Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woolf Virginia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Woolf Virginia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 maja 2014

Szczęście


"Szczęście polega na tym, że ma się kawałek sznurka, do którego można wszystko przyczepić. Na przykład wybieranie się do krawcowej, albo raczej rozmyślanie nad suknią, jaką mogłabym u niej zamówić, i wyobrażanie sobie, jak już jest uszyta — to właśnie taki sznurek, który kiedy go zanurzyć w falę skarbów, wraca oklejony perłami. A wydaje się, że moje dni będą teraz nimi usłane. Podoba mi się to londyńskie życie wczesnym latem — przechadzanie się ulicami i przystawanie na placach, i jeszcze gdyby moje książki miały się okazać sukcesem; gdybyśmy mogli zacząć budowę w Monks i założyć radio dla Nelly, i gdyby — gdyby — gdyby. Tak naprawdę jednak życzyłabym sobie posiadać trzy funty, żeby kupić parę wysokich butów na gumowych podeszwach, w których bym chodziła w niedziele na spacery po wsi. 
Jeżeli idzie o obecny stan mojego umysłu, to jedna sprawa wydaje mi się niewątpliwa: że dowierciłam się wreszcie do złoża ropy naftowej i choćbym nie wiem jak szybko pisała, to i tak nie wydobędę wszystkiego na powierzchnię. Zbiera się we mnie w tej chwili co najmniej sześć opowiadań i mam w końcu poczucie, że potrafię zamknąć w słowach wszystkie swoje myśli. Przypuśćmy więc, że miałabym zostać jedną z interesujących — bo nie powiem wielkich, ale interesujących — pisarek? Co dziwne, biorąc pod uwagę moją próżność, nigdy nie wierzyłam zbyt mocno w swoje powieści".

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 270.

Źródło: Płaszcz zabójcy

czwartek, 13 czerwca 2013

"Jak czytać książkę?" Virginia Woolf


Na początku chcę wyjaśnić znak zapytania na końcu tytułu. Nawet gdybym potrafiła sobie odpowiedzieć na postawione pytanie, ta odpowiedź dotyczyłaby tylko mnie, nie ciebie. Jedyna rada, jaką człowiek może dać drugiemu człowiekowi na temat czytania, to nieprzyjmowanie rad, podążanie za własnym instynktem, używanie własnego rozsądku, formowanie własnych wniosków. Jeżeli się zgadzamy co do tego, czuję na tyle dużą swobodę, że mogę się podzielić kilkoma pomysłami i sugestiami, ponieważ wiem, że nie pozwolisz, aby ograniczyły twoją niezależność, która stanowi największą wartość, jaką czytelnik może posiadać. Koniec końców, jakimi prawami możemy obciążyć książki? Bitwa pod Waterloo rozegrała się konkretnego dnia; ale czy „Hamlet” to lepsza sztuka niż „Król Lear”? Nikt nie może tego określić. Każdy musi sam zdecydować. Gdybyśmy dopuścili do naszych bibliotek autorytety, jak opierzone i jak efektownych tog by nie miały, i pozwolili im, aby decydowały o tym, jak mamy czytać, co mamy czytać, jaką przypisywać temu wartość, zniszczylibyśmy ducha wolności, którym przecież oddychają te świątynie książki. W każdym innymi miejscu możemy być krępowani przez prawa i reguły – tutaj nie ma żadnych.

Jak czerpać przyjemność z czytania?


Aby jednak cieszyć się wolnością, wybaczcie frazes, musimy oczywiście mieć kontrolę nad sobą. Nie wolno nam trwonić naszych mocy, w sposób bezradny i ignorancki spryskując połowę posiadłości tylko po to, żeby podlać jeden krzew róży; musimy nad nimi pracować, mocno i dokładnie, w tym właśnie miejscu. To jedna z pierwszych trudności, jakie napotykamy w bibliotece. Czym jest „to właśnie miejsce”? Może się wydawać jedynie konglomeratem konfuzji. Wiersze i powieści, historie i wspomnienia, słowniki i niebieskie księgi; książki napisane we wszystkich językach przez mężczyzn i kobiety o różnych charakterach, różnych kolorach skóry, różnym wieku – wszystkie się rozpychają na jednej półce. A na zewnątrz ryczy osioł, kobiety plotkują przy pompie, źrebięcia galopują przez pole. Gdzie powinniśmy rozpocząć? Jak mamy ustalić porządek w tym chaosie i odnaleźć w ten sposób najgłębszą i najszerszą przyjemność z tego, co czytamy?

Co książki mogą nam dać?


Łatwo jest powiedzieć, że skoro książki dzielimy na różne kategorie – prozę, biografie czy poezję – powinniśmy zachować tę osobność i brać z każdej to, co powinna nam dać. Niewielu ludzi jednak pyta właśnie o to, co książki mogą nam dać. Zwykle podchodzimy do książek z zamglonym, podzielonym umysłem, od prozy wymagając prawdy, od poezji fałszu, od biografii pochlebstw, a od książki historycznej, aby egzekwowała nasze własne uprzedzenia. Gdyby podczas lektury udało nam się zapomnieć o wszystkich takich uprzedzeniach, byłby to dobry początek. Nie dyktuj autorowi; staraj się w niego wcielić. Bądź jego kolegą i wspólnikiem. Jeżeli będziesz się trzymać na uboczu, będziesz mieć zastrzeżenia i będziesz krytykować, uniemożliwisz sobie wyciągnięcie pełnej wartości z tego co czytasz. Jeżeli jednak otworzysz umysł tak szeroko, jak to tylko możliwe, ślady niemal niezauważalnej finezji, od pierwszych zdań doprowadzą cię do człowieka jak żaden inny. Zapoznaj się z tym, a wkrótce zobaczysz, że autor daje ci – albo próbuje dać – coś znacznie bardziej określonego. Trzydzieści dwa rozdziały powieści – jeżeli pomyślimy, jak czytać powieść – są próbą stworzenia czegoś tak uformowanego i opanowanego jak budynek: ale słów nie czuć tak jak cegieł; czytanie to dłuższy i bardziej skomplikowany proces niż widzenie. Być może najkrótszą drogą do zrozumienia tego, czym jest powieść, nie jest czytanie, lecz pisanie; własne doświadczenie z niebezpieczeństwami i trudnościami, jakie stwarzają słowa. Wspomnij wtedy jakieś wydarzenie, które zapadło ci w pamięć – być może to, jak na rogu ulicy minąłeś dwie rozmawiające osoby. Jak drzewo się zatrzęsło; światło zatańczyło. Ton rozmowy był zabawny, ale jednocześnie tragiczny; cała wizja, cała koncepcja, wydawała się zawarta w tym momencie.

