Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarze o sobie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarze o sobie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Dzień jak koronkowa firanka



21 czerwca 1918, Looe, Kornwalia

Cóż to za dziwny dzień dzisiaj? Cienki, biały, jak koronkowa firanka, pełen okropnych hałasów. (Np. ktoś otwiera szufladę tandetnej komody i nie może jej potem zamknąć.) Jedzenie jest łykowate i niestrawne, napoje nie dość gorące. Przeglądając się w lustrze wydaję się sobie okropna, łysa jak jajko, napuchnięta, suknie są na mnie ciasne. Wszystko pokryte jest kurzem i piaskiem – popiół papierosów rozsypuje się i opada – nagietki rozsiewają swe płatki po całej toalecie. W sąsiednim pokoju ktoś usiłuje nastroić kiepski fortepian.
Gdybym miała „swój dom”, mogłabym zaciągnąć zasłony, a zamknąwszy drzwi wykadzić czymś przyjemnie pachnącym, potem przejść się szybko cichym krokiem wokoło mego doskonale urządzonego pokoju przyglądając się grze cieni i świateł – i w ten sposób można by wytrzymać – lecz żyjąc tak, jak ja, zawsze w zajazdach – to bardzo trudno.

Zacytuje parę tych trudności:

1.      Postanowiłam zrobić pedicure przed śniadaniem i nie zrobiłam tego z lenistwa.
2.      Kawa nie była gorąca, boczek przesolony i znać było na talerzu, że usmażono go na brudnej patelni.
3.      Nie umiałam wymyślić żadnego tematu rozmowy z panią Honey, która była milcząca, roztargniona i przygaszona...
4.      List J., w którym pisze o ogromnych trudnościach i o wszystkich sprawach, jakie musi załatwić, nim wyjedzie na wakacje, nie wzruszył mnie wcale. Był jakiś bezbarwny – miałam wrażenie, jakbym czytała coś, co mnie nie dotyczy, coś co jest poza mną.
5.      Bliżej nieokreślone boleści podczas kąpieli.
6.      Nic nie mam do czytania, a deszcz zanadto pada, aby wyjść.
7.      A. Przyjechała, a do mnie nie zatelefonowała. Zdaje mi się, że na razie ma już dosyć naszej przyjaźni...
8.      Bardzo podły obiad. Małe, twarde kotlety siekane nie nadające się do jedzenia i trochę wodnistego kompotu z agrestu. Nie cierpię angielskiej kuchni.
9.      Poszłam na spacer, złapał mnie deszcz, wróciłam okropnie przemarznięta i zmęczona.
10.  Herbata była zimna. Nie miałam zamiaru zjeść ciastka, lecz wreszcie je zjadłam. Za dużo paliłam.

Katherine Mansfield "Dziennik", tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik, Warszawa 1985, s.106-108.

wtorek, 4 listopada 2014

"Byłem żarłokiem, ale kochliwym"

Recenzja "Wysokiego Zamku"

"Powiedziałem już, jak wcześnie nauczyłem się czytać i pisać. Preparowałem piękne, ozdobne laurki dla ojca i matki, ozdobione mnóstwem kwiatuszków rysowanych, a i pierwsze lektury były typowe, zwyczajne — wierszy, takich jak o komarze, bajek; kiedy już po wojnie wpadł mi w rękę jakiś zbiór wierszyków dla dzieci, w których rozpoznałem lekturę sprzed trzydziestu kilku lat, zdumiewało mnie, czego też w nich nie odkrywałem jako sześcioletni chłopiec. Jakieś dramaty nieprawdopodobne i niewyrażalne, emocje, już teraz wcale we mnie z sobą nie sąsiadujące, zadziwienia i strachy, ale też i śmieszności, czaiły się dla mnie wtedy w zbiegu najniewinniejszych słów.
Dlaczego historia plamy na podłodze, której miotła nie mogła dać rady, pełna była ponurości, grozy nawet? Dlaczego wyliczanie kolejnych wron bez ogona stanowiło inkantację jakoś aż magiczną, niby ryzykowne wzywanie skrytych jakichś sił, kuszenie niewiadomego licha? Tym dziwniejsze to, że się z takich emocji, strachów, przeczuć dramatycznych nikomu nie spowiadałem, nikomu o nich nie mówiłem. Nie umiałbym chyba owych stanów wyrazić, nazwać, zapewne; ale także — jeślibym może zdolny był o tym wtedy pomyśleć w ogóle — uważałem chyba, że reakcja taka jak moja jest jedyną możliwą i całkiem zwyczajną. W każdym razie byłem wtedy podatniejszym niż dziś instrumentem, nie trzeba było wielu bodźców, uderzeń, aby wydobyć ze mnie, czy raczej, aby w głowie mojej wznieść całe gmachy uczuć i przeżyć; doprawdy, autorzy książeczek dla dzieci sami nie wiedzą, co czynią, jak zapalnym, prawda, że psychicznie tylko, materiałem żonglują bezustannie. Im się zdaje, że opowiadają pouczającą historyjkę, a tymczasem w odbiorze zamienia się ona w zagadkę albo w powikłany dramat; chcąc rozśmieszyć, nauczają misteryjnych tajemnic, rymują po częstochowsku, a rodzi się z tego w jakiejś głowie siedmioletniej wzniosła katharsis. Najniezwyklejsze były te początki, te najpierwsze lektury. Potem zwyczajnie i po cichu utonąłem sobie w książkach.

    Byłem, rzecz jasna, Mowglim, Winnetou i kapitanem Nemo, zapadły mi w pamięć okruszyny tekstów najbardziej nieoczekiwane; kupując po wojnie książkę Umińskiego Podróż bez pieniędzy, starannie ją przekartkowałem, aby odkryć jedno z piękniejszych jej zdań — „Kula, przeleciawszy z charakterystycznym grzmotem przestrzeń” — chodziło o polowanie na krokodyla czy na nosorożca, ale niestety było to wydanie zrewidowane i owa wspaniała kula z jej grzmotem znikła z niego, ku memu wielkiemu rozczarowaniu. A Dolina bez wyjścia? Okropne działy się ze mną rzeczy, kiedy ją czytałem. Cóż dopiero mówić o Duchu puszczy; takie lektury nie pozwalały na nonszalancką swobodę, na wylegiwanie się pod oknem, z nogą krzesła zręcznie podrzucaną stopami, ani na klęczenie u stołu, z łokciami na blacie — musiałem być bardzo blisko osób zupełnie pewnych i dorosłych, a i tak bywało straszno. Dickensa czytać nie chciałem, był jak deszczowa beznadziejna jesień, zaś w Dumasie po prostu zginąłem, zgubiłem się — zaczęło się niewinnie, od Trzech muszkieterów, a po jakimś czasie wyglądało na to, że dla przeczytania wszystkich jego książek życia nie starczy.

