierowcom w średnim wieku, którzy nie mogli się powstrzymać przed użyciem klaksonu.
Śmierć roześmiana: Pieprz się, facet!
I ty też.
Przemykająca jak Królik Bugs obok błyszczących masek drogich, nowych samochodów.
Przybyła Śmierć nieczuła na przesycone dymem, zepsute powietrze Los Angeles.
Na ciepłe, radioaktywne powietrze południowej Kalifornii, gdzie przyszła na świat.
Zgadza się, ujrzałam Śmierć.
Śniłam o Śmierci poprzedniej nocy.
Śniłam o niej od dawna.
I wcale się nie bałam.
Przybyła Śmierć jakże rzeczowa.
Śmierć pochylona nad brązową od plamek rdzy kierownicą niezgrabnego, lecz solidnego roweru.
Przybyła Śmierć ubrana w bawełnianą koszulkę z napisem Cal Tech, w wypranych, ale nie uprasowanych spodenkach koloru khaki, w trampkach, bez skarpetek.
Śmierć z umięśnionymi łydkami i nogami porośniętymi ciemnymi włosami.
Śmierć o wygiętym kręgosłupie z rzędem zaokrąglonych kręgów.
Śmierć o pryszczatej twarzy niedorostka.
Śmierć o dzielnym sercu, bezlitośnie oślepiana promieniami słońca, które odbijały się od szyb samochodów i chromowanych powierzchni niczym od bułatów.
Coraz więcej klaksonów odzywało się za plecami nonszalanckiej Śmierci.
Śmierci ostrzyżonej na jeża.
Śmierci żującej gumę.
Śmierci niezwykle oddanej żmudnej pracy - pięć dni w tygodniu plus za dopłatą soboty i niedziele.
"Hollywoodzkie Usługi Kurierskie".

poniedziałek, 8 października 2012

Vincent i Jules (5)


WNĘTRZE. TOALETA W KAFEJCE - RANEK 

Vincent, siedząc na muszli klozetowej czyta „Modesty Blaise”, nieświadom piekła, jakie się rozpętało za drzwiami.


WNĘTRZE. KAFEJKA - RANEK 

Otwiera się szuflada kasy. Dziubasek przekłada pieniądze z przegródek do własnej kieszeni. Potem wychodzi zza łady z dużą torbą na śmieci. 


DZIUBASEK 

Dobra, ludzie, teraz przejdę po sali i zbiorę wasze portfele. Nic nie gadać, tylko wrzucać je do torby. Jasne? Dziubasek chodzi po sali, zbierając portfele. Jules siedzi spokojnie z pistoletem gotowym do strzału. Dziubasek widzi Julesa w boksie, trzymającego w dłoni portfel i leżący przy nim neseser. Dziubasek podchodzi do niego i odzywa się uprzejmiejszym tonem i z większą dbałością o maniery. Do torby. Jules wrzuca portfel do torby. Dziubasek wskazuje lufą na neseser. Co tam masz? 

JULES 

Brudy mojego szefa. 

DZIUBASEK 

Szef każe ci je prać? 

JULES 

Kiedy chce, żeby były czyste. 

 DZIUBASEK 

To gówniana robota. 

JULES 

Zabawne, właśnie to samo przyszło mi do głowy. 

DZIUBASEK 

Otwórz. Jules kładzie wolną dłoń na neseserze.

JULES 

Obawiam się, że nie mogę. Dziubasek jest wyraźnie zaskoczony tą odpowiedzią. Wycelowuje rewolwer prosto w twarz Julesa i odciąga kurek. 

DZIUBASEK 

Nie dosłyszałem? 

JULES 

Słyszałeś. Wymiana zdań jest bardzo cicha, nikt jej nie słyszy, ale Misio Pysio wyczuwa, że coś jest nie tak. 

MISIO PYSIO 

Co się dzieje? 

DZIUBASEK 

Zdaje się, że trafiliśmy na szeryfa. 

MISIO PYSIO 

Strzel mu w ryj! 

JULES 

Nie chcę podkopywać twojego ego, ale nie pierwszy raz jestem na muszce. 

DZIUBASEK 

Jeśli nie otworzysz teczki, ten raz będzie ostatni. 

KIEROWNIK  

(z podłogi) Proszę nie stawiać oporu, bo wszyscy zginiemy! Niech pan im da, co chcą, to się stąd wyniosą! 

JULES 

Zamknij pierdolony dziób, tłuściochu! Nie twój zasrany interes! 

