Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biografia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 stycznia 2017

Człowiek, który pamiętał przyszłość


„Czy był szalony? Bez wątpienia. Gdyby był normalny, nie byłby geniuszem” – Lech Jęczmyk

Biografia jednego z największych prozaików minionego stulecia, zwanego Salvadorem Dalí świata literatury, autora najosobliwszych opowieści fantastycznonaukowych, jakie widział świat. Philip K. Dick żył w okresie obfitującym w wielkie wydarzenia, jak Wielki Kryzys, II wojna światowa, pierwsze loty w kosmos czy rewolucja informatyczna. Napisał kilkadziesiąt powieści, na których odcisnęły one wyraźne piętno. Anthony Peake jednak ukazuje w tej książce nie tylko niezwykłego pisarza, ale i niezwykłego człowieka, kroczącego wąską ścieżką między geniuszem i szaleństwem. Szczególnie zaintrygowały go zdarzenia z życia Dicka, które mogą świadczyć, że – jak bohaterowie jego książek – miał on dar prekognicji, pamiętał swoją przyszłość…

wtorek, 22 lipca 2014

"Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"



Jarosław Iwaszkiewicz  - reaktywacja!

„Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia” – pierwsza niebiograficzna, odważna i zaskakująca książka o Jarosławie Iwaszkiewiczu. O jednym z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku w nowy sposób opowiadają najbliżsi oraz literaturoznawcy najmłodszego pokolenia. Świeże spojrzenie na biografię „wielkiego Iwaszkiewicza” biegnie w poprzek przyjętym kanonom i schematom.

Książka właśnie trafia do księgarń. Przygotowana pod redakcją Anny Król pokazuje Iwaszkiewicza, jakiego nie znamy. Każda z trzech części przynosi zaskakujące informacje na temat „najbardziej rozpracowanego”, a jednocześnie nieoczywistego i intrygującego twórcy ostatniego stulecia. Znajdują się w niej migawki z życia osobistego, rozmowy o sprawach dotychczas przemilczanych i anegdoty przypominane przez najbliższych.

Część 1. Migawki, czyli rozmowy z najbliższymi

Z córką pisarza Marią Iwaszkiewicz Anna Król rozmawia o literackim środowisku skupionym w latach 50. I 60. wokół kawiarni „Czytelnik”, zwyczajach pisarskich ojca i chorobie matki. Wiesław Kępiński, przybrany syn Iwaszkiewiczów wraca do miejsc, w których najczęściej bywał z Iwaszkiewiczem, zdradza sekrety mody lat 50. i przypomina ulubione warszawskie ścieżki pisarza. Zofia Dzięcioł, gosposia, która pracowała na Stawisku od 1956 roku do śmierci Iwaszkiewiczów, po raz pierwszy zdecydowała się opowiedzieć o codzienności Anny i Jarosława. Podczas rozmowy w dawnym domu pozwoliła zajrzeć do szuflad i szaf, w których nadal wiszą garnitury pisarza, opowiedziała o przyzwyczajeniach i ulubionych potrawach rodziny. Oni, proszę pani, wszystko zbierali. „Wszystko się przyda” – to było motto tego domu, jedyna odpowiedź na wszystko. To obłęd był. „Przyda się”. Niech pani zobaczy – atrament do pióra, to też jego. I jeszcze ta resztka wody kolońskiej. A tam niżej francuska puderniczka i pędzel do golenia. Tych pierdołów za przeproszeniem to zawsze było pełno. Bo teraz to się wszystko co niepotrzebne wyrzuca. A tutaj się wszystko zbierało, bo się przyda. Taka mania! (fragment tekstu)
Część 2. Wielogłos, czyli eseje i wyznania

Zaproszeni do współtworzenia publikacji, najlepsi literaturoznawcy młodego pokolenia zdradzają powody fascynacji biografią i twórczością pisarza. Prawnuczka Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek pisze o tym, jak udało jej się przezwyciężyć rodzinną legendę przytłaczającą słynnego pradziadka. Krytyczka literacka Justyna Sobolewska przypomina  fascynującą lekturę „homoseksualnej love story” pozostawioną przez pisarza w „Dziennikach”, a biograf Radosław Romaniuk zastanawia się nad tym, jak i kiedy pisarz stał się jednym z najbliższych przyjaciół. Iwaszkiewicz, jaki wyłania się z tych portretów to: „Stary” - podjadający słodycze w stawiskiej kuchni, ojciec - wpadający w odwiedziny do kawiarni „Czytelnika” i prezes borykający się z napastliwością literackiego środowiska.  Czasem po prostu kompan, zakochany mężczyzna, mentor i wrażliwy poeta.

sobota, 15 marca 2014

Haruki Murakami: In search of this elusive writer - dokument BBC

Haruki Murakami

Prawdziwa gratka dla wszystkich fanów Murakamiego. Jeżeli jeszcze nie mieliście okazji obejrzeć, to polecam ten obszerny dokument BBC. O Autorze, o jego książkach, o Japonii, o gadających kotach, kobiecych uszach, maratończykach, starych winylach i jazzowych standardach.







