wtorek, 30 października 2012

Virginia Woolf o Katherine Mansfield (1)



"Była interesująca, bezbronna, utalentowana i czarująca. Ale zarazem ubierała się jak ladacznica i zachowywała jak suka". Virginia Woolf o Katherine Mansfield [1]  
"Mówiąc o snobizmie intelektualnym - jej książka nim cuchnie... Nigdy byś jej nie przeczytał. Jest taka długa i nudna".  Katherine Mansfield w liście do Johna Middletona Murry'ego o książce Virginii Woolf Night and Day [2] 

Wtorek, 18 lutego 1919

[...] W każdym razie myślenie o Saxonie przynosi mi pewną ulgę po dwóch miesiącach, w czasie których niepewnie krążyłam wokół myśli o Katherine Murry. W chwili obecnej jest bardziej niż wątpliwe, czy mam prawo zaliczyć ją do grona swoich przyjaciół. Jest zupełnie prawdopodobne, że mogę jej już nigdy więcej nie zobaczyć. W pokoju na górze mam listy od niej, w których powiada, że radość sprawia jej myślenie o mnie, że czyta moje rzeczy z wielkim przejęciem; mam listy, w których umawia się ze mną, nalega, żeby ją odwiedzić, z dopiskami, że dziękuje i wzrusza się odbytymi już wizytami. Ale ostatni z tych listów nosi datę grudniową, a teraz jest luty. Ta sprawa mnie ciekawi, bawi, a także leciutko, ale niezbyt zdecydowanie, boli. Prawda jest, jak przypuszczam, taka, że jednym z nie wypowiedzianych, ale oczywistych warunków naszej przyjaźni było przeświadczenie, że jest ona zbudowana na lotnych piaskach. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, pełne koncentracji raczej niż otwartości, ale — przynajmniej dla mnie — te stosunki były zawsze bardzo interesujące i zabarwione elementem osobistym w stopniu, który napełniał mnie czułością — jeśli to jest odpowiednie słowo — i zaciekawiał. Gorliwie i z poświęceniem, od października czy listopada, co tydzień, jak mi się zdaje, jeździłam do Hampstead. Co takiego wydarzyło się potem? Wyjeżdżam na Boże Narodzenie i wysyłamy sobie nawzajem miłe prezenciki. Ja dodaję do swojego prezentu co najmniej jeden, jak nie dwa długie listy pełne dobrych uczuć. Proponuję, że odwiedzę ją zaraz po powrocie. Nie mogłam tego uczynić, bo musiałam położyć się do łóżka. A w tym czasie, z przyczyn nieznanych i trudnych do odgadnięcia, z jej strony zapada całkowita cisza. Nie otrzymuję żadnych podziękowań, odpowiedzi czy pytań.

Piątek, 21 lutego 1919

Wszystko to jednak okazało się przesadzone dzięki temu prostemu faktowi, że dzisiaj rano przyszedł list od Katherine z zaproszeniem do niej na herbatę w poniedziałek i wyjaśnieniem, że jakaś nowa kuracja powoduje u niej dwudniowe gorączki, uniemożliwiające jej widywanie się z kimkolwiek.


Środa, 19 marca 1919

Życie nawarstwia się w takim tempie, że nie nadążam z notowaniem równie szybko przyrastających przemyśleń, które kiedy udaje im się tu znaleźć, zawsze ulegają przecenie. [...]  W poniedziałek, po wielu nieudanych próbach, spotkałam się wreszcie w Klubie z Murrym i odbyliśmy rozmowę na temat „Athenaeum". Sukces zaczął już zmieniać Murry'ego dokładnie tak, jak przewidywałam. W stosunku do tego, jak wyglądał, kiedy widziałam go ostatnio, nabrał kolorów, nawet na twarzy. Chichotał wręcz jak uczniak, oczy mu błyszczały, a kiedy milkł, to zajmowały go, jak mi się wydaje, przyjemne myśli; nie żeby przyznawał zresztą, że redagowanie „Athenaeum" jest zadaniem przyjemniejszym niż siedzenie w rządowych biurach. Opowiadał o swoich planach z takim przejęciem, że siedzieliśmy od za kwadrans piąta do pół do siódmej, albo i dłużej, więc musiałam potem gnać. Przedyskutowaliśmy wszystkie nazwiska, jakie już ma, i przemyśleliśmy jeszcze kolejne, ale doszliśmy do wniosku, że kiedy odfajkować naszych bliskich przyjaciół, to rodzynków w cieście nie zostaje już zbyt wiele. Katherine będzie omawiać cztery powieści na tydzień — błagam Cię, Boże, żeby nie tknęła moich! Znów wyczuwam z jej strony kwas — nie trudzi się nawet, żeby napisać karteczkę potwierdzającą naszą umowę; postaram się wybrać tam jutro i zobaczyć wszystko na własne oczy. [...]