    Potem, w gimnazjum, czytałem już wszystko, co tylko wpadło w rękę, Fredrę z Mayem, Sienkiewicza z Verne’em i Wellsem, Słowackiego z Pitigrillim; był to prawdziwy groch z kapustą.
    Czytając, zwykle coś jadłem, bo już chyba dałem do zrozumienia, że byłem żarłokiem, ale kochliwym — godzi się wspomnieć tutaj o pierwszych kobietach. Dziwnym to szło zygzakiem. Na początku była Mila, nasza praczka, miałem może pięć lat i, jak zwykle wtedy, żenić się zaraz chciałem. Cierpiała, biedaczka, na okropne żylaki. Pralek elektrycznych nie było, pranie zamieniało dom w rodzaj parnego piekła, przynajmniej kuchnię z przyległościami, na środek wyjeżdżała ogromna balia, bulgotało wulkanicznie w baniakach, potem pojawiała się maglownica drewniana, z wypełniającym pół domu rumorem; tkwiłem w tym wszystkim, rozgardiasz wcale mi nie przeszkadzał.
     Później kochałem się w nauczycielce ze szkoły powszechnej, nie pamiętam, jak wyglądała; zbiła raz mego sąsiada z ławki — w szkole powszechnej na ogół można było dostać tylko „pacę” linią, w otwartą i wyciągniętą dłoń, ale ten chłopak był twardy, zimny, okropnie krnąbrny i arogancki, ukochana moja wytrzepała mu ze spodenek chmary kurzu. Nawet nie pisnął ani łzy nie uronił, niesłychanie mi tym imponując.
   Powoli specjalnością moją stawała się miłość nieszczęśliwa. Zakochałem się do szaleństwa w dziewczynce starszej ode mnie o jakieś cztery lata, a więc pannie prawie dorastającej, gdy ja miałem koło dziesięciu lat. Dziewczę to obserwowałem z dala, w Ogrodzie Jezuickim, w sposób kontemplacyjny, mało się ruszając. Byłem już porządnie tłusty, postacią zaczynałem przypominać gruszkę, chociaż dokładniej formę jej, najszerszą poniżej środka, imitowałem później w gimnazjum. Twarz miałem pucołowatą, oczy zwykle dość wytrzeszczone, bo z natury byłem ciekawy, a i gębę często rozdziawiałem, zdaje się, sądziłem, że dodaje mi to uroku. Nie miałem tedy zbyt wielu szans, zresztą nie wyobrażałem sobie żadnych ziszczeń, nie wiedziałem bowiem, co można robić z dziewczynkami innego, aniżeli biegać za nimi wieczorem, w ogrodzie, od krzaka do krzaka, i straszyć je latarką. Miłość moja do dziewczynki z Ogrodu Jezuickiego nie miała więc żadnej akcji, nie nosiła piętna rozwoju, a jednak była niezwykle intensywna. Zdaje się, żem wyznał ją rodzicom, inaczej nie udawałoby mi się przebywać dostatecznie często w tym doskonałym punkcie, z którego mogłem ją obserwować. Chyba nic o mnie nie wiedziała, nie zamieniłem z nią jednego słowa, a jednak linia jej profilu, podbródka, warg wypaliła mi się w pamięci tak dokładnie, że pozostał tego ślad do dzisiaj.

    Ciekawe, że gwałtowność takich platonicznych zakochań wcale nie przeszkadzała w miłostkach (jeżeli to były miłostki) bardziej, jak by powiedzieć — gminnych? Bodajże ośmioletniego, ojciec, wchodząc do kuchni, zastał mnie raz przy trywialnym zajęciu szczypania służącej w zadek. Zmieszany, powiedział coś w rodzaju „ach, tak” lub „ach, przepraszam” i zaraz wyszedł. Ciekawe też, że mogę przypomnieć sobie nieco z ówczesnych moich czynów, a nawet emocji, natomiast żadnych myśli; bardzo możliwe, że w ogóle nie wybiegałem nimi poza krąg danych bezpośrednio, zmysłowych doświadczeń. Na ulicy Słowackiego znajdowało się naprzeciw Poczty Głównej biuro Cunard Line, towarzystwa okrętowego, a w każdym z jego okien stał wielki model oceanicznego parowca. Chodziły za mną, śniły mi się te wspaniałe statki, miały wszystko, jak się należy, nawet mosiężne śruby u sterów, olinowania, maszty, niezliczone okna w szeregach, pokłady, mostki, miniaturowe szalupy, schodki i koła ratunkowe. Marzyłem o nich beznadziejnie i żarliwie, prawdopodobnie w sposób równie idealny marzył Kuba Rozpruwacz o dziewczynkach, które nie powpadały mu w ręce. Jego rojenia były pewno tak samo niewinne jak moje, u szyb Cunard Line, dopiero urzeczywistnienie stawało się drogą wiodącą do zbrodni. Może więc i dobrze się stało, że żadnego z owych dwumetrowych cudów nie udało mi się nigdy przybliżyć na odległość ręki — albowiem prędzej czy później sięgnąłbym po młotek.
   Dziecko, którym byłem, interesuje mnie i zarazem niepokoi. Zapewne, nie mordowałem nikogo, oprócz lalek i gramofonów, niemniej należy wziąć pod uwagę, że byłem słaby fizycznie i obawiałem się represji ze strony dorosłych. Ojciec nie bił mnie nigdy, matka czasem kuksała, to wszystko, ale było wszak wiele innych, mniej bezpośrednich środków i sposobów, od reprymendy słownej po obostrzenia leguminowe. Gdyby czteroletnie dzieci dorównywały wszakże siłą rodzicom, świat nasz wyglądałby inaczej. Tworzą doprawdy gatunek wcale odmienny, na pewno nie są mniej skomplikowane od ludzi dojrzałych — a tylko ta komplikacja tkwi u nich w innym miejscu. Czy bowiem nie z rozpaczą w sercu rozwalałem zabawki? Czy nie żałowałem potem (niezależnie od nakładanych kar) ich utraty? Dlaczego, taki strachliwy, smakowałem w sytuacjach ryzykownych — naprawdę? Coś ciągnęło wszak, aby wychylać się z okna możliwie daleko, a dobrze wiedziałem, choćby dzięki historii „człowieka-muchy”, czym grozi upadek z drugiego piętra. Pamiętam też, jak przeraziłem wuja, kiedy zimą na wakacjach w Tatarowie wlazłem naraz pod lokomotywę pociągu, który miał właśnie ruszyć, żeby czym prędzej odłamać zwisający spod cylindrów sopel lodu. Bałem się bardzo, że pociąg ruszy i obetnie mi nogi, ale widocznie ów sopel był mi nadzwyczaj potrzebny. Czyżby to miała być tak zwana przez psychologów czynność przymusowa, rodzaj natręctwa? Są to zjawiska znane, przechodziłem przez okresy liczenia okien, drzwi, przez fazy skomplikowanych rytuałów, musiałem chodzić tak, aby stąpać tylko po płytach chodnika, nie zbliżając się stopą do ich złączeń, a już z oddychaniem miałem niesamowite kłopoty. Próbowałem nie oddychać, jak długo się dało, albo znów robić to jakoś specjalnie, były tam jakieś wdechy i wydechy, szczególnie przed zaśnięciem, jakieś osobliwe formowanie jaśka i poduszki pod głową, budowanie kojca z kołdry i tak dalej.
    Zdarzały mi się także, czasem w chorobie, a czasem i kiedy byłem całkiem zdrów, osobliwe sensacje, zwane — jak się o tym dowiedziałem trzydzieści lat później — zaburzeniami schematu ciała. Leżałem sobie w łóżeczku, z rękami na piersiach, i naraz dłonie zaczynały rosnąć, natomiast ja sam spoczywałem pod ich ogromem nieprawdopodobnym coraz to mniejszy — powtarzało się to, zawsze w sposób dość podobny, i na pewno na jawie. Pięści urastały mi do rozmiarów iście górskich, palce przemieniały się w jakieś zamknięte, ogromne łuki, wszystko w nich ulegało zmonstrualnieniu, elefantiazie, lękałem się tego trochę, ale znów nie zanadto, było to bardzo dziwne — i nikomu o tym nie mówiłem.



Stanisław Lem, Wysoki Zamek, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2000, str. 44-48
 

sobota, 30 sierpnia 2014

Czekam na natchnienie

Źródło
List Raymonda Chandlera do Alexa Barrisa

18 marca 1949 r.

... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.

środa, 13 sierpnia 2014

Czytanie kompulsywne

Sylvain Tesson w syberyjskiej chacie

"Dzisiaj dałem spokój książkom. Przejąłem się ostrzeżeniem Nietzschego w Ecce Homo: „Widziałem to na własne oczy: zdolne, bogate i wolne natury już po trzydziestce, <<haniebnie oczytane>>, już tylko zapałki, które trzeba pocierać, by zaiskrzyły, by wydały <<myśl>>”.

Czytanie kompulsywne zwalnia z obowiązku posuwania się w lesie medytacji w poszukiwaniu polanek. Książka po książce zadowalamy się rozpoznawaniem myśli, które intuicyjnie przeczuwaliśmy. Lektura ogranicza się do odkrywania sformułowań idei, które nosiliśmy w sobie lub sprowadza się do utkania sieci połączeń między dziełami setek autorów.