środa, 19 lutego 2014

"Moominland Tales: The Life of Tove Jansson"

Tove Jansson

Moominland Tales: The Life of Tove Jansson to tytuł dokumentu, który przygotowała i wyemitowała 26 grudnia 2012 roku telewizja BBC. Dokument w barwny i bardzo ciekawy sposób opowiada o życiu Tove Jansson. Nie brak w filmie kadrów z jej kamery, cytatów z Muminków i wywiadów z ludźmi, którzy kręcili się w jej środowisku. Kierownikiem wycieczki po całym magicznym świecie Tove jest Sam West, znany brytyjski aktor, który wcielił się w narratora. Przy filmie pracował m.in. polski operator dźwiękowy Marcin Knyziak.

Źródło: strona  poświęcona życiu i twórczości Tove Jansson




 

sobota, 18 maja 2013

Dokument BBC o Nabokovie

Biograficzny filmy dokumentalny BBC poświęcony autorowi "Lolity": "Life and Lolita". W filmie można usłyszeć głos i wypowiedzi Nabokova dotyczące różnych spraw, co lubił, czego nie cierpiał, jakie miał poglądy, których pisarzy i jakie ich książki ceni, a jakich nie znosi. Autor filmu tropi ślady Nabokova w Ameryce, Wielkiej Brytanii, Rosji i Szwajcarii. Odwiedza, a nawet nocuje w pokojach, w których autor "Lolity" mieszkał i pracował, rozmawia z nabokovologami oraz ludźmi, którzy Nabokova znali osobiście. Vladimir Nabokov był Wielkim Mistyfikatorem, ale być może choć trochę uda się go poznać. Znakomicie zrobiony film, polecam wszystkim, a szczególnie miłośnikom jego prozy.






czwartek, 16 maja 2013

"Migawka z pogrzebów"

Gustaw Flaubert
„Znużony, hipochondryczny ton listu Flauberta do Luizy Colet poświęconego zachodom słońca nie był pozą. Rok 1846 to w końcu rok śmierci najpierw ojca, a następnie siostry, Karoliny. „co za dom! – napisał. – co za piekło!”. Przez całą noc Gustaw czuwał przy ciele siostry: ona leżąca w białej sukni ślubnej, on siedzący i czytający Montaigne’a. Rankiem w dniu pogrzebu, kiedy spoczywała już w trumnie, złożył ostatni, pożegnalny pocałunek. Po raz drugi w ciągu trzech miesięcy usłyszał stukot podkutych ćwiekami butów, które pięły się po drewnianych schodach, by zabrać ciało. Trudno było tego dnia myśleć o żałobie; górę brały sprawy praktyczne. Trzeba było odciąć pukiel włosów Karoliny i wykonać gipsowy odlew jej twarzy i dłoni: „Widziałem, jak wielkie łapy tych prostaków dotykały jej i pokrywały twarz gipsem”. Prostacy są niezbędni przy pogrzebach.

Szlak prowadzący do cmentarza był mu już dobrze znany. Przy grobie mąż Karoliny załamał się. Gustaw patrzył, jak opuszczano trumnę. Nagle zaklinowała się; wykopano zbyt wąski dół. Grabarze złapali trumnę i zaczęli nią szarpać; ciągnęli ją to w jedną stronę, to w drugą, przekręcali, ociosywali rydlem, podważali łomami; ani drgnęła. Wreszcie któryś z nich postawił stopę na wieku, dokładnie nad twarzą Karoliny i siłą wepchnął trumnę do grobu. Gustaw kazał wykonać wizerunek jej twarzy; popiersie królowało w gabinecie przez całe jego pracowite życie, do samej śmierci, która nastąpiła w tym samym domu w 1880 roku. Maupassant pomógł ułożyć jego ciało. siostrzenica Flauberta zażądała, żeby wykonano zgodnie z tradycją odlew ręki pisarza. Okazało się to niemożliwe: pięść była zbyt mocno zaciśnięta w ostatnim skurczu.

Procesja ruszyła najpierw do kościoła w Canteleu, następnie na Cimetière Monumental, gdzie wojskowa asysta wystrzeliła swoją niedorzeczną glosę do ostatniej linijki Pani Bovary. Wygłoszono parę słów, a potem spuszczono trumnę. Zaklinowała się. Tym razem właściwie oceniono szerokość, ale grabarze poskąpili długości. Synowie prostaków daremnie zmagali się z trumną; nie mogli jej ani wepchnąć, ani wydobyć. Po kilku kłopotliwych minutach żałobnicy powoli rozeszli się, pozostawiając Flauberta zaklinowanego w ziemi pod kątem skośnym”.

Julian Barnes „Papuga Flauberta”, z angielskiego przełożył Adam Szymanowski, Świat Książki, Warszawa 2011, s. 78-79.

środa, 15 maja 2013

Potrzeba świętego spokoju

Stanisław Lem, 1966

Z listu Stanisława Lema do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, 1960.