Kiedy jednak spróbujesz to zrekonstruować przy użyciu słów, zauważysz, że ta sytuacja rozpada się na tysiące różnych impresji. Niektóre trzeba tłumić; inne podkreślać; w trakcie tego procesu prawdopodobnie zabraknie ci tchu na opisanie samej emocji. I wtedy przenieś się ze swoich mglistych, zaśmieconych stron na strony wielkich powieściopisarzy takich, jak Defoe, Jane Austen czy Hardy. Będziesz w stanie bardziej docenić ich kunszt. To nie tylko obecność innej osoby - Defoe, Jane Austen lub Thomasa Hardy’ego - ale też zupełnie inny świat. W książce o Robinsonie Crusoe z trudem pokonujemy drogę; kłopot po kłopocie. O ile jednak wolne powietrze i przygoda znaczą wszystko dla Defoe, o tyle nie znaczą nic dla Jane Austen. U niej liczy się salon, rozmawiający ludzie i odbicia tych rozmów, które ukazują ich charaktery. I kiedy oswoimy się już z tym salonem i jego odbiciami, przechodzimy do Hardy’ego, i znowu wszystko się zmienia. Wokół nas pojawiają się wrzosowiska, a nad głowami gwiazdy. Eksponowana jest druga strona umysłu – ta ciemna, która przychodzi w osamotnieniu, przeciwieństwo jasnej, ujawniającej się w towarzystwie. Nie nawiązujemy relacji z ludźmi, tylko z naturą i przeznaczeniem. I mimo że te wszystkie światy się różnią, każdy z nich jest spójny. Ich twórcy z uwagą obserwują prawa ich własnych perspektyw i jak bardzo by nas nie obciążali, nigdy nam nie namieszają w głowach, co często czynią mniej istotni powieściopisarze, przedstawiając w jednej książce dwa różne rodzaje rzeczywistości. Przejście od jednego wielkiego powieściopisarza do drugiego – od Jane Austen do Hardy’ego, od Peacocka do Trollope’a, od Scotta do Meredith – jest więc zakrętem i wykorzenieniem; to bycie na jednej drodze i nagłe przerzucenie na inną. Czytanie powieści to trudna i złożona sztuka. Musisz nie tylko połapać się w genialnej percepcji, ale i mieć rozwiniętą wyobraźnię, wtedy skorzystasz z tego wszystko, co powieściopisarz – wielki artysta – ci oferuje.

Sztuka czy nie sztuka?


Rzut oka na heterogeniczne towarzystwo na półce pokaże ci jednak, że pisarze bardzo rzadko są owymi „wielkimi artystami”; znacznie częściej książka w ogóle nie ociera się o sztukę. Przykładowo, biografie i autobiografie, przybliżające życiorysy wielkich ludzi, ludzi od dawna nieżyjących i zapomnianych, stoją okładka w okładkę z powieściami i poematami – czy nie powinniśmy ich czytać z tego powodu, że nie są „sztuką”? Czy może powinniśmy je czytać, ale w inny sposób, z innym nastawieniem? Czy powinniśmy je czytać, aby zaspokoić ciekawość, która czasami potrafi nami zawładnąć, gdy wieczorem siedzimy przed domem, gdy palą się światła, gdy nie zaciągnęliśmy jeszcze żaluzji i gdy każde piętro domu ukazuje nam inną część ludzkiego życia? Ciekawość życia tych ludzi nas pożera – plotki służących, obiady dżentelmenów, dziewczyna ubierająca się na przyjęcie, starsza kobieta z robótką w oknie. Kim oni są, czym są, jakie są ich imiona, zawody, myśli, przeżycia?
Biografie i pamiętniki odpowiadają na te pytania, rozpalają niezliczone domy; pokazują nam ludzi, którzy zajmują się swoimi codziennymi sprawami, ich trudy, porażki, zwycięstwa, posiłki, ich nienawiść, miłość, aż do ich śmierci. I czasami, gdy tak obserwujemy, dom i żelazne zasłony znikają, a my przenosimy się nad morze; polujemy, żeglujemy, walczymy; jesteśmy pośród dzikich i żołnierzy; bierzemy udział w wielkich wydarzeniach. Nawet, jeżeli zostaniemy w Anglii, w Londynie, sceneria i tak się zmienia; ulice stają się węższe; dom staje się mniejszy, ciaśniejszy, szyby są w diamentowych kształtach, czuć smród. Widzimy poetę, Donne’a, który opuszcza taki dom, ponieważ ściany były tak cienkie, że przecinały je odgłosy płaczących dzieci. Możemy go śledzić ścieżkami, jakie widnieją na kolejnych stronach książek, aż do Twickenham; do Lady Bedford’s Park, słynnego miejsca spotkań szlachciców i poetów; a potem obrać kierunek na Wilton, wielki dom, w którym usłyszymy Sidneya czytającego swojej siostrze „Arkadię”; możemy wędrować pośród bagien i oglądać czaple, które znajdują się w słynnym romansie; a potem znowu możemy się udać na północ, do Lady Pembroke, Anne Clifford, do jej wrzosowisk, albo wybrać się do miasta i opanowywać naszą wesołość na widok Gabriela Harveya w jego czarnym, aksamitnym garniturze, wykłócającego się o poezję ze Spenserem.