Nietzsche opisuje te zmęczone mózgi, które nie są w stanie myśleć, jeśli nie kompulsują. Jedynie kropla soku z cytryny ma moc obudzenia ostrygi. 

Stąd bierze się siła oddziaływania ludzi, którzy patrzą na świat spojrzeniem uwolnionym od wszelkich odnośników. Wspomnienia przeczytanych książek nigdy nie wprowadzą ekranu między tymi osobami a istota rzeczy".



Sylvain Tesson - W syberyjskich lasach (Dans les forêts de Sibérie) Noir sur Blanc 2013, przełożyła Anna Michalska, str. 193

fragment Nietzschego przełożył Bogdan Baran
Źródło fragmentu: A jeśli lepiej być nie może?

sobota, 5 lipca 2014

"I ja jestem szmirusem"

Tadeusz Konwicki

"Drogi czytelniku, którego przez fałszywą kurtuazję nazywam powiernikiem. Drogi połykaczu cudzych słów. Drogi niezaspokojony leniu, co szukasz łatwych do strawienia piguł ulepionych z cudzych nieszczęść i trafów życiowych, z cudzych miłości i nienawiści, z cudzego piękna i cudzej szpetoty. Drogie medium wszystkich szczwanych wariatów, pyszałkowatych maniaków i zdradzonych półbogów.

Po co udajesz jakąś wyższość duchową, po co obnosisz się z ambicjami intelektualnymi, po co kłamiesz, że interesuje cię cała prawda o człowieku, dobra i zła? Przecież kochasz szmirę, sztuczne łzy, fałszywe dobro, ckliwe, oszukańcze uczucia, idiotyczne szczęśliwe zakończenia. Przecież łakniesz dwuznacznych plotek, smakowitych oszczerstw o małych znajomych i wielkich nieznanych, łakniesz ludzkiej intymności wywleczonej bezwstydnie przed twoje oczy. Jesteś szmirusem, mój drogi powierniku. I ja jestem szmirusem.

Ja też lecę zdyszany na film, w którym pokazują goliznę. Podkradam książki i czytam z wypiekami te stronice, na których piszą źle o znajomych. Rozkoszuję się komiksami i słodką muzyczką damskich zespołów młodzieżowych. Tak, tak, popłakuję często w kinie, gdy w sposób nierealny dobro zwycięża zło albo spotykają się usta nieszczęśliwych kochanków. Ja także opuszczam skwapliwie opisy przyrody w książkach i ambitne refleksje autorów, szukam jeno tych fragmentów rozjaśnionych dialogami. A niech no tylko ktoś zaśpiewa dziewczęcym głosem "Ave Maria", już okrutny szloch chwyta mnie jak kleszczami za gardło. Ja jestem cały z was.

Ale kiedy zostanę sam na sam z papierem, sam na sam z cienkim kawałkiem martwej, białej substancji, zachodzą we mnie dziwne procesy, nad którymi nie umiem zapanować. To znaczy, chcę być sobą, a więc całym z was, i nie mogę. Chcę opisywać od początku do końca samo dobro, a pisze mi się to dobro jakieś niezbyt dobre, dobro, z którego ciągle wyłazi zło. Pragnę pieścić się prostą i zrozumiałą fabułą, a tu ciągle przyplątują się jakieś dywagacje, jakieś niewczesne uogólnienia, które wszystkim, i mnie, i wam, psują krew. Usiłuję zwieńczyć rzecz szczęśliwym zakończeniem, a wychodzi jakieś takie nieszczęśliwe, więc je natychmiast poprawiam, upozytywniam i widzę, że jeszcze gorzej.

Kto wodzi moją ręką po papierze? Jaka to zła siła mnie, waszego lokaja, pochlebcę i pielęgniarza, kieruje przeciwko wam, rozkazuje czynić przykrości, obrażać uczucia, rozwścieczać bezkarną hucpą? Co to za wszechmocne bóstwo ustawia mnie przeciw mnie?" [s.182-183]

Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 363.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

"Płaczę, bo rozumiem"

Jorge Luis Borges

"W wigilię Bożego Narodzenia 1938 - w roku, gdy umarł ojciec - miałem poważny wypadek. Wbiegałem na schody, gdy nagle poczułem gwałtowne uderzenie. Zawadziłem czubkiem głowy o kant otwartego, świeżo malowanego okna. Udzielono mi pierwszej pomocy, ale mimo to w ranę wdała się infekcja i przez cały bezsenny tydzień miałem halucynacje i wysoką gorączkę Któregoś wieczoru straciłem mowę i zabrano mnie do szpitala na natychmiastową operację. Wywiązała się posocznica i przez miesiąc, niczego nieświadomy, znajdowałem się na krawędzi życia. (W kilka lat później napisałem o tym w opowiadaniu "Południe").

Kiedy zacząłem wracać do zdrowia, bałem się, że postradałem zmysły. Pamiętam, jak matka chciała poczytać mi książkę, o którą wcześniej prosiłem - "Z milczącej planety" C.S. Lewisa - ale przez dwie bądź trzy noce odkładałem lekturę. Wreszcie namówiła mnie, a ja po wysłuchaniu jednej czy dwóch stron wybuchnąłem płaczem. Matka zapytała, co znaczą te łzy: "Płaczę, bo rozumiem", odpowiedziałem".[s.66-67]

Jorge Luis Borges "Autobiografia", przełożył Adam Elbanowski, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, s. 95.


niedziela, 8 czerwca 2014

Starszy bibliotekarz, czyli blaski i cienie pracy w bibliotece



"Teraz dzięki przyjaciołom otrzymałem skromne stanowisko starszego bibliotekarza w bibliotece Miguel Cane, filii Biblioteki Publicznej, w szarej i ponurej dzielnicy, na południowy zachód od centrum. Podlegał mi wprawdzie bibliotekarz i młodszy bibliotekarz, ale nade mną z kolei był dyrektor i starszy kustosz, kustosz i młodszy kustosz. Miesięczna pensja wynosiła dwieście dziesięć pesos, potem podniesiono ją do dwustu czterdziestu pesos, co dziś odpowiada siedemdziesięciu czy też osiemdziesięciu dolarom amerykańskim.

W bibliotece niewiele mieliśmy do zrobienia. Jakieś pięćdziesiąt osób wykonywało pracę, której z łatwością sprostałoby piętnastu pracowników. Do obowiązków moich oraz piętnastu czy też dwudziestu kolegów należało opisywanie i porządkowanie woluminów, które dotąd nie zostały skatalogowane. Zbiory jednak były tak skromne, że bez trudu mogliśmy znaleźć potrzebną książkę bez sięgania do katalogu, tak starannie opracowanego, choć zupełnie zbędnego. Pierwszego dnia pracowałem z pełnym poświęceniem. Nazajutrz kilku kolegów odwołało mnie na bok, oświadczając, że nie mogę tak postępować, bo stawia ich to w niekorzystnym świetle. "A poza tym - argumentowali - całe to katalogowanie ma stwarzać pozory pracy, więc przez ciebie znajdziemy się na bruku". Odpowiedziałem im, że zamiast jak oni skatalogować sto książek, opracowałem czterysta. No tak, ale jak tak dalej pójdzie, szef zdenerwuje się i nie będzie wiedział co z nami zrobić" - odparli. W imię zachowania pozorów poprosili mnie, żebym odtąd jednego dnia skatalogował osiemdziesiąt trzy książki, następnego dnia dziewięćdziesiąt, a trzeciego - sto cztery.

Wytrzymałem tam dziewięć lat. Dziewięć lat nieustającej udręki. Bibliotekarzy interesowały wyłącznie wyścigi konne, piłka nożna i sprośne dowcipy. Pewnego razu w pobliżu damskiej toalety zgwałcono jedną z czytelniczek. Wszyscy twierdzili, że musiało się tak stać, ponieważ męska i damska toaleta przylegały do siebie.



