![]() |
| Fot. André Kertész |
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 maja 2013
Cytat tygodnia (1)
środa, 12 grudnia 2012
O XIX wieku i triumfie literatury, czyli kiedyś to były czasy
"Wymiera pokolenie schorowane na literaturę. Wymierają literaci chorzy na literaturę i znikają w niepamięci czytelnicy chorzy na literaturę. To naprawdę ostatnia pora, żeby spróbować objaśnienia tego krótkiego momentu w niedługich dziejach ludzkości, kiedy literatura przeżywała swój wielki triumf.
Jeszcze się widzi dostojne oblicza literackie, jeszcze ogląda się czasem majestatyczne gesty demiurgów, jeszcze spostrzeże się raptem osobnika z piórem, który potrząsa słuchawką telefonu dyspeczerskiego, instruując tłumy, prowadząc te tłumy do walki, rządząc autorytatywnie światem maluczkich, choć sznur od tej słuchawki już dawno został odcięty przez koła tak zwanego parowozu dziejów.
Wielu literatów obraziło się na cały świat. Patrzą przez szyby z pogardliwym uśmiechem na szamotanie się bliźnich, którzy nic nie wiedzą o literaturze, czyli o umarłej, i nic nie chcą wiedzieć. Patrzą z wysoka na te biedne masy, co odwróciły się od nieba literatury. Patrzą z uczuciem mściwej satysfakcji. Patrzą ze świadomością wzniosłego arystokratyzmu. I wierzą w zmartwychwstanie literatury. I wierzą w totalne pokajanie się tłuszczy za zdradzenie literatury.
Bo przecież to niemożliwe, że ta, co z najwyższych regionów niebios ducha przez duże D rządziła wielkim światem, żeby ta królowa albo święta mogła stać się biedną, nikomu specjalnie nie potrzebną kurwą, co włóczy się o każdej porze, na wszystkich rogach szukając byle jakiego klienta. Bo przecież to nie do pojęcia, żeby despotyczna siła, która obalała cesarstwa, powoływała nowe narody do życia, wymyślała nowych bogów i nowe religie, żeby taka siła stała się tragiczną, śmieszną bezsiłą.
![]() |
| Lew Tołstoj i Antoni Czechow w Jasnej Polanie |
Wszak jeszcze niedawno hrabia Lew Tołstoj, twórca wielkiej, światowej sekty tołstojowców, mędrzec i prawodawca moralny drugiej połowy XIX wieku, ten olbrzym z Jasnej Polany wierzył szczerze, iż on pierwszy i być może jedyny w tym wielkim pochodzie ludzkości otrzyma w darze od boga nieśmiertelność i po prostu nigdy nie umrze. Wszak zaledwie sto kilkadziesiąt lat temu nasz Adam Mickiewicz stawał do walki z Bogiem i w pewnych momentach nawet osiągał przewagę. Wszak jeszcze dziś niektórzy moi koledzy wezbrani świętością, najczęściej po wprowadzeniu do organizmu kilku setek polskiego narkotyku, każą mi klękać przed sobą i całować ich po rękach, i okazywać im cześć boską.
Dobrotliwy, czcigodny Wiek Dziewiętnasty. Zwycięski wiek pary i elektryczności. wiek nauki i racjonalizmu. Wiek ufności w przyszłość i w rozum ludzki. Wiek uniwersalizmu i szacunku dla indywidualności człowieka. Jak dobrze było literaturze w tym Dziewiętnastym Wieku. Jak suto, wystawnie i bezpiecznie. Jak ślicznie długowieczny okazał się ten Dziewiętnasty. Dożył do pierwszej wojny światowej, gdzieniegdzie przetrwał jeszcze na ostatnich nogach do drugiej światowej. I właśnie tam gdzieniegdzie spłodził nas, nazywanych Kolumbami (znowu ten Bratny), zarażonymi śmiercią, otrutymi wojną, pryszczatymi, inteligenciakami, marginesem społecznym, reakcjonistami, mięczakami, kompleksiarzami, zrozpaczonymi pesymistami, neurotykami, zboczeńcami, bezsilnymi opozycjonistami, odchodzącą klasą, niewierzącymi fideistami.
