Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą felietony. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 stycznia 2015

Chcecie wiedzieć kto cisnął do kosza Prousta, Flauberta i wielu innych?

„Być może jestem tępy, ale po prostu nie potrafię pogodzić się z tym, że jakiś facet może zużyć trzydzieści stron na opis tego, jak przewraca się w łóżku z boku na boku, zanim uda mu się zasnąć.” Z tą motywacją pewien recenzent wydawcy Ollendorfa odrzucił W poszukiwaniu straconego czasu Prousta. Tego jakże surowego sądu nie mogło zabraknąć w zabawnym zbiorku recenzji wewnętrznych i listów zawiadamiających o odrzuceniu, opublikowanym przez Andre Bernarda w Pushcart Press pod tytułem Rotten Rejections. W zbiorze podano autora, tytuł i datę, ale opuszczono nazwę wydawcy, który odrzucił rękopis. Jednak na początku książki podano spis zainteresowanych wydawców i można tam znaleźć wszystkich, od Faber & Faber do Doubleday, od „New Yorkera” do „Revue de Paris”.

W 1851 roku odrzucono w Anglii Moby Dicka z następującym uzasadnieniem: „Nie sądzimy, by ta pozycja znalazła uznanie na rynku literatury dziecięcej. Jest rozwlekła, styl przestarzały i wydaje się, że nie zasługuje na rozgłos, jakim się ponoć cieszy”. Flaubertowi odrzucono w 1856 roku Panią Bovary: „Szanowny Panie, zagrzebał pan swoją powieść pod stertą szczegółów, które są dobrze zarysowane, lecz całkowicie zbędne”. Emily Dickinson odrzucono pierwszy zbiór wierszy w 1862 roku: „Kontrowersyjne. Wszystkie rymy błędne”.


niedziela, 26 stycznia 2014

"Literatura jest zawsze dziełem szaleńców"

"Pozwolę sobie tu na małą uwagę: literatura, rzeczywiście prawdziwa literatura nigdy nie pełniła żadnej choćby najmniejszej funkcji społecznej, nie czyni tego także dzisiaj i na szczęście nie będzie mogła uczynić tego również w przyszłości. Literatura, rzeczywiście prawdziwa literatura jest zawsze dziełem szaleńców, skąpców, opojów, pederastów, jest wspólnym osiągnięciem zbieraniny dziwaków rozmaitego koloru i asortymentu i uchowaj Boże, aby miała kiedyś mieć wpływ na życie społeczne.

środa, 1 stycznia 2014

Bullshit Mountains, czyli krytyk zawsze ma rację



 AS z rękawa: Na przełęczach Bullshit Mountains 

Przyznam, że choć zdecydowanie lepiej odpoczywam przy lekturze zwykłej, uczciwej beletrystyki, zdarza mi się wcale często zajrzeć do czegoś, co napisał krytyk. Lubię sobie czasami poczytać o tzw. metodzie, względnie sprawdzić, co krytyk za metodę uważa. I zabawię się czasem, moi kochani, po stokroć lepiej, niż przy beletrystyce.

Przekonuję się, że sporo racji jest w stwierdzeniu jakoby krytyk to nic innego jak pisarz, który częściowo lub całkowicie utracił zdolność do samodzielnej kreacji. Jeśli krytyk patrzy w ścianę, w niebo lub na ukwieconą łąkę, w głowie ma on totalny wakuum. Jeśli jednak rzuci okiem na cudzy tekst, momentalnie doznaje przypływu natchnienia i zaczyna eksplodować feeriami elokwencji. 

wtorek, 31 grudnia 2013

"Czarodziej rozumiany jako sinusoida wykonana z cynfolii"

AS z rękawa: Pleno titulo 

Zanim usiądziemy do pisania książki, należy wymyślić tytuł. Stanowczo odradzam bałamutną szkołę, głoszącą, że tytuł należy wykoncypować dopiero po napisaniu książki tak, aby pasował do treści. Po pierwsze, czasami do napisanej treści absolutnie nic nie pasuje. Po drugie, istnieje coś takiego jak kanon.

Tytuł książki fantasy bezwzględnie musi składać się z dwóch wyrazów. Pojawili się ostatnio koryfeusze fantastyki, którzy wykpiwają tytuły typu "rzeczownik z dopełniaczem" i radzą młodym adeptom zrywanie z tym banalnym schematem. Są to rady głupie, nie bójmy się tego powiedzieć. Tytuł składający się z dwóch słów to tradycja i ukłon w stronę klasyków gatunku i zarazem sygnał, że książka należy do fantasy, a nie do Nowej Fali czy innej fantastycznej awangardy. Swego czasu dziwaczne tytuły były bowiem czymś w rodzaju sztandaru nowofalowców, którzy za wszelką cenę chcieli wyłamywać się ze schematów i epater le bourgeois, dzięki czemu powstał nowy schemat. Gdy spojrzało się na tytuł "Time Considered as a Helix of Semi-precious Stones" albo "We, in Some Strange Power's Employ, Move on a Rigorous Line", "I Have No Mouth But I Must Scream", "The Beast That Shouted Love at the Heart of the World" względnie "Czy to pan zamawiał tortury?" - to wiedziało się z miejsca: awangardzista. 

środa, 15 maja 2013

„Prawdziwa cnota: krytyk się boi” – Jacek Dehnel

Kiedy miałem lat sześć, nie chciałem być strażakiem ani żołnierzem, ale gdyby mnie kto spytał, czy chciałbym zostać krytykiem literackim, to z pewnością też bym zaprotestował. Nie żebym nie cenił tej profesji – przeciwnie, cenię ją bardzo wysoko. I dlatego właśnie uważam, że nie mam do niej najmniejszych kwalifikacji. Do „Łossskotu” nająłem się jako użytkownik, a nie krytyk kultury, i tak samo przyjmując rubrykę w Wirtualnej Polsce, widzę siebie nie jako krytyka, ale czytelnika, który chce się od czasu do czasu podzielić kilkoma nieprofesjonalnymi uwagami o książkach, które przeczytał.

Zdrowy rozsądek podpowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia. Dlatego artysta-krytyk w ciągu dwóch sezonów straci prawie wszystkich znajomych, narobi sobie zaciekłych wrogów i zaprzepaści wszelkie szanse na serdeczny odbiór dzieł własnych przez środowisko w następnych dwóch czy trzech dziesięcioleciach.

Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu – ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku… i oj, odkuje się!

Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjedża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w „Pypciu Prozy”, w następnym miesiącu w dziale recenzji „Pępucha Ducha” dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.

Z drugiej jednak strony trzeba przyznać z niejakim wstydem, że przemieszanie środowiska pisarzy, krytyków i akademików jest odwieczne i właściwie nieuniknione. Po pierwsze: trudno zabronić poetom publikowania recenzji, a krytykom i doktorom polonistyki – pisania wierszy czy opowiadań, a wielu ma po temu inklinacje. Po drugie: mało kto zna się na literaturze tak dobrze, jak część wspólna tych trzech zbiorów, czyli piszący wykładowcy parający się krytyką literacką. I po trzecie wreszcie: obok krytyków, którzy zarzucili własną twórczość, mamy również znakomite przykłady poetów i prozaików piszących wspaniałe recenzje, studia, eseje krytyczne. Nic w tym dziwnego – z krytykami jest jak z szewcami, architektami czy mechanikami samochodowymi: zdarzają się i wybitni, i fatalni, a między nimi cały wachlarz średniaków. Czytelnik recenzji staje więc przed takim samym wyborem jak wtedy, kiedy kupuje warzywa czy wędliny – patrzy, kto jest uczciwy i wystawia dobry towar, a kto kantuje. W sklepiku naprzeciwko weźmie szynkę, bo świeża, i gruszki, bo prosto z drzewa, a w sklepiku na rogu za żadne skarby nie tknie niczego, bo albo zjełczałe, albo zsiadłe, albo zgliwiałe, albo transgeniczne.

Problem tyleż większy, że sklepy są przynajmniej sprawdzane, istnieją jakieś tam urzędy konsumenckie i inspekcje pracy. A krytykiem, podobnie jak poetą, może zostać każdy – opublikuje w niskonakładowym piśmie recenzję, i już wpisuje do CV „krytyk literacki”. I ktoś mu coś zrobi? Nikt. Całkowita bezkarność, zero strachu – no chyba, że chodzi o strach środowiskowy. Że jak on Pituszkiewiczowi, to Pytlasiński… wiadomo. Więc dla świętego spokoju zawsze wyważy: trochę posłodzi, trochę nosem pokręci, a najchętniej zejdzie w rejony nieocenne: streści książkę, użyje przymiotników: „interesujące”, „śmiałe”, „kontrowersyjne”, a także zwrotów: „może się niektórym podobać” i „może się niektórym nie podobać”. Mięciutko i nijako.