"Zawsze wyobrażałem sobie Raj jako bibliotekę, nigdy jako ogród". - Jorge Luis Borges

[...] W owych latach byłem już, co brzmi ironicznie, dość znanym pisarzem - wszędzie, tylko nie w bibliotece. Pewnego razu jeden z kolegów znalazł w encyklopedii nazwisko niejakiego Jorge Luisa Borgesa i zdziwiła go zbieżność nazwisk i dat urodzenia.

Od czasu do czasu, jako urzędnicy magistratu, dostawaliśmy kilogramową paczkę yerba mate. Niekiedy pod wieczór, gdy szedłem dziesięć przecznic do przystanku tramwajowego, miałem oczy pełne łez. Te drobne prezenty od zwierzchników nieustannie uświadamiały mi, jak upokarzające i żałosne  jest moje życie.

Kilka godzin dziennie, jadąc w obie strony tramwajem, czytałem "Boską Komedię", wspomagany aż do "Czyśćca" przekładem prozą Johna Aitkena Carlyle'a; potem podążałem już o własnych siłach.

Całą pracę w bibliotece wykonywałem w ciągu godziny, a potem wymykałem się do sutereny i przez pozostałe pięć godzin oddawałem się lekturze albo pisaniu. Tam przewertowałem ponownie sześć tomów "Zmierzchu i upadku Cesarstwa Rzymskiego" Gibbona i kolejne woluminy "Historii Republiki Argentyńskiej" Vicente Fidela Lopeza. Czytałem Leona Bloya, Claudela, Groussaca i Bernarda Shawa. W czasie wakacji tłumaczyłem Faulknera i Virginię Woolf. Pewnego razu wzniosłem się na zawrotne wyżyny, obejmując stanowisko młodszego kustosza. [...]

Moi koledzy uważali mnie za odszczepieńca, nie brałem bowiem udziału w ich niesmacznych żartach. Nadal pisywałem w suterenie biblioteki albo na dachu, kiedy robiło się gorąco. Moje kafkowskie opowiadanie "Biblioteka Babel" obmyślone było jako koszmarna wizja czy też karykatura owej biblioteki publicznej, stąd niektóre szczegóły w tekście nie mają jakiegoś zamierzonego znaczenia. Podane tam liczby książek i półek zgadzają się dokładnie z tymi, które miałem pod ręką. Wytrawni krytycy bardzo przejęli się tymi cyframi i łaskawie obdarzyli je mistycznym sensem.

Jorge Luis Borges, 1951, fot. Grete Stern

W roku 1946 doszedł do władzy prezydent, którego nazwiska nie mam ochoty sobie przypominać. Wkrótce potem zostałem zaszczycony wiadomością, że "awansowano" mnie na stanowisko inspektora do spraw drobiu i królików na jednym z miejskich targowisk. Udałem się do magistratu, żeby zapytać, co oznacza ta nominacja. "Proszę pana - zwróciłem się do urzędnika - wydaje mi się dość dziwne, że spośród wielu pracowników biblioteki akurat mnie powierzono tę funkcję". "No cóż - odpowiedział urzędnik - podczas wojny popierał pan aliantów, czegóż zatem pan oczekiwał". Był to argument nie do odparcia i następnego dnia złożyłem rezygnację". [s. 63 - 69]

Jorge Luis Borges przy współpracy Normana Thomasa di Giovanni "Autobiografia", przełożył Adam Elbanowski, Wydawnictwo Pruszyński i S-ka, s. 95.


piątek, 23 maja 2014

"Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz"

Jarosław Iwaszkiewicz, Sandomierz, 1950
List Jarosława Iwaszkiewicza do córki, Teresy

Sandomierz, 19 maja 1950 roku
 
Moja miła i kochana,

oczywiście w dniu dzisiejszym myślę bardzo dużo o tobie i tych dwudziestu dwóch latach, które nas dzielą od twojego pojawienia się na świat, wspominam wszystkie wspólne przeżycia, dzieciństwo twoje i młodość. Od dwóch dni jestem w Sandomierzu, już nie mogłem wytrzymać na Stawisku i w Warszawie [...] Zresztą kiepsko się czuję w Sandomierzu, bo przeziębiłem się w drodze i mam gorączkę, a poza tym rozkleiłem się naturalnie, wyrwawszy się ze swoich „ramek”. Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz, a miasteczko, puste i zaniedbane, robi smutne wrażenie. Jedna pociecha, że robią kanalizację! Za parę lat kwestia kakania będzie w Sandomierzu rozwiązana. [...] Ostatniej niedzieli byli Modzelewscy, Paweł Hertz i Irena Łempicka, która nie zdaje sobie sprawy ze stanu zdrowia Tadzia i projektuje jakieś wielkie wyjazdy, pogoda była śliczna i bzy cudne. Nowa gosposia zrobiła dobry obiad i sama się zaofiarowała zrobić do zupy grzybowej zamiast klusek uszka. Ona przez dziesięć lat jeździła po Wiśle jako bufetowa na statku – i jest „wodniaczka” – podobna do Zosi Świerczyńskiej, tylko o połowę (dosłownie) mniejsza. Paweł był wyjątkowo miły i nie robił min „ph”. Niestety musiałem o 4-tej jechać do Otwocka na odczyt – w upalny piękny dzień majowy, i to w niedzielę – było to wielką ofiarą. Nie dziw się, że tak źle piszę, ale ręce mi się trzęsą po noszeniu mojego potwornie ciężkiego bagażu, w Skarżysku trzeba było nosić te kufrzyska na przestrzeniach kilometrowych, taka tam głupia stacja. [...] 
Mam olbrzymie zamiary literackie na mój Sandomierz, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo wydechuję zmęczenie i do niczego się nie biorę, na Zielone Święta mama przyjedzie do mnie, to mi też parę dni zabierze, a potem trzeba wracać, bo w czerwcu wielki Zjazd Literatów z otwarciem Domu Literatury, tego na Krak[owskim] Przedmieściu, i różnymi wielkimi fetami. Bardzo to będzie męczące. Myślę, że naprawdę wypocznę, jak mama w lipcu pojedzie z dziećmi do Ustki. Mam zamiar tam pojechać na imieniny mamy i nareszcie zobaczyć, jak ta Ustka wygląda.
[...] Jaki cudny dzień dzisiaj, akacje przed moim domem w pełnym kwiecie – a w domu zostawiłem rozkwitające wino i irysy – susza zresztą potworna i deszczu nie było już od l maja!
Całuję Cię serdecznie i do serca przyciskam, Eugeniusza pozdrawiam, myślę b[ardzo] dużo o tobie, nie tylko dzisiaj – twój


Tata


Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, s. 247–248.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy

czwartek, 13 lutego 2014

Pochwała grubych książek

"W młodości odwiedzałem mojego przyjaciela i mistrza Kornela Filipowicza. Powiedzieć, że traktował żółtodzioba po partnersku, to nic nie powiedzieć. Siadałem po przeciwnej stronie olbrzymiego zagraconego biurka, Kornel częstował rozpuszczalną nescą, zapalał papierosa, najpierw powściągliwie zwierzał się z jakichś swoich problemów warsztatowych, potem podnosił głowę i pytał: A ty? Piszesz coś? Co piszesz? – Opowiadanie – ledwo artykułowałem, udławiony dumą, że klasyk ze mną jak pisarz z pisarzem gwarzy. – Opowiadanie – powtarzał. – Wieleż będzie miało stron? – Dwanaście – odpowiadałem. Kornel zamyślał się i po chwili mówił: – Piękny rozmiar.