Nic nie jest bardziej fascynujące niż błądzenie i potykanie się w ciemnościach i splendorze elżbietańskiego Londynu. Nie można tam jednak zostać. Wabią nas Temple i Swift, Harley i St. John; godzinami można rozszyfrowywać ich kłótnie i charaktery; a gdy już nam się znudzi, możemy iść dalej, obok damy w czerni i w diamentach, do Samuela Johnsona, Goldsmitha i Garricka; albo przez kanał, na spotkanie z Voltaire’em i Diderotem, Madame du Deffand; a potem znowu do Anglii i do Twickenham – jakże się powtarzają niektóre miejsca i nazwiska! – gdzie Lady Bedford miała swój park i gdzie żył kiedyś Pope, do domu Walpole’a na Straberry Hill. Walpole przedstawia nas całej gromadzie nowych znajomych, jest tyle domów do odwiedzenia, dzwonków do zadzwonienia, że możemy się na chwilę zatrzymać, na przykład przed drzwiami panny Berry, gdzie ujrzymy Thackeraya. To przyjaciel kobiety, którą Walpole kochał. I kiedy tak idziemy od przyjaciela do przyjaciela, od ogrodu do ogrodu, od domu do domu, trafiamy z jednego końca angielskiej literatury do drugiego, ponownie budzimy się w teraźniejszości, o ile uda nam się oddzielić ten moment od tego wszystkiego, co się działo wcześniej. To jeden ze sposobów na lekturę tych żyć i listów; może sprawić, aby rozświetliły okna przeszłości; możemy obserwować śmierć sław i fantazjować, że jesteśmy blisko, możemy wyciągnąć ich sztukę czy wiersz i zobaczyć, czy czyta się to dzieło inaczej w obecności autora. To jednak rodzi kolejne pytanie. Musimy zapytać samych siebie, jak bardzo na książkę wpływa życie pisarza – jak bezpieczne jest interpretowanie autora? Jak bardzo powinniśmy ulegać lub nie sympatiom i antypatiom, które ten człowiek w nas wzbudził? To pytania, które się pojawiają, kiedy czytamy życiorysy i listy. Sami musimy sobie na nie odpowiedzieć, nic nie może bardziej zgubne, niż kierowanie się w tak osobistej sprawie preferencjami innych.

środa, 21 listopada 2012

Głos Virginiii Woolf


To jedyny zachowany zapis głosu Virginii Woolf. Jest to część nagrania radiowego BBC z 29 Kwietnia 1937 roku, nosi ono tytuł "Craftsmanship" i było częścią cyklu zatytułowanego "Words Fail Me". Nagraniu towarzyszą slajdy fotografii przedstawiających Virginię Woolf. Tekst został opublikowany jako esej w "The Death of the Moth and Other Essays" (1942). 



Zapis zarejestrowanej części:

…Words, English words, are full of echoes, of memories, of associations. They have been out and about, on people's lips, in their houses, in the streets, in the fields, for so many centuries. And that is one of the chief difficulties in writing them today – that they are stored with other meanings, with other memories, and they have contracted so many famous marriages in the past. The splendid word "incarnadine," for example – who can use that without remembering "multitudinous seas"? In the old days, of course, when English was a new language, writers could invent new words and use them. Nowadays it is easy enough to invent new words – they spring to the lips whenever we see a new sight or feel a new sensation – but we cannot use them because the English language is old. You cannot use a brand new word in an old language because of the very obvious yet always mysterious fact that a word is not a single and separate entity, but part of other words. Indeed it is not a word until it is part of a sentence. Words belong to each other, although, of course, only a great poet knows that the word "incarnadine" belongs to "multitudinous seas." To combine new words with old words is fatal to the constitution of the sentence. In order to use new words properly you would have to invent a whole new language; and that, though no doubt we shall come to it, is not at the moment our business. Our business is to see what we can do with the old English language as it is. How can we combine the old words in new orders so that they survive, so that they create beauty, so that they tell the truth? That is the question.

And the person who could answer that question would deserve whatever crown of glory the world has to offer. Think what it would mean if you could teach, or if you could learn the art of writing. Why, every book, every newspaper you'd pick up, would tell the truth, or create beauty. But there is, it would appear, some obstacle in the way, some hindrance to the teaching of words. For though at this moment at least a hundred professors are lecturing on the literature of the past, at least a thousand critics are reviewing the literature of the present, and hundreds upon hundreds of young men and women are passing examinations in English literature with the utmost credit, still – do we write better, do we read better than we read and wrote four hundred years ago when we were un-lectured, un-criticized, untaught? Is our modern Georgian literature a patch on the Elizabethan? Well, where then are we to lay the blame? Not on our professors; not on our reviewers; not on our writers; but on words. It is words that are to blame. They are the wildest, freest, most irresponsible, most un-teachable of all things. Of course, you can catch them and sort them and place them in alphabetical order in dictionaries. But words do not live in dictionaries; they live in the mind. If you want proof of this, consider how often in moments of emotion when we most need words we find none. Yet there is the dictionary; there at our disposal are some half-a-million words all in alphabetical order. But can we use them? No, because words do not live in dictionaries, they live in the mind. Look once more at the dictionary. There beyond a doubt lie plays more splendid than Antony and Cleopatra; poems lovelier than the Ode to a Nightingale; novels beside which Pride and Prejudice or David Copperfield are the crude bunglings of amateurs. It is only a question of finding the right words and putting them in the right order. But we cannot do it because they do not live in dictionaries; they live in the mind. And how do they live in the mind? Variously and strangely, much as human beings live, ranging hither and thither, falling in love, and mating together. It is true that they are much less bound by ceremony and convention than we are. Royal words mate with commoners. English words marry French words, German words, Indian words, Negro words, if they have a fancy. Indeed, the less we enquire into the past of our dear Mother English the better it will be for that lady's reputation. For she has gone a-roving, a-roving fair maid.