Co innego krytyk z prawdziwego zdarzenia, ten boi się co rusz, jak to człowiek odpowiedzialny. Krytyk prawdziwy czyta wszystko, co wyszło, wychodzi i wyjdzie w obiegu głównym, podziemnym i offowym. Pewna internautka napisała mi kiedyś, że współczuje Panu Bogu, który musi czytać wszystko, co jest publikowane – cóż, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę polską, to z pewnością wyręcza go w tym Karol Maliszewski (nieprzypadkowo piszący teksty w cyklu „Maszyna do czytania”). Ale i tak kanon literatury polskiej, europejskiej i światowej jest w zasadzie nie do ogarnięcia w czasie jednego czytelniczego życia, a co dopiero pobocza i bezdroża literatury, trzeciorzędne tomiki wydawane nakładem, powiedzmy, Zakładu Inseminacji w Starej Miłosnej? Boi się zatem krytyk, że coś pominął.

Kontekst jakiś, ułomek. Boi się, że przegapił perłę, co to wyszła w dwudziestu egzemplarzach na ksero w Mońkach. Albo w domu kultury na Bemowie. Boi się, że strzegąc niezawisłości sądów, tak bardzo będzie się starał nie pochwalić książki znajomego, że mu tę książkę przesadnie zjedzie; za to z tych samych powodów zbytnio pochwali tomik napisany przez kogoś, do kogo czuje osobistą antypatię. Boi się, że jeśli poleci czytelnikom powieść debiutanta Pipkiewicza, to Pipkiewicz następną powieść napisze byle jaką, a szkoda by było; jeśli zgani – to Pipkiewicz zarzuci pisanie, a szkoda by było. Też. Bo wokoło, wiadomo, łaknący sławy artyści, z wielkimi ambicjami, a wszyscy, co do jednego – nadwrażliwi. Nie to co czytelnik. Czytelnik sobie czyta książkę powoli, nieprofesjonalnie, bez goniących terminów. Nie musi znać dzieł wszystkich Turgieniewa, Balzaka i Pereca, żeby powiedzieć coś o właśnie przeczytanej powieści. Może użyć słów ostrych i gwałtownych, zarówno w pochwałach, jak i w przyganach. Może wreszcie, jeśli mu przyjdzie ochota, odłożyć książkę na bok w połowie i pójść na spacer. Dlatego też, jako człowiek leniwy, skłonny do wygodnictwa i szanujący krytykę literacką, będę dla państwa pisał nie jako krytyk, ale jako czytelnik, amen.

Jacek Dehnel „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”.

poniedziałek, 13 maja 2013

"O Hrabalu" Andrzej Stasiuk

A teraz będzie o Bohumilu Hrabalu. Umarł i trudno się do tej myśli przyzwyczaić. Może nawet jest tak, że moje łzawe i słowiańskie serce najzwyczajniej nie ufa realności i nie wierzy w to zdarzenie. Wychodzę przed dom, jest pogodna noc i wszystko sobie trwa w swoim starym kształcie. Gwiazdy świecą, ludzie śpią, ziemia wiruje pewnie, aczkolwiek niezauważalnie, zwinięte w kłębek psy i koty drzemią w swoich zakamarkach i guzik je obchodzi, że kiedyś będzie jakiś kolejny dzień. Jednym słowem zwyczajność sobie hula i świat per saldo nie zmienia się ani na lepsze, ani za bardzo na gorsze. A przecież całe stworzenie, cała widzialność, jednostkowe byty, wszystkie egzystencje i przynajmniej obywatele wyszehradzkiego trójkąta powinni trwać w pomieszaniu i pytać: Jeśli jego nie ma, to kto nas zapamięta? Kto opisze? Kto nas ocali przed bezmyślnym pyskiem kosmosu i analityczną, ezoteryczną paszczą historii, która smak i gust ma wysoce wysublimowany, i jeśli ktoś nie był zapisany, dajmy na to, w „Zeszytach Literackich”, to nie było go w ogóle?  Kto będzie teraz odmawiał tę litanię do wszystkich świętych, w której niepostrzeżenie zjawiają się imiona z książki telefonicznej i nazwiska z powszechnego spisu ludności.

Ale wokół jest cicho jak gdyby nigdy nic. Zupełnie tak, jakby wciąż odjeżdżał ten sam autobus do Kerska z tą samą kobietą, którą kiedyś wziął za niewidomą, a ona tylko szkoliła psy dla ociemniałych. Zupełnie tak, jakby doczesność zmieniła się jakimś cudem w wieczność, zupełnie tak samo, jak podczas tych poranków, gdy żona była już w pracy, a on mógł spokojnie zaczynać dzień od mocnej kawy i kilku papierosów, a świat za oknem zastygał w swej ruchliwej postaci i minuty ogromniały jak baloniki nadęte nieskończonością. Tak było. Wystarczy zajrzeć gdzie trzeba i przeczytać.

Bohumil Hrabal na fotografiach wygląda tak, jakby na nikogo nie czekał, jakbyśmy go akurat przy czymś zastali. Spodnie w paski, wiatrówka na suwak, coś tam wychodzi spod czegoś, na ramieniu podejrzana torba, z której wystaje nie wiadomo co. Przypomina wcielenie wszystkich swoich postaci. Gdyby wszedł pomiędzy nie, byłby nie do odróżnienia. Tak też najprawdopodobniej wygląda jego duch. I czas pewnie nie poradzi sobie z tym wizerunkiem, ponieważ sam wizerunek jest nieskończenie tymczasowy i pokonuje przemijalność jej własną bronią. No bo co może zrobić świat i czas komuś, kto całe życie powtarzał: „W porządku, ja się zgadzam”. Nic mu nie może zrobić, bo to jest egzystencjalne aikido, czyli wykorzystanie energii atakującego przeciwnika. A potem któregoś dnia wchodzę do Gazdy. Jest dziewiąta rano, czarno-biały telewizor nadaje wieści, lecz nikogo one nie obchodzą. Trzech facetów siedzi przy stoliku i popija piasta. Kompozycja jest nieskończenie spokojna i ostateczna, jakby czas o tej dziewiątej, piętnaście kilometrów od słowackiej granicy w kwietniu, nagle przestał płynąć. Przypominają plebejską i ziemską wersję Trójcy Andrieja Rublowa. Jak przystało na świeckie wykonanie, światło obrazu jest właściwie monochromatyczne. Składa się z kilkunastu odmian szarości. Najprawdopodobniej na nic nie czekają. Nie zamieniają ani słowa. Ich obecność jest całkowicie elementarna. I jeślibym miał znaleźć jakiś emblemat dla pisarstwa Bohumila Hrabala, to byłoby to tych trzech siedzących facetów. Nie ma w nich śladu heroizmu, nie ma w nich śladu literackości, nie ma pragnienia, by uzasadniać własną egzystencję. W końcu fundamentem świata nigdy nie były czyny, ale jedynie zwykłe, najzwyklejsze istnienie. I Hrabal, jak nikt inny, potrafił nam to opowiedzieć.

A potem jeden z nich wstał i powoli zaczął się zbierać. Drugi jakby się ocknął, popatrzył na tamtego i powiedział: „Gdzie będziesz szedł?”. Wtedy ten, co wstał, rozejrzał się po knajpie i trochę po świecie i powoli usiadł z powrotem.