środa, 8 stycznia 2014

Listy pisarzy - James Joyce

James Joyce

Fragmenty listu Jamesa Joyce'a do brata Stanislausa Joyce'a

Rzym, Via Frattina 52

19 sierpnia 1906

"[...] Czy możesz poradzić mi jakieś lekarstwo przeciw sennym koszmarom? Co noc dręczą mnie okropne i przerażające sny: śmierć, zwłoki, morderstwa, w których odgrywam niepokojąco ważną rolę. Jeśli idzie o moje zdrowie, to jadam dobrze. Wczoraj wieczorem zjedliśmy całego pieczonego kurczaka i półmisek szynki, do tego chleb oraz wino - i poszliśmy do łóżka głodni.

czwartek, 19 grudnia 2013

Inteligencja

Eustachy Rylski

"Pochlebiam sobie, że wszędzie czuję się w mniejszości, jak każdy inteligent, którym od czasu do czasu, mam nadzieję, bywam. Ale inteligencja to w moim rozumieniu bardziej kategoria etyczna niż intelektualna. Każdy człowiek o niezawodnym instynkcie moralnym jest inteligentem, dlatego nie tylko w Polsce występuje w ilościach śladowych. W którymś z wywiadów mówiłem, że potrafię sobie wyobrazić menela z Dworca Centralnego, który jest inteligentem i profesora uniwersytetu, który nim nie jest. Wykształcenie, erudycja, stanowisko, sukcesy, pozycja społeczna nie mają tu nic do rzeczy. Inteligent to sól każdej ziemi, jej absolutnie niezbędny mikroelement, ale nie jest i nigdy nie był żadną warstwą lub klasą społeczną. Inteligencja z samej swojej natury nie jest w stanie stworzyć żadnej klasy, bo nie łączą jej bieżące interesy życiowe. Jest rozproszona i introwertyczna, mylona z często z klasą średnią lub absolwentami wyższych uczelni. To jest nieporozumienie upokarzające inteligencję. Ona ma swój etos, swój sens, swoją tradycję i swój wdzięk, ale żadnego realnego wpływu na państwo. Nic a nic."

Eustachy Rylski (w rozmowie z Dorotą Wodecką), Patriotyzm bardzo umiarkowany, [w:] Dorota Wodecka, Polonez na polu minowym, Agora, Warszawa 2013, s. 45-46.

Źródło: Kocham, lubię, szanuję


wtorek, 10 grudnia 2013

"Monotonia, nuda, śmierć"


Człowiekowi osłoniętemu przed burzami tego świata, wydelikaconemu duchowo, wydaje się, że żyje. Potem czyta książkę (na przykład Kochanka lady Chatterley), wyjeżdża gdzieś albo porozmawia z Richardem i odkrywa, że wcale nie żyje, lecz pogrążony jest w śnie zimowym. 

piątek, 25 października 2013

Miron i Ameryka (4), czyli o tym jak trudno znaleźć siusialnię na Manhattanie


czwartek 14 paźdz. 1982

Jazda samodzielna metrem z przesiadką do Queensu. Tam czekał Lech Michał Brodacz. Iście do banku. Bez wyniku. U Brodacza w domu. Herbaty, mocne. Telefony. Żona Brodacza, Julita, załatwiła z bankiem, tym od czeku, że mi wypłacą jutro. Jazda metrem. Czekanie na zreperowanie taksówki Brodacza. Obwoził mnie potem po Harlemie i dzielnicach bogaczy. Na siedząco, po wyspaniu nowy odbiór miasta. Dziś wydało mi się niesłychane, monumentalne. Szersze ulice. Okna czarnych wieżowców świecą jak ze złota.
W gościach u lekarki, pani Piaseckiej, która jako dziewczynka z matką przekradła się przez granice socjalizmu zasznurowanym wozem UNRRY, zresztą ileś wozów z ilomaś ludźmi. Za grube pieniądze. Pojechały do ojca i męża w Anglii, wyjazd do Argentyny, tam ciężkie prace, ona na studiach i do USA. Mieszka z córeczką w 12-piętrowej starej kamienicy. W środku przestronnie, ładnie. Sporo obrazów polskich malarzy, m.in. Tetmajera, jak Królowa Jadwiga odwiedza żniwiarzy. Ładne w kolorach i ruchu.
Wymaniłem od niej codeinę i efedrynę. Ta ostatnia - jak się okazało - bez recept, trzeba znać nazwę, a jej etykietkę mi dała.
Herbaciarnia. Z nią i jej wujem, który też jest gościem z Polski.
Pokazywała mi po drodze kilka osobliwości. M.in. - obok jej domu - kino dla homoseksualistów.
Po pożegnaniu się z nią i wujem pod jej bramą szybko wdałem się w to kino. Tylko 6 dolarów, a ogląda się i ogląda. Na widowni tu i ówdzie ktoś siedzi, przesiada się, coś czasem się dzieje.
Pijak za mną palił papierosy, komentował na głos to, co szło na ekranie, w końcu podmacał mnie, potem gadał, przesiadał się. Po długim czasie, po iluś filmach Murzyn powiedział
- gut najt
Spojrzałem na zegarek: wpół do drugiej w nocy, i choda 7 Avenue trzy czy cztery kilometry. Ludzie tu i ówdzie, troszkę zaśmiecone, mijałem dwóch leżących żebraków, jeden z nogą w gipsie, Murzynów kopiących puszki. I tylko przelatywałem Poprzeczne, leżące postaci podnoszone jak glissando po klawiaturze.
53-cia
52-ga
51-a
50-a
49-ta
Tak dobrnąłem w pół godziny do swojej 23, skręt, minięcie 8 Avenue i ze strachem pod daszek hotelu zakonnic. Czy mnie wpuszczą? Dziad wydzwoniony ukazał się między podwójnymi drzwiami, machał ręką, wołał
- noł, noł
- noł noł
Wreszcie napisałem 711 i pokazałem kartkę. Wpuścił, wymyślał, ale wpuścił. Wyciągnąłem dolara
- noł noł
i piechotą na 7 piętro w siódmych potach, uszczęśliwiony.

Nowojorczycy w wagonie metra w 1981 roku.
Autor nieznany. Źródło.

Trudno tu znaleźć siusialnię na Manhattanie. Kiedy po odstawieniu taksówki poszliśmy się trochę przejść, szukałem siusialni.
Metro zawiodło. Wychodek zamknięty. Na wielu stacjach tak jest. Wreszcie wleciałem do restauracji, tam się udało. Kiedy wyszedłem, Brodacz wyczytał napis na szybie tej restauracji, że nie wolno korzystać z ubikacji nie-klientom.
Brodacz pokazał mi kwartał Rockefellera i stację metra na utrzymaniu Rockefellera. Elegancka i pucowana. Inne zaniedbane. Kolejki w metro nadjeżdżają obsmarowane całe od wierzchu i od środka. Od niedawna nie wolno ich obsmarowywać, kara.

 Fot. Matt Weber. Źródło.

W Harlemie widziałem ze 3 białych zaledwie. Mijaliśmy wypalone domy, ruchliwe sklepy, dziadowszczyznę.
Brodacz do taksówki Murzynów zabiera tylko wyglądających porządnie. Mogą go oszukać albo kazać gdzieś jechać i obrabować, a nawet zabić. Jego kolega Polak został obrabowany i zadźgany przez Portorykańczyków. Julita zabroniła mu szoferować po tym wypadku, ale wrócił do owego zajęcia, dobry zarobek. Przedtem sprzątał na 12 piętrze, mało płatne. I buchalterował, nuda i mało płatne. Teraz jeździ na zmianę z dziewczyną. On w dzień, ona w nocy, taki układ. Podobno ona się nie boi.
Pożary, mimo zabezpieczeń i pilnowaczy, zdarzają się. Niedawno na b. wysokim pietrze młodzieniec ukazał się w oknie na tle płonącego mieszkania. Tylko to jedno mieszkanie się paliło, ale od drzwi odcięty odwrót. Na pomoc za mało czasu. Na oczach ludzi owinął się w koc i rzucił z okna w dół miasta. Wolał to szybkie niż spalenie się żywcem.
Napisałem dziś nowojorską Kicię Kocię, co mi od razu dodało pewności siebie.

Książka jest dostępna TUTAJ

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.

