Faulknera opowiadał mi własnymi słowami Piotr Guzy; Hemingwaya Edward Bernstein; o innych książkach dowiadywałem się w jedyny możliwy dla mnie sposób; upijając swoich interlokutorów i płacąc za nich rachunek w knajpie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarze o krytykach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarze o krytykach. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 26 stycznia 2014
"Hemingway z Koluszek"
Faulknera opowiadał mi własnymi słowami Piotr Guzy; Hemingwaya Edward Bernstein; o innych książkach dowiadywałem się w jedyny możliwy dla mnie sposób; upijając swoich interlokutorów i płacąc za nich rachunek w knajpie.
środa, 1 stycznia 2014
Bullshit Mountains, czyli krytyk zawsze ma rację
|
AS z rękawa: Na przełęczach Bullshit Mountains
Przyznam, że choć zdecydowanie lepiej odpoczywam przy lekturze zwykłej,
uczciwej beletrystyki, zdarza mi się wcale często zajrzeć do czegoś, co
napisał krytyk. Lubię sobie czasami poczytać o tzw. metodzie, względnie
sprawdzić, co krytyk za metodę uważa. I zabawię się czasem, moi kochani,
po stokroć lepiej, niż przy beletrystyce.
Przekonuję się, że sporo racji jest w stwierdzeniu jakoby krytyk to nic innego jak pisarz, który częściowo lub całkowicie utracił zdolność do samodzielnej kreacji. Jeśli krytyk patrzy w ścianę, w niebo lub na ukwieconą łąkę, w głowie ma on totalny wakuum. Jeśli jednak rzuci okiem na cudzy tekst, momentalnie doznaje przypływu natchnienia i zaczyna eksplodować feeriami elokwencji. |
środa, 15 maja 2013
„Prawdziwa cnota: krytyk się boi” – Jacek Dehnel
Zdrowy rozsądek podpowiada, że poeci i prozaicy nie powinni brać się do krytyki literackiej, podobnie jak malarze nie powinni się parać krytyką artystyczną, a muzycy – muzyczną. Choćby dlatego, że środowisko artystów, bez względu na uprawianą sztukę, składa się w sporej części z ludzi niebywale ambitnych, łaknących sławy, nadwrażliwych, obrażających się łatwo o każdą recenzję, która nie jest hymnem pochwalnym, a do tego połączonych w rozmaite jawne i niejawne związki, koterie, stronnictwa, grupy wsparcia. Dlatego artysta-krytyk w ciągu dwóch sezonów straci prawie wszystkich znajomych, narobi sobie zaciekłych wrogów i zaprzepaści wszelkie szanse na serdeczny odbiór dzieł własnych przez środowisko w następnych dwóch czy trzech dziesięcioleciach.
Urażony twórca jest jak zraniony słoń: dekadę będzie cierpiał w milczeniu, co najwyżej wyżali się kumplom po piórze nad piwem w czasie jakiegoś pisarskiego festiwalu – ale przyjdzie ten czas, oj, przyjdzie, kiedy będzie miał okazję odkuć się na przeciwniku… i oj, odkuje się!
Stąd te wieloletnie vendetty, zwarcia całych stronnictw, prawdziwe literackie ustawki na łamach pism; redaktor Pytlasiński zjedża doktorowi Pituszkiewiczowi jego powieść w „Pypciu Prozy”, w następnym miesiącu w dziale recenzji „Pępucha Ducha” dr Pituszkiewicz wykpiwa eseje red. Pytlasińskiego. Albo subtelniej: Pytlasiński zjeżdża wiersze Aldony Pipkiewicz, o której wszyscy wiedzą, że jest kochanką Pituszkiewicza, za co Pituszkiewicz namawia Gerwazego Pupawę, żeby objechał Pikne poszwędy Stasia Polipa, lansowanego umiejętnie przez Pytlasińskiego.