DZIUBASEK 

Policzę do trzech, i jeśli nie zdejmiesz łapska z teczki, wpakuję ci cały magazynek w mordę. Jasne? Raz... Jules zamyka oczy. Dwa... [Jules strzela dwukrotnie do Dziubaska przez blat stołu, powalając go na podłogę. Nie opuszczając boksu, odwraca się do dziewczyny, która wymierza broń w Julesa, ale rozpacz po śmierci Dziubaska upośledza jej refleks. Dostaje trzy kulki w pierś. Padając na ziemię z krzykiem, strzela na oślep, trafiając Surfingowca. 

SURFINGOWIEC 

Trafiła mnie! Umieram! Sally! Sally! Jules opuszcza lufę w stronę twarzy Dziubaska, który leży ranny u jego stóp. Dziubasek spogląda na wielką spluwę. 

JULES 

Źle trafiłeś, Ringo. Jules strzela prosto w kamerę, oślepiając nas. Przymknięte oczy Julesa nagle się otwierają.]. Dziubasek wciąż ma go na muszce. 

DZIUBASEK 

Trzy. Jules zdejmuje dłoń z nesesera. 

JULES 

Jest twój, Ringo. 

DZIUBASEK 

Otwórz. Jules naciska zamki, wieczko odskakuje, ukazując Dziubaskowi - ale nie nam - zawartość. Na twarzy Dziubaska maluje się zdumienie. Misio Pysio nic nie widzi z drugiego końca sali. 

MISIO PYSIO 

Co tam jest? Co? 

DZIUBASEK  

(cichutko) Czy to jest to, co myślę? Jules kiwa potakująco głową. To piękne. Jules kiwa potakująco głową. 

MISIO PYSIO 

Co tam jest, do cholery? Jules zatrzaskuje wieczko, po czym odsuwa się, jakby zapraszał Dziubaska do wzięcia neseseru. Dziubasek, cały w skowronkach, pochyla się przez stół, by wziąć neseser. Ruchem grzechotnika wolna dłoń Julesa chwyta Dziubaska za przegub i uderzając o blat, wytrąca mu rewolwer z ręki. Jednocześnie druga ręka Julesa wyłania się spod stołu i wciska Dziubaskowi pod brodę lufę czterdziestki piątki. Misio Pysio dostaje głupawki, macha swoim rewolwerem w kierunku Julesa. Puść go! Puść! Rozwalę ci ten pierdolony łeb! Zabiję cię! Zdechniesz w męczarniach, skurwysynu! 

niedziela, 7 października 2012

Vincent i Jules (4)

 
WNĘTRZE. KAFEJKA - RANEK

Jules i Vincent siedzą w boksie. Przed Vincentem piętrzy się stos naleśników i kiełbasek, które z apetytem pałaszuje. Z kolei Jules zamówił sobie tylko filiżankę kawy i babeczkę. Wydaje się nieobecny myślami. Kelnerka dolewa obydwu panom kawy.

VINCENT

Wielkie dzięki. (do Julesa, który tuli w dłoniach filiżankę) Chcesz kiełbaskę? 

JULES 

Nie... nie jem wieprzowiny. 

VINCENT 

Jesteś Żydem? 

JULES 

Nie, po prostu nie lubię świniny. 

VINCENT

Dlaczego? 

JULES 

Świnie to plugawe zwierzęta. Nie jadam plugawych zwierząt. 

VINCENT 

Ale kiełbaski są pyszne. Schabowe są pyszne. 

JULES 

A szczur z rynsztoka może mieć smak ambrozji. Nigdy się tego nie dowiem, a nawet gdybym wiedział, że tak jest, nie wezmę parszywego skurwiela do ust. Świnie śpią i ryją w gównie. Tak robią plugawe zwierzęta. Nie chcę jeść czegoś, co jest na tyle durne, by nie brzydzić się własnych odchodów. 

VINCENT 

A psy? Też zjadają własne kupy.

JULES 

Psów też nie jem. 

VINCENT 

Tak, ale czy uznajesz psy za plugawe zwierzęta? 

JULES 

Nie nazwałbym ich plugawymi, chociaż brudne to one na pewno są. Ale pies ma osobowość. A osobowość bardzo wiele zmienia. 

VINCENT 

A zatem idąc tokiem tych rozważań, gdyby świnia miała ciekawszą osobowość, przestałaby być plugawa? 

JULES 

Musiałaby z niej być kurewsko milutka świnka. Musiałaby być Cary Grantem wśród świń. Śmieją się. 

VINCENT 

Świetnie. Ożywiasz się. Bo siedziałeś taki milczący. 

JULES 

Siedziałem i myślałem. 

VINCENT 

(z pełnymi ustami) O czym?

JULES

O cudzie, którego byliśmy świadkami. 

VINCENT 

Którego ty byłeś świadkiem. Ja byłem świadkiem dziwnego przypadku. 

JULES 

Wiesz, co to jest cud? 

VINCENT 

Akt Boga. 

JULES 

A co to jest akt Boga? 