 

czwartek, 19 września 2013

"Smętna dusza może nas zabić prędzej niż zarazek"

Niedaleko za Bangorem zatrzymałem się na postoju i wziąłem sobie pokój. Nie był kosztowny. Szyld oznajmiał: „Znaczna obniżka cen na zimę”. Było tam niepokalanie czysto: wszystko plastykowe - podłogi, zasłony, blaty stołów z nie plamiącego się, niepalnego plastyku, abażury z plastyku. Tylko pościele i ręczniki były z naturalnego materiału. Poszedłem do prowadzonej łącznie z motelem małej restauracji. Ona też była cała plastykowa - obrusy, maselniczki. Cukier i sucharki poowijane w celofan, dżem w malutkiej plastykowej trumience, opieczętowanej celofanem. Był wczesny wieczór, a ja byłem jedynym klientem. Nawet kelnerka miała na sobie zmywalny fartuch. Nie wyglądała na zadowoloną, ale i nie na niezadowoloną. Po prostu była nijaka. Ale nie sądzę, żeby ktokolwiek był nijaki. Coś musi tkwić w człowieku, chociażby po to, by skóra się nie zapadła. To obojętne oko, apatyczna ręka, ten atłasowy policzek przyprószony jak pączek plastykowym pudrem - musiały mieć jakieś wspomnienia czy marzenia. Spytałem na chybił trafił:


piątek, 16 sierpnia 2013

"Pan jest człowiekiem dnia"

Sławomir Mrożek

30 kwi 07, 13:20 Źródło: Tygodnik Powszechny

TYGODNIK POWSZECHNY: – "Zawsze chciałem umrzeć tak, żeby przedtem mieć czas na usunięcie śladów po sobie. Nawet moje fajki spalić" – pisze Pan w jednym z listów do wieloletniego przyjaciela, Wojciecha Skalmowskiego. Tymczasem autobiografia "Baltazar", wydane przed dwoma laty listy do Jana Błońskiego czy mająca być tematem naszej rozmowy korespondencja ze Skalmowskim świadczą o tym, że dziś nie zależy już Panu na tak całkowitej dyskrecji...
 

SŁAWOMIR MROŻEK: – Przez lata miałem koncepcję, by zacierać za sobą wszelkie możliwe ślady. Dlatego też w swoim czasie zdecydowałem się zamieszkać w Meksyku, dokąd wyjechałem głównie po to, by zniknąć – może nie w ogóle, ale zniknąć ze sceny, uciec od głupoty, która latami doskwierała mi w Paryżu, czy w ogóle na Zachodzie. Mierziło mnie szczególnie hasło "walki o pokój", powtarzane bez przerwy przez francuską lewicę i wszystkie tzw. siły postępu. Wiedziałem o komunizmie cokolwiek więcej niż przeciętny Francuz, gdy więc słyszałem ich opinie na tematy polityczne, to albo z trudem zmuszałem się do milczenia, albo wybuchałem. Irytowała mnie też wszelkiego rodzaju "political correctness" – gdy w Stanach ciągle powtarzano mi, że powinienem kochać Murzynów, czułem, że zaczynam stawać się rasistą. Należało uciec od tego jak najdalej. Długo zacierałem ślady, ale wyrzekłem się tej taktyki, wróciwszy do Polski po 33 latach emigracji. Koncepcja się zmieniła. Wróciłem, zacząłem na nowo żyć w Polsce, przez pewien czas byłem nawet bardzo otwarty na wszelkie spotkania czy rozmowy i dopiero później zacząłem kategorycznie ich odmawiać. Oczywiste jest, że mieszkając w Polsce nie mam szans być "człowiekiem znikąd", co udawało mi się w Meksyku. Więc nawet nie próbuję: stąd decyzja, by najpierw opublikować wspomnianą przez panów korespondencję z Błońskim, a teraz gruby tom listów Skalmowskiego i moich. Oba te tomy są w jakiś sposób moim wewnętrznym autoportretem. A także w znacznej mierze świadectwem zmagań z polskością, nie tylko Sławomira Mrożka, ale także Jana Błońskiego i Wojciecha Skalmowskiego.
 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Z Wojciechem Skalmowskim wymienił Pan przez trzy dziesięciolecia setki listów. W jaki sposób ocalały one podczas licznych przeprowadzek i podróży? Czy świadomie je Pan przechowywał, dostrzegając np. ich wagę jako dokumentu epoki?
 

SŁAWOMIR MROŻEK: – Przez całe życie prowadziłem obfitą korespondencję z wieloma osobami, ale jej większość niszczyłem, zachowywałem tylko listy dla mnie naprawdę istotne, a takie właśnie pisywał Wojciech Skalmowski. Gdy ukazała się korespondencja z Błońskim, Skalmowski wyjawił, że zachował wszystkie listy, które do niego pisałem począwszy od początku lat 70. aż do roku 2003, uznałem więc, że jeśli się zgadza, możemy je opublikować. Podobnie istotna jest dla mnie wieloletnia korespondencja ze Stanisławem Lemem, po jego śmierci byłem zatem gotów zgodzić się na jej upublicznienie, niestety po chwilowym entuzjazmie rodzina pisarza sprzeciwiła się temu pomysłowi.
Ze Skalmowskim poznaliśmy się na początku lat 50. na studiach orientalistycznych, których ja nie skończyłem, on natomiast tak, potem zaś zrobił doktorat z iranistyki na berlińskim uniwersytecie i podjął pracę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Pod koniec lat 60. był na stypendium naukowym w Teheranie i tam dotarły doń wieści o wydarzeniach marcowych, które przejęły go takim obrzydzeniem, że zdecydował się nie wracać do Polski: najpierw wykładał na Harvardzie – wtedy właśnie spotkaliśmy się po latach i odnowiliśmy naszą przyjaźń, która trwa do dziś – potem otrzymał propozycję pracy na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, gdzie zajmował się nie tylko iranistyką, ale prowadził też zajęcia na slawistyce, a więc przybliżał studentom m.in. polską kulturę i literaturę. Ja w tym czasie żyłem w Paryżu albo w Berlinie. Jeśli więc czas pozwalał, spotykaliśmy się czy to w Paryżu, czy to w Brukseli, gdzie Wojtek zamieszkał, przede wszystkim jednak pisywaliśmy do siebie. Skalmowski stał się dla mnie bardzo ważnym i bliskim człowiekiem.

TYGODNIK POWSZECHNY: – Pod pseudonimem Maciej Broński Pana przyjaciel sporo pisywał do "Kultury". To człowiek o szerokich zainteresowaniach: pisał o Norwidzie i Mickiewiczu, o Mrożku i Iwaszkiewiczu, ale także o Nabokovie – był jednym z pierwszych Polaków, którzy zachwycili się jego twórczością – czy o Zinowiewie, głośnym dysydencie radzieckim. Fascynował się prozą V. S. Naipaula, i to w czasach, kiedy nikt nie spodziewał się, że otrzyma on Nobla. Jako naukowiec przez dziesięciolecia badał irańskie języki i religie. Ale w listach nie skrywa, że ma poczucie zmarnowanego życia...
 

SŁAWOMIR MROŻEK:– To człowiek przesadnie skromny, wolę jednak człowieka przesadnie skromnego niż przesadnie nieskromnego. Jest bardzo utalentowany, zawsze chętnie czytałem jego teksty w "Kulturze". Właśnie Skalmowskiemu zawdzięczam przelotną fascynację Nabokovem, któremu zazdrościłem, że jest emigrantem doskonałym, ja zaś jakimś niepełnym; że potrafił wyrzec się języka ojczystego, ja zaś jestem skazany na polszczyznę. Skalmowski powiada o sobie, że jest amatorem, że jego głównym celem było przybliżanie czytelnikom twórczości pisarzy mało lub wcale w Polsce nieznanych, jak choćby Orwella. Napisał zatem wstęp do wznowienia przetłumaczonego przez Juliusza Mieroszewskiego "Roku 1984" i do esejów Orwella. Zawsze zachęcałem go, by pisał więcej, ale uważał, że jest wyłącznie popularyzatorem – niesłusznie, ale taki już jest. Przez długie lata posyłałem mu maszynopisy kolejnych sztuk czy opowiadań i liczyłem się z jego zdaniem, bo jest to człowiek bezwzględnie uczciwy. A przy tym odważny i niezależny w myśleniu: przypomnę tylko jego opinie o poezji Norwida, które pośród emigracji przyjęte zostały z oburzeniem.
 