„W hołdzie dla Philipa Marlowe’a” Andrzej Stasiuk


 „Z upodobaniem lubi wstawać późno, ale z konieczności musi czasem wstawać bardzo wcześnie. To samo zresztą dałoby się powiedzieć o każdym z nas”. Raymond Chandler o Philipie Marlowe w liście do D. J. Ibbersona

Philip Marlowe jest jedną z kluczowych postaci współczesnej kultury. Używa smith&wessona kaliber.38 z czterocalową lufą i amunicji z pociskiem w miękkim pancerzu. Jego główną cechą jest zmęczenie, ale nigdy nie dowiadujemy się o tym od niego samego, bo jeśli pozwala sobie na autokomentarz, to mówi z ironią. Nie skarży się. Lecz brak snu, alkohol, rzadkie i pospieszne posiłki muszą robić swoje. Wychodzi bez pożegnania, chociaż wie, że może nie wrócić. Ze spokojną rezygnacją przemierza speluny i salony, albowiem posiada wiedzę o tym, że świat pozbawiony jest wyraźnych granic i form. Myślę, że jego umysł skłania się raczej w stronę fizyki niż etyki. Znaczy to tyle, że bardziej interesuje go równowaga świata niż jego sprawiedliwość. W końcu dość swobodnie porusza się na granicy prawa i bezprawia, i często się ześlizguje to na jedną, to na drugą stronę, nie robiąc zresztą zbędnych ceregieli. Czego jak czego, ale przeprosin i usprawiedliwień nie usłyszymy z jego ust. W sposób całkiem naturalny traktuje rzeczywistość jako swoją własność, do której posiada takie same prawa jak inni ludzie. Różni go tylko nieco większe poczucie odpowiedzialności za to, co zastał. Zanim Camus do spółki z Sartre’em wymyślili na siedząco egzystencjalizm, Marlowe już go praktykował. Po prostu wstawał, brał prysznic, szedł do biura, czekał na klientów, a potem wychodził do miasta i próbował coś zrobić, by życie było trochę bardziej możliwe niż zwykle. Przypuszczam, że bez specjalnej nadziei i bez specjalnego powodu. A przynajmniej bez powodu, który domagałby się słów pisanych dużą literą. Moje słowiańskie serce kocha go wierną i beznadziejną miłością. Jest dla mnie najlepszą częścią Ameryki. Poza nim Ameryka ma tylko Faulknera, The Ramones i braci Marx. Ucieleśnia wszystkie te cechy, których Europa nigdy nie umiała wykształcić w zadowalającym stopniu: przede wszystkim brak złudzeń, małomówność i całkowitą odporność na psychoanalizę. Z faktu bycia człowiekiem potrafił wyciągnąć bardzo ludzkie wnioski, które sprowadzają się do stwierdzenia, że jako bezpośredni i jedyni sprawcy dobra i zła jesteśmy odpowiedzialni za to, by jedno i drugie utrzymać w jakiej takiej równowadze. Nic więcej. Ilekroć czytam Dostojewskiego, dla harmonii sięgam zaraz potem po Długie pożegnanie, tak samo jak po łyku alkoholu sięga się po papierosa. Jest to jeden z tych zwyczajnych odruchów, dzięki którym świat się nie rozpada, a osobowość nie ulega dezintegracji. Zamykam oczy i widzę go, jak wychodzi w kalifornijską noc, by z duszą na ramieniu nadstawić karku dla pieniędzy, których często zresztą nie dostaje. I nawet gdy do kogoś strzela, w jego spojrzeniu nie znajdziemy cienia przyjemności.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Karol Bukowski, Brzeska 4

Chgarles Bukowski
Że też wszystkiego o Los Angeles muszę dowiadywać się z trzech źródeł: z amerykańskich seriali, od Chandlera i od Bukowskiego. I mam coraz mniejszą ochotę pojechać do Ameryki, zwłaszcza do Kalifornii. Na serialowe salony mnie nie wpuszczą, czasy Chandlera przeminęły i prywatny detektyw nie jest już postromantycznym samotnikiem, a detektywów od bandziorów trudno odróżnić. A Bukowski...? Jaki z niego Amerykanin czy - niechby tylko po matce - Niemiec?! To jest zwykły Polak, który wzorem większości Polaków postanowił zrobić karierę w Ameryce. W dodatku był cwańszy od reszty i zrobił. Późno bo późno, ale zrobił. Z tym „późno”, tak sobie myślę, to była przemyślana strategia. Bo jakby zrobił wcześnie, to - znając jego upodobania - nie dożyłby swoich siedemdziesięciu paru lat. Dla tych, co picie i pisanie traktują zamiennie albo wręcz równolegle, bieda jest błogosławieństwem. Póki trzeba pisać, żeby można się było napić, wszystko jakoś idzie; i pijący, i literatura na tym wygrywają. Kariera (oczywiście w Ameryce) jest natomiast sytuacją, w której nie trzeba już pisać, żeby można było napić się do woli. Chwilami mam podejrzenie, że kariera jest podstępnym wymysłem konkurentów-abstynentów. Ale miało być o tym cwanym Polaku... 

piątek, 11 stycznia 2013

"HITMAN" - Juliusz Machulski


Juliusza Machulskiego nie trzeba nikomu przedstawiać. Każde dziecko w Polsce wie, że jest to reżyser znakomitych filmów będących połączeniem komedii i kryminału. Wystarczy tu wymienić tylko kilka kasowych hitów, takich jak: "Vabank", "Seksmisja", "Kingsajz", "V.I.P", "Deja Vu", "Girl Guide", "Killer", "Vinci". Cytaty z tych filmów weszły na stałe do języka polskiego. Trzy pierwsze wymienione przeze mnie filmy są na liście moich TOP 20 ulubionych polskich komedii. Być może jednak niewiele osób zdaje sobie sprawę, że Juliusz Machulski oprócz reżyserowania potrafi również wspaniale pisać i jest autorem wielu scenariuszy teatralnych i filmowych.

Dowodem na to może być wydana pod koniec 2012 roku książka pt. "HITMAN", będąca zbiorem felietonów, które w znacznej części ukazała się na łamach miesięcznika "Bluszcz". Początkowo, gdy zajrzałem do książki, trochę się zaniepokoiłem widząc felietony, ponieważ spodziewałem się raczej autobiografii. Okazało się jednak, że można napisać świetną książkę wspomnieniową z wykorzystaniem gatunku literackiego jakim jest felieton. Każdy z zawartych w książce 46 felietonów to gotowy pomysł na scenariusz filmu. Niektóre z nich są wręcz napisane w formie scenariusza. I nie ma w tym nic dziwnego, po prostu autor "HITMANA" myśli i odbiera rzeczywistość jak reżyser.

Nie będę ukrywał, że książka spodobała mi się z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, Juliusz Machulski opowiada w niej o dobrze znanym mi okresie PRL-u, potocznie zwanego "komuną", w którym sam kiedyś żyłem i dorastałem jako dziecko. Co prawda nie jesteśmy rówieśnikami, dzieli nas prawie 15 lat, tym niemniej komunistyczna Polska nie zmieniała się z dnia nadzień i przez wiele lat posiadała te same, tak charakterystyczne cechy,  różne absurdy i mankamenty. Obecnie ten okres naszej historii jest bardzo modny i trendy wśród młodych ludzi, którzy go nie znali i nie pamiętają, ponieważ urodzili się wiele lat później. Ja także darzę go sentymentem, ale z innych zupełnie powodów. Po drugie, dzięki tym felietonom możemy poznać ogromną ilość anegdot, śmiesznych lub przejmujących historii, związanych z zawodowym życiem Juliusza Machulskiego oraz ludźmi, których kiedyś poznał. Miał on bowiem szczęście spotkać na swojej drodze wielu światowej sławy reżyserów, aktorów, scenarzystów i operatorów. Osobną sprawą są opisane przez autora, często z przymrużeniem oka, wielkie światowe festiwale filmowe, to targowisko próżności. Okazuje się, że rządzą się one swoimi prawami, mają swoje dziwactwa, fanaberie i czasami bywają nieprzewidywalne. Po trzecie, książka zawiera niesamowitą dawkę humoru i ironii. Juliusz Machulski jest powszechnie znany z ogromnego poczucia humoru i nieprzeciętnej inteligencji. Po czwarte, autor "HITMANA" jest mi bardzo bliski, jest moją bratnią duszą od kiedy dowiedziałem się, że podobnie jak ja (niestety nie znam więcej takich osób) ma manię równiutkiego ustawiania książek na półkach, zgodnie z ich wysokością i wielkością. Drugi raz poczułem do niego sympatię, gdy z kartek omawianej książki dowiedziałem się, że nie zna się na samochodach i, że zupełnie go one nie interesują. Inną jeszcze wspólną cechą jest miłość do języków obcych, szczególnie angielskiego. Być może nadajemy na podobnych falach.

Na koniec warto podkreślić, że książka została wspaniale wydana przez Wydawnictwo Agora i zawiera fantastyczne ilustracje do poszczególnych felietonów autorstwa Marii Machulskiej-Le Mene, córki Juliusza Machulskiego. Książkę polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom filmu, choć będzie to dla nich wielka gratka. W przyjemny sposób możemy poznać życie autora, spędzić z nim kilka miłych wieczorów (ja dawkowałem sobie "HITMANA" czytając go do poduszki) i dowiedzieć się wielu interesujących rzeczy z jego prywatnego i zawodowego życia. Jedyny minus tej książki to to, że kończy się za szybko. Mam nadzieję, że niebawem nastąpi jej ciąg dalszy.