My jesteśmy cali z Dziewiętnastego. Kurcze odbytnicy historii wyrzuciły nas na śmietnisko odpadów uranowych, nieudanych przeszczepów, zdezelowanych rakiet kosmicznych. Grzebiemy w tym śmietniku pełni ufności, wynajdując butwiejące cząstki świata, który nas wydał, taplając się w łożysku, w którym przyszliśmy na ów świat. Wpełzamy pod szczątki książek i mówimy: nad nami wielkie, jasne, kojące niebo literatury. Wczołgujemy się na gipsową łysinę popiersia z utrąconym nosem i mówimy: jak daleko stąd widać, ile epok przed nami, ile nieskończoności.[...]
Literaturo, literaturo kochana. Epicka i zmysłowa, ezoteryczna i obyczajowa, lingwistyczna i wagonowa, majestatyczna i z rynsztoka, intelektualna i grafomańska, rozpuczona pychą i fałszywie pokorna, święta i sprzedajna, literaturo słów spisanych pracowicie w rozpaczy albo w zadufaniu, w nienawiści albo w nudzie, w nadziei albo w chwili śmierci, literaturo lawiny słów podobnych do siebie, koślawych, monotonnych, banalnych, takich samych jak biliony słów niezapisanych, co rodzą się w każdej chwili i na zawsze giną w każdej chwili.
Jaka szkoda, że literatura nie rządzi już tym konwulsyjnym światem. Jaka szkoda, że biedne jej ciałko depczą zwycięskie środki masowego przekazu. Jaka szkoda, że nie budzi już tych największych namiętności, że nikogo nie zabija i nikt jej nie zabija, że nikogo nie deprawuje i nikogo nie uświęca, że nie obala tyranów i nie rodzi męczenników. Jaka szkoda, że kiedy wdarłem się do jej świątyni, okazała się ta świątynia gruzem rozpadających się wspaniałych murów i złomami wyniosłych kolumn, co kiedyś podtrzymywały sklepienie niebieskie nad nami."
Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, Wydanie II, s. 133-135.
piątek, 7 grudnia 2012
środa, 5 grudnia 2012
środa, 22 sierpnia 2012
Rozkosz estetyczna i odmienne stany bytu
"Utwór prozatorski istnieje dla mnie tylko o tyle, o ile daje mi coś, co bez ogródek nazwę rozkoszą estetyczną, czyli poczucie, że zdołałem jakoś, którędyś nawiązać łączność z odmiennymi stanami bytu, w których sztuka (ciekawość, czułość, dobroć, ekstaza) stanowi normę". [1]
"[...] prawdziwy nurek, poszukiwacz czarnych pereł, ktoś, kto woli potwory głębiny od parasoli słonecznych na plaży, znajdzie w Szynelu cienie łączące naszą formę istnienia z innymi formami i stanami, które mętnie chwytamy w rzadkich chwilach irracjonalnego postrzegania. Proza Puszkina jest trójwymiarowa, proza Gogola ma aż cztery wymiary, przynajmniej tyle, można go porównać do współczesnego mu matematyka Łobaczewskiego".[2]
__________________________________-
[1] Vladimir Nabokov o książce pod tytułem "Lolita", [w:] V. Nabokov, Lolita, przeł. Michał Kłobukowski, Muza, Warszawa 1997, s.380.
[2] Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s.150.
poniedziałek, 30 lipca 2012
Czytanie bywa okrutne
Z prof. Tadeuszem Sławkiem, literaturoznawcą, rozmawia Jarosław Makowski. Wywiad ukazał się w Tygodniku Powszechnym z cyklu Książki w Tygodniku [Nr 12 (2802), 23 marca 2003].
