Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Listy pisarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Listy pisarzy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 6 czerwca 2025

List od Philipa K. Dicka

 

Philip K. Dick
List Philipa K. Dicka do redakcji i czytelników  "Fantastyki".

2 lutego 1980 roku, Santa Ana, Kalifornia

Teraz jest mi już zupełnie dobrze. Nauczyłem się w końcu żyć samotnie. Oddałem się cały pisaniu, rozważaniom filozoficznym, intelektualnym i teologicznym, które są moją pasją od marca 1974 roku. Przedtem nie umiałem pogodzić nawału problemów i możliwych odpowiedzi, teraz osiągnąłem już stan względnej równowagi. Platon nauczał, iż celem filozofa jest samo poszukiwanie. Myślę jednak, że celem tym jest odnalezienie odpowiedzi na pytania podstawowe. Zakładam istnienie Boga i pytam: "Jak wygląda Jego związek ze światem? Gdzie na świecie, który przecież jakiś związek z Bogiem ma, znaleźć można Jego ślady? Jak wiele przejść trzeba, by na nie natrafić? W jaki sposób zauważyć możemy Jego wpływ i jak bardzo zmienił by się świat, gdyby Bóg nas opuścił?"

czwartek, 26 stycznia 2017

"Potok życia mnie porwał"

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema
 
Warszawa, 29 lipca 1961 roku
 
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny.

czwartek, 11 grudnia 2014

"Facet tego typu nie powinien się żenić"


Do Maurice'a Guinnessa 

21 luty 1959 r.

Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nie znającego nigdy ostatecznej porażki...

PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.

Edward Hopper "Nighthawks"

Raymond Chandler "Mówi Chandler", przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 306.


sobota, 30 sierpnia 2014

Analizować i wzorować się

Raymond Chandler

List Raymonda Chandlera do H. H. Harwooda

2 lipca 1951 r

Nie mógłbym nikomu radzić, czy ma zostać pisarzem, czy też nie. Wbrew powszechnemu przekonaniu jest to zawód niewdzięczny, wymagający ciężkiej pracy i tylko drobnej części tych, co go próbują, udaje się zdobyć choćby niewielki stały dochód. Zmierzch tanich czasopism sensacyjnych sprawił, że debiut dla początkujących pisarzy stał się jeszcze trudniejszy niż dawniej, a łatwy nie był nigdy. Wnoszę jednak, że szczególna sytuacja osobista pozwala Panu na uprawianie tego zawodu w sensie fizycznym i mam nadzieję, że długo jeszcze nie będzie Pan musiał zarabiać na życie pisaniem, bo szanse na to są bardzo, bardzo nikłe.

Pisze Pan, że planuje "niezwłocznie rozpocząć naukę podstawowych zasad techniki narracji, które powinien znać każdy początkujący pisarz". Z własnego doświadczenia mogę Pana ostrzec, że pisarza, który nie potrafi sam się uczyć, nie nauczy nikt inny, i wyjąwszy kursy specjalne przy dobrych uniwersytetach, mam bardzo pesymistyczny pogląd na naukę pisania w ogóle, a przede wszystkim na taką naukę, jaką polecają tak zwane pisma dla pisarzy. Nie nauczą Pana niczego, do czego nie dojdzie Pan sam, studiując i analizując książki innych pisarzy. Analizować i wzorować się, innej nauki nie trzeba. Przyznaję, że ocena osób postronnych jest przydatna, czasem nawet niezbędna, ale kiedy ma się za nią płacić, budzi zazwyczaj podejrzenia.

Jeśli chodzi o metody układania i robienia planu akcji, niestety, nic tu nie mogę pomóc, bo nigdy sam żadnych planów nie piszę. Obmyślam akcję w trakcie pisania, zwykle robię to źle i muszę zaczynać wszystko od początku. Wiem, że niektórzy pisarze sporządzają z wielką dokładnością plan swoich wątków, nim zaczną je pisać, ale ja do nich nie należę. Nie układam akcji, narasta u mnie sama. Jeżeli nie narasta, ciskam wszystko do kosza i zaczynam na nowo. Może lepszych rad udzieli Panu ktoś, kto pracuje w oparciu o konspekt. Tego Panu życzę.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 114-115.

Czekam na natchnienie

Źródło
List Raymonda Chandlera do Alexa Barrisa

18 marca 1949 r.