Juliusz Machulski "HITMAN", Wydawnictwo Agora, 2012, s.360.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Dzieci (2)


Adolf Rudnicki powiada w którejś ze swych „Niebieskich kartek", że młodzi ludzie wierzą, iż przyczyną wszystkich ich nieszczęść jest kobieta; tak więc gniew młodych spada na kobietę. Tu natomiast przyczyną wszystkich nieszczęść młodych ludzi są zawsze rodzice. Jeśli młody człowiek jest fajtłapą, pederastą, alkoholikiem i idiotą ogólnym, od razu słyszymy, że dzieje się to dlatego, że jego ojciec był pantoflarzem i matka dominowała. Jeśli dziewczę kurwi się, to dlatego, iż ojciec był niedołęgą i pantoflarzem; jest rzeczą zastanawiającą, iż we wszystkich filmach amerykańskich poświęconych młodzieży nawet najbardziej mierni - tacy jak Elvis Presley - aktorzy, grają dobrze, jeśli przychodzi do konfliktu między ojcem a synem.
Mnie interesuje jednak odpowiedź na pytanie, co myśli dziecko czytające bajkę o jelly fish. Tu opinie pedagogów-psychiatrów są podzielone. Jedni twierdzą, iż dziecko czytające bajkę rozumie, że chodzi tu o postacie i sytuacje umowne; drudzy twierdzą, że dzieje się przeciwnie, że świat baśni jest rzeczywistym światem dziecka i że dziecko wpierw będzie rozumieć przygody psa Pluto, a później dopiero zagadnienia ministra McNamary. W jednej z tych książek czytamy historię o chłopcu, który panicznie bał się lotu samolotem i nie umiał powiedzieć dlaczego. Aby więc zademonstrować mu, iż latanie nie jest niebezpieczne, ojciec zdał egzamin PP (Privat Pilot); po czym to samo uczynna jego matka i tylko rak uratował teściową i teścia od zdawania tego egzaminu. Jednak dziecko w dalszym ciągu bało się latania; zaprowadzone do psychiatry, po szeregu seansów, dziecko wyjaśniło: „Otóż gdy widzę odlatujący samolot, obserwuję, .że samolot maleje. Po prostu nie chcę być tam w środku i zostać zgnieciony. To wszystko."
Opinie psychiatrów-pedagogów są podzielone i nie będę zabierać głosu, gdyż wydaje mi się, iż ze wszystkich ludzi na świecie ja sam mam najmniej kwalifikacji pedagogicznych. Kiedy patrzę na amerykańskie dzieci i wstrząsający dramat długowłosych, przypomina mi się rozmowa, którą przeprowadził bohater „Podrostka" ze swoim ojcem. Otóż na rosyjskie pytanie: „Co robić w życiu?" - młodzieniec otrzymuje następującą odpowiedź: „Najlepiej nic nie robić. Przynajmniej będzie się miało czyste sumienie, że się w niczym nie uczestniczyło". Muszę szczerze wyznać, iż trafność i słuszność tej odpowiedzi poruszyły mnie tak głęboko, iż jestem jej wierny od lat przynajmniej piętnastu; i myślę, iż uda mi się wytrwać w tej wierze, dopóki pewnego dnia nie odejdę drogą wszystkich ludzi. Opinie psychiatrów na temat stosunku dziecka do gwałtowności są podzielone i trudno tu kusić się o rzeczowy osąd tej sprawy. Czyhałem parę dni temu artykuł lekarza psychiatry, w którym doktor powiada, iż dziecko należy uczyć rozumienia gwałtowności, brutalności i przemocy, aby mogło wkroczyć w życie uzbrojone w wiarę, iż człowiek jakkolwiek bity i poniewierany w ostatecznym wyniku zdolny jest jednak do odniesienia zwycięstwa. Tak więc bohater filmu rysunkowego, który jest kotem wysadzanym w powietrze, elektryzowanym, przejeżdżanym przez walec drogowy i tak dalej, na końcu otrząsa się przecież i niszczy sadystyczną mysz, której zawdzięcza tak wiele utrapień. Taka jest rola pedagogiczna gwałtowności i przemocy w książkach i filmach przeznaczonych dla dzieci.
Trudno mi o tym myśleć w ten sam sposób. Nie jestem wcale przekonany, że dziecko tak właśnie należy przygotowywać do rozumienia życia. Sam będąc dzieckiem podczas okupacji widziałem tak wielu zabitych, zmasakrowanych i publicznie rozstrzeliwanych ludzi, że nie robiło to na mnie wcale wrażenia; i przypuszczam, iż podobnie działo się z wieloma ludźmi, którzy dzisiaj są w moim wieku. Po wojnie dzieci na gruzach Warszawy bawiły się przeważnie w rozstrzeliwanie Żydów. Lata powojenne przyniosły nową falę terroru, tym straszniejszego, że pochodzącego od Polaków; tak więc nie widziałem już zabijania ludzi na ulicach, ale czytałem artykuły z rozpraw sądowych przeciw ludziom z RAF-u; ludziom z AK; czytałem sprawozdania z procesu Doboszyńskiego i biskupa Kaczmarka. Wcześnie rozszedłszy się ze swoją rodziną, przebywałem w rozmaitych środowiskach, w których każde nieporozumienie kończyło się bójką, w najlepszym wypadku na pięści. Nie wiem, czy jestem typowym produktem; lecz dla mnie jest oczywiste, że stanowię produkt czasu wojny, głodu i terroru. Stąd też bierze się nędza intelektualna moich opowiadań; ja po prostu nie potrafię wymyśleć opowiadania, które nie kończyłoby się śmiercią, katastrofą, samobójstwem czy też więzieniem. Nie ma w tym żadnej pozy na silnego człowieka, o co posądzają mnie niektórzy. Jest to infantylizm intelektualny, wynikający z faktu nieumiejętności oceniania człowieka, absolutnej nieznajomości wartości życia ludzkiego, prawdziwości ludzkich zapatrywań i czystości pragnień. Ja o tym wszystkim doskonale wiem już od lat, niemniej nie jestem w stanie wymyślić innych opowiadań jak właśnie opowiadania tego rodzaju. Pytano mnie kiedyś, dlaczego wciąż piszę o tych dwóch opryszkach zabijających psy. Nie wiedziałem tego z początku; teraz przypomniało mi się, iż jako dziecko czekałem kiedyś na stacji wraz z matką na pociąg odchodzący z dworca Warszawa - Służewiec. Zobaczywszy pięknego psa podszedłem do niego i zacząłem się z nim bawić, aż do chwili kiedy silne kopnięcie butem w twarz odrzuciło mnie do tyłu; pies należał do Niemca, który miał po temu powody, aby polskie dziecko nie dotykało jego psa. Dalej: mieszkając jako dziecko poza Warszawą, jechałem kiedyś do Warszawy i widziałem polską kurwę jadącą z niemieckim oficerem, podczas gdy jej pies biegł za pociągiem. W pewnym momencie oficer
zastrzelił psa; i śmiał się wraz z tą polską kurwą. Dalej: znów jako dziecko dostałem od matki kundla Miki; kundla tego zastrzelili nudzący się żołnierze niemieccy. Aby zrozumieć to, o czym mówię, należy pomieszkać trochę w Niemczech i obserwować ich stosunek do zwierząt; czuły, przyjacielski, opiekuńczy. W naszym kraju Niemcy nienawidzili nie tylko nas, lecz również naszych zwierząt. Adolf Rudnicki słusznie pisze, iż nienawiść Niemców była nie nienawiścią panów, lecz nienawiścią lokajów. Trudno zaiste wyobrazić sobie kraj, w którym mały kapral przemawia do półpijanych ludzi w piwiarni oświadczając im, że stanowią najbardziej wartościowy element żyjący na świecie i to upoważnia ich do popełniania zbrodni.
Tak więc ja sam jestem produktem tych czasów i jest to prawdopodobnie krzyż, którego nie pozbędę się nigdy. Czy jednak obserwowanie gwałtowności i przemocy pomogło mi w życiu? Z całym przekonaniem odpowiadam: nie. Wręcz przeciwnie; będąc na Zachodzie, jako dorosły człowiek, musiałem uczyć się elementarnych rzeczy, szacunku dla innych ludzi, poszanowania ich spokoju, ich prawa do odpoczynku; i nie jestem wcale pewien, czy nauczyłem się tego w stopniu dostatecznym. Będąc dorosłym człowiekiem musiałem uczyć się prawidłowego przechodzenia przez jezdnię, nieprzekraczania dozwolonej szybkości w czasie prowadzenia samochodu; musiałem wreszcie uczyć się rzeczy dla mnie najtrudniejszej: rozmowy z urzędnikami i policjantami bez uczucia strachu. I tego również nie nauczyłem się do dziś. Idąc w Niemczech ulicą stale schodzę na jezdnię, gdyż oczekuję, że człowiek idący naprzeciw mnie kopnie mnie nagle lub uderzy pięścią w twarz; i nie przyjdzie mi nawet do głowy, iż ja, ważący dziś przeszło dziewięćdziesiąt kilo, i uprawiający forsowną gimnastykę, mógłbym takiego człowieka rozłożyć, gdyby rzeczywiście przyszła mu ochota, aby mnie uderzyć. Tak więc moja lekcja i moje „wychowanie w gwałtowności" nie przyniosły, jeśli o mnie chodzi, rezultatów zadowalających. Uznawszy nawet, iż jestem najnieznośniejszym z ludzi, nie myślę, aby to wszystko, co widziałem, było rzeczą obojętną, w czasie kiedy kształtował się mój charakter. Obserwując dzieci patrzące na kopiących się ludzi i słysząc głos speakera: „Jaka szkoda dla tych z was, którzy nie macie kolorowej telewizji. Killer Kard Koks właśnie rozcina skórę na czole Riska Romerro; Romerro wspaniale krwawi; każdy z was powinien mieć color TV. Nawet nie wiecie, co tracicie..." - doznaję uczuć raczej niedobrych, wbrew opiniom psychiatrów. Pocieszam się jednak tym, że jak powiedział Voltaire, każde generalne stwierdzenie jest fałszywe, włącznie z tym, które niniejszym uczyniłem.