Jarosław Makowski: Podobno najprostsze pytania sprawiają najwięcej trudności specjalistom. Chcę zapytać Pana jako literaturoznawcę: po co człowiek w ogóle czyta książki?
Tadeusz Sławek: – To pytanie szczególnie kłopotliwe. Nas, czyli tzw. specjalistów, postrzega się jako ludzi, którzy stracili umiejętność czytania dla samej przyjemności czytania. Nie potrafiąc odpowiedzieć na proste pytanie: po co człowiek czyta książkę, zaczynamy się tłumaczyć z samego słowa „czytać”. Ryzykując krótką odpowiedź, powiedziałbym, że w zasadzie człowiek powinien czytać dla przyjemności.
Dwuznaczne przyjemności
Przyjemności czego? Jaka jest jej natura?
– Jest to przyjemność dwuznaczna i niebezpieczna: jeśli patrzymy na książkę, czy to zamkniętą, czy otwartą, przeczytaną czy nie przeczytaną, to jest ona na podobieństwo osoby, która śpi i którą bardzo dobrze znamy, a która mimo tego pozostaje dla nas owiana tajemnicą. Wydaje się nam, że wiele o niej wiemy, czasem niemal wszystko, a przecież oddala się ona od nas w świat, którego nie tylko ja nie znam, ale którego i ona sam nie pozna. Sny można studiować, ale już na jawie, w innej, nie „sennej” już rzeczywistości. Podobnie jest z książką. Wydawało mi się, że mniej więcej „znam” Balzaca; przeczytałem ostatnio na nowo kilka powieści, i... olśnienie... niczego nie wiedziałem, byłem jak ślepiec, który przejrzał na oczy. Jeśli dane mi będzie przeczytać Balzaca za 10 lat, pewnie okaże się, że dalej jestem ślepy, a moja wiedza jest żałosna. Dlatego przewrotną i przekorną naturę czytania książki postrzegam jako obcowanie z czymś, co się zna, ale jest to znajomość wciąż tylko pozorna i złudna. Natura rozkoszy czytania polega na oddalaniu się od złudzenia własnej wiedzy.
Składanie liter nie jest jeszcze czytaniem. Czy istnieje umiejętność dobrego czytania, tak jak istnieje umiejętność pieczenia dobrego makowca?
– Korci mnie, by w tym miejscu uciec od rdzennego czasownika „czytać”. Mówi się przecież o „przeczytaniu”, „naczytaniu”, „doczytaniu”... Intryguje mnie jeszcze inne słowo: „zaczytanie”. Powiada się, że można się „zaczytać”, więcej: „zaczytać się na śmierć”, bądź, jak to się przytrafiło Borgesowi, do „utraty wzroku”. Ale nie o takie zaczytanie idzie. To, co nas profesjonalistów często trapi i co powoduje nieczyste sumienie w stosunku do czasownika „czytać”, to fakt, że doświadczenie „zaczytania” – czyli dobrego czytania – przytrafia nam się bardzo rzadko. Dążymy do niego, czasem nawet „na siłę”, ale nic z tego, ono zdarza się wtedy, kiedy chce, a nie wtedy, gdy sobie tego życzymy. To Rilke powiadał, że człowiek, który się zaczyta, jest na podobieństwo kogoś, dla kogo „tutaj” i „tam” traci ostre granice. Innymi słowy: umiejętność czytania to nie tylko szczególny sposób przeżywania tekstu, ale także specyficzny sposób przeżywania czasu. Dobrze czytać oznacza „zaczytać się”. A zaczytać się znaczy, ni mniej, ni więcej, jak inaczej przeżyć swoją czasowość. Z jednej strony „zagubić się” w czasie, z drugiej właśnie „odnaleźć się” w nim, poza pragmatyczną chronologią spotkań, kalendarzy, dat...
Ucieczka Jonasza
Czy w ten sposób czytanie nie przeradza się w ucieczkę? Czytam, by oddalić od siebie prozę życia, trudności w pracy...