... Jak spędzam dnie? Piszę, kiedy mogę, nie piszę, kiedy nie mogę; zawsze piszę rano albo w pierwszej połowie dnia. Wieczorem ma się bardzo zabawne pomysły, ale potem nie zdają one egzaminu. Dawno się już o tym przekonałem. Musiał się Pan chyba zorientować, że sam piszę na maszynie. Kiedy tutaj zamieszkałem, kupiłem dyktafon i dyktowałem do niego teksty, ale nigdy nie używam dyktafonu do pisania powieści. Prawie wszyscy pisarze, którzy dyktują, cierpią na biegunkę słowną. Kiedy trzeba dołożyć wysiłku, żeby te słowa napisać, człowiek bardziej jest skłonny do oszczędności.
Czytam wciąż wypowiedzi pisarzy, którzy twierdzą, że nie czekają nigdy na natchnienie, po prostu siadają co dzień o ósmej rano przy swoich biureczkach - deszcz czy słońce, kac, złamana ręka, nieważne - oni wystukują na maszynie zaprogramowany kawałek. Niech tam pustka w głowie, niech myśli ciężkie jak kamienie młyńskie - natchnienie to bzdura, oni go nie uznają. Składam im wyrazy szczerego podziwu i starannie unikam czytania ich książek.
Co do mnie, czekam na natchnienie, chociaż niekoniecznie tak to nazywam. Moim zdaniem, wielkie pisarstwo tchnące życiem powstaje za sprawą splotu słonecznego. To ciężka praca w tym sensie, że człowiek bywa potem zmęczony, a nawet wyczerpany. W sensie świadomego wysiłku nie jest to w ogóle praca. Rzecz najważniejsza, żeby był pewien okres czasu, powiedzmy co najmniej cztery godziny dziennie, kiedy zawodowy pisarz nie robi nic innego, tylko pisze. Może zresztą wcale nie pisać, jeżeli nie ma ochoty, nie powinien nawet próbować. Może wyglądać przez okno, stać na głowie, turlać się po podłodze, ale nie powinien robić nic określonego, nie powinien czytać, pisać listów, oglądać pism czy wypisywać czeków. Ma pisać albo nie robić nic. Na tej samej zasadzie utrzymuje się lad w szkole. Jeżeli się zmusza uczniów, żeby siedzieli spokojnie, nauczą się czegoś, po prostu, żeby nie usnąć z nudów. Przekonałem się, że zasada jest skuteczna. Oto dwie bardzo proste reguły: a) Nie ma się obowiązku pisać. b) Nie wolno robić nic innego. Reszta przychodzi sama.[...]

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 1983, s. 100-101.

piątek, 23 maja 2014

"Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz"

Jarosław Iwaszkiewicz, Sandomierz, 1950
List Jarosława Iwaszkiewicza do córki, Teresy

Sandomierz, 19 maja 1950 roku
 
Moja miła i kochana,

oczywiście w dniu dzisiejszym myślę bardzo dużo o tobie i tych dwudziestu dwóch latach, które nas dzielą od twojego pojawienia się na świat, wspominam wszystkie wspólne przeżycia, dzieciństwo twoje i młodość. Od dwóch dni jestem w Sandomierzu, już nie mogłem wytrzymać na Stawisku i w Warszawie [...] Zresztą kiepsko się czuję w Sandomierzu, bo przeziębiłem się w drodze i mam gorączkę, a poza tym rozkleiłem się naturalnie, wyrwawszy się ze swoich „ramek”. Na moją bezsilność pisarską nie pomoże już żaden Sandomierz, a miasteczko, puste i zaniedbane, robi smutne wrażenie. Jedna pociecha, że robią kanalizację! Za parę lat kwestia kakania będzie w Sandomierzu rozwiązana. [...] Ostatniej niedzieli byli Modzelewscy, Paweł Hertz i Irena Łempicka, która nie zdaje sobie sprawy ze stanu zdrowia Tadzia i projektuje jakieś wielkie wyjazdy, pogoda była śliczna i bzy cudne. Nowa gosposia zrobiła dobry obiad i sama się zaofiarowała zrobić do zupy grzybowej zamiast klusek uszka. Ona przez dziesięć lat jeździła po Wiśle jako bufetowa na statku – i jest „wodniaczka” – podobna do Zosi Świerczyńskiej, tylko o połowę (dosłownie) mniejsza. Paweł był wyjątkowo miły i nie robił min „ph”. Niestety musiałem o 4-tej jechać do Otwocka na odczyt – w upalny piękny dzień majowy, i to w niedzielę – było to wielką ofiarą. Nie dziw się, że tak źle piszę, ale ręce mi się trzęsą po noszeniu mojego potwornie ciężkiego bagażu, w Skarżysku trzeba było nosić te kufrzyska na przestrzeniach kilometrowych, taka tam głupia stacja. [...] 
Mam olbrzymie zamiary literackie na mój Sandomierz, ale pewnie nic z tego nie wyjdzie, bo wydechuję zmęczenie i do niczego się nie biorę, na Zielone Święta mama przyjedzie do mnie, to mi też parę dni zabierze, a potem trzeba wracać, bo w czerwcu wielki Zjazd Literatów z otwarciem Domu Literatury, tego na Krak[owskim] Przedmieściu, i różnymi wielkimi fetami. Bardzo to będzie męczące. Myślę, że naprawdę wypocznę, jak mama w lipcu pojedzie z dziećmi do Ustki. Mam zamiar tam pojechać na imieniny mamy i nareszcie zobaczyć, jak ta Ustka wygląda.
[...] Jaki cudny dzień dzisiaj, akacje przed moim domem w pełnym kwiecie – a w domu zostawiłem rozkwitające wino i irysy – susza zresztą potworna i deszczu nie było już od l maja!
Całuję Cię serdecznie i do serca przyciskam, Eugeniusza pozdrawiam, myślę b[ardzo] dużo o tobie, nie tylko dzisiaj – twój


Tata


Jarosław Iwaszkiewicz, Listy do córek, oprac. Anna i Radosław Romaniukowie, Państwowy Instytut Wydawniczy 2009, s. 247–248.