Thus to lay down any laws for such irreclaimable vagabonds is worse than useless. A few trifling rules of grammar and spelling is all the constraint we can put on them. All we can say about them, as we peer at them over the edge of that deep, dark and only fitfully illuminated cavern in which they live – the mind – all we can say about them is that they seem to like people to think before they use them, and to feel before they use them, but to think and feel not about them, but about something different. They are highly sensitive, easily made self-conscious. They do not like to have their purity or their impurity discussed. If you start a Society for Pure English, they will show their resentment by starting another for impure English – hence the unnatural violence of much modern speech; it is a protest against the puritans. They are highly democratic, too; they believe that one word is as good as another; uneducated words are as good as educated words, uncultivated words as good as cultivated words, there are no ranks or titles in their society. Nor do they like being lifted out on the point of a pen and examined separately. They hang together, in sentences, paragraphs, sometimes for whole pages at a time. They hate being useful; they hate making money; they hate being lectured about in public. In short, they hate anything that stamps them with one meaning or confines them to one attitude, for it is their nature to change.

Perhaps that is their most striking peculiarity – their need of change. It is because the truth they try to catch is many-sided, and they convey it by being many-sided, flashing first this way, then that. Thus they mean one thing to one person, another thing to another person; they are unintelligible to one generation, plain as a pikestaff to the next. And it is because of this complexity, this power to mean different things to different people, that they survive. Perhaps then one reason why we have no great poet, novelist or critic writing today is that we refuse to allow words their liberty. We pin them down to one meaning, their useful meaning, the meaning which makes us catch the train, the meaning which makes us pass the examination…

środa, 14 listopada 2012

Virginia Woolf o innych pisarzach

Sobota, 12 kwietnia 1919

Tych dziesięć minut kradnę Moll Flanders, której nie udało mi się ukończyć wczoraj, zgodnie z planem zajęć, jako że uległam pokusie przerwania lektury i wyprawy do Londynu. Ale patrzyłam na Londyn, szczególnie na białe londyńskie kościoły i pałace z mostu Hungerford, oczyma Defoe. Jego wzrokiem patrzyłam na stare kobiety sprzedające zapałki, a obszarpana dziewczyna krążąca po chodniku wokół St James Square wydała mi się jakby postacią z Roxany lub Moll Flanders. O tak, wielki pisarz, skoro aż tak na mnie wpływa po dwustu latach! Wielki pisarz — a Forster nigdy nie czytał jego książek! Forster zaczął machać na mnie w Bibliotece Londyńskiej, kiedy się zbliżyłam. Uścisnęliśmy sobie dłonie z wielką serdecznością. A jednak zawsze wyczuwam, że on się przede mną wykurcza — przed kobietą, przed inteligentną kobietą, nowoczesną kobietą. Wyczuwając to, poleciłam mu poczytać Defoe i po drodze przyniosłam mu jeden tom. Herbert Fisher wprawił nas w osłupienie zaproszeniem na jutrzejszy lunch; i byliśmy w Kew i oglądaliśmy magnolie w pełnym rozkwicie.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

piątek, 9 listopada 2012

Diamenty w kupce popiołu

Poniedziałek, 20 stycznia 1919

Dwa tygodnie spędzone w łóżku to efekt usunięcia zęba i znacznego zmęczenia, które doprowadziło do bólu głowy — ponurej, długotrwałej dolegliwości, cofającej się i powracającej niby mgła w styczniowy dzień. Godzina pisania dziennie — taką dawkę ustaliłam sobie na najbliższych parę tygodni; a skoro dzisiaj rano ją zaoszczędziłam, to teraz mogę spożytkować jej część, szczególnie że jeśli chodzi o styczeń, to mam dość duże zaległości. Zastrzegam się jednak, iż pisanie tego dziennika nie liczy się za pisanie, jako że przeczytałam właśnie swoje zapiski z zeszłego roku i jestem zadziwiona szybkością chaotycznego galopu, z jakim się poruszam, czasami potykając się nieprzyjemnie o nierówności bruku. Jednakże jeślibym tego dziennika nie pisała szybciej, niż pisze najszybsza maszynistka, gdybym zaczęła zatrzymywać się i zastanawiać, toby nigdy w ogóle nie powstał. Metoda ta ma jeszcze taką zaletę, że pozwala na zagarnianie przeróżnych przypadkowych spraw, które na pewno bym pominęła, jeślibym się zaczęła wahać, a które okazują się na końcu diamentami w kupce popiołu. Jeśli Virginia Woolf w wieku lat pięćdziesięciu usiądzie nad tymi zapiskami, żeby z nich skonstruować swoje wspomnienia, i nie będzie w stanie stworzyć takiego zdania jak należy, to ja mogę jej tylko wyrazić swoje współczucie i przypomnieć o istnieniu kominka, w który — za moją pełną zgodą — może cisnąć te kartki, zamieniając je w czarne błony o czerwonych oczach. Ależ jej zazdroszczę tego zadania, które dla niej szykuję! Nic by mnie bardziej nie ucieszyło. Już moje trzydzieste siódme urodziny w najbliższą sobotę są dzięki tej myśli odarte z części swojego zwykłego okropieństwa. Z uwagi na tę starszą panią właśnie zamierzam podczas tego tygodnia niewoli spędzić wieczory na opisywaniu stanu swoich znajomości i przyjaźni, dodając też charakterystyki niektórych spośród moich przyjaciół, jak również ocenę ich dokonań i przewidywań co do ich przyszłych dzieł.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