– Może i jest to ucieczka, ale na szczęście bardzo przekorna. Doskonale to odsłania historia biblijnego Jonasza. On jest prorokiem niepokornym: nie chce słuchać, niejako lęka się swego przeznaczenia, ucieka, ale – koniec końców – trafia dokładnie tam, gdzie miał trafić. Podobnie jest z naszym zaczytaniem się: uciekając, wracamy w to samo miejsce. Z tą jednak różnicą, że jesteśmy znacznie bogatsi w rozmaite doświadczenia, ale także – jak sądzę – w praktyczne rozwiązania. Im bardziej chcemy uciec, tym bardziej okazuje się, że tkwimy w tym samym miejscu. W „Alicji po drugiej stronie lustra” jest scena, kiedy Alicja spotyka królową i zaczynają biec tak szybko, jak tylko potrafią, do granic wytrzymałości. Rychło się jednak orientują, że wciąż znajdują się w tym samym miejscu. Alicja mówi, że to dziwny kraj, a królowa odpowiada: jakbyś chciała być w innym miejscu, musiałabyś biec dwa razy szybciej; ale przecież nie da się biec szybciej... Otóż jestem przekonany, że zaczytując się nabieram siły, by podjąć problemy dnia codziennego. Po efekcie zaczytania się jakąś lekturą świat widzimy zupełnie inaczej, znajdujemy rozwiązania naszych problemów, kłopotów itd. Ba, moje uwikłanie w te, jak sądziłem, wyjątkowe i nieznośne zgryzoty traci swoją wyjątkowość. Czytając staję się bogatszy, a tym samym przestaję się skupiać na sobie, gdyż zaczynam widzieć siebie w całej konstelacji innych wydarzeń. W tym sensie czytanie bywa okrutne; usuwa nas z miejsca uprzywilejowanego, wyłącza padające na nas reflektory. Może dlatego człowiek dzisiaj „nie czyta”: chce być wyjątkowy i w centrum napięcia, a lektura uczy go pokory. Jeżeli czytanie jest ucieczką, to daj nam Panie Boże więcej takich ucieczek.
Skoro czytanie pomaga żyć, to dlaczego trzy czwarte Polaków nie czyta w ogóle książek?
niedziela, 29 lipca 2012
Wpływy
Ściąga z historii literatury czy historia wpływów? Ciekawostka znaleziona przypadkowo na Facebooku, daje trochę do myślenia. Czy zgadzacie się z tym? Kogo waszym zdaniem brakuje, a kto jest może w niewłaściwym miejscu? I, już ostatnie pytanie, gdzie są Polacy?
wtorek, 14 lutego 2012
Czy małe rybki są szczęśliwe?
Czy
małe rybki są szczęśliwe? Jaką rolę odgrywa sztuka w wyprawach
polarnych? Czy odkurzacz może mieć jakiś wpływ na wykonanie sonaty
fortepianowej? Jakie były ostatnie słowa w życiu wielkich ludzi? Tego
wszystkiego i dużo więcej możecie się dowiedzieć czytając tę wyjątkową
książkę.
Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko Simona Leysa to zbiór felietonów, które autor publikował w latach 2005-2006 w Magazine litteraire oraz na łamach innych czasopism. Simon Leys to pseudonim literacki Pierre Ryckmansa, belgijskiego sinologa, pisarza i krytyka literackiego, który studiował prawo na Katolickim Uniwersytecie w Leuven, a następnie język, literaturę i sztukę chińską na Tajwanie. Od 1970 roku mieszka i pracuje w Australii.