Marek Hłasko "Listy z Ameryki".

sobota, 17 listopada 2012

Dzieci (1)


Dzieci Williama i Judy bawią się razem. Dzieciom oczywiście nie wolno niczego zabraniać, gdyż to powoduje narastanie kompleksów, które później odbijają się fatalnie - na czym? - na wszystkim; co do tego wszyscy są zgodni, nawet Bruce. W związku z tym, kiedy jedziemy czasem z Williamem, jego żoną i dziećmi do Disneylandu, a dzieci jego drą się wniebogłosy, William nie mówi po prostu: ,,Trzymać dziób jeden z drugim", lecz wymyśla dla nich najrozmaitsze gry i przekrzykując je, mówi: „OK. Ja myślę teraz o zwierzęciu, którego imię zaczyna się na T". To pomaga; dzieci nie przestają się co prawda drzeć zespołowo, ale zaczynają się drzeć indywidualnie: T for Tiger, T for Tiger...
Żona Williama pokazała mi wczoraj piękną książeczkę pod tytułem: „Listy dzieci do Boga". (Children's letters to God, compiled by Eric Marshall and Stuart Hample). 
„Dobry Boże - Kocham Cię, ponieważ jesteś dobry. Próbuję być taki, jaki Ty jesteś. Jestem dobry dla wszystkich ludzi; dla matki i dla ojca, i dla moich dwóch sióstr. To musi być fajnie; być Bogiem i wiedzieć, że wszyscy Cię kochają. - Twój Życzliwy Thomas".
"Dobry Boże - Nie zdałem. Dziękuję Ci bardzo - Raymond". 
„Dobry Boże - Nazywam się Robert i chciałbym mieć brata. Moja mama powiedziała, abym się udał w tej sprawie do ojca; ojciec kazał poprosić Ciebie. Myślisz, że mógłbyś to zrobić? Życzę ci powodzenia - Robert".
„Dobry Boże - Mój młodszy brat ma cztery lata. Bądź łaskaw zrobić coś, aby on przestał mnie wściekać. - Twój przyjaciel - Mark".
„Dobry Boże - I myślę, że to wspaniałe, w jaki sposób nasi astronauci latają ponad światem. Proszę Cię, uczyń coś, aby nie spadli tylko na nasz dom. Twój przyjaciel - Norman".
„Dobry Boże - Co będzie, jak Ty umrzesz? Nikt mi nie chce tego powiedzieć. Twój przyjaciel - Mike".
„Dlaczego nie możesz zrobić czegoś, żeby deszcz przestał padać każdej soboty? - Rose".
,,Dobry Boże - Chłopcy są lepsi od dziewcząt. Ja wiem, że Ty jesteś jednym z nich, ale mimo to bądź fair. - Sylvia".
„Dobry Boże - Uczymy się teraz o Jonaszu i wielorybie. Kiedy on go połknął i tak dalej. To jest najlepsza historia ze wszystkich, które słyszałem, z akcją i napięciem. Mój tata mówi, że to wszystko brzmi trochę podejrzanie. Czy myślisz, że to jest zabawne? - Twój Sidney".
„Dobry Boże - Jeśli rzeczywiście umiesz tak dużo, dlaczego nie uczyniłeś, aby rzeka była dostatecznie duża i aby nie zalało naszego domu, tak że musimy się teraz przeprowadzać - Victor".
Nie pisałbym o tym, gdyby nie fakt, iż dla mnie dzieci należą nierozerwalnie do pejzażu Ameryki. Widzę je codziennie: rano jadą do szkoły specjalnym autobusem, zaopatrzonym w czerwone światła; potem wracają; potem czekają na samochód z lodami, który na naszej ulicy pojawia się około czwartej; potem siedzą przy telewizorach obserwując przygody „Człowieka-Nietoperza". Pomiędzy godziną siódmą a dziewiątą na naszej ulicy rozlegają się straszne ryki; jest to pora, w której dzieci trzeba oderwać od telewizora i położyć spać.  Dzieciom nie zabrania się niczego i nie bije się po łapach, gdyż okazuje się to zgubne w przyszłości. Nie umiem jednak pozbyć się uczucia zdziwienia patrząc na dzieci siedzące przy telewizorach i obserwujące przygody „Człowieka-Nietoperza"; przygody agentów policji i sadystycznych osobników działających w szulerniach, ciemnych ulicach i w barach z kobietami; na temat ich obyczajów można w najlepszym wypadku powiedzieć, iż są specyficzne. Co chwila pada trup; co chwila samochód zlatuje w przepaść eksplodując; w najlepszym wypadku kowboj wyrzuca kopnięciem pokrwawionego człowieka mówiąc przy tym: „Bierz konia i wynoś się z miasta". Czyżby to nie odbijało się na psychice dzieci? Żona Williama powiada, iż telewizja w jakiś sposób rozładowuje sadystyczne instynkty człowieka, co być może stanowi część prawdy. W książce „Świat seksu" przeczytałem, iż ludzie obserwujący walki bokserów czy zapaśników przeżywają uczucia podobne do orgazmu. Ponieważ książka ta została napisana przez psychiatrę, trudno tutaj zabierać głos; w tym kraju, w każdej sprawie psychiatra ma głos decydujący.
Ale cóż na przykład myśli dziecko czytające bajeczkę „Dlaczego jelly fish nie ma kości"? Proste: pewnego dnia córka króla oświadczyła, że jest chora. Doktor-ośmiornica po gruntownym zbadaniu królewskiej córy oświadczył, iż potrzebna jest niezbędnie porcja małpiej wątroby. Aby wykonać to zlecenie, wydelegowano jelly fish, będącą najlepszym pływakiem. Jelly fish płynęła przez ocean i nagle zobaczyła tonącą małpę. Zaofiarowała małpie pomoc; małpa wskoczyła na jej grzbiet i w ten sposób ocaliła swe życie. W czasie rozmowy, jaka wywiązała się pomiędzy rybą a małpą, ryba poprosiła małpę, aby dała jej trochę swojej wątroby, gdyż jest to niezbędne z punktu widzenia zdrowia córy królewskiej. Małpa oświadczyła, iż chętnie to zrobi, ale że zostawiła swoją wątrobę na wyspie; tak więc ryba z małpą na plecach popłynęły w kierunku wyspy; małpa wyskoczyła na brzeg i wszedłszy na drzewo powiedziała: „A teraz pocałuj mnie w dupę". Ryba popłynęła z powrotem i opowiedziała o swojej przygodzie doktorowi-ośmiornicy. Doktor zameldował o tym królowi, który wpadłszy we wściekłość polecił swoim giermkom bić rybę; bili ją tak długo, aż pogruchotali jej wszystkie kości. Oto dlaczego jelly fish nie ma kości. Nie jest to jednak koniec tej budującej historyjki. Otóż po egzekucji wykonanej na rybie królewska córka oświadczyła, iż wcale nie jest chora, o dolegliwościach zaś, o których myślała, iż pochodzą z chorej wątroby, nie warto w ogóle mówić, gdyż są one rezultatem lekkiego bólu głowy. Jest to najbardziej sadystyczna bajka, jaką znam. Mamy w niej element odwagi i poświęcenia, zniweczony przez zdradę; element oszukanej wiary; element tortur fizycznych; element nie zawinionej kary, i to wszystko jest tylko wynikiem kaprysu młodej i nudzącej się idiotki. Mamy tu również element trwałego kalectwa, który stanowi wytłumaczenie na zadawane przez dzieci pytanie: dlaczego jelly fish nie ma kości? Jest to najlepsze opowiadanie Sartre'a, jakie czytałem, i muszę przyznać, iż czytając jego ciężkie, teutońskie wypracowania nigdy nie myślałem, że ten chłopak zajdzie tak daleko.