TYGODNIK POWSZECHNY: – Józef Czapski miał mu wtedy powiedzieć: pan nic nie rozumie, bo pan jest człowiekiem dnia, a nie nocy... 

czwartek, 4 lipca 2013

Miron i Ameryka (3), czyli ciekawe popołudnie w Nowym Jorku

Miron Białoszewski
 
środa, 13 pażdziernik1982

Brodacz - aktor-szofer - załatwiał ze mną bankowości. Ale nie zdołaliśmy dziś nic. Jutro znów, ale bez latania, bo będzie taksówka, którą brodaty aktor-szofer Lech Michał jeździ. Dziś miał dzień wolny. stracił na mnie dużo czasu. Byliśmy w Queensie, u niego w domu. Dwa razy u jego żony Julity w redakcji tutejszego polskiego "Nowego Dziennika". Telefonowanie do jednej z moich patronek, pani Krzywickiej. Telefon przerywany. Julita z redakcją śpieszyły się namiętnie na manifestacje antyp0olskorządowe pod konsulat. Mnie porwały w pędzie, ale zatrzymałem się w pewnej odległości. Powiedziałem, że mi nie wypada, skoro tam wczoraj byłem jako załatwiacz i od konsulatu dalej potrzebuję łaski, pomocy w powrotnym bilecie. Zresztą co mi przyjdzie ze słuchania pokrzykiwań i gwizdów małej grupki Polaków. Najgłosniej krzyczała jakaś kobieta. Niczym wczorajsza Murzynka o Jezusie. Zamiast to kontemplować, poleciałem do niedalekich sklepów porno i tam na oglądaniu pism spędziłem ciekawe popołudnie w Nowym Jorku. W każdym porno-sklepie jest z jednej strony miłość damsko-męska, a z drugiej męsko-męska, obfita niezwykle. Tam tyle mężczyzn, co i tu. Każdy sobie ogląda, co chce. Jak długo chce. Wczoraj też tu byłem, kupiłem dużo przepięknych aktów.
Ciepło, deszczyk. Powrót jak i wczoraj, z 42 Poprzecznej na moją 23 Poprzeczną przez Podłużną Ósmą, z Murzynami, czyścibutami, pijakami, Murzynkami-kurwami. W połowie drogi wielki okrąglak, cyrk na górze, dworzec na dole [chodzi zapewne o Grand Central Terminal], jednocześnie poczta główna naprzeciw, z wielkimi schodami i kolumnami. Tu lubią Grecję.
Już zrobiły się znane mi, powszednie te miejsca. Dokupiłem sobie dziś bardzo przez siebie poszukiwany cymes, tylko za 6 dolarów. Świetny Murzyn z olbrzymim "interesem" sam sobie robi minetę. Olbrzymi "interes" podobny do owego miałem dwa razy.
Dużo przeżyłem w życiu dobrego, złego i ciekawego. I dlatego nie może się powtórzyć oszołomienie takie jak Paryżem w 1959 roku. Jeszcze było wspaniale z Egiptem.
Z tymi porno mieszkam sobie u zakonnic. I wszystko dobrze. To tak jak chodzenie do konsulatu i miłe rozmowy z wygwizdywaczami.
Leżę w pokoju, piszę, czytam. Za oknem cisza. Czasem lekki szum czegoś jadącego, spokój - spokój. Tylko rano o 10-tej dyńdylinda tu obok z kościółka sygnaturka. Dziś mnie wybiła ze snu, przez co spałem ledwie 4-5 godzin. Jest tak ostra, tak długo dzwoni, że niewiele pomagają zatyczki w uszach.
Siusianie nocne przy łóżku do dużego pudła po soku pomarańczowym z grubej tektury. Nie przecieka. Nawet po tygodniu.
Nie mogę nauczyć się uruchomiania telefonu ani otwierania okna typu angielskiego. Więc jednak pułapki.
W Pradze czeskiej byłem z Polakiem z mojej grupy późno wieczorem pod Hradczanami, na starym Mieście, na moście Karola. Szukałem sladów Meyrinka, Kafki, pytałem Czechów wyglądających oknami o drogę. Pewien zaułek był naprawiany, latarki nad wykopem, niczym Koguci Zaułek w Golemie. Ta starówka jest duża. Cała na pochyłości. Polak, ten ze mną, chciał sprawdzić, gdzie to urzędował Bolesław Chrobry. Ja mu przypomniałem, że zdobył Pragę, urzędował, ucztował. Nagle wpadli ludzie
- Czesi! Zbrojni! Uciekać!
Poderwali się od żarcia, picia, uciekli. W tejże Pradze czeskiej Kazimierz Wielki miał kochankę. Raz w nocy w łóżku spadła jej z głowy peruka. Okazała się łysa. Obrzydził ją sobie.

Języka tu w Nowym Jorku nie używam. Załatwiam na migi. Zresztą podobno w N. Jorku na ogół mówią źle po angielsku. Żywioł języka - końcówki.

Miron Białoszewski "Tajny dziennik", Wydawnictwo Znak, Kraków 2012, s. 804-805.

środa, 3 lipca 2013

"Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności"

24 stycznia 1915

Z F. w Podmokłym. Uważam za niemożliwe abyśmy się kiedyś połączyli, brak mi jednak odwagi, by to jej wyznać, i w rozstrzygającej chwili samemu sobie. Toteż zbyłem ją raz jeszcze pociechą — idiotycznie, każdy bowiem dzień postarza mnie i czyni bardziej strupieszałym. Powtarzają się dawne bóle głowy, gdy próbuję zrozumieć to, że ona cierpi, a równocześnie jest spokojna i wesoła. Nie powinniśmy wzajemnie zamęczać się ponowną, obszerną pisaniną, byłoby najwygodniej przejść nad tym spotkaniem niby nad faktem oderwanym; lub wierzę — być może —w to, że tutaj się wyzwolę, i będę żył z pisania, i wyjadę za granicę lub dokądkolwiek i będę żył potajemnie z F.? Bo i tutaj nie znaleźliśmy w sobie zupełnie żadnych zmian. Każde z nas mówi sobie po cichu, że druga część dwugłosu jest nieczuła i bezlitosna. Ja — nie przestanę ani trochę rościć sobie pretensji do życia pełnego fantazji, nastawionego wyłącznie na moją pracę — ona, głucha na wszelkie nieme prośby — pragnie przeciętności, komfortowego mieszkania, zainteresowania się fabryką, obfitego jedzenia, wysypiania się od godziny jedenastej wieczorem, opalonego pokoju i nastawia na właściwą minutę mój zegarek, spieszący od ćwierć roku o półtorej godziny. I ona ma rację i miałaby nadal rację; tak, racja jest po stronie F., kiedy poprawia mnie, gdy zwracam się do kelnera: „Przynieś pan gazetę, aż będzie przeczytana”, a ja nie mogę sprostować niczego, gdy mówi o „indywidualnym charakterze” (wymówić można to tylko skrzypliwie), co dotyczy zamierzonego urządzenia mieszkania. F. nazywa obie moje starsze siostry „deskami”, o najmłodszą z nich nie pyta wcale, nie pyta też prawie wcale ani w sposób wyczuwalny nie interesuje się moją pracą. Tak wygląda jedna strona medalu. Ja sam niezdolny jestem i wyjałowiony jak zazwyczaj, nie powinienem mieć czasu na zastanawianie się nad czym innym prócz pytania, czemu się to dzieje, że ktoś ma ochotę pomacać mnie piątym palcem. W krótkich odstępach czasu owiałem trzykrotnie ludzi tym wystygłym oddechem. Tych ludzi z Hellerau, rodzinę R. w Podmokłym i F. F. powiedziała: „Jak rozsądni jesteśmy tutaj oboje”. Milczałem, jak gdyby mój zmysł słuchu został wyłączony w momencie tej sentencji. Przez dwie godziny byliśmy sami w pokoju. Wokoło mnie nic, tylko wir nudy i beznadziejności. Nie przeżywaliśmy z sobą dotychczas ani jednej dobrej chwili, w czasie której odetchnąłbym swobodnie. Słodyczy płynącej ze stosunku do kochanej kobiety, jaką odczuwałem w Zuckmantel i W Rivie — słodyczy tej nie znałem w odniesieniu do F. nigdy, chyba tylko w listach, ograniczając się do niezmiernego podziwu, uległości, współczucia, rozpaczy i pogardzania samym sobą. Czytywałem jej też to i owo, niemile obijały się zdania jedno o drugie; żadnego kontaktu ze słuchaczką, która przymknąwszy powieki i leżąc na kanapie, wchłaniała bez słowa treść. Półgłośna prośba o pozwolenie zabrania i przepisania rękopisu. Przy opowiadaniu o odźwiernym żywsza uwaga i bystrzejsza obserwacja. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę ze znaczenia tej noweli; F. również pojęła ją jak należy, co nie przeszkadza, że potem godziliśmy w nie z gruba ciosanymi uwagami, czemu ja dałem początek. Trudności, na jakie napotykam, rozmawiając z ludźmi —na pewno dla ludzi tych niepojęte — mają źródło w tym, że moja myśl, lub trafniej treść mej świadomości, jest zupełnie mglista; że w tym wszystkim — jeśli chodzi tylko o mnie — spoczywam spokojnie i czasem zadowolony z siebie; a tymczasem rozmowa z ludźmi wymaga pointy, podtrzymania i powiązania, więc rzeczy, których mi brak. Nikt nie zechce przebywać ze mną w oparach mgły, a gdyby nawet zechciał, to nie potrafię przepędzić mgły z czoła, między dwojgiem ludzi ona zresztą rozwiewa się i nicestwieje. F. bardzo nakłada drogi, jadąc przez Podmokły, fatyguje się zdobywaniem paszportu, musi ścierpieć mnie po nie przespanej nocy i na domiar złego jeszcze wysłuchać prelekcji, a wszystko to jest nonsensem. Czy cierpi z tego powodu, tak jak ja? Na pewno nie, nawet przyjąwszy jednakową wrażliwość. Nie ma w niej przecież poczucia winy. Moja diagnoza była trafna i przyznano jej rację: każde z nas kocha swego partnera takim, jakim on jest. Ale będąc sam taki, jaki jest, wie dobrze, że z partnerem swoim nie potrafi żyć. Duet: dr W. stara się mnie przekonać, że F. jest warta nienawiści, zaś F. stara się mnie przekonać, że W. jest wart nienawiści. Wierzę obojgu i kocham lub staram się kochać oboje.