Palę. Piszę jak szalony. 30 stron machnięte, wio dalej. Dalej, hejta, wiśta! Opowiadanie wzięło na kieł i ponosi. Dostałem propozycje: wyjazdu do Stanów Zjednoczonych na 6 miesiecy – to jest Kisinger, ten, co Mrożka woził w 59. Odmówiłem. Było tu, nikt nie chciał, stypendium na 6 mies. Do Kanady. Też odmówiłem. Jest zaproszenie na galową premierę berlińską, kwiaty, nagie Niemki w gorsach (duzy tuzin – 144 sztuk) – szampan, rozpusta, Berlin Zach., Wartburg Nowy, Dewizy, Szał Cię Miał, nerwowe łkanie szczęścia. Odmówilem. 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Błogosławiony Nikotyn

"Po śmierci doktora Flauberta, w roku 1846, w mieszkaniu przy rue Lecat odbyła się rutynowa inwentaryzacja. W poczet majątku ruchomego notariusz zaliczył domową piwniczkę, w której zastał, co następuje: dziewięćdziesiąt butelek prostego wina Bordeaux; ponad czterysta butelek lepszych win Volnay, Sauternes, Chambertin, Bourgogne, Beaune, Bordeaux, Graves oraz win reńskich i szampańskich, trzy ogromne beczki cydru i beczkę wina o pojemności dwustu czterdziestu litrów. [...] W biurze doktora Flauberta na pierwszym piętrze, obok jadalni, notariusz odkrył w szafie - oprócz narzędzi do amputacji kończyn i trepanacji czaszki, sond i noży chirurgicznych - zestaw kieliszków z rżniętego kryształu oraz towarzyszącą mu baterię alkoholi: wiśniowy rum, maderę, trzydzieści jeden butelek owocowego bimbru zwanego l'eau de vie (wodą życia), muskatu zwykłego i tego niezwykłego z Frontignant.

Taka kolekcja nie może się obejść bez odpowiedniego uzasadnienia i doktor Flaubert takie uzasadnienie miał. Był przekonany o leczniczych właściwościach alkoholu, szczególnie wina, i na pewno nie raz podzielił się tym wierzeniem z rodziną przy obiedzie, skoro zdołał je trwale zaszczepić obu swoim synom. Gustave nie tylko sam wcielał w życie wiarę ojca, ale również bywał jej apostołem wobec żyjących w ciemnocie nieszczęśników. Choćby we wrześniu 1853 roku, kiedy uświadamiał Louise Colet, że jej zwyczaj picia wyłącznie 'obrzydliwej wody' może się skończyć tylko w jeden sposób: rakiem żołądka. We francuskim klimacie - twierdził za ojcem - trzeba winem równoważyć wilgoć, jaka z powietrza przenika do organizmu i gromadzi się w układzie trawiennym, wyrządzając tam nieodwracalne szkody. 'Spróbuj przez kilka miesięcy pić wodę z odrobiną czerwonego wina lub, jeśli ta mieszanka bardzo ci nie smakuje, wypijaj na zakończenie każdego posiłku kieliszek czystego wina' - perswadował kochance. To przekonanie o szkodliwości wody i dobroczynnym wpływie alkoholu, które bracia Flaubert powtarzali za swoim ojcem, występuje w Normandii do dzisiaj. [...]

Niezależnie od wszystkich medyczno-ludowych uzasadnień, Gustave pił wino oczywiście nie dla zdrowia, lecz z wielkiej miłości do tego trunku - tak jak czynią to amatorzy mocnych napitków na całym świecie. W jego przypadku trwająca całe życie namiętność do wina rozkwitła bardzo wcześnie. Już w lipcu 1844 roku, kiedy w związku z tajemniczą chorobą ojciec zalecił mu ścisłą dietę, skarżył się w liście do Ernesta Chevalier: 'Usłyszałem, że błogosławiony Nikotyn będzie mi zakazany i że zamiast łaskawego i wdzięcznego Chambertina będę pił wodę z kwiatu pomarańczy i lipy, drzew zacnych, nie wątpię, ale nie w butelce!'.

Jeśli butelki i beczki ze zbiorów ojca zostały po jego śmierci podzielone między braci, to część z nich zapewne stała się zaczynem własnej piwniczki Flauberta. [...] O tym, że piwniczka w Croisset w ogóle istniała, dowiadujemy się właściwie dopiero ze smutnych wzmianek o jej zanikaniu, a wysychanie rzeki wina w przypadku Flauberta dziwnym zrządzeniem losu zbiegło się z wysychaniem rzeki życia, jakby obie te rzeki płynęły cały czas obok siebie tym samym korytem, poruszane tą samą zagadkową siłą, współistotne".

czwartek, 11 kwietnia 2013

"Wycie, Emfaza, Hiperbola. Bądźmy rozpasani!"


"Nic dziwnego, że kiedy zaczął pisać (a zaczął niemal tego samego dnia, w którym zechciał wreszcie poznać litery), wszystko, co wyszło spod jego pióra, musiało zostać poddane próbie głosu - każdy tekst musiał przejść przez gueuloir, czyli zostać śpiewnie wyryczany w zaciszu gabinetu, inaczej nie istniał. 'Żeby sprawdzić swoje zdania, [Flaubert] 'wywrzaskiwał' je, [siedząc] sam przy stole, i nie był z nich zadowolony, dopóki nie przeszły przez jego 'wycie' z taką muzyką, z jaką chciał. W Croisset ta metoda była dobrze znana, służba wiedziała, że ma nie przerywać mu pracy, kiedy słyszy, jak pan krzyczy' - opowiadał Zola w 'Wiestniku Jewropy' zdumionym Rosjanom.