Źródło fragmentu: Płaszcz zabójcy

środa, 12 lutego 2014

"Prąd czasem jest, a czasem go nie ma"

Portret Stanisława Lema, Kraków, 1997, Fot. Elżbieta Lempp.

List Stanisława Lema do Sławomira Mrożka
 
Kraków, 1 lutego 1963

Droga Sieci!!

(Wyjaśnienie niżej). My Was rozumiemy W domku za to naszym gwar i ruch. Jedno chodzi i numerki, ładnie na papirku wypisane, do szaf przykleja i stołów. Drugie czerwonym ołówkiem znaczy, odkąd się najpirwi rżnąć zacznie. Trzecie zaś do Banku PKO biega, TEŻ z dolarami, ale na węgiel. I już obiecują, ale nas tak zasypało, że mam dwie pierzyny śniegu za oknem, a w domu ogólny mróz. Zanim wyjdę dziś, Droga Sieci, włożę gacie elektryczne i Yubkę takąż z NRD, kilka koszul, trzy-cztery pary skarpetek, spodnie narciarskie, buty, a wewnętrzną wolną przestrzeń wypcham mymi felietonami wyciętymi z „Przeglądu Kulturalnego". Co do tych felietonów, to pisze teraz najstraśniejsze makabry, w których cybernetalia różne. Ruchu literackiego spoza zasp nie dostrzegam. Sam ostatnio jeździłem z łopatą, ale więcej pomaga Pych. Piszę też, gdzie się da, zażalenia na Królową Zimę, która w szał wpadła widać i robi nowe tytuły do „Herald Tribune", w rodzaju Cold Wave Hits Europe, Venice in Snow and Ice itp.

piątek, 7 lutego 2014

"Humor mój jest infernalny"

"Science fiction zrujnowałem podług możliwości i sił we wszystkim, co o niej pisałem, przede wszystkim jako zawiedziony, znudzony śmiertelnie, rozczarowany, ogłupiany systematycznie Czytelnik, a nie jako pisarz". [24 marca 1972]

Kraków, 24 marca 1972

Drogi Panie,

…Ma Pan rację — oczywiście humor mój jest infernalny. O to właśnie szło, inaczej, myślę, lektura byłaby już nadto odpychająca. Lukier dowcipu osładza pigułkę tylko w momencie jej połykania, potem pozostaje gorycz, której, nie muszę chyba Pana zapewniać o tym, nie wymyśliłem sobie prywatnie, bo pochodzi ona raczej z zewnątrz, tj. ze świata, w jakim żyjemy. Tak: Dostojewski jest może najbliższym mi duchowo pisarzem, chociaż jest to bliskość choroby, nieszczęścia, piekła, zmory i wreszcie widma mogiły, a nie jakaś inna. Cytaty z Dostojewskiego można znaleźć w moich Dialogach chociażby (z Wyznań człowieka z lochu 1 np.). Co się tyczy Pana głodu Absolutu… głód ten znam chyba, ale jestem prywatnie przeświadczony o tym, że nie można go zaspokoić, bo Absolut nie istnieje w postaci do przyjęcia; w pewnym sensie jedyny Absolut, albo jedyny „model” Boga, jaki mogę serio zaakceptować, jest Bogiem oo. Destrukcjanów z 21. podróży Tichego, bo wyznania wiary tam zawarte są, tj. były pisane z najwyższą powagą, na jaką w ogóle mnie stać. W Filozofii przypadku nie brak explicite wyrażonych zastrzeżeń, o czym ta książka NIE JEST, co w niej pominięte, a mianowicie praktycznie w całości — estetyczna problematyka, problematyka przeżycia przedmiotu estetycznego, ponieważ uważam, że jej się metoda moja nie ima, tak że tu nie może być mowy o różnicy zdań między nami — po prostu milczałem świadomie na ten temat, który wydaje mi się niedyskursywny w całości.