Z drugiej jednak strony trzeba przyznać z niejakim wstydem, że przemieszanie środowiska pisarzy, krytyków i akademików jest odwieczne i właściwie nieuniknione. Po pierwsze: trudno zabronić poetom publikowania recenzji, a krytykom i doktorom polonistyki – pisania wierszy czy opowiadań, a wielu ma po temu inklinacje. Po drugie: mało kto zna się na literaturze tak dobrze, jak część wspólna tych trzech zbiorów, czyli piszący wykładowcy parający się krytyką literacką. I po trzecie wreszcie: obok krytyków, którzy zarzucili własną twórczość, mamy również znakomite przykłady poetów i prozaików piszących wspaniałe recenzje, studia, eseje krytyczne. Nic w tym dziwnego – z krytykami jest jak z szewcami, architektami czy mechanikami samochodowymi: zdarzają się i wybitni, i fatalni, a między nimi cały wachlarz średniaków. Czytelnik recenzji staje więc przed takim samym wyborem jak wtedy, kiedy kupuje warzywa czy wędliny – patrzy, kto jest uczciwy i wystawia dobry towar, a kto kantuje. W sklepiku naprzeciwko weźmie szynkę, bo świeża, i gruszki, bo prosto z drzewa, a w sklepiku na rogu za żadne skarby nie tknie niczego, bo albo zjełczałe, albo zsiadłe, albo zgliwiałe, albo transgeniczne.
Problem tyleż większy, że sklepy są przynajmniej sprawdzane, istnieją jakieś tam urzędy konsumenckie i inspekcje pracy. A krytykiem, podobnie jak poetą, może zostać każdy – opublikuje w niskonakładowym piśmie recenzję, i już wpisuje do CV „krytyk literacki”. I ktoś mu coś zrobi? Nikt. Całkowita bezkarność, zero strachu – no chyba, że chodzi o strach środowiskowy. Że jak on Pituszkiewiczowi, to Pytlasiński… wiadomo. Więc dla świętego spokoju zawsze wyważy: trochę posłodzi, trochę nosem pokręci, a najchętniej zejdzie w rejony nieocenne: streści książkę, użyje przymiotników: „interesujące”, „śmiałe”, „kontrowersyjne”, a także zwrotów: „może się niektórym podobać” i „może się niektórym nie podobać”. Mięciutko i nijako.
Co innego krytyk z prawdziwego zdarzenia, ten boi się co rusz, jak to człowiek odpowiedzialny. Krytyk prawdziwy czyta wszystko, co wyszło, wychodzi i wyjdzie w obiegu głównym, podziemnym i offowym. Pewna internautka napisała mi kiedyś, że współczuje Panu Bogu, który musi czytać wszystko, co jest publikowane – cóż, przynajmniej jeśli chodzi o literaturę polską, to z pewnością wyręcza go w tym Karol Maliszewski (nieprzypadkowo piszący teksty w cyklu „Maszyna do czytania”). Ale i tak kanon literatury polskiej, europejskiej i światowej jest w zasadzie nie do ogarnięcia w czasie jednego czytelniczego życia, a co dopiero pobocza i bezdroża literatury, trzeciorzędne tomiki wydawane nakładem, powiedzmy, Zakładu Inseminacji w Starej Miłosnej? Boi się zatem krytyk, że coś pominął.
Kontekst jakiś, ułomek. Boi się, że przegapił perłę, co to wyszła w dwudziestu egzemplarzach na ksero w Mońkach. Albo w domu kultury na Bemowie. Boi się, że strzegąc niezawisłości sądów, tak bardzo będzie się starał nie pochwalić książki znajomego, że mu tę książkę przesadnie zjedzie; za to z tych samych powodów zbytnio pochwali tomik napisany przez kogoś, do kogo czuje osobistą antypatię. Boi się, że jeśli poleci czytelnikom powieść debiutanta Pipkiewicza, to Pipkiewicz następną powieść napisze byle jaką, a szkoda by było; jeśli zgani – to Pipkiewicz zarzuci pisanie, a szkoda by było. Też. Bo wokoło, wiadomo, łaknący sławy artyści, z wielkimi ambicjami, a wszyscy, co do jednego – nadwrażliwi. Nie to co czytelnik. Czytelnik sobie czyta książkę powoli, nieprofesjonalnie, bez goniących terminów. Nie musi znać dzieł wszystkich Turgieniewa, Balzaka i Pereca, żeby powiedzieć coś o właśnie przeczytanej powieści. Może użyć słów ostrych i gwałtownych, zarówno w pochwałach, jak i w przyganach. Może wreszcie, jeśli mu przyjdzie ochota, odłożyć książkę na bok w połowie i pójść na spacer. Dlatego też, jako człowiek leniwy, skłonny do wygodnictwa i szanujący krytykę literacką, będę dla państwa pisał nie jako krytyk, ale jako czytelnik, amen.