Naturalnie bracia Goncourt również poczynili stosowny zapis o 'metodzie' Flauberta, zrobili to jednak - swoim zwyczajem - w tonie chłodnym i niechętnym, jak przystało na notatkę o kolejnym dziwactwie nienormalnego kolegi. 'Mówi nam o swojej manii [...] namiętnego deklamowania powieści w miarę postępów pracy, kiedy wydziera się tak bardzo, że musi opróżniać pełne dzbanki wody, upaja się swoim krzykiem tak głośnym, że wprawia w drżenie metalowy półmisek podobny do tego, który ma tutaj [w Paryżu], do tego stopnia, że pewnego dnia w Croisset poczuł, jak w żołądku rośnie mu coś ciepłego i bał się, że zacznie pluć krwią' - głosi koślawy donos zamieszczony w Dzienniku braci pod datą 7 kwietnia 1861 roku.

Plucie krwią to nie przesada, metoda Flauberta naprawdę była metodą ekstremalną - 'Pan' krzyczał ile sił w płucach całymi godzinami i mocno nadwyrężał sobie przeponę, a także pozostałe mięśnie klatki piersiowej i brzucha oraz gardło.

Bywało, że ryczał w nocy, stojąc w otwartym oknie swego domu w Croisset w samej tylko koszuli. 'Jest
pierwsza nad ranem. Nie wiem, jak to możliwe, że klatka piersiowa jeszcze mi nie pękła, skoro od czwartej wyję bez przerwy. Zdecydowanie muszę mieć płuca otoczone potrójną warstwą spiżu' - chwalił się w liście do Bouilheta pewnej lipcowej nocy w roku 1852. 'Ochrypłem zupełnie, bo przez cały wieczór przesadnie krzyczałem przy pracy, jak to mam w zwyczaju - zwierzał się Louise Colet pod koniec kwietnia 1853 roku. - Niech mi nie mówią, że nie uprawiam żadnych ćwiczeń, bo czasami tak się przy tym zmęczę, że starcza mi to, kiedy kładę się spać, za dwie albo trzy mile zrobione pieszo'. Do Caro, w sierpniu 1876 roku, zwracał się w konwencji makabrycznej: 'Nadal wyję jak goryl w ciszy gabinetu i nawet dzisiaj czuję w plecach czy raczej w płucach ból, który nie ma innej przyczyny. Pewnego dnia rozerwę się jak pocisk. Znajdziecie moje flaki na stole'. Czasami krzyczał z czystej radości: 'Samotność upaja mnie jak alkohol - pisał do Ernesta Feydeau. - Ogarnia mnie szalona wesołość, bez powodu, i ryczę sam jeden w imieniu wszystkich lokatorów, mało pierś mi nie pęknie'. Czasem znów dla uśmierzenia samotności. 'Nie wychodzę - zdawał sprawę ze swojego położenia Jules'owi Duplan. - Nie widuję nikogo, solidnie dorzucam do pieca i mącę echa swojej samotności swoimi rykami, frenetycznymi i nieprzerwanymi'.

O tekście, który uważał za udany, miał do powiedzenia tylko to, co o ostatniej z Trzech baśni napisał w liście do Turgieniewa: 'Herodiada nadaje się na porządne rykowisko, bo przecież, w gruncie rzeczy, tylko to się liczy: Wycie, Emfaza, Hiperbola. Bądźmy rozpasani!'. To samo, tylko znacznie bardziej powściągliwie, wyraził w przedmowie do wierszy Bouilheta [...]: 'Proza [...] - pisał tam - powinna [...] dać się przeczytać na głos. Źle napisane zdania nie wytrzymują takiej próby; uciskają pierś, zakłócają bicie serca i przez to znajdują się na zewnątrz warunków życia'".

Renata Lis, Ręka Flauberta, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2011, s. 212-214.

piątek, 4 stycznia 2013

Dostojewski - poeta, pisarz Petersburga



W lutym 1837 roku umiera matka Dostojewskiego. Wiosną tego roku Dostojewski zachorował na gardło i stracił głos. Choroba ta zostawiła ślad na zawsze, do końca życia będzie mówił gardłowym, cichym głosem. W maju Dostojewski wraz ze swym starszym bratem Michałem wyjeżdżają do Petersburga celem wstąpienia do szkoły inżynierów wojskowych. Na razie umieszczeni są w prywatnym zakładzie Kostomarowa, przygotowującym do tej szkoły. Od tego czasu Dostojewski staje się i pozostaje petersburszczaninem. Będzie później mieszkał po różnych kątach świata, w Syberii, w środkowej Azji, w niemieckim Dreźnie, nad Jeziorem Genewskim, we Florencji, ale genius loci Petersburga towarzyszyć mu będzie zawsze, będzie mu zapalał świece lub lampę naftową przy jego stole do pisania i będzie mu je gasił dopiero nad ranem, gdyż Dostojewski pracował nocami. Jedyny krajobraz, który będzie do Dostojewskiego przemawiał i będzie go wzruszał, to krajobraz prostych, szerokich ulic Petersburga, wiosenną i letnią nocą białych od białego, bezsennego nieba, jesienią i zimą mglistych, ciemnych, z ogniskami palącymi się w śniegu na rogach ulic. Ulice te mają specyficzny zapach, będący mieszaniną zapachu dziegciu, zgniłego błota i powrozów. Petersburg jak magnes pociąga ku sobie mózg Dostojewskiego, białe noce Petersburga wciąż są przedmiotem jego słodkich marzeń. Dostojewski to poeta, pisarz Petersburga.
Oto jest przykład stosunku Dostojewskiego do miasta, którego był synem adoptowanym:

"... uważam petersburski ranek, ten, zdawałoby się, najbardziej prozaiczny ranek na kuli ziemskiej, za nieomal najbardziej fantastyczny na całym świecie. To jest mój osobisty pogląd lub raczej - moje wrażenie, lecz obstaję przy nim. W taki to petersburski ranek, zgniły, wilgotny, mglisty, dziki, pomysł jakiegoś Puszkinowskiego Hermana z Damy Pikowej powinien się jeszcze wzmóc. Ten Herman, cóż za typ kolosalny, całkowicie i niesłychanie petersburski, z petersburskiego okresu. Do mnie ze sto razy podczas tej mgły powracało dziwaczne, lecz dokuczliwe i natrętne pytanie: No i cóż, jeśli rozejdzie się ta cała mgła i pójdzie do góry, czy nie pójdzie z nią razem to zgniłe i oślizłe miasto, czy nie rozejdzie się z mgłą i nie zniknie jak dym, pozostawiając na swoim miejscu dawne fińskie błoto i tylko pośrodku, dla ozdoby, jeźdźca z brązu na gorąco dyszącym, zagnanym koniu? Jednym słowem, nie mogę wyrazić właściwie swoich wrażeń, wszystko to fantazje czy też poezje, to znaczy bzdurstwo, a jednak często zadawałem sobie i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: Oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego? Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie..."

Stanisław Mackiewicz Cat "Dostojewski", Instytut Wydawniczy PAX, 1979, s. 19-20.

środa, 12 grudnia 2012

Petersburg Gogola, czyli odbicie w zamglonym lustrze

Co fascynowało Gogola w Petersburgu? Liczne szyldy sklepowe. co jeszcze? Fakt, że przechodnie, idąc, mówią do siebie i "przy tym gestykulują". Ci, co lubią badać tego typu kwestie, mogą uznać za interesujące odkrycie, że temat szyldów będzie obficie obecny w późniejszych dziełach pisarza i że mamroczący przechodnie złożą się na postać Akakiusza (Akakija Akakijewicza) z Szynela. Te paralele są nieco zbyt łatwe, a przeto zapewne fałszywe. Wrażenia nie tworzą dobrych pisarzy; dobrzy pisarze sami je wymyślają w młodości, a potem wykorzystują, jakby były wtedy czymś rzeczywistym. Gogol sam namalował i pomnożył w swoich listach petersburskie szyldy sklepowe z końca lat dwudziestych XIX wieku, aby uzmysłowić matce, a może także swojej wyobraźni, symboliczne znaczenie "stolicy" przeciwstawionej "miastom prowincjonalnym", które znał (gdzie szyldy były oczywiście równie fascynujące - niebieskie buty, skrzyżowane bele materiału, złociste bochny chleba albo bardziej wymyślne obrazki, jakie znaleźć można na początku Martwych dusz). Symbolizm przybrał u Gogola wymiar fizjologiczny, w tym wypadku wzrokowy. Mamrotanie przechodniów też miało symboliczny charakter, tym razem związany ze zjawiskiem słuchowym, które dawało odczuć rozpaloną, rozpłomienioną samotność biedaka w tłumie bogatych. To Gogol, i tylko on jeden, idąc, mówił do siebie, ale monolog odbijały echem i zwielokrotniały cienie przebywające w jego umyśle.


W istocie to dopiero przeszedłszy przez osobowość Gogola, Petersburg zyskał opinię dziwnego miejsca, którą zachował niemal przez stulecie, by ją stracić, gdy przestał być stolicą cesarstwa. Genialny tyran zbudował najważniejsze miasto Rosji na mokradłach i na kościach niewolników gnijących w tych mokradłach; to był początek tej dziwności i pierwotna skaza. Wiecznie wylewająca i zalewająca miasto Newa już była swego rodzaju niejasnym odwetem (jak to opisał Puszkin), bóstwa bagna próbowały odebrać to, co do nich należało; wizja ich walki z miedzianym carem wpędziła w obłęd jednego z pierwszych 'drobnych urzędników' w literaturze rosyjskiej, bohatera Puszkinowskiego Jeźdźca miedzianego. Puszkin wyczuł, że z Petersburgiem nie wszystko jest w porządku; zauważył bladozielony odcień nieba nad nim i tajemniczą siłę miedzianego cara, którego koń staje dęba na płynnym tle pośród pustyni szerokich ulic i wielkich placów. Ich prawdziwa dziwność została jednak zgłębiona, dopiero kiedy ktoś taki jak Gogol zaczął spacerować po Newskim Prospekcie. Opowiadanie pod tym tytułem akcentowało dziwność w sposób tak wyrazisty i niemożliwy do zapomnienia, że wiersze Błoka i powieść Biełego Petersburg, powstałe w początku naszego stulecia, zdają się raczej budować dalej miasto Gogola, niż tworzyć nowe obrazy i tajemnice. 