Felietony Simona Leysa przeczytałem z dużą przyjemnością. Każdy z nich to mały literacki klejnocik, mądry i zarazem zabawny, często zakończony inteligentną i zaskakującą puentą. Styl pisarski Leysa jest błyskotliwy, pobudzający do myślenia, chwilami poetycki i pełen ciepła. W Szczęściu małych rybek mamy sporo spostrzeżeń, zarówno dotyczących literatury, jak i natury filozoficznej. Do tego każdy z felietonów poprzetykany jest gęsto licznymi anegdotami i cytatami znanych postaci ze świata kultury, przeważnie pisarzy. Pojawiają się takie nazwiska jak Conrad, Swift, Flaubert, Goethe, Wagner, Sartre, Orson Welles a nawet Hugh Grant.
Autor,
który przyznaje, że jest zbieraczem dziwnych wiadomości, wychodzi od
cytatu lub anegdoty, obudowuje je w znaczenia i wzajemne powiązania,
porównuje i zestawia ze sobą, dodając do nich swoje przemyślenia.
Pisarze i sławni ludzie są dla niego tylko punktem wyjścia, aby poprzez
ich życie i problemy, pokazać przeciętnego człowieka, everymana, każdego
z nas. Z felietonów Leysa możemy dowiedzieć się co Schopenhauer sądzi o
sztuce nieczytania, dlaczego Hugh Grant nie chodzi do psychoterapeuty
oraz czy Joseph Conrad cierpiał na chorobę morską. Czytelnik znajdzie tu
również refleksje na temat lenistwa, bezczynności, dobrego smaku,
niemocy twórczej, palenia papierosów. Szczególnie chciałbym tutaj
polecić felieton, a w rzeczywistości esej, O kłamstwach, które mówią prawdę oraz ostatni bardzo ciepły oraz przynoszący otuchę i nadzieję Memento mori. Rozmyślania wielkopostne.
Ta
niewielka objętościowo książka to pochwała literatury i czytania, która
daje każdemu czytelnikowi niesamowitą radość. Nie należy jej jednak
czytać szybko, w jeden wieczór. Warto dawkować ją sobie po kawałeczku,
jeden felieton dziennie, aby dać sobie czas na refleksję, a potem
powrócić do lektury. Ja osobiście będę do niej wracał wiele razy.
A na zakończenie krótki fragment z rozdziału zatytułowanego "Trzy po trzy":
Wrażliwi.
"Tytoń
jest dla człowieka jedną z najgroźniejszych trucizn". To cnotliwe
ostrzeżenie stało się dość banalne, powiesz, drogi czytelniku. Mniej
banalna - i to powinno nas zastanowić - jest osoba tego, który to
wygłosił: Adolf Hitler. Podobnie Adolf Eichmann oczekując na egzekucję
wypożyczył z więziennej biblioteki egzemplarz "Lolity". Po przeczytaniu
kilku stron (podaje jeden z biografów Nabokova) odrzucił książkę: 'To
obrzydliwe!' " [s.33]
Schopenhauer.
"Na
temat zdrowego sposobu obcowania z książkami Schopenhauer poczynił
uwagi, które pozostają niepokojąco trafne: "Sztuka nie czytania jest
bardzo istotna. Polega ona na tym, by nie interesować się wszystkim, co w
danej chwili przyciąga uwagę szerokiej publiczności. Kiedy o jakimś
dziele wszyscy mówią, proszę pamiętać, że nigdy nie zbraknie czytelników
temu, kto pisze dla durniów. Pierwszy warunek czytania dobrych książek
to nie tracić czasu na czytanie kiepskich, bo życie jest krótkie. A
potem wypuszcza ostatnią stzrałę, która pięknie załatwia sparawę tego
"listu z antypodów", który masz, czytelniku przed sobą: 'Tylko ten, kto
wysnuwa swoje pisanie bezpośrednio z własnego mózgu, zasługuje, by go
czytano'." [s.35-36]
"Szczęście małych rybek. Listy z Antypodów. O literaturze i nie tylko" (Le boheur des petits poissons) Simon Leys, przełożył Wiktor Dłuski, Wydawnictwo Drzewo Babel, 2011, str. 149.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