Franz Kafka "Dziennik".

wtorek, 2 lipca 2013

"Rozmowa z nieobecnym"

Emil Cioran

Z Manii epistolarnej:

"Rozmowa z nieobecnym, list jest zasadniczym wydarzeniem samotności. Prawdę o autorze odnaleźć można raczej w korespondencji niż w jego dziełach. Dzieło najczęściej jest maską.
Wymiana korespondencji daje próżniakowi złudzenie aktywności. Nic mu nie pochlebia bardziej niż codzienne pójście na pocztę z listem. Przez długi czas prowadziłem bezprzedmiotową korespondencję z wszelkiego rodzaju pomyleńcami. Zwłaszcza jednak korespondencja z kobietami, zrównoważonymi lub nie, ma w sobie coś ekscytującego - nigdy nie wiadomo, do czego zaprowadzi. Trochę więcej niż rok temu regularnie otrzymywałem od pewnej pani listy pełne niesłychanych pochwał, patetycznych hołdów, które wręcz mnie zawstydzały. Nie znałem jej i nie miałem najmniejszej ochoty, by ją poznać. Pewnego popołudnia, w nagłym przystępie zniechęcenia, poczułem raptem potrzebę przyjemnych i pokrzepiających kłamstw, zdolnych wyrwać mnie z sideł podstępnych i przekonujących argumentów mojej pogardy wobec siebie. Tak więc zadzwoniłem do rzeczonej damy. Pierwsza niespodzianka: uwodzicielski, ujmujący głos. Powiedziałem, że byłoby mi miło, gdybyśmy mogli się spotkać i porozmawiać. Po godzinie stała pod moimi drzwiami. Widząc ją, wybuchnąłem śmiechem, który jednak wcale nie wprawił jej w zakłopotanie. Była stara, drobna, niska, niemalże karlego wzrostu, dziwacznie ubrana i – szczyt wszystkiego – w ciemnych okularach. Zaprosiłem ją do środka i pozwoliłem jej mówić. Przez cztery godziny, na stojąco, opowiedziała mi całe swoje życie - gwałtownie gestykulując i nie szczędząc szokujących szczegółów (nie pominęła niczego, nawet nocy poślubnej), z niezrównanym talentem i w języku raz dosadnym, raz wyrafinowanym, mówiła rzeczy, które sprawiały, że co rusz przechodziłem od rozrzewnienia do konsternacji i od obrzydzenia do empatii. Jaka szkoda, że jestem jedynym widzem, któremu dane jest delektować się tymi wszystkimi błahostkami i okropnościami! – powtarzałem sobie w duchu. Zbyteczne dodawać, że pozostałem oniemiały przez cały wieczór. Czemu zawdzięczam swój udział w tak niezwykłym przedstawieniu? Mojej chorobliwej ciekawości ludzi, mojej manii pisania i odpisywania na listy. Teraz nie mogę już liczyć na tę manię: opuściła mnie, jej brak zaś, dużo bardziej niż jakiekolwiek inne symptomy, pozwolił mi zrozumieć, że odtąd muszę się zadowolić wstydliwą rolą człowieka, który wciąż żyje".

Źródło: Kocham, lubię, szanuję
   

poniedziałek, 1 lipca 2013

"Oszustami są wszyscy żyjący"

Emil Cioran
"Jean-François Duval: Literat: ktoś niedyskretny, kto deprecjonuje swe nędze, rozpowszechnia je, powtarza w kółko. Bezwstydnik. To pańskie zdanie. Autoportret?

Cioran: Jest coś nieprzyzwoitego w odsłanianiu się, w chwili jednak, gdy pan pisze, nie odsłania się pan. Jest pan sam z sobą. Nie myśli pan, że to będzie kiedyś upublicznione. W chwili pisania jest tylko pan z samym sobą, albo z Bogiem, nawet jeśli pan nie wierzy. Tym właśnie jest dla mnie akt pisania, akt wielkiej samotności. Tylko w takich warunkach bycie pisarzem ma sens. To, co pan robi później, jest prostytucją. Skoro jednak zaakceptował pan własne istnienie, musi pan zaakceptować prostytucję. Dla mnie każdy, kto nie popełnia samobójstwa, w pewnym sensie prostytuuje się. Oczywiste jednak, że wszelki akt ma związek z trotuarem.

Ja zawsze mówiłem, że odzywają się we mnie dwa głosy. Zapewne przypomina sobie pan Baudelaire’a – sprzeczność jego postulatów ekstazy i przerażenia okropnością życia… Gdy już o nich wiemy – o tych sprzecznych postulatach – jak on je nazywa, siłą rzeczy we wszystkim, co robimy, dostrzegamy sprzeczności, jakieś rzeczy naganne, nieczyste. Oscyluje pan między ekstazą a przerażeniem okropnością życia… Nie jesteśmy świętymi. Ludźmi najczystszymi są ci, którzy nie pisali, którzy nic nie głosili. Ale to przypadki graniczne. Z chwilą gdy człowiek wyraża akceptację, gdy zaczyna się miotać, aby jakoś żyć – aby, powiedzmy, nie zabijać – zawieramy kompromisy. Ja to nazywam oszukiwaniem. Dla mnie ma to oczywiście sens filozoficzny. Wszyscy oszukują, ale też są rozmaite stopnie oszustwa. Ale oszustami są wszyscy żyjący".


Z Cioranem rozmawia Jean-François Duval, [w:] Rozmowy z Cioranem, przeł. Ireneusz Kania, Wydawnictwo KR, Warszawa 1999, s.42.