środa, 8 stycznia 2014

Listy pisarzy - James Joyce

James Joyce

Fragmenty listu Jamesa Joyce'a do brata Stanislausa Joyce'a

Rzym, Via Frattina 52

19 sierpnia 1906

"[...] Czy możesz poradzić mi jakieś lekarstwo przeciw sennym koszmarom? Co noc dręczą mnie okropne i przerażające sny: śmierć, zwłoki, morderstwa, w których odgrywam niepokojąco ważną rolę. Jeśli idzie o moje zdrowie, to jadam dobrze. Wczoraj wieczorem zjedliśmy całego pieczonego kurczaka i półmisek szynki, do tego chleb oraz wino - i poszliśmy do łóżka głodni.

niedziela, 20 października 2013

"Letters to Milena" (a few quotes)


“Sometimes I have the feeling that we're in one room with two opposite doors and each of us holds the  handle of one door, one of us flicks an eyelash and the other is already behind his door, and now the first one has but to utter a word ad immediately the second one has closed his door behind him and can no longer be seen. He's sure to open the door again for it's a room which perhaps one cannot leave. If only the first one were not precisely like the second, if he were calm, if he would only pretend not to look at the other, if he slowly set the room in order as though it were a room like any other; but instead he does exactly the same as the other at his door, sometimes even both are behind the doors and the the beautiful room is empty.”

“I have spent all my life resisting the desire to end it.” 

“German is my mother tongue and as such more natural to me, but I consider Czech much more affectionate, which is why your letter removes several uncertainties; I see you more clearly, the movements of your body, your hands, so quick, so resolute, it’s almost like a meeting.”

 “I miss you deeply, unfathomably, senselessly, terribly.”

 “I am constantly trying to communicate something incommunicable, to explain something inexplicable, to tell about something I only feel in my bones and which can only be experienced in those bones. Basically it is nothing other than this fear we have so often talked about, but fear spread to everything, fear of the greatest as of the smallest, fear, paralyzing fear of pronouncing a word, although this fear may not only be fear but also a longing for something greater than all that is fearful.”

“Written kisses don't reach their destination, rather they are drunk on the way by the ghosts.”
― Franz Kafka, Letters to Milena  

środa, 9 października 2013

"Ubijam tekst, ile się da, przecedzam, wykreślam"



List Antoniego Czechowa do N. Lejkina

Moskwa, 12 stycznia 1883

[...] Sam jestem zażartym zwolennikiem drobnych utworów i gdybym wydawał pismo humorystyczne, wszelkie rozwlekłości wykreślałbym bez pardonu. W moskiewskich redakcjach ja jeden występuję przeciwko dłużyznom (co mi zresztą nie przeszkadza od czasu do czasu komuś je wtrynić... Głową muru nie przebijesz!), ale równocześnie, jeśli mam być szczery, granice „stąd dotąd" są dla mnie wielce kłopotliwe. 

sobota, 28 września 2013

O ludziach dobrze wychowanych



List Antoniego Czechowa do N. Czechowa

Moskwa, marzec 1886

[...] Mówiono mi, że się czujesz dotknięty kpinami zarówno moimi, jak Szechtla... Wrażliwość na zniewagę jest właściwością li tylko szlachetnych dusz, jednakże skoro wolno kpić z Iwanienki, ze mnie, z Miszki, z Nelly, czemu nie wolno z Ciebie? To niesprawiedliwe... Zresztą, jeżeli nie udajesz i rzeczywiście jesteś dotknięty, muszę Cię jak najprędzej przeprosić.
Ludzie śmieją się tylko z tego, co śmieszne, albo dla nich niezrozumiałe... Wybieraj jedno z dwojga.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Listy pisarzy - Franz Kafka

Max Brod i Franz Kafka

Writing to his close friend Max Brod, then a university classmate who would later become his biographer and literary executor, twenty-one-year-old Franz Kafka muses on the end of summer and the passage of time.

sobota, 6 lipca 2013

"Przyszedłem na świat tylko po to, by podróżować"


Z listu markiza de Custin

Travemünde, 4 lipca 1839.