Marek Hłasko "Listy z Ameryki".

środa, 24 października 2012

Mam wielką slabość do zeszytów w linię

Budzę się o czarnej godzinie i czarne myśli idą mi przez głowę. Słyszę dzwony dzwoniące na kościelnej wieży, słyszę dochodzący z góry entuzjazm matki witającej się z psami – potem przychodzi głucha stepowa cisza i daleki stukot pociągu jadącego z Głębiec. Najpierw jest piąta, potem szósta, potem siódma rano. Z rzednącego półmroku wyłania się moja na wskroś przypadkowa biblioteka, której widok mnie przygnębia. Od czasu do czasu przywożę z Krakowa do Wisły jakieś quasi-zbyteczne książki, których w najbliższym czasie na pewno nie będę czytał, ale, być może, kiedyś je przeczytam, choć raczej nie. Powstaje w ten sposób księgozbiór absolutnie niepoczytalny, chorobliwy, kryminogenny. Jurgen Thorwald Godzina detektywów, Tilman Spengler Mózg Lenina, Immanuel Kant Religia w obrębie samego rozumu, Siergiej Dowłatow Jak pragnę wolności, ks. Tomasz Węcławski Gdzie jest Bóg?, Josef Skvorecky Lwiątko, Max Heindel Światopogląd różokrzyżowców, Heimito von Doderer Każdy może być mordercą (oczywiście pierwsze wydanie z 1963), Susan Forward Toksyczni rodzice, Wolfram Eberhardt Symbole chińskie, Ernest Gellner Postmodernizm, rozum i religia (a to skąd się tu wzięło?), Rene Reouven Słownik zabójców, Andriej Tarkowski Czas utrwalony... Starczy, choć to zaledwie początek pierwszej półki. Dalej jest jeszcze gorzej. Dalej idzie pokątna literatura erotyczna pomieszana ze starymi kalendarzami ewangelickimi. Jest lodowato, jest potwornie zimno, jest tak zimno, że grzbiety książek wydają mi się powleczone szronem. Akcydentalny księgozbiór ma tę dobrą stronę, że można, a nawet trzeba go unikać. Jak człowiek jest skazany na książki, z których każda świetnie nadaje się w zasadzie do czytania i zarazem żadna się w zasadzie nie da czytać – sięga po klasykę. W ten sposób przeczytałem po mniej więcej trzydziestu latach, a więc pierwszy raz z jakim takim zrozumieniem, Martwe dusze Gogola. Obecnie czytam – również, jak mi się zdaje, z większym niż dawniej zrozumieniem – Pana Tadeusza. Szron pokrywa też stertę zeszytów w linię w wykwintnych okładkach. Nic na to nie poradzę – mam wielką słabość do zeszytów w linię w wykwintnych okładkach. W ogóle mam słabość do galanterii papierniczej, do sklepów papierniczych, do hurtowni papieru. Zeszyty w linię (bez marginesu), w wykwintnych okładkach kupuję w złudnej nadziei ich zapisania. Nigdy wprawdzie, nigdy nie udało mi się zapisać zeszytu tak jak Pan Bóg przykazał, od deski do deski, ale niektóre z tych zamarzniętych na kość kajetów są jednak częściowo zaczernione. Kilka albo kilkanaście stron bezładnych notatek i furkot liniowanych stronic daremnie czekających na ciągi dalsze. Kiedy czarne myśli zaczynają iść przez głowę, kiedy bezbarwne szpony nicości biorą mnie w swoje posiadanie, sięgam po nowy zeszyt i zaczynam pisać cokolwiek, daję terapeutyczną folgę psychofizycznemu nawykowi pisania. Jak powiedział Grochowiak, od którego wierszy wszystko się zaczęło: „Godziny przy piórze one leczą rany. / I śmierć jest daleka jak była w dzieciństwie”.

Jerzy Pilch "Kot, który trzyma mnie przy życiu" [w]: tegoż "Bezpowrotnie utracona leworęczność".

Słownik zabobonów literackich

Wstęp

Ogłaszamy fragmenty rzeczy nie skończonej, a nawet — szczerze mówiąc — ledwo poczętej, ogłaszamy je jednak, gnani desperacką obawą, iż ktoś nas wyprzedzi. Atrakcyjna formuła zabobonów filozoficznych, zaproponowana przez Józefa Marię Bocheńskiego w Stu zabobonach, aż się prosi, by na niej pożerować, by z niej zaczerpnąć, by ją rozrzedzić. Zapewne lada chwila na ogarniętym najdzikszą swawolą rynku pojawią się pasożytujące na Bocheńskim słowniki zabobonów ekonomicznych, medycznych, prawnych, miłosnych, samochodowych, słowniki zabobonów kosmetycznych, sportowych, kulinarnych czy pijackich. Już słychać apokaliptyczny łoskot komputerów, na których zostaną napisane słowniki zabobonów politycznych, teologicznych, towarzyskich, historycznych, zabobonów podróżniczych, śniadaniowych i fizjologicznych. „Mój słownik pokazuje — powiada Bocheński — że w naszym świecie panuje tyle zabobonów — i jakich zabobonów". Należy się obawiać, że gdy indeksy zabobonów zostaną rozpisane według specjalizacji, ich liczba niepomiernie wzrośnie. Małe i specjalistyczne zabobony zapewne tak szczelnie wypełniają materię życia, iż samo ich nazywanie jest naznaczone zabobonnym lękiem.

Zabobon rynkowego pierwszeństwa


Zabobon rynkowego pierwszeństwa, któremu się poddajemy, ogłaszając pierwsze hasła Słownika zabobonów literackich, funkcjonuje głównie w odniesieniu do rzeczy wtórnych i drugorzędnych. Wartości istotne i dzieła prawdziwe nie są falsyfikowane przez rynkowe opóźnienia. Ale też nie ukrywamy, że idzie o pierwszeństwo w wyścigu zapożyczeń, a nawet nie pierwszeństwo, o to, by z gnającego dziś przez Polskę peletonu pasożytów intelektualnych nie wypaść. Literatura jest obszarem wyjątkowo wręcz naznaczonym guślarskimi praktykami i teoriami. Należy tu wyróżnić zabobony teoretycznoliterackie, krytycznoliterackie, historycznoliterackie oraz zabobony związane z praktyką pisarską. Osobne podziały idą wzdłuż rodzajów i gatunków, gdzie trzeba mówić o zabobonach poetyckich, powieściowych czy teatralnych. Porządki te wielokrotnie krzyżują się z sobą. Historyczne i zarazem sezonowe trwanie literatury jest jednocześnie źródłem nieprzebranej wręcz ilości literackich guseł. Na ogłoszoną niedawno przez „Gazetę Wyborczą" ankietę zatytułowaną: „Co zostało z literatury PRL-u", można na przykład odpowiedzieć i tak: prócz niemałej ilości dzieł, które przetrwały i przetrwają, z literatury PRL-u została też niemała ilość przesądów, opacznych nawyków i zabobonnych sposobów istnienia. Toteż rozliczne z wyszczególnionych w Słowniku zabobonów literackich są w istocie peerelowskimi zabobonami literackimi. Lub o ewidentnie peerelowskiej proweniencji.