Jacek Dehnel „Młodszy księgowy. O książkach, czytaniu i pisaniu”.
sobota, 19 stycznia 2013
Krytyk wściekły pozytywnie (3), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach
"Krytycy, ja tylko tak. Naprawdę to was kocham. Chcę was wielbić w swojej zrusyfikowanej, kulawej polszczyźnie. Bo krytyk to niespełniony prozaik, a prozaik to niespełniony krytyk. bo wy jesteście naszym negatywem, a my jesteśmy waszym.
Miotacie się resztką sił w tej przeklętej sprzeczności zawartej między interpretacją i objaśnieniem a miarą wartości i oceną moralną. I my się miotamy, skryci za fabułą, za metaforą, za bezwstydną figurą stylistyczną, my się też szamoczemy między opisem i wytłumaczeniem a dziesięciorgiem przykazań i kaznodziejstwem.
My się hazardujemy, obstawiając wyścigi idei, psychoz społecznych, codziennych wniebowstąpień naszych bliźnich, i wy się hazardujecie, obstawiając nas w beznadziejnym wyścigu do nieśmiertelności, do pana nobla i do kolejnego redaktora tygodnika "Kultura", który przydziela urzędowe nagrody. Często przegrywamy, źle obstawiwszy, i wy przegrywacie z naszej winy.
Smutne będzie życie bez krytyków. A już je widzimy przed sobą, już wynika z mgieł różnych kryzysów, różnych ruchów tektonicznych w kulturoznawstwie, różnych zawijasów powszechnej demokratyzacji naszego bytowania na wyjałowionej pecynie ulepionej z paru podstawowych pierwiastków chemicznych. Nikt nie chce być oficerem, każdy chce zostać generałem. Nikt nie chce być duchownym, każdy chce zostać bogiem. Nikt nie chce objaśniać wszechświata, każdy chce stwarzać wszechświaty.
Żegnam się więc z wami, umierający w przytułkach dobroczynności krytycy, krytycy-harmoniści i krytycy wściekli, krytycy, którzy się przegryźli, i krytycy-tabliczki mnożenia, krytycy rybki-pielęgnice i krytycy-Leonardowie, rozpieszczone hybrydy, co się pchacie nachalnie na pokład "Titanica"".
Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, 2005, s. 41-42.
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Krytyk wściekły pozytywnie (2), czyli Tadeusz Konwicki o krytykach
![]() |
| Źródło |
"Warto wspomnieć o drobiazgu, który pomyka żwawo przez artystyczne akwarium. To są ogromne ławice małych rybek-krytyków filmowych. Rządzi nimi prawo rybiego stada. Z niewiadomych, a chyba raczej przypadkowych powodów ulegają raptownej euforii, jakiejś rybiej ekstazie i mkną w górę pod powierzchnię wody, ku słońcu, a kiedy indziej, także z pozoru bez przyczyny, opadają rozpaczliwie na dół z odwróconymi do góry brzuchami. Konrad Lorenz twierdzi, że o kierunku ich ruchu decyduje ilość osobników, która weźmie udział w nowym, przypadkowym ukierunkowaniu. Dodaje jednak, że gdy pewnej rybce amputowano przednią połowę mózgu, gdzie umiejscowione są ośrodki instynktu stadnego, ta rybka nie oglądała się już na ławicę, sama zbaczała z własnej woli ku pokarmowi albo rywalowi i całe stado posłusznie waliło jej śladami. Ta ułomna rybka stała się wzorowym przywódcą swojej społeczności.