Dziś rano w Lubece właściciel zajazdu, dowiedziawszy się, że mam wsiąść na statek płynący do Rosji, wszedł do mego pokoju ze współczującą miną, która mnie rozbawiła. Ten człowiek jest sprytniejszy, umysł ma żywszy, bardziej szyderczy niż by można przypuszczać po płaczliwym tonie jego głosu i po jego francuskiej wymowie.
Dowiedziawszy się, że podróżuję tylko dla przyjemności, zaczął mi perswadować z niemiecką dobrodusznością, abym zrezygnował ze swego projektu.
— Znasz pan Rosję? — zapytałem.
— Nie, panie, ale znam Rosjan. Wielu ich przejeżdża przez Lubekę, a ja sądzę o kraju podług fizjognomii jego mieszkańców.
— Cóż więc takiego znajdujesz pan w wyrazie ich twarzy, co by .powinno mnie powstrzymać od udania się do nich?
— Panie, oni mają dwie fizjognomie — nie mówię o sługach, ci nie mają żadnej, mówię o panach; ci, gdy zsiadają ze statku, żeby się udać do Europy, mają minę swobodną, wesołą, zadowoloną — to konie, co zerwały uzdę, ptaki wypuszczone z klatki. Mężczyźni, kobiety, starzy i młodzi — wszyscy się cieszą jak uczniowie w czasie wakacji. Wracając, te same osoby mają twarze wydłużone, ponure, cierpiące; mówią krótko, strzępami zdań, czoło mają stroskane. Z tej różnicy wywnioskowałem, że kraj, który się opuszcza z taką radością, a do którego się wraca z takim żalem, to niedobry kraj.— Może masz pan rację — odparłem — ale pańskie uwagi świadczą o tym, że Rosjanie nie są tak skryci, jak się nam ich maluje; myślałem, że są nieprzeniknieni.
—  Są tacy u siebie, ale nie czują nieufności do nas, poczciwych Niemców — rzekł oberżysta wychodząc i uśmiechając się sprytnie.
Oto człowiek może nawet poczciwy, który bardzo się boi, by go nie wzięto za poczciwca! — pomyślałem śmiejąc się do siebie... Trzeba podróżować samemu, żeby wiedzieć, jak bardzo na charaktery wpływają reputacje, wyrabiane różnym narodom przez podróżników, często lekkomyślnych w swoich sądach z powodu lenistwa umysłowego. Każda jednostka usiłuje osobiście protestować przeciwko utartej opinii o swoich rodakach.
Jutro wsiadam na statek i zniosę z radością wszystkie niewygody związane z podróżą, byleby mnie niósł w stronę pustkowi i stepów... Stepy! Ta wschodnia nazwa sama przez się budzi we mnie przeczucie niezmiernej a cudownej przyrody, nieci we mnie pragnienie zastępujące mi młodość, odwagę i przypominające mi, że przyszedłem na świat tylko po to, by podróżować; to przeznaczenie mojej natury. Ale czy mam coś wyznać? Może nigdy bym nie przedsięwziął tej podróży, gdyby w Rosji nie było stepów. Doprawdy obawiam się, że jestem za młody na nasze stulecie i na kraj, gdzie żyjemy...
Mój powóz już się znajduje na statku; jest to, twierdzą Rosjanie, jeden z najpiękniejszych parowców świata. Nazywa się „Mikołaj I". Statek ten palił się w zeszłym roku podczas rejsu z Petersburga do Travemünde, przerobiono go i od czasu tej naprawy jest to jego druga podróż. Wspomnienie o tej katastrofie, która zdarzyła się podczas pierwszej podróży, budzi teraz tylko lekki niepokój u pasażerów.
...Po przebudowie nasz piękny statek tak przecieka, że nie może dopłynąć do Petersburga — przesiądziemy się na inny w Kronsztadzie, a dwa dni później odzyskamy nasze powozy, które nam przyślą na trzecim statku, płaskodennym. Mnóstwo kłopotów, ale ciekawość, główna cecha podróżnika, jest silniejsza niż wszystko...

Markiz de Custine, Listy z Rosji, tłum. Marian Górski, Wydawnictwo Aramis 1989, s. 14—15.

Źródło: Płaszcz zabójcy

czwartek, 4 lipca 2013

Civilized people

Antoni Czechow
“Civilized people must, I believe, satisfy the following criteria:

1) They respect human beings as individuals and are therefore always tolerant, gentle, courteous and amenable ... They do not create scenes over a hammer or a mislaid eraser; they do not make you feel they are conferring a great benefit on you when they live with you, and they don't make a scandal when they leave. (...)

2) They have compassion for other people besides beggars and cats. Their hearts suffer the pain of what is hidden to the naked eye. (...)

3) They respect other people's property, and therefore pay their debts.

4) They are not devious, and they fear lies as they fear fire. They don't tell lies even in the most trivial matters. To lie to someone is to insult them, and the liar is diminished in the eyes of the person he lies to. Civilized people don't put on airs; they behave in the street as they would at home, they don't show off to impress their juniors. (...)

5) They don't run themselves down in order to provoke the sympathy of others. They don't play on other people's heartstrings to be sighed over and cosseted ... that sort of thing is just cheap striving for effects, it's vulgar, old hat and false. (...)

6) They are not vain. They don't waste time with the fake jewellery of hobnobbing with celebrities, being permitted to shake the hand of a drunken [judicial orator], the exaggerated bonhomie of the first person they meet at the Salon, being the life and soul of the bar ... They regard prases like 'I am a representative of the Press!!' -- the sort of thing one only hears from [very minor journalists] -- as absurd. If they have done a brass farthing's work they don't pass it off as if it were 100 roubles' by swanking about with their portfolios, and they don't boast of being able to gain admission to places other people aren't allowed in (...) True talent always sits in the shade, mingles with the crowd, avoids the limelight ... As Krylov said, the empty barrel makes more noise than the full one. (...)

7) If they do possess talent, they value it ... They take pride in it ... they know they have a responsibility to exert a civilizing influence on [others] rather than aimlessly hanging out with them. And they are fastidious in their habits. (...)

8. They work at developing their aesthetic sensibility ... Civilized people don't simply obey their baser instincts ... they require mens sana in corpore sano.