Sobota, 22 marca 1919

Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością. Żadnych przeprosin, czy nawet poczucia, że się należą. Od razu rzuciła pióro i — zupełnie jakbyśmy się rozstały dziesięć minut wcześniej — zaczęła zadawać pytania o Dorothy Richardson; i tak dalej, z wielkim ożywieniem i swobodą z obu stron, aż do momentu kiedy musiałam już pędzić na pociąg. Coś jednak — coś ciemnego i katastroficznego, być może w związku z Murrym — musiało się wydarzyć, odkąd widziałyśmy się ostatnio. Tyle dała mi do zrozumienia, ale powiedziała, że woli o tym zapomnieć — to było zresztą nagłe wyznanie w momencie, gdy wychodziłam. Poza tym, jak już mówiłam, rozmawiałyśmy głównie o „Athenaeum" i było mi bardzo przyjemnie usłyszeć, jak mocno liczą na to, że będę dla nich pisała. I znów, jak zwykle, w Katherine odnajduję to, czego brak innym inteligentnym kobietom: wrażenie swobody i zainteresowania, wynikające, jak sądzę, z jej autentycznego, choć tak od mojego różnego, zaangażowania w sprawy naszej cennej sztuki. I chociaż Katherine znajduje się obecnie w samym centrum profesjonalnego światka — na stole ma cztery książki do zrecenzowania —jest, i jak mi się wydaje, zawsze będzie, najdalsza od komercji.

Mogłabym wypełnić tę stronicę plotkami na temat tego, co kto napisał dla „Athenaeum", jako że wczoraj piłam herbatę u Katherine, a Murry — w kolorze błota i milczący — siedział też, ożywiając się tylko w momentach, kiedyśmy zaczynały mówić o jego sprawach. Już wykształcił w sobie taką zazdrosną stronniczość, jaką rodzice mają wobec swoich dzieci. Heinemann odrzucił opowiadania Katherine; była też zaskakująco urażona, że Roger nie zaprosił jej na przyjęcie. Dość powierzchowna jest ta jej twardość.

Czwartek, 24 kwietnia 1919

W poniedziałek wielkanocny wybraliśmy się odwiedzić Murrych i obejrzeć Hampstead Heath. Uznaliśmy, że tłum z tak bliskiej odległości jest odrażający: śmierdzi, klei się, nie ma w nim ani witalności, ani koloru. Jakże wolno wszyscy chodzą! Jakże biernie i pospolicie rozkładają się na trawie! Jakże w nich niewiele przyjemności czy cierpienia! Ale wyglądają na dobrze odzianych i sytych, więc z pewnego dystansu, pomiędzy kanarkowymi huśtawkami i karuzelami, prezentowali się jak jakiś obraz. Czynili bardzo niewiele hałasu; ogromny samolot, który spokojnie przeleciał nad nami, robi więcej huku niż my wszyscy. Czemu powiadam „my"? Nigdy, nawet przez moment, nie czułam się jedną z „nich". A jednak taki widok nia w sobie jakiś urok: podobały mi się baloniki i karmelowe laseczki, i widok dwojga tancerzy powoli i w wystudiowany sposób poruszających się na powierzchni nie większej od chodniczka przed kominkiem w takt muzyki granej na katarynce. Katherine, Murry i brat Murry'ego powitali nas w drzwiach. Sądząc po podobieństwie jej prozy do takich scen, uważaliśmy, że powinno jej się to dość podobać; ale przeciwnie, była zdegustowana. Herbata przebiegła w nastroju raczej sztywnym.