Petersburg nie był całkiem rzeczywisty, ale nie był taki również i Gogol, Gogol-upiór, Gogol-brzuchomówca. Kiedy był uczniem, z perwersyjnym uporem chodził niewłaściwą stroną ulicy, wkładał prawy but na lewą nogę, w środku nocy piał jak kogut, a meble w swoim pokoju układał z logiką przypominającą Alicję po drugiej stronie lustra. Nic dziwnego, że Petersburg w pełni objawił swoją dziwność w czasie, kiedy najosobliwszy z Rosjan spacerował jego ulicami. Bo Petersburg jest właśnie czymś takim: odbiciem w zamglonym lustrze, niesamowitą mieszaniną przedmiotów używanych wbrew ich przeznaczeniom, rzeczy tym bardziej niepohamowanie pędzących wstecz, im szybciej sunęły przedtem do przodu, bladoszarych nocy, zamiast zwykłych czarnych, i czarnych dni - przykładem 'czarny dzień' urzędniczyny w znoszonym ubraniu. Bywa, że otwierają się drzwi prywatnego domu i ni z tego, ni z owego wybiega z nich świnia. Jakiś człowiek wsiada do karety, ale nie jest to grubawy, przebiegły, wielkozady mężczyzna, tylko twój własny nos, mamy tu do czynienia z 'przesunięciem sensu', tak typowym dla snów. Oświetlone okno w mieszkaniu okazuje się dziurą w rozpadającej się ścianie. Twoja pierwsza i jedyna miłość jest bezwstydną kobietą, której cnota jest bajką, a ta bajka to przecież twoje życie".

Vladimir Nabokov, Nikołaj Gogol, tłum. L. Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 16-18.

czwartek, 22 listopada 2012

Życie i twórczość Katherine Mansfield - film

Katherine Mansfield w Menton, Francja, 1920

Zapraszam do obejrzenia krótkiego, około 10 minutowego, filmu biograficzny przedstawiający życie i twórczość fascynującej kobiety i pisarki znanej jako Katherine Mansfield. Jest to film pomyślany jako promocja mającego powstać w przyszłości filmu długometrażowego.



niedziela, 28 października 2012

Bo tylko film nadaje życiu znaczenie

Ten film oglądałam przez całe życie, choć nigdy do końca. Mogłaby niemal rzec: Ten film jest moim życiem! Miała dwa, może trzy lata, gdy Matka zabrała ją tam po raz pierwszy. To jej najwcześniejsze wspomnienie, i jakże ekscytujące! Graumans Egyptian Theatre przy Hollywood Boulevard. Wiele lat wcześniej, nim mogła pojąć chociażby najbardziej podstawowe zasady, jakimi się rządzi opowieść filmowa. Chłonęła jak zaczarowana ruch, bezustanne falowanie płynnego ruchu na olbrzymim ekranie nad głową. Jeszcze nie mogła pomyśleć: To jest ten sam wszechświat, w którym odbywa się projekcja niezliczonych i niemożliwych do nazwania form życia. Ileż to razy w latach straconego dzieciństwa i w latach dojrzewania będzie wracała do tego filmu z tęsknotą, rozpoznając go od razu, mimo rozmaitości tytułów i wielości aktorów. Zawsze bowiem pojawiała się w nim Jasnowłosa Księżniczka. I zawsze zjawiał się Ciemnowłosy Książę. Splot okoliczności popychał ich ku sobie i rozłączał, znowu zbliżał i ponownie rozłączał, póki - gdy film zbliżał się do końca, a muzyka osiągała punkt kulminacyjny - nie padli sobie namiętnie w ramiona. Co jednak nie zawsze było równoznaczne ze szczęśliwym zakończeniem. Zakończenie bywało niewiadomą. Zdarzało się, że jedno klękało przy łożu drugiego i pocałunek kochanków zwiastował śmierć. Nawet jeśli on (lub ona) przeżywał śmierć ukochanej (ukochanego), człowiek wiedział już, że życie przestało mieć jakikolwiek sens. Bo tylko film nadaje życiu znaczenie. I nie istnieje opowieść filmowa bez zaciemnionej sali kinowej. Ależ to denerwujące, nigdy nie obejrzeć zakończenia! Gdyż zawsze coś przeszkadzało, układało się nie tak. A to powstawało jakieś zamieszanie i zapalano światła; a to odzywał się alarm przeciwpożarowy (bez żadnego ognia? czy może był ogień? pewnego razu wydawało się jej, że czuje zapach dymu) i wszystkich proszono do wyjścia; kiedy indziej sama była już spóźniona na spotkanie i musiała wyjść; albo zasypiała w fotelu i traciła zakończenie, budziła się oślepiona jaskrawymi światłami, wokół zaś nieznajomi podnosili się i kierowali do drzwi. Już koniec? Jak to możliwe?