And so on. That's what civilized people are like ... Reading Pickwick and learning a speech from Faust by heart is not enough if your aim is to become a truly civilized person and not to sink below the level of your surroundings.

― Anton Chekhov, from a letter to Nikolay Chekhov (March 1886)

wtorek, 2 lipca 2013

"Rozmowa z nieobecnym"

Emil Cioran

Z Manii epistolarnej:

"Rozmowa z nieobecnym, list jest zasadniczym wydarzeniem samotności. Prawdę o autorze odnaleźć można raczej w korespondencji niż w jego dziełach. Dzieło najczęściej jest maską.
Wymiana korespondencji daje próżniakowi złudzenie aktywności. Nic mu nie pochlebia bardziej niż codzienne pójście na pocztę z listem. Przez długi czas prowadziłem bezprzedmiotową korespondencję z wszelkiego rodzaju pomyleńcami. Zwłaszcza jednak korespondencja z kobietami, zrównoważonymi lub nie, ma w sobie coś ekscytującego - nigdy nie wiadomo, do czego zaprowadzi. Trochę więcej niż rok temu regularnie otrzymywałem od pewnej pani listy pełne niesłychanych pochwał, patetycznych hołdów, które wręcz mnie zawstydzały. Nie znałem jej i nie miałem najmniejszej ochoty, by ją poznać. Pewnego popołudnia, w nagłym przystępie zniechęcenia, poczułem raptem potrzebę przyjemnych i pokrzepiających kłamstw, zdolnych wyrwać mnie z sideł podstępnych i przekonujących argumentów mojej pogardy wobec siebie. Tak więc zadzwoniłem do rzeczonej damy. Pierwsza niespodzianka: uwodzicielski, ujmujący głos. Powiedziałem, że byłoby mi miło, gdybyśmy mogli się spotkać i porozmawiać. Po godzinie stała pod moimi drzwiami. Widząc ją, wybuchnąłem śmiechem, który jednak wcale nie wprawił jej w zakłopotanie. Była stara, drobna, niska, niemalże karlego wzrostu, dziwacznie ubrana i – szczyt wszystkiego – w ciemnych okularach. Zaprosiłem ją do środka i pozwoliłem jej mówić. Przez cztery godziny, na stojąco, opowiedziała mi całe swoje życie - gwałtownie gestykulując i nie szczędząc szokujących szczegółów (nie pominęła niczego, nawet nocy poślubnej), z niezrównanym talentem i w języku raz dosadnym, raz wyrafinowanym, mówiła rzeczy, które sprawiały, że co rusz przechodziłem od rozrzewnienia do konsternacji i od obrzydzenia do empatii. Jaka szkoda, że jestem jedynym widzem, któremu dane jest delektować się tymi wszystkimi błahostkami i okropnościami! – powtarzałem sobie w duchu. Zbyteczne dodawać, że pozostałem oniemiały przez cały wieczór. Czemu zawdzięczam swój udział w tak niezwykłym przedstawieniu? Mojej chorobliwej ciekawości ludzi, mojej manii pisania i odpisywania na listy. Teraz nie mogę już liczyć na tę manię: opuściła mnie, jej brak zaś, dużo bardziej niż jakiekolwiek inne symptomy, pozwolił mi zrozumieć, że odtąd muszę się zadowolić wstydliwą rolą człowieka, który wciąż żyje".

Źródło: Kocham, lubię, szanuję
   

sobota, 29 czerwca 2013

"Cieszmy się tym wszystkim, póki żyjemy"