Ale najboleśniejszy dla nas, gryzipiórków, jest typ krytyka Leonarda, najboleśniejszy i najbardziej ubliżający. Taki Leonardo przejrzy naszą pisaninę na wskroś, wywlecze, schwyciwszy za kołtun, całą naszą biedę, całą nędzę, ukaże ją światu, wyśmieje, wychłosta szyderstwem i odrzuci ze wstrętem. A potem siądzie sobie, zapali papierosika, wypije trochę kawki i machnie prózkę foremną, intelektualną, wykwintną, całą w heksametrach i trochejach, łatwo przetłumaczalną nawet na język swahili, podtekstową i obiektywistyczną, nie obciążoną koślawymi kompleksami autora. Całe miasto czyta, stęka z zachwytu i podziwu, zagranica przyklaskuje życzliwie. A my, wałachy, muły, woły robocze tylko zgrzytamy po cichu zębami, żeby nawet zona nie słyszała. Co my z trudem, z męką, z wybałuszonymi od wysiłku oczami, on lekko, bez mozołu, od niechcenia, jak ptak. Co my drżąc gatkami ze strachu, obsikani zawstydzeniem, z gilami matołectwa pod nosem, on nonszalancko, kapryśnie, autoironicznie. Straszny jest los mało zdolnych i robotnych, nikczemne jest życie tępawych i gęgających monotonnie w kółko to samo, katorżnicza to wegetacja nieucałowanych w czoło przez geniusz.
Więc szemrząc tchórzliwie pod nosem, więc jęcząc skrycie od kolki nienawiści, stajemy z nim codziennie na starcie. Ale kiedy padnie strzał startera, zapominamy jednak o naszym upodleniu. Bo my przecież wiemy o jednej rzeczy, o której on nie wie, o jednej jedynej okoliczności, której on, znając wszystko lepiej od nas, nawet się nie domyśla. Bo ten bieg jest biegiem na dziesięć kilometrów. I my biegniemy ciężkim krokiem, brzydko wykrzywieni, chrypiąc przeraźliwie stwardniałymi skrzelami, i wiemy, że tak będziemy biec ten długi dystans aż do mety, przez ulewę czy przez upał, przez śnieżycę czy przez burzę. A on, gardząc nami, wychodzi już na czoło stawki. On lubi prowadzić i mieć przewagę. Biegnie lekko, prawie nie dotykając ziemi, biegnie ślicznie, już mu klaszczą na pierwszym wirażu, biegnie, jakby motyl leciał śród traw. Już się oddalił, już znika na wirażu. Ale my jesteśmy teraz spokojni, beznamiętnie spoglądamy za nim oczami zmęczonych wołów, bo wiemy, że za kilka okrążeń zatka go raptem w jednej chwili, że pęknie mu trzustka, że skicha się i zasmarka i że zniosą go na zawsze z boiska. bo taki straszny bieg na długim dystansie nie jest dla pięknoduchów, pieszczochów, prymusów. Taki bieg wymyśliła Opatrzność dla nas, krzywonogich wołów roboczych".
C.D.N.
Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 39-41.
sobota, 15 grudnia 2012
Krytyk wściekły pozytywnie (1), czyli gatunki krytyków wg Tadeusza Konwickiego
![]() |
| Źródło |
"Naszła mnie nagle dzisiaj ochota, aby popieścić się z krytykami. W końcu żyję śród nich tyle lat i codziennie odczuwam ich obecność. A to któryś poczochra mi raptem pobłażliwie włosy, a to szczypnie boleśnie w policzek, a to kopnie znienacka i odejdzie sobie jak gdyby nigdy nic. Przyzwyczaiłem się do nich, polubiłem te permanentne zaczepki, pokochałem właściwie ową czujną ich obecność, którą słyszę za plecami.[...]
Zacznijmy od okazu krytyka-harmonisty, co go się zaprasza na wesela, imieniny albo chrzty. Jest to krytyk okolicznościowy. Dobrze ugoszczony, zagra z ochotą, solidnie, do białego rana. Znajdzie się grzecznie, nie zrobi raptem grandy, można go pokazać bez wstydu krewnym, znajomym, a nawet ważniejszym gościom. Krytyk-harmonista wywodzi się jeszcze z czasów przedwojennych, a więc uformował się w epoce spokojnej, respektującej fachowość i reguły gry. Taki na pewno nie zafałszuje.