Nawet jako dojrzała kobieta wciąż poszukiwała tego filmu. Wchodziła ukradkiem do kina w jakiejś podrzędnej dzielnicy lub w nie znanym jej miasteczku. Cierpiała na bezsenność, zdarzało się więc, że kupowała bilet na seans nocny. Zdarzało się też, iż kupowała bilet na pierwszy seans danego dnia, czyli przed południem. Nie uciekała od własnego życia (choć to życie przysparzało jej coraz więcej kłopotów, tak jak każde dorosłe życie), ale znajdowała chwilę wytchnienia, umieszczając się niejako w nawiasie owego życia, zatrzymując czas w taki sposób, w jaki dziecko może po wstrzymać ruch wskazówek zegarka: siłą. Wchodziła do mrocznej sali kinowej (często pachnącej zatęchłym popcornem, płynem do włosów, środkami do dezynfekcji), podniecona jak młoda dziewczyna pragnąca ujrzeć na ekranie jeszcze raz Och, kolejny raz!
jeszcze jeden raz! śliczną kobietę o blond włosach, która wygląda, jakby się w ogóle nie starzała, która ma ciało jak każda inna kobieta, ale posiada także niepowtarzalny wdzięk, jakiego żadna zwyczajna kobieta nie ma, która promienieje blaskiem po chodzącym nie tylko z jej lśniących oczu, ale z każdego kawałeczka skóry. Duszą moją jest skóra. Inna dusza nie istnieje. Dostrzegacie we mnie obietnicę ludzkiej radości. Ona, która wślizguje się do kina, wybiera fotel w rzędzie blisko ekranu i bez reszty poświęca uwagę filmowi, który sprawia wrażenie jednocześnie znanego i nieznanego, jak niezbyt dobrze zapamiętany, lecz uporczywie powracający sen.

czwartek, 25 października 2012

Przesyłka specjalna

3 sierpnia 1962 .
 
PRZESYŁKA SPECJALNA
 
Przybyła Śmierć, pędząc wzdłuż bulwaru w gasnącym sepiowym świetle.
Przybyła Śmierć mknąca niczym w kreskówkach dla dzieci na ciężkim, pozbawionym ozdób rowerze posłańca.
Przybyła Śmierć nieomylna.
Śmierć, której nie da się nic wyperswadować.
Śmierć, której się spieszy.
Śmierć naciskająca z pasją na pedały.
Śmierć wioząca paczkę oznaczoną OSTROŻNIE PRZESYŁKA SPECJALNA w solidnym koszyku tuż za siodełkiem.
Śmierć lawirująca śmiało między ludźmi i różnymi pojazdami przy skrzyżowaniu Wilshire i La Brea, gdzie - z powodu remontu ulicy - dwa pasy ruchu biegnące w kierunku zachodnim przechodziły w jeden.
Śmierć jakże chyża!
Śmierć grająca na nosie tym kierowcom w średnim wieku, którzy nie mogli się powstrzymać przed użyciem klaksonu.
Śmierć roześmiana: Pieprz się, facet!
I ty też.
Przemykająca jak Królik Bugs obok błyszczących masek drogich, nowych samochodów.
Przybyła Śmierć nieczuła na przesycone dymem, zepsute powietrze Los Angeles.
Na ciepłe, radioaktywne powietrze południowej Kalifornii, gdzie przyszła na świat.
Zgadza się, ujrzałam Śmierć.
Śniłam o Śmierci poprzedniej nocy.
Śniłam o niej od dawna.
I wcale się nie bałam.
Przybyła Śmierć jakże rzeczowa.
Śmierć pochylona nad brązową od plamek rdzy kierownicą niezgrabnego, lecz solidnego roweru.
Przybyła Śmierć ubrana w bawełnianą koszulkę z napisem Cal Tech, w wypranych, ale nie uprasowanych spodenkach koloru khaki, w trampkach, bez skarpetek.
Śmierć z umięśnionymi łydkami i nogami porośniętymi ciemnymi włosami.
Śmierć o wygiętym kręgosłupie z rzędem zaokrąglonych kręgów.
Śmierć o pryszczatej twarzy niedorostka.
Śmierć o dzielnym sercu, bezlitośnie oślepiana promieniami słońca, które odbijały się od szyb samochodów i chromowanych powierzchni niczym od bułatów.
Coraz więcej klaksonów odzywało się za plecami nonszalanckiej Śmierci.
Śmierci ostrzyżonej na jeża.
Śmierci żującej gumę.
Śmierci niezwykle oddanej żmudnej pracy - pięć dni w tygodniu plus za dopłatą soboty i niedziele.
"Hollywoodzkie Usługi Kurierskie".

czwartek, 6 września 2012

To, co się dla mnie liczy, to pisanie


"Philip K. Dick [...] mieszka teraz w San Rafael i eksperymentuje z halucynogenami i wąchaniem. [...] Żonaty, ma dwie córki i młodą, piękną, nerwową żonę, Nancy, która boi się telefonu. [...] Spędza większość czasu na słuchaniu Scarlattiego, potem Jefferson Airplane, a potem Gotterdammerung, usiłując je jakoś do siebie dopasować. Ma wiele fobii i rzadko wychodzi z domu, ale lubi, kiedy ludzie odwiedzają jego mały, przytulny dom nad wodą. Jest winien wierzycielom fortunę, której nie posiada. Ostrzeżenie: nie pożyczajcie mu żadnych pieniędzy. Na dodatek okradnie was z prochów".