Zabobon grobowego milczenia towarzyszącego pisaniu

Z samego wstępu wynika istnienie pierwszego zabobonu literackiego, czy raczej zabobonu pisarskiego, który powiada, iż nie należy ogłaszać fragmentów rzeczy niegotowej. W radykalniejszej wersji zabobon ten głosi: pisarz w trakcie pisania w ogóle nie powinien ujawniać faktu, że pisze. Nie powinien tego czynić, ponieważ ogłaszając fragmenty czy też informując czytelników o istnieniu rzeczy nie dokończonej, może rzecz zapeszyć i jej — właśnie — nie dokończyć. Z żalem wypada stwierdzić, iż zabobonu tego z uporem godnym lepszej sprawy przestrzegały i przestrzegają całe rzesze autorów. W wyniku ich zabobonnej gorliwości literatura obfituje w cały szereg dzieł, których istnienie trafniej było zapeszyć. W każdym wypadku nienapisanie i niedokończenie kiepskiej książki jest znaczniejszym osiągnięciem literackim niż jej napisanie. Uprawianie kultu grobowego milczenia, jakie winno towarzyszyć powstającemu dziełu, jest najzwyklejszym kamuflowaniem intelektualnego lenistwa. Niechęć do opublikowania czy choćby zreferowania niegotowych fragmentów jest tożsama z obawą, iż fragmenty te wydobyte na światło dzienne wypadną blado i licho, ergo trzeba będzie je raz jeszcze przepisać. A jakże tu przepisywać, skoro się nie chce przepisywać. Jeśli pisarstwo jest nieustanną szamotaniną pomiędzy pewnością a niepewnością, to niechęć do poddania się wczesnemu osądowi publicznemu dowodzi, że autor wybrał pewność własnej nieomylności. Otaczanie pisania nieprzenikalnym dla Ziemian nimbem milczenia szczególnie ekstatycznie uprawiają niektórzy polscy poeci. Nikt, rzecz jasna, nie żąda publikowania liryków w odcinkach (choć w zasadzie i to jest zabobon), ale też nader często jakakolwiek próba skomunikowania się z Poetami naszymi Św. w sprawach ich Wierszy św. jest nie tyle daremna, co daremna i świętokradcza zarazem. W skrajnych wypadkach pisanie wierszy staje się do tego stopnia wewnętrzną sprawą autora, iż o jakimkolwiek uzewnętrznianiu mowy być nie może. Ponieważ literatura jest jednak sztuką uzewnętrzniania, zabobon grobowego milczenia prowadzi ją niekiedy tam właśnie — do grobu.


piątek, 28 września 2012

Dusza Conrada

Przykra to była rzecz być narodem nie mającym swojego państwa. Z konieczności kładliśmy nacisk na nasze wartości duchowe; ale i z tymi zaczynało być ciasno. To, co mieliśmy najwspanialszego, nie nadawało się do „eksportu”, co było europejskie, międzynarodowe, to nam podskubywali po trosze. Kopernik stawał się Niemcem, Szopen Francuzem. Doszło do tego, że pewien Francuz literat przyjechawszy do Warszawy z odczytem opowiadał nam o „wielkim pisarzu rosyjskim” Sienkiewiczu. Upominaliśmy się oczywiście o swoje, ale przykra to była i żenująca rola być tą ubogą kuzynką Europy, zmuszoną do ciągłych reklamacji. Było coś śmiesznego w tym przypominaniu, że M-me Curie była z domu panna Skłodowska etc. Z czasem wytworzyły się dwa kierunki. Jedni, można powiedzieć, aneksjoniści: ci wyliczali z lubością, że Leibniz nazywał się Lipski, Nietzsche – Nicki, ba, gotowi byli się chlubić, że Bergson ma krewnych w Warszawie przy ulicy Gęsiej... Inni, delikatniejszej przyrody, raczej nie lubili tych aneksji: chłodno patrzyli na zażarte boje, jakie pewien malarz toczył o polskość Wita Stwosza, zdobywając mu walecznym piórem coraz to większe przestrzenie. Ta niechęć, a raczej apatia, przeważała: doszło do tego, że gdyby nawet plemię Aszantów chciało sobie przywłaszczyć Polę Negri, nie mielibyśmy energii rewindykować jej dla Polski. W tej epoce depresji przyszły do nas wieści o sławie Conrada. „Toć to nasz Korzeniowski” – wykrzykiwali jedni z tryumfem. Inni wzruszali ramionami. „Pisał w obcym języku, do obcych przystał, zapomniał o Polsce, niechże tam już zostanie, nie bądźmy śmieszni z tymi reklamacjami” – mówili. Dotąd znam ludzi, którzy krzywią się z niechęcią, gdy jest mowa o polskości Conrada. Aż nagle ta afirmacja polskości jako najgłębszego podłoża dzieła wielkiego pisarza przyszła do nas z nieoczekiwanej strony. Francuski poeta i krytyk, p. J. Aubry, podjąwszy przekład kilku utworów Conrada zaciekawił się niezwykłą linią jego twórczości. Uderzyło go to życie, zadziwiające swą pozorną przypadkowością a tajemniczą konsekwencją; uderzył go egzotyzm tego zjawiska w literaturze angielskiej. I nie drogą narodowego pietyzmu, któregozasadzki czyhałyby z konieczności na polskiego badacza, ale drogą introspekcji psychologicznej,drogą wnikania w treść i styl Conrada, doszedł do swego przeświadczenia. Później p.Aubry zetknął się z Conradem osobiście; dziesięć lat żył z nim w Anglii w serdecznej zażyłości, po śmierci pisarza przeszły w jego ręce ważne papiery, korespondencja. I wszystko to coraz bardziej utwierdzało bystrego Francuza w jednym: mianowicie, że nie podobna zrozumieć Conrada inaczej niż patrząc nań przez pryzmat polskości, że tylko tak można wejrzeć w jego artyzm, język, w jego duszę, w najgłębsze niedomówienia schowane w tym bardzo zamkniętym człowieku. I tak, osobliwym kaprysem losu, Francuz stał się jak gdyby pomostem między angielskim pisarzem a nami; ten cudzoziemiec z większą swobodą i śmiałością, niż by to mógł uczynić ktokolwiek z nas, głosi z całą siłą polskość Conrada. „Conrad jest pisarzem piszącym po angielsku, a nie pisarzem angielskim – mówi p. Aubry. – Nie rewindykować go dla Polski byłoby to samo, co uznać Chopina za Francuza” – mówi ten Francuz, zarazem fachowy znawca muzyki. P. Aubry zna sekrety dzieciństwa Conrada, owych pierwszych siedemnastu lat spędzonych w Rosji i w Polsce. On, Francuz, bardziej niż ktokolwiek powołany był do zbadania trzech lat młodości Conrada na ziemi francuskiej, a raczej na pokładzie francuskich statków; dość powiedzieć, że udało się panu Aubry odszukać starego marynarza, który kolegował za młodu z Korzeniowskim; pamiętał go doskonale, ale nie wiedział nic o dalszych jego losach i karierze literackiej. Tę tezę polskości Conrada głosi p. Aubry wszędzie – miał już na ten temat trzysta odczytów w jedenastu krajach – ta „rewindykacja”, jeżeli można posłużyć się tym grubym terminem, dokonywana przez cudzoziemca, krytyka, artystę, przyjaciela, jakże jest dla nas cenna i miła. Obecnie przybył p. Aubry do nas mówić o Conradzie artyście i Conradzie Polaku – nie dziw, że słuchaliśmy go ze wzruszeniem. Tym bardziej że historia, którą opowiedział nam po mistrzowsku p. Aubry, sama przez się jest tak przejmująca! Każdy cud zakwitającej twórczości ma coś tajemniczego, pociągającego – cóż dopiero tutaj, gdy podłożem jego są aż dwie wokacje, obie równie egzotyczne, równie niespodziane, jednako zadziwiające swym bezwzględnym imperatywem! Kolejno przesuwają się przed naszymi oczyma lata wygnania przebyte z rodzicami w głębi Rosji, wspomnienia tragiczne, bolesne, śmierć matki, którą zabiły te przejścia, i lata młodzieńcze spędzone w rodzinnej wsi, w atmosferze smutku i żałoby. Gnębiąca rzeczywistość, od której chłopiec ucieka w świat marzeń, wyczarowany przy pomocy książek. Opisy podróży, historie marynarskie, które dla każdego prawie chłopca są przelotnym mirażem, rozstrzygnęły o jego życiu; bodaj że dwunastoletni malec postanowił, że będzie marynarzem, i to nie innym, tylko angielskim. Żadne żarty ani potem perswazje nie mogły zmienić postanowienia; lata spędzone w gimnazjum w Krakowie umocniły je jeszcze. Musiała ta wokacja być bardzo silna, skoro rodzina ustąpiła i wysłała siedemnastoletniego chłopca do Marsylii, aby tam wstąpił do handlowej marynarki francuskiej. Trzy lata trwa ten pobyt; nagle młody człowiek po jakimś przejściu sercowym i wynikłym stąd pojedynku rzuca wszystko i decyduje się na wielki krok: nie umiejąc ani słowa po angielsku, wstępuje jako prosty majtek na okręt angielski i udaje się do Londynu drogą cokolwiek okrężną, bo przez... Konstantynopol! Tu następuje kilkanaście lat wędrówek po morzach, powolny awans aż do kapitana okrętu. Błędnym jest, jakoby Conrad zerwał węzły z ojczyzną: istnieje kilkadziesiąt listów wuja jego, Tadeusza Bobrowskiego (listy Conrada do wuja spłonęły w czasie wojny bolszewickiej), w których wuj chwali siostrzeńca za wzorową polszczyznę i namawia go, aby pisywał korespondencję do krajowych tygodników. Ale w Conradzie nie ma wówczas ani śladu pisarza; lenistwo jego do pióra jest takie, że zaledwie dla listu umie je przemóc, i to nieczęsto. Wokacja jego literacka krystalizuje się zwolna i w dziwny sposób. Spotkana gdzieś na dalekich lądach wizyjna postać Almayera pobudza jego wyobraźnię; cała rodzina Almayerów, niby półfantastyczne „postacie sceniczne w poszukiwaniu autora”, oblega go na jawie. Aby się uwolnić od tych wizji, bez myśli o karierze literackiej, zaczyna pisać. (Zauważyć należy, że ten marynarz-samouk był bardzo wykształcony, czytał mnóstwo za młodu i później, zwłaszcza znajomość jego języka i literatury francuskiej miała być niepospolita.) Rodzi tę swoją pierwszą książkę, którą miała być Fantazja Almayera, przez siedem blisko lat; z ukończeniem jej schodzi się okoliczność, która każe mu porzucić umiłowany zawód żeglarza. Choroby, których się nabawił w tropikach, nie pozwalają mu dalej pędzić życia na okręcie. I druga okoliczność, przypadkowa na pozór, przypada na ten czas: umiera wuj jego, Bobrowski, jedyny łącznik między kapitanem Korzeniowskim a Polską. Korzeniowski przedzierzga się w Conrada, marynarz w autora, Polak w Anglika. I tu następuje dziwna transsubstancjacja. W pismach Conrada, jeśli wyłączyć jego Wspomnienia, w których wiele mówi o swoim dzieciństwie, o Polsce niewiele jest mowy; ale, zdaniem p. Aubry, jest ona wszędzie, jest niejako wszechobecna podskórnie. Jest w nim wielka samotność tułacza, obcego – mimo wszystko – ziemi, na którą go los rzucił; jest kult bohaterstwa, romantyczny owym specyficznym romantyzmem polskim. Najczęstszy motyw tego pisarza, który wzrósł w atmosferze powstania styczniowego, to odwaga rozpaczy, bohaterstwo upierające się przy pięknej sprawie, mimo lub właśnie dlatego, że jest przegraną. I jest chwilami jakby tajony ból, jakby wyrzut i ciągła tęsknota. Faktem jest, że w ostatnich latach Conrad myślał o powrocie do Polski. Zaledwie możemy w kilku słowach zaznaczyć momenty analizy, jakie rzucił nam również szkicowo p. Aubry w swoim pięknym i mądrym odczycie; zakończył go zachętą, aby kto z naszych badaczy podjął to, czego on, nie znając polskiego języka a mało literaturę, uczynić nie może: aby mianowicie wniknął w dzieło Conrada szukając nici, jakie mogą je łączyć z naszą literaturą, związków jego języka z naszym. Jeżeli Nietzsche, kończy p. Aubry, zdaniem najkompetentniejszego w tej mierze człowieka, bo Przybyszewskiego, tyle – mimo znacznie odleglejszej filiacji! – wniósł „polskości” w język niemiecki dając mu nowe wartości, o ileż bardziej musi się to odbijać w Conradzie, który również, zdaniem samych angielskich krytyków, dał nowy ton, nowy wdzięk językowi angielskiemu. I jest w tym coś fatydycznego, że właśnie on, cudzoziemiec, najgłębiej mówił Anglikom w ich języku o ich własnym żywiole, o morzu; że on, Polak, spojrzał na nie świeżymi oczyma bezmiernej miłości, oczyma mistycznej tęsknoty.