D. H. Lawrence

List Davida Herberta Lawrence'a do Katherine Mansfield

Mountain Cottage, Middleton, 9 lutego 1919 roku

Kochana Katherine. [...] Mamy cudowną pogodę, słońce iskrzy się na śniegu, niebo czyste jak w lecie i w tym złocistym oświetleniu widzi się wyraźnie nawet daleki świat. Ale jest straszliwie zimno, wszystko zamarza, mleko, musztarda, wszystko jest zamrożone na kość. Wczoraj poszedłem na pierwszy duży spacer, byłem przez kilka dni przeziębiony i leżałem w łóżku. Wdrapaliśmy się z moją małą siostrzenicą na nagie wzgórze. Ogromnie lubię obserwować ślady na śniegu: śliczne łańcuszki śladów króliczych, plączące się po całym szczycie. Głębokie tropy zajęcy. Lis, elegancko i szybko przeskakujący przez murek. Ptaki skaczące na obu nóżkach. Prosty, piękny ślad kroczącego bażanta. Splątane tropy dzikich gołębi, poruszających się w stadzie. Drobne i śliczne ślady łasic, podobne do naszyjnika z jagód, rozciągniętego na śniegu. Filigranowe ślady polnych myszy i ciągłe linie krecich korytarzy. Niezwykły świat dzikich stworzeń, wyraźnie czytelny wszędzie dokoła na ośnieżonym szczycie. Krajobraz widziany z góry jest bardzo piękny. Srebrzyście białe, nagie podgórze ciągnie się daleko w przestrzeń, osobliwie sfałdowane jak mięśnie, i miejscami błyszczące jak skóra. Tylko niewidzialny wiatr zaskakiwał lodowatymi porywami. Słoneczny blask przesuwał się powoli po polu, jak gdyby w sennym odrętwieniu. Jakże nic nie znaczące wydawały się te wszystkie żywe istoty i stworzenia. Dwaj mężczyźni, mali jak kropki, poruszali się po ośnieżonym zboczu, niosąc siano dla zwierząt. Wciąż wydawało się, że za chwilę rozpłyną się i znikają jak pyłki kurzu. Biała, pofałdowana, ożywiona słońcem śnieżna pokrywa pochłaniała wszystko dokoła. Tylko na samym szczycie wzgórza tkwiła mała kępa niskich buków, a ich splątane, nagie konary rysowały się na tle błękitnego nieba, jak rzeźba z żelaza. Chciałoby się móc przestać być człowiekiem i stać się demonem. Allzu Menschlich [nazbyt ludzki].
Przyjechała do nas moja siostra Emily z córeczką, która dziś obchodzi urodziny. Emily piecze słodki rogal i ciastka, Frieda szyje dla Peggy jasnozieloną sukienkę, a ja doradzam i do wszystkiego się wtrącam. Pamela lamentuje, bo wszystkie jajka zamarzły w spiżarni i popękały. Przez pół godziny rozbijałem lód w cebrzyku, a teraz idę na spacer. Peggy ze wspaniałymi rudozłotymi włosami zwiniętymi na szmatkach w tańczące wokół jej głowy papiloty, biega z miejsca na miejsce, przebierając wełniane i bawełniane gałganki — prawdziwa scene de familie. Z przyjemnością chodzę przez pólko do studni po wodę do picia, słońce świeci cudownie i w jego blasku Stanley, pogrążona w śniegu maleńka wioska po przeciwnej stronie drogi, przypomina mi Włochy. [...]
Życie toczy się swoim trybem, jest piękne i nawet zmrożone liście na szybie są wspaniałym naturalnym malowidłem. Cieszmy się tym wszystkim, póki żyjemy. [...]

David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 206-207.

Źródło: Płaszcz zabójcy 
 

czwartek, 27 czerwca 2013

"Wiwat życie!"

Katherine Mansfield, 1915 rok.
List Katherine Mansfield do Dorothy Brett
 
Hampstead. Środa. 1 stycznia 1919 roku
 
Mieliśmy cudowne święta: pończochy, drzewko, ozdoby, strzelające cukierki, pudding, napoje — mocne i obfite. Dostawaliśmy i wysyłaliśmy paczki, a Murry był w takim usposobieniu, jakby od Wigilii do drugiego dnia świąt nie zdejmował bibułkowego kapelusza. (Był to wielki czerwonożółty motyl). Stopniowo, pod wpływem wina i chińskich przysłów postanowiliśmy bawić się w szarady — Kot, Gertler, Campbell itp. Ach, jak mi było przyjemnie! Jak ja ich wszystkich kochałam! Poruszali się i błyszczeli niby świeczki na najciemniejszym, najbardziej tajemniczym drzewku. Chciałam im powiedzieć: „Bądźmy zawsze tacy jak teraz, nie budźmy się nigdy, bo zobaczymy, że wszystko minęło".
Raz jeszcze przekonałam się, jakie życie może być radosne i czarujące, zobaczyłam, że jeszcześmy się nie zestarzeli, że krew wciąż żywo krąży nam w żyłach. Potrafimy się śmiać. Czerwone krzesła zamieniliśmy w statek piratów, Koteliański włożył mufkę na głowę, a Campbell uwiązał sobie pod szyją słomiankę. Czyż nie można by tego częściej urządzać? Życie należałoby dzielić między pracę a zabawę — prawdziwą zabawę. Nie powinniśmy siadywać po kątach, skończywszy pracę. Czuję, że moje gorące pragnienie szczęścia nie da się nigdy ugasić.
Rozwarto wreszcie bramy mego więzienia — wolno mi wychodzić. Znalazłam człowieka, który mnie wyleczy. Ale mówi, że nie mogę jechać do Szwajcarii, natomiast z wiosną powinnam wyruszyć gdzieś do podzwrotnikowego klimatu, na przykład na Majorkę lub Korsykę. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Cię skuszę i że odwiedzisz mnie w małym domku, gdzie przed progiem rosnąć będzie figowe drzewo i daktylowa palma. Wiwat życie! Nie wysyłam do Ciebie listu tylko okrzyk, abyśmy naprawdę spędziły razem część Najzupełniej Nowego Roku.
 
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 169–170.

sobota, 22 czerwca 2013

"Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma?"

Raymond Chandler
Do Fredericka Lewisa Allena
 7 maja 1948 r.