VINCENT 

Chyba coś takiego, kiedy Bóg czyni niemożliwe możliwym. Ale przykro mi, Jules, dzisiejszy ranek pod to nie podpada. 

czwartek, 27 września 2012

Vincent i Jules (3)


WNĘTRZE. MIESZKANIE (NUMER 49) - RANEK 

Trzech młodych chłopców, najwyraźniej zaskoczonych najściem, siedzi przy stole założonym hamburgerami, frytkami i napojami. 

JULES 

Cześć, chłopaki. Dwaj mężczyźni wchodzą do środka. Trzej młodzieńcy przyłapani z zaskoczenia to: 

MARVIN 

Czarny chłopak, który otworzył drzwi. W miarę rozwoju wydarzeń wycofa się w kąt. 

ROGER 

Młody blond surfingowiec z fryzurą „stadko mew”. 

BRETT 

Biały młodzik o wyglądzie studenta elitarnej szkoły, z ulizaną fryzurą; siedzi przy stole trzymając w dłoni ogromnego, cieknącego hamburgera. Vincent i Jules przejmują kontrolę nad pomieszczeniem, trzymając ręce w kieszeniach. Jules zagaja rozmowę. 

ULES 

Co u was słychać?Brak odpowiedzi. (do Bretta) Jestem na haju, czy zadałem ci pytanie? 

BRETT 

U nas wszystko w porządku. Kiedy Jules i Brett prowadzą rozmowę, Vincent przechodzi za młodych Facetów. 

JULES 

Wiecie, kim jesteśmy? Brett przecząco kręci głową. Jesteśmy wspólnikami waszego kontrahenta, Marsellusa Wallaces'a. Chyba pamiętacie swojego kontrahenta, co? Brak odpowiedzi. (do Bretta) Pozwól, że zgadnę. Ty jesteś Brett, zgadza się? 

BRETT 

Tak. 

JULES 

Tak też myślałem. Pamiętasz, jak robiłeś biznes z Marsellusem Wallace'em, prawda, Brett? 

BRETT 

Pamiętam go. 

JULES 

I bardzo dobrze. Widzę, że przerwaliśmy wam z Vincentem śniadanko. Wybaczcie. Co jecie? 


BRETT 

Hamburgery. 

JULES 

Hamburgery! Fundament każdego pożywnego śniadania. Jakie to hamburgery? 

BRETT 

Cheeseburgery. 

JULES 

Nie, nie, nie, nie, nie. Pytam, gdzie je kupiliście. W McDonald's, w Wendy's, w Jack - in - the
- Box, gdzie? 

BRETT

Big Kahuna. 

JULES 

W Big Kahuna. To ta hawajska sieć hamburgerowni. Słyszałem, że mają bardzo smaczne hamburgery. Nigdy tam nie jadłem, faktycznie smaczne? 

BRETT 

Są dobre. 

JULES 

Mogę się poczęstować? 

BRETT 

Oczywiście. 

JULES 

To twój, prawda? 

BRETT 

Tak. Jules bierze hamburgera i odgryza spory kęs. 

JULES 

Mmmmm, to jest naprawdę smaczny hamburger. (do Wincenta) Vincent, jadłeś kiedyś hamburgera z Big Kahuna? 

VINCENT 

Nie. Jules wyciąga do niego bułkę. 

JULES 

Chcesz gryzą? Są naprawdę pyszne. 

VINCENT 

Nie jestem głodny. 

JULES 

Ale jeśli lubisz hamburgery, spróbuj kiedyś takiego. Sam rzadko je jadam, bo moja dziewczyna jest wegetarianką. A to znaczy, że i ja w pewnym stopniu jestem wegetarianinem. Ale lubię smak dobrego hamburgera, o tak. (do Bretta) Wiesz, jak mówią we Francji na ćwierćfunciaka z serem? 

BRETT 

Nie. 

JULES 

Powiedz mu, Vincent. 

VINCENT 

Royale z serem.

 JULES 

Royale z serem. Wiesz, czemu go tak nazwali? 

BRETT 

Bo mają system metryczny? 

JULES 

Patrz pan, jaki z Bretta mózgowiec! Cwany z ciebie skurwiel. Zgadza się. System metryczny. (pokazuje na firmowy papierowy kubek) Co tu masz? 

BRETT 

Sprite'a. 

JULES 

Sprite, świetnie. Pozwolisz mi zapić hamburgera tym pysznym napojem? 

BRETT 

Proszę bardzo. Jules chwyta kubek i pociąga łyk. 
 

JULES 

Mmmmmmm, to jest to! (do Rogera) Ty, „stadko mew”, wiesz, po co przyszliśmy? Roger kiwa potakująco głową. Więc może powiesz mojemu koledze Vinceowi, gdzie schowaliście towar.