Szacunek musi budzić także gatunek krytyka wściekłego. Krytyk wściekły jest wściekły charakterologicznie. Jeśli znielubi ciebie od pierwszego wejrzenia, to żebyś później same "Księgi pielgrzymstwa" rodził, i tak go nie udobruchasz, nie rozchmurzysz, nie rozśmieszysz. Przeciwnie, każdy twój mizerny sukcesik będzie go coraz silniej rozwścieczał. Każdy ochłap, który ci życie upuści na podłogę, on będzie przyjmował jako osobistą zniewagę. Pogrążając się w grobie, pokaże ci jeszcze mimicznie, żeś grafoman.
Ma on pozytywnego brata wściekłego. Wściekły krytyk pozytywny lubi upatrzyć sobie jakąś piśmienną ofiarę w gąszczu ciał literackich i ogłosić ją nowatorem, prekursorem, geniuszem. Wściekły krytyk pozytywny wlecze swoją ofiarę za kołnierz przez całe życie i okazuje ją z maniackim uporem zmęczonym rówieśnikom przy każdej sposobności. Jeśli współcześni, sterani zresztą ciężkim życiem, okazują obojętność, jeśli nie padają na kolana, jeśli nie intonują "Te Deum", wściekły krytyk pozytywny robi się jeszcze bardziej wściekły, zacina się w sobie, zaczyna gardzić wszystkimi i wszystkich nienawidzić. Przypomina on czcigodną postać Solonego z "Trzech sióstr", który do końca upierał się z posępną zawziętością, że w Moskwie są dwa uniwersytety, choć wszyscy wiedzieli, że tylko jeden.
W pojedynczych egzemplarzach ukazuje się nam również bardzo ciekawy okaz krytyka, który tak się wgryzł w sztukę, że przegryzł się na drugą stronę. Taki krytyk z początku bywał normalnym krytykiem, to znaczy chwalił, co mu się podoba, ganił, co go brzydzi. Ale pod wpływem pewnych układów zewnętrznych postanowił raz i drugi pokierować "na rozum" gustem. Raz i drugi pochwalił "na rozum", raz i drugi zganił "na rozum". Później robił to już coraz częściej, bo okoliczności zewnętrzne, jak to się okazało, wymagały takich praktyk coraz częściej. Więc ten narząd wewnętrzny otrzymany razem z genami od Pana Boga, wiec ten system hormonów albo, mówiąc staroświecko, ta cząstka duszy, która pozwala odróżniać dobry wiersz od grafomanii, dobrą prozę od zakalca, wiec to tajemnicze coś zaczęło raptownie usychać, aż w końcu skurczyło się i zanikło. I takim przegryzionym krytykiem rządzą już tylko przeciągi. Raz wielkie i wspaniałe, kiedy indziej słabe i z zapachem.
Mało się już widzi, niestety, krytyków-mózgowców, krytyków-tabliczki mnożenia. Ci są najsłodsi. Ze zmarszczonym naukowo czołem biorą powieść pod lupę jak szkolny przykład chemiczny. W nich siedzi groźny, ale kochany belfer gimnazjalny. Przed nimi żadnych karesów, żadnej zalotności, żadnych prysiudów. Przed nimi trzeba zdawać. Podkreślają, rysują na marginesach wykrzykniki, stawiają stopnie. Patrzą i widzą tylko rysunek, lecz nie widzą barw, słuchają i słyszą tylko rytm, lecz nie słyszą melodii, czytają i odczytują tylko sylogizmy, lecz nie odczytają nigdy poezji. Są podobni do doktora Roentgena, którego zachwycały kości i tylko kości potrafił utrwalić na wieczność".
C.D.N.
Tadeusz Konwicki "Kalendarz i klepsydra", Czytelnik, Warszawa 2005, s. 36-39.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