[...] Artykuł Audena o prozie detektywistycznej [1] jest znakomity przez swój klarowny, chłodny, klasyczny styl. Ale z jakiej racji wciąga w to mnie? Jestem po prostu facetem, który wziął parę opowiadań z popularnych magazynów i nadał im formę powieści. Cóż mnie może obchodzić powieść detektywistyczna jako forma? Szukam tylko pretekstu do pewnych eksperymentów z żywym dialogiem.
Właśnie dotarłem do połowy powieści o Philipie Marlowe i trochę mnie ta praca bawiła (dopóki nie utknąłem w miejscu), a tu ci zjawia się ten Auden i powiada mi, że interesuje mnie pisanie poważnych rozpraw o środowisku przestępczym. Teraz więc patrzę uważnie na wszystko, co piszę, i mówię sobie: pamiętaj, stary, to ma być poważna rozprawa o środowisku przestępczym. Poważnie mówisz? Nie. Czy to jest środowisko przestępcze? Nie, po prostu zwykłe skorumpowane życie z przejaskrawieniem strony melodramatycznej nie dlatego, że szaleję za melodramatem jako takim, ale dlatego, że mam dość silne poczucie rzeczywistości, aby znać reguły gry.
Dawno temu, kiedy pisywałem do pism brukowych, wtrąciłem do tekstu takie zdanie: "Wysiadł z samochodu i szedł zalanym słońcem chodnikiem, dopóki cień markizy nad wejściem nie padł mu na twarz niczym strumień zimnnej wody". Redakcja to zdanie wykreśliła. Czytelnicy nie lubili takich rzeczy - hamowały tylko bieg akcji.
Postanowiłem udowodnić, że nie mają racji. Zgodnie z moją teorią czytelnikom tylko się zdawało, że nic ich nie obchodzi poza akcją, w rzeczywistości, choć nie zdawali sobie z tego sprawy, przywiązywali wagę, tak samo jak ja, do tworzenia stanów emocjonalnych poprzez dialog i opisy. Tym, co pozostawało im w pamięci, do czego powracali myślą, nie był fakt, że człowieka zabito, ale to, że człowiek ten w chwili śmierci usiłował wziąć z biurka spinacz, który mu się wyślizgiwał, toteż jego twarz wyrażała napięcie, usta miał półotwarte w grymasie udręki, o śmierci zaś w ogóle nie myślał. Nie słyszał nawet, że śmierć puka już do drzwi. Ten cholerny mały spinacz wciąż wymykał mu się z palców.

[1] W.H.Auden: The Guilty Vicarage, "Harper's Magazine", maj 1948.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 266-267.

czwartek, 20 czerwca 2013

"Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie"

Raymond Chandler
Do Helgi Green
25 maja 1957 r.

[...] Wziąć podrzędny gatunek literacki i zrobić z niego coś na kształt autentycznej literatury jest samo w sobie pewnym osiągnięciem. Podobno - nie stwierdzam tego na podstawie własnych informacji - setki pisarzy zarabiają dzisiaj jako tako na życie pisaniem powieści kryminalnych, ponieważ ja sprawiłem, że gatunek ten zyskał uznanie, a nawet ogólny szacunek. Ale, tam do licha, cóż innego może robić człowiek, który pisze? Stara się pisać jak najlepiej bez względu na obrany gatunek literacki. Miałem szczęście i to chyba stało się inspiracją dla innych. Steinbeck doszliśmy wspólnie do wniosku, że chcielibyśmy, aby pisarzem uznawanym i czczonym, gdy nas już zabraknie, był ktoś teraz nieznany, może dużo lepszy od nas obu, który po prostu nie miał tego szczęścia - czy może siły przebicia. Każdy uczciwy pisarz, który od czasu do czasu ma się za artystę, zgodzi się chętnie na zapomnienie, byleby przetrwała pamięć o kimś lepszym. Nie zawsze jesteśmy ludźmi miłymi, ale mamy w zasadzie pewien ideał, który nas przewyższa ... Są oczywiście pisarze kiepscy i sprzedajni, ale kiedy prawdziwy pisarz natknie się na coś dobrego, modli się w duchu: "niechże ten gość będzie lepszy ode mnie". Każdy kto potrafi napisać stronę żywej prozy, wzbogaca nasze życie, więc ten, co potrafi, tak jak ja, z pewnością nie będzie miał komu innemu za złe, że potrafi to zrobić jeszcze lepiej. Artysta nie może wyprzeć się sztuki i wcale tego nie chce. Kochanek nie może wyprzeć się miłości. Jeżeli pokładamy wiarę w ideale, nie znaczy to, że go posiedliśmy - to on nami włada, bez wątpienia tedy nie chcielibyśmy ze względów merkantylnych zamrozić go na swoim poziomie.

Raymond Chandler "Mówi Chandler" (Raymond Chandler Speaking), przekład Ewa Budrewicz, wstęp Krzysztof Mętrak, Czytelnik, Warszawa 1983, s. 119.