Tadeusz Boy-Żeleński "Szkice literackie".

wtorek, 14 lutego 2012

Czy małe rybki są szczęśliwe?

Czy małe rybki są szczęśliwe? Jaką rolę odgrywa sztuka w wyprawach polarnych? Czy odkurzacz może mieć jakiś wpływ na wykonanie sonaty fortepianowej? Jakie były ostatnie słowa w życiu wielkich ludzi? Tego wszystkiego i dużo więcej możecie się dowiedzieć czytając tę wyjątkową książkę.  

Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko Simona Leysa to zbiór felietonów, które autor publikował w latach 2005-2006 w Magazine litteraire oraz na łamach innych czasopism. Simon Leys to pseudonim literacki Pierre Ryckmansa, belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego, który studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. Od 1970 roku mieszka i pracuje w Australii.

Felietony Simona Leysa przeczytałem z dużą przyjemnością. Każdy z nich to mały literacki klejnocik, mądry i  zarazem zabawny, często zakończony inteligentną i zaskakującą puentą. Styl pisarski Leysa jest błyskotliwy, pobudzający do myślenia, chwilami poetycki i pełen ciepła. W Szczęściu małych rybek mamy sporo spostrzeżeń, zarówno dotyczących literatury, jak i natury filozoficznej. Do tego każdy z felietonów poprzetykany jest gęsto licznymi anegdotami i cytatami znanych postaci ze świata kultury, przeważnie pisarzy. Pojawiają się takie nazwiska jak Conrad, Swift, Flaubert, Goethe, Wagner, Sartre, Orson Welles a nawet Hugh Grant.

Autor, który przyznaje, że jest zbieraczem dziwnych wiadomości, wychodzi od cytatu lub anegdoty, obudowuje je w znaczenia i wzajemne powiązania, porównuje i zestawia ze sobą, dodając do nich swoje przemyślenia. Pisarze i sławni ludzie są dla niego tylko punktem wyjścia, aby poprzez ich życie i problemy, pokazać przeciętnego człowieka, everymana, każdego z nas. Z felietonów Leysa możemy dowiedzieć się co Schopenhauer sądzi o sztuce nieczytania, dlaczego Hugh Grant nie chodzi do psychoterapeuty oraz czy Joseph Conrad cierpiał na chorobę morską. Czytelnik znajdzie tu również refleksje na temat lenistwa, bezczynności, dobrego smaku, niemocy twórczej, palenia papierosów. Szczególnie chciałbym tutaj polecić felieton, a w rzeczywistości esej, O kłamstwach, które mówią prawdę oraz ostatni bardzo ciepły oraz przynoszący otuchę i nadzieję Memento mori. Rozmyślania wielkopostne.

Ta niewielka objętościowo książka to pochwała literatury i czytania, która daje każdemu czytelnikowi niesamowitą radość. Nie należy jej jednak czytać szybko, w jeden wieczór. Warto dawkować ją sobie po kawałeczku, jeden felieton dziennie, aby dać sobie czas na refleksję, a potem powrócić do lektury. Ja osobiście będę do niej wracał wiele razy.

A na zakończenie krótki fragment z rozdziału zatytułowanego "Trzy po trzy":

Wrażliwi.

"Tytoń jest dla człowieka jedną z najgroźniejszych trucizn". To cnotliwe ostrzeżenie stało się dość banalne, powiesz, drogi czytelniku. Mniej banalna -  i to powinno nas zastanowić - jest osoba tego, który to wygłosił: Adolf Hitler. Podobnie Adolf Eichmann oczekując na egzekucję wypożyczył z więziennej biblioteki egzemplarz "Lolity". Po przeczytaniu kilku stron (podaje jeden z biografów Nabokova) odrzucił książkę: 'To obrzydliwe!' " [s.33]

Schopenhauer.

"Na temat zdrowego sposobu obcowania z książkami Schopenhauer poczynił uwagi, które pozostają niepokojąco trafne: "Sztuka nie czytania jest bardzo istotna. Polega ona na tym, by nie interesować się wszystkim, co w danej chwili przyciąga uwagę szerokiej publiczności. Kiedy o jakimś dziele wszyscy mówią, proszę pamiętać, że nigdy nie zbraknie czytelników temu, kto pisze dla durniów. Pierwszy warunek czytania dobrych książek to nie tracić czasu na czytanie kiepskich, bo życie jest krótkie. A potem wypuszcza ostatnią stzrałę, która pięknie załatwia sparawę tego "listu z antypodów", który masz, czytelniku przed sobą: 'Tylko ten, kto wysnuwa swoje pisanie bezpośrednio z własnego mózgu, zasługuje, by go czytano'." [s.35-36]

"Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko" (Le boheur des petits poissons) Simon Leys, przełożył  Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Drzewo Babel, 2011, str. 149.