czwartek, 8 listopada 2012

Pogrzeb w stylu Sussex

Piątek, 20 sierpnia 1920

Pani Dedman zwabiła nas tam, nazywając to pogrzebem w stylu Sussex i obiecując, że żałobnicy będą ubrani w kitle. Ale okazało się, że w całej wsi jest ich tylko sześć, więc porzucono ten zamiar. Pana Staceya spuszczali do grobu pracownicy rolni, z których dwu zdołało w trakcie tej operacji wpaść do grobu. Kitle istnieją jednak, co pani Dedman udowodniła, pokazując nam jeden, należący do jej dziadka — piękny przykład sztuki hafciarskiej, z wzorem właściwym dla Rodmell, odmiennym niż w innych miejscowościach. Cała męska ludność Kingston wyszła z kościoła za trumną; brązowe twarze, białe włosy dobrze widoczne na de czarnych jak węgiel płaszczy. Księża celebrowali z tak dojmującym smutkiem, że mam poważne wątpliwości, czy teraz czują się już lepiej. Dzień był zimny; na niebie fioletowa burzowa chmura. Nabożeństwo,, jak zwykle, chłodne, nieporęczne, trudne do zniesienia. Wszyscy duszą w sobie naturalne uczucia i udają, że biorą udział w tym przedstawieniu, ponieważ inni robią to samo. Trumna bladoszara, wieńce przyczepione drutami. Nie wiem, czy katolicka formuła jest cieplejsza. Widziałam, jak jeden człowiek w odpowiednim momencie sypnął garstką ziemi. Ale całkowicie nieobecny jest duch ceremonii. Nie jesteśmy w stanie się przejąć. Poza tym niewygoda tych niedzielnych płaszczy i kapeluszy. Czuję, że niedziela czepia się moich ubrań jak zapach kamfory.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941". 

wtorek, 30 października 2012

Virginia Woolf o Katherine Mansfield (2)


Sobota, 5 czerwca 1920

Musiałam wrócić do zimowych ubrań; wieje lodowaty wiatr, a słońce, zamiast grzać, tylko błyska i mruga. Grzało natomiast w czasie derby — tego dnia, kiedy jadłam lunch z Katherine i odbyłam z nią bezcenną, dwugodzinną rozmowę — bezcenną w tym sensie, że nie ma drugiej osoby, z którą mogłabym rozmawiać o pisaniu w sposób tak bezcielesny, nie odwracając myśli od tematu bardziej, niż odwracam ją, pisząc te słowa. (Wyłączywszy Leonarda). Rozmawiałyśmy o książkach, o twórczości oczywiście — o mojej. Powiedziałam jej: „Zmieniła się pani. Przeszła przez coś". Rzeczywiście jest w niej pewien rodzaj opanowania, jakby osiągnąwszy je, nie uważała już za konieczne uciekać się do gry pozorów. Opowiedziała mi o koszmarnych doświadczeniach poprzedniej zimy — głównie o doświadczeniu samotności; sama w kamiennym domu [w Ospedaletti], pod którym znajdowały się groty zalewane przez morze; opowiadała, jak to leżała przez cały dzień w łóżku z pistoletem na podorędziu, ludzie walili w drzwi. Murry przysłał jej rozliczenie księgowe swojego konta; przyjechał na Boże Narodzenie, przywiózł pudding śliwkowy i twaróg; „Teraz, gdy już jestem tutaj, wszystko będzie dobrze". Chciała, żeby dał jej ukojenie, ale go nie uzyskała. I już nigdy nie będzie się o nie starała. Mniej więcej rozumiem, o co jej chodzi. Jest zdenerwowana. Bo ma się ukazać jej książka; boi się, że może nie dosyć zrobiła. Tak czy inaczej cieszę się z tego spotkania; taka fragmentaryczna, pospieszna rozmowa ma dla mnie o wiele większe znaczenie niż niejedna spośród dużo stateczniejszych. [...]

Poniedziałek, 2 sierpnia 1920

Święto bankowe. Jestem w trakcie pieczenia ciasta i szukam w tej stroniczce ucieczki, żeby zapełnić chwile pieczenia i wkładania chleba do pieca. Sezon zakończył się nam niespodziewanie; opadła kurtyna, choć niebo jeszcze ciągle jasno oświecone. Gdybym nie wstydziła się swojego egotyzmu, nadałabym dosłowne znaczenie tej metaforze — biorąc pod uwagę, że jestem zmuszona wyjść z wielkiego przyjęcia Nessy o jedenastej, żeby dotrzeć do domu, nie przeszkadzać L. i przygotować się do pakowania i wyjazdu następnego ranka. Biedny L., przez ostatni miesiąc dosłownie zajeżdżony, w końcu przyznał się do zmęczenia i autentycznie znalazł się na skraju wyczerpania. Hogarth Press jako hobby rozwijało się naprawdę zbyt żwawo i bujnie, żeby dało się je nadal prowadzić wyłącznie na zasadzie pracy własnej. Poza tym, z powodu braku kompetencji z mojej strony, nie jesteśmy w stanie dzielić się sprawami prowadzenia przedsiębiorstwa. Trzeba się zatem zastanowić nad przyszłością. Z tej przyczyny wyjechaliśmy o tydzień wcześniej, niż planowaliśmy. W poniedziałek wybrałam się powiedzieć „do widzenia" Katherine Mansfield, potem dałam się namówić na nocleg na [Gordon Square] 46, więc mogłabym napisać wiele stron przemyśleń na temat ponownego spania w Londynie. Swoboda i tempo życia w Londynie robią na mnie duże wrażenie — wszystko pod ręką, wszystko można zmieścić między lunchem a herbatą, bez wybierania się w podróż i uważania tego za punkt planu dnia. Katherine poprosiła mnie o zrecenzowanie swojej książki; wykręcałam się, mówiąc, że recenzowanie niszczy przyjemność czytania. Katherine i Murry przyjeżdżają do Eastbourne, więc pożegnanie zostało przesunięte.