Środa, 26 maja 1920

[...] Dziś rano sztywna i oficjalna notka od Katherine, z podziękowaniem za moją miłą karteczkę i informacją, że będzie jej niezwykle przyjemnie zobaczyć się ze mną, choć „czuje się ostatnio bardzo osłabiona". Cóż to znaczy — ona uważa, że j a ją czymś uraziłam? Tak czy inaczej przekonam się w piątek, chyba że moja wizyta zostanie, co się zawsze może zdarzyć, odwołana.

Poniedziałek, 31 maja 1920

Jeden z wielu listów Virginii do Katherine
Powrót z Monks, jakąś godzinę temu, po pierwszym weekendzie — chciałam powiedzieć „przecudownym", ale kto może wiedzieć, jakie weekendy nas tam jeszcze czekają? Mam na myśli pierwszą, czystą radość z ogrodu. W piątek odbyłam rozmowę z Katherine. Z początku rozwiewająca się z wolna oficjalność i chłód. Pytania o dom i tym podobne. Żadnej radości czy poruszenia na mój widok. Uderzyło mnie, że ona należy do typu kociego: wyobcowana, zdystansowana, zawsze samotna i bystro obserwująca. Potem mówiłyśmy o samotności i stwierdziłam, że ona wyraża dokładnie moje uczucia, i to w sposób, w jaki nikt ich nigdy dotąd nie wyraził. W tym momencie weszłyśmy w rytm i, jak zawsze, rozmawiałyśmy z taką łatwością, jakby tych osiem miesięcy znaczyło kilka minut — aż do chwili kiedy wszedł Murry Pogawędziliśmy jak zwykle. Za cel obrałyśmy sobie Aldousa. Ale kiedy Murry w końcu wyszedł, Katherine i ja raz jeszcze weszłyśmy na temat literatury. Ona sprawia dziwne wrażenie osobności, całkowitego skoncentrowania na sobie; kogoś, kto poświęca uwagę wyłącznie własnej „sztuce"; mówi o niej do mnie niemal z ogniem, aja udaję, że nie umiem pisać. „Cóż bowiem innego można czynić? My musimy pisać". Potem poprosiła mnie, żebym pisała opowiadania dla „Athenaeum". „Aleja nie jestem pewna, czy umiem pisać opowiadania", odrzekłam dość szczerze, uważając, że jej opinia na ten temat, w każdym razie po tej recenzji, którą o mnie napisała, jest właśnie taka. W tym momencie rzuciła się na mnie i powiedziała, że nikt poza mną nie umie pisać opowiadań — Kew Gardens to był właściwy „gest", punkt zwrotny. „No tak, a «Noc i dzień»?", spytałam, choć nie miałam zamiaru o tym mówić. „Niezwykłe osiągnięcie", odpowiedziała. „Nie mieliśmy niczego podobnie wielkiego od niepamiętnych czasów...". ,Wydawało mi się, że książka się pani nie podobała". Stwierdziła wtedy, że mogłaby z niej zdawać egzamin. Czy zechciałabym przyjść i porozmawiać o tym — na lunch — wybieram się więc na lunch. Co jednak oznacza ta recenzja? Tak czy inaczej znów, po raz kolejny i silniej niż kiedykolwiek, odczułam panujące między nami zrozumienie. [3]

______________________

[1] Biografia Virginii Woolf, Quentin Bell, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004, s. 301.
[2] Katherine Mansfield "Listy".
[3] Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

2 komentarze:

  1. Virginia Woolf poświęcała bardzo dużo uwagi K.M.
    w listach Katherine są wzmianki na temat Virginii, ale raczej skąpe.
    mam wrażenie, że K.M. była kością w gardle Virginii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak pisze Virginia, po śmierci K.M. przez dwa dni nie miała ochoty na pisanie, zniknęła bowiem motywacja do pracy. Zaczął się okres depresji w jej życiu, zdała sobie sprawę jak bardzo K.M. była dla niej ważna, jak wiele znaczyła i dawała jej, także inspiracji do własnego pisania.

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...