Dick "Materiał biograficzny" napisany w początku roku 1968, zapewne na życzenie wydawcy.

sobota, 25 sierpnia 2012

Człowiek, który był nosem

"Jego duży ostry nos był tak długi i ruchliwy, że w młodości Gogol potrafił (będąc czymś w rodzaju kontorsjonisty amatora) w niesamowity, makabryczny sposób dotknąć go koniuszkiem dolnej wargi; ów nos stanowił najwrażliwszą i najistotniejszą cząstkę jego powierzchowności. Był tak ostry i długi, że mógł "sam, bez pomocy palców wniknąć nawet do najmniejszej tabakierki, oczywiście jeśli odgłos zatrzaśnięcia nie odstraszył intruza" (z listów Gogola do pewnej młodej damy, stąd figlarność). Lejtmotyw nosa spotykamy w całej jego twórczości i trudno byłoby znaleźć innego pisarza, który z takim upodobaniem opisałby zapachy, kichanie i chrapanie. Ten czy ów bohater wkracza w fabułę, by tak rzec, wioząc swój nos na taczkach, albo wjeżdża w jej obręb jak cudzoziemiec w opowieści Slawkenbergiusza u Sterne'a. Mamy u Gogola orgię zażywania tabaki. Cziczikow w Martwych duszach zostaje przedstawiony z nazwiska przy akompaniamencie niebywałego grzmotu przypominającego dźwięk trąby, rozlegającego się, gdy bohater utworu używa chusteczki. Z nosów cieknie, za nosy się szarpie, postaci obchodzą się z nosami czule albo brutalnie; pewien pijak próbuje odpiłować nos drugiemu pijakowi; szaleniec odkrywa, że na księżycu mieszkają same Nosy.

Ta nieustanna świadomość obecności nosa doprowadziła w końcu do napisania opowiadania o tytule Nos właśnie, hymnu, zaprawdę hymnu, ku czci tego narządu. Freudysta mógłby zasugerować, że w wywróconym do góry nogami świecie Gogola również istoty ludzkie są odwrócone (w 1841 roku Gogol spokojnie oznajmił, że konsylium lekarzy w Paryżu odkryło pewien osobliwy fakt: jego żołądek znajduje się w pozycji odwrotnej niż zazwyczaj u ludzi), więc rolę nosa odgrywa inny organ i vice versa. To, czy "fantazje zrodziły nos, czy nos zrodził fantazje", jest nieistotne. Rozsądniej, jak sądzę, byłoby zapomnieć o nienormalnie długim nosie Gogola jako przyczynie jego przesadnego zainteresowania nosami i potraktować węchowe fascynacje pisarza, a nawet sam jego organ powonienia jako literacką sztuczkę bliską pieprznemu humorowi karnawałowemu w ogóle i rosyjskiemu humorowi związanemu z nosami w szczególności. [...] Każdy pisarz robiący aluzję  do, powiedzmy, muchy siadającej na czyimś nosie zdobywał w Rosji reputację humorysty. W juweniliach Gogol automatycznie stosował tę prostą metodę, ale w dziełach dojrzałych dodawał szczyptę swego osobliwego geniuszu. Trzeba podkreślić, że od samego początku nos jako taki był w jego poczuciu czymś śmiesznym (podobnie jak w poczuciu wszystkich Rosjan), bo nos to coś sterczącego, coś nie całkiem należącego do właściciela, a jednocześnie (tyle mogę przyznać freudystom) coś szczególnie i groteskowo męskiego. To niemal bolesne, jak Gogol, opisując ładną dziewczynę, rozwodzi się nad gładkością jej twarzy, przypominającej jajko.

Pozostaje faktem, że długi, wrażliwy nos Gogola odkrył w literaturze nowe zapachy (co prowadziło do nowego "dreszczu"). Jak powiada rosyjskie przysłowie: Ten widzi dalej, kto nos ma dłuższy; i Gogol rzeczywiście patrzył swymi nozdrzami. Organ, który w jego młodzieńczych utworach był jedynie karnawałowym typem, pozyczonym z owego tandeciarskiego sklepu z gotowymi strojami zwanego "folklorem", w szczytowym okresie jego geniuszu okazał się najważniejszym sprzymierzeńcem pisarza. Kiedy zniszczył on swój geniusz, próbując zostać kaznodzieją, utracił swój organ powonienia, tak jak utracił go major Kowalow (w opowiadaniu Nos)".

 Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 9-11.

czwartek, 19 lipca 2012

Jestem skłonny polegać na inspiracji chwili

Philip K. Dick

"Przekonanie, że można wnioskować o poglądach autora na podstawie jego twórczości, to jeden z kardynalnych grzechów krytyki literackiej - Freud, na przykład, stale popełnia ten naprawdę paskudny błąd. Doświadczony pisarz może przyjąć dowolny punkt widzenia, który jest niezbędny jego bohaterowi do odegrania swojej roli. To jest sprawdzian rzemiosła pisarza, umiejętność uwolnienia dzieła od osobistych poglądów". [1]

sobota, 30 czerwca 2012

Nie jestem powieściopisarzem

Philip K. Dick
"Miałem dwanaście lat [w roku 1940], kiedy po raz pierwszy przeczytałem pismo SF [...] nazywało się "Stirring Science Stories" i wydało, zdaje się cztery numery. Wydawcą był Don Wollheim, ktory później (1954) kupił moją pierwszą powieść [...] i wiele następnych. Trafiłem na to pisemko całkiem przypadkowo, szukając czegoś popularnonaukowego. Byłem zaskoczony. Opowiadania o nauce? Natychmiast odnalazłem czar znany mi wcześniej z książek o krainie Oz, tyle że ten czar nie łączył się z czarodziejską różdżką, ale z nauką [...] W każdym razie uwierzyłem, że czary to to samo co nauka, a nauka przyszlości to to samo co czary".[1]