Środa, 25 sierpnia 1920

Już po raz trzeci tego lata wybrałam się w poniedziałek do Londynu, zapłaciłam pięć szylingów za talerz szynki i pożegnałam się z Katherine. Przy rozstaniu posłużyłam się swoim eufemizmem: że przyjdę do niej jeszcze, zanim wyjedzie; ale nie ma sensu przedłużać tych pożegnalnych wizyt; a poza tym żadna wizyta nie zmienia faktu, że Katherine wyjeżdża na dwa lata, że jest chora i jeden Pan Bóg wie, kiedy się znowu zobaczymy. Przy takich rozstaniach człowiek sam się szczypie, żeby się upewnić, że coś odczuwa. Czy odczuwam to tak bardzo, jak powinnam? Czy jestem bez serca? A później, po uświadomieniu sobie własnej nieczułości, nagle przychodzi pustka braku rozmów z nią. Z mojej strony zatem to uczucie jest szczere. Ona chce mieszkać we włoskim miasteczku i pić herbatę z doktorem. Ale przyrzekamy sobie pisać do siebie — ona przyśle mi swój dziennik. Czy będziemy pisać? Czy przyśle? Jeśli ja bym została sama, tobym przysłała, będąc z nas dwóch tą prostszą, tą bezpośredniejszą. Dziwne, jak mało wiemy o swoich przyjaciołach. [...]

Wtorek, 16 stycznia 1923

Katherine nie żyje od tygodnia, aja —jak gorliwie stosuję się do jej słów. „Nie zapomnij o Katherine", które czytam w jednym z listów od niej. Dziwnie jest śledzić rozwój własnych uczuć. W piątek przy śniadaniu Nelly oświadczyła tym swoim sensacyjnym tonem: „Pani Murry nie żyje! Tak piszą w gazecie!". W takiej chwili czuje się — co? szok ulgi? — o jedną rywalkę mniej? Zmieszanie, że czuje się tak mało — a potem, stopniowo, pustka i zawód; a potem depresja, z której nie byłam w stanie wydobyć się przez cały dzień. Kiedy zaczynałam pisać, wydawało mi się, że pisanie nie ma sensu. Katherine już tego nie przeczyta. Katherine już nie jest moją rywalką. A potem, jak to zwykle u mnie, zaczęły się pojawiać wspomnienia obrazów — Katherine wkładająca biały wianek i odchodząca od nas, odwoływana gdzieś, nagle jakoś dystyngowana, wybrana. Miała tylko trzydzieści trzy lata. A widziałam ją przed sobą tak dokładnie, i ten pokój przy Portland Villas. Wstaję. Ona wstaje wolno, bardzo wolno, od biurka. Stały tam szklanka mleka i flakon z lekarstwem. Wszystko takie uporządkowane, czyste, jakby w domku dla lalek. Katherine (było lato) na wpół leżąca na sofie pod oknem. Wyglądała tak jak zawsze: japońska lalka, z grzywką przyczesaną prościutko na czoło. Czasami patrzyłyśmy na siebie przeciągle, jakbyśmy poprzez wzrok osiągnęły rodzaj trwałego porozumienia. Miała piękne oczy — trochę jakby psie, brązowe, bardzo szeroko rozstawione, o spokojnym, powolnym, jakby wiernym i smutnym spojrzeniu. Nos ostry, odrobinę wulgarny. Usta cienkie i zaciśnięte. Wyglądała na bardzo chorą — pokurczona, poruszała się ospale, wlokła się przez pokój jak cierpiące zwierzę. Sądzę, że zapisałam część z naszych rozmów. No a Katherine była nieprzenikniona. Czyjej na mnie zależało? Czasami tak mówiła — całowała mnie — patrzyła na mnie, jakby (czy to brzmi sentymentalnie?) jej oczy chciały pozostać wierne na zawsze. Obiecała, że nigdy mnie nie zapomni. To właśnie powiedziałyśmy sobie na koniec naszej ostatniej rozmowy. Obiecała, że przyśle mi do przeczytania swój dziennik I że zawsze będzie do mnie pisać. Bo jak sobie mówiłyśmy, nasza przyjaźń była prawdziwa. Będzie trwała dalej, bez względu na to, co się wydarzy. A wydarzyło się, tak myślę, szukanie win i być może plotki. Otoczenie — Murry i tak dalej — i małe kłamstwa, i oszustwa, nieustanna gra i wzajemne złośliwości zniszczyły, jak sądzę, dużo z tej przyjaźni. Niemniej ja z pewnością oczekiwałam, że spotkamy się przyszłego lata i zaczniemy Wszystko od nowa. No i byłam zazdrosna o jej twórczość — to jedyna twórczość, o jaką kiedykolwiek byłam zazdrosna. Przez dwa dni miałam poczucie, że weszłam w wiek średni i że straciłam bodziec do pisania. To wrażenie mija. Przestałam już ją widywać w tym wianku. Już się stale nad nią nie użalam. Mam jednak świadomość, że przez całe życie będę o niej od czasu do czasu myślała. Miałyśmy chyba coś wspólnego, coś, czego już nigdy nie znajdę u nikogo innego. Sądzę, że nie doceniałam jej fizycznego cierpienia i tego, w jakim stopniu ono właśnie wpływało na jej zgorzknienie. Znów leżałam w łóżku, znów sto jeden stopni Fahrenheita.

Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

Virginia Woolf o Katherine Mansfield (1)



"Była interesująca, bezbronna, utalentowana i czarująca. Ale zarazem ubierała się jak ladacznica i zachowywała jak suka". Virginia Woolf o Katherine Mansfield [1]  
"Mówiąc o snobizmie intelektualnym - jej książka nim cuchnie... Nigdy byś jej nie przeczytał. Jest taka długa i nudna".  Katherine Mansfield w liście do Johna Middletona Murry'ego o książce Virginii Woolf Night and Day [2] 

Wtorek, 18 lutego 1919

[...] W każdym razie myślenie o Saxonie przynosi mi pewną ulgę po dwóch miesiącach, w czasie których niepewnie krążyłam wokół myśli o Katherine Murry. W chwili obecnej jest bardziej niż wątpliwe, czy mam prawo zaliczyć ją do grona swoich przyjaciół. Jest zupełnie prawdopodobne, że mogę jej już nigdy więcej nie zobaczyć. W pokoju na górze mam listy od niej, w których powiada, że radość sprawia jej myślenie o mnie, że czyta moje rzeczy z wielkim przejęciem; mam listy, w których umawia się ze mną, nalega, żeby ją odwiedzić, z dopiskami, że dziękuje i wzrusza się odbytymi już wizytami. Ale ostatni z tych listów nosi datę grudniową, a teraz jest luty. Ta sprawa mnie ciekawi, bawi, a także leciutko, ale niezbyt zdecydowanie, boli. Prawda jest, jak przypuszczam, taka, że jednym z nie wypowiedzianych, ale oczywistych warunków naszej przyjaźni było przeświadczenie, że jest ona zbudowana na lotnych piaskach. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, pełne koncentracji raczej niż otwartości, ale — przynajmniej dla mnie — te stosunki były zawsze bardzo interesujące i zabarwione elementem osobistym w stopniu, który napełniał mnie czułością — jeśli to jest odpowiednie słowo — i zaciekawiał. Gorliwie i z poświęceniem, od października czy listopada, co tydzień, jak mi się zdaje, jeździłam do Hampstead. Co takiego wydarzyło się potem? Wyjeżdżam na Boże Narodzenie i wysyłamy sobie nawzajem miłe prezenciki. Ja dodaję do swojego prezentu co najmniej jeden, jak nie dwa długie listy pełne dobrych uczuć. Proponuję, że odwiedzę ją zaraz po powrocie. Nie mogłam tego uczynić, bo musiałam położyć się do łóżka. A w tym czasie, z przyczyn nieznanych i trudnych do odgadnięcia, z jej strony zapada całkowita cisza. Nie otrzymuję żadnych podziękowań, odpowiedzi czy pytań.

Piątek, 21 lutego 1919

Wszystko to jednak okazało się przesadzone dzięki temu prostemu faktowi, że dzisiaj rano przyszedł list od Katherine z zaproszeniem do niej na herbatę w poniedziałek i wyjaśnieniem, że jakaś nowa kuracja powoduje u niej dwudniowe gorączki, uniemożliwiające jej widywanie się z kimkolwiek.


Środa, 19 marca 1919

Życie nawarstwia się w takim tempie, że nie nadążam z notowaniem równie szybko przyrastających przemyśleń, które kiedy udaje im się tu znaleźć, zawsze ulegają przecenie. [...]  W poniedziałek, po wielu nieudanych próbach, spotkałam się wreszcie w Klubie z Murrym i odbyliśmy rozmowę na temat „Athenaeum". Sukces zaczął już zmieniać Murry'ego dokładnie tak, jak przewidywałam. W stosunku do tego, jak wyglądał, kiedy widziałam go ostatnio, nabrał kolorów, nawet na twarzy. Chichotał wręcz jak uczniak, oczy mu błyszczały, a kiedy milkł, to zajmowały go, jak mi się wydaje, przyjemne myśli; nie żeby przyznawał zresztą, że redagowanie „Athenaeum" jest zadaniem przyjemniejszym niż siedzenie w rządowych biurach. Opowiadał o swoich planach z takim przejęciem, że siedzieliśmy od za kwadrans piąta do pół do siódmej, albo i dłużej, więc musiałam potem gnać. Przedyskutowaliśmy wszystkie nazwiska, jakie już ma, i przemyśleliśmy jeszcze kolejne, ale doszliśmy do wniosku, że kiedy odfajkować naszych bliskich przyjaciół, to rodzynków w cieście nie zostaje już zbyt wiele. Katherine będzie omawiać cztery powieści na tydzień — błagam Cię, Boże, żeby nie tknęła moich! Znów wyczuwam z jej strony kwas — nie trudzi się nawet, żeby napisać karteczkę potwierdzającą naszą umowę; postaram się wybrać tam jutro i zobaczyć wszystko na własne oczy. [...]

Sobota, 22 marca 1919

Kobieta niepojęta niepojętą pozostanie, co stwierdzam z przyjemnością. Żadnych przeprosin, czy nawet poczucia, że się należą. Od razu rzuciła pióro i — zupełnie jakbyśmy się rozstały dziesięć minut wcześniej — zaczęła zadawać pytania o Dorothy Richardson; i tak dalej, z wielkim ożywieniem i swobodą z obu stron, aż do momentu kiedy musiałam już pędzić na pociąg. Coś jednak — coś ciemnego i katastroficznego, być może w związku z Murrym — musiało się wydarzyć, odkąd widziałyśmy się ostatnio. Tyle dała mi do zrozumienia, ale powiedziała, że woli o tym zapomnieć — to było zresztą nagłe wyznanie w momencie, gdy wychodziłam. Poza tym, jak już mówiłam, rozmawiałyśmy głównie o „Athenaeum" i było mi bardzo przyjemnie usłyszeć, jak mocno liczą na to, że będę dla nich pisała. I znów, jak zwykle, w Katherine odnajduję to, czego brak innym inteligentnym kobietom: wrażenie swobody i zainteresowania, wynikające, jak sądzę, z jej autentycznego, choć tak od mojego różnego, zaangażowania w sprawy naszej cennej sztuki. I chociaż Katherine znajduje się obecnie w samym centrum profesjonalnego światka — na stole ma cztery książki do zrecenzowania —jest, i jak mi się wydaje, zawsze będzie, najdalsza od komercji.

Mogłabym wypełnić tę stronicę plotkami na temat tego, co kto napisał dla „Athenaeum", jako że wczoraj piłam herbatę u Katherine, a Murry — w kolorze błota i milczący — siedział też, ożywiając się tylko w momentach, kiedyśmy zaczynały mówić o jego sprawach. Już wykształcił w sobie taką zazdrosną stronniczość, jaką rodzice mają wobec swoich dzieci. Heinemann odrzucił opowiadania Katherine; była też zaskakująco urażona, że Roger nie zaprosił jej na przyjęcie. Dość powierzchowna jest ta jej twardość.

Czwartek, 24 kwietnia 1919

W poniedziałek wielkanocny wybraliśmy się odwiedzić Murrych i obejrzeć Hampstead Heath. Uznaliśmy, że tłum z tak bliskiej odległości jest odrażający: śmierdzi, klei się, nie ma w nim ani witalności, ani koloru. Jakże wolno wszyscy chodzą! Jakże biernie i pospolicie rozkładają się na trawie! Jakże w nich niewiele przyjemności czy cierpienia! Ale wyglądają na dobrze odzianych i sytych, więc z pewnego dystansu, pomiędzy kanarkowymi huśtawkami i karuzelami, prezentowali się jak jakiś obraz. Czynili bardzo niewiele hałasu; ogromny samolot, który spokojnie przeleciał nad nami, robi więcej huku niż my wszyscy. Czemu powiadam „my"? Nigdy, nawet przez moment, nie czułam się jedną z „nich". A jednak taki widok nia w sobie jakiś urok: podobały mi się baloniki i karmelowe laseczki, i widok dwojga tancerzy powoli i w wystudiowany sposób poruszających się na powierzchni nie większej od chodniczka przed kominkiem w takt muzyki granej na katarynce. Katherine, Murry i brat Murry'ego powitali nas w drzwiach. Sądząc po podobieństwie jej prozy do takich scen, uważaliśmy, że powinno jej się to dość podobać; ale przeciwnie, była zdegustowana. Herbata przebiegła w nastroju raczej sztywnym.

Środa, 26 maja 1920

[...] Dziś rano sztywna i oficjalna notka od Katherine, z podziękowaniem za moją miłą karteczkę i informacją, że będzie jej niezwykle przyjemnie zobaczyć się ze mną, choć „czuje się ostatnio bardzo osłabiona". Cóż to znaczy — ona uważa, że j a ją czymś uraziłam? Tak czy inaczej przekonam się w piątek, chyba że moja wizyta zostanie, co się zawsze może zdarzyć, odwołana.

Poniedziałek, 31 maja 1920

Jeden z wielu listów Virginii do Katherine
Powrót z Monks, jakąś godzinę temu, po pierwszym weekendzie — chciałam powiedzieć „przecudownym", ale kto może wiedzieć, jakie weekendy nas tam jeszcze czekają? Mam na myśli pierwszą, czystą radość z ogrodu. W piątek odbyłam rozmowę z Katherine. Z początku rozwiewająca się z wolna oficjalność i chłód. Pytania o dom i tym podobne. Żadnej radości czy poruszenia na mój widok. Uderzyło mnie, że ona należy do typu kociego: wyobcowana, zdystansowana, zawsze samotna i bystro obserwująca. Potem mówiłyśmy o samotności i stwierdziłam, że ona wyraża dokładnie moje uczucia, i to w sposób, w jaki nikt ich nigdy dotąd nie wyraził. W tym momencie weszłyśmy w rytm i, jak zawsze, rozmawiałyśmy z taką łatwością, jakby tych osiem miesięcy znaczyło kilka minut — aż do chwili kiedy wszedł Murry Pogawędziliśmy jak zwykle. Za cel obrałyśmy sobie Aldousa. Ale kiedy Murry w końcu wyszedł, Katherine i ja raz jeszcze weszłyśmy na temat literatury. Ona sprawia dziwne wrażenie osobności, całkowitego skoncentrowania na sobie; kogoś, kto poświęca uwagę wyłącznie własnej „sztuce"; mówi o niej do mnie niemal z ogniem, aja udaję, że nie umiem pisać. „Cóż bowiem innego można czynić? My musimy pisać". Potem poprosiła mnie, żebym pisała opowiadania dla „Athenaeum". „Aleja nie jestem pewna, czy umiem pisać opowiadania", odrzekłam dość szczerze, uważając, że jej opinia na ten temat, w każdym razie po tej recenzji, którą o mnie napisała, jest właśnie taka. W tym momencie rzuciła się na mnie i powiedziała, że nikt poza mną nie umie pisać opowiadań — Kew Gardens to był właściwy „gest", punkt zwrotny. „No tak, a «Noc i dzień»?", spytałam, choć nie miałam zamiaru o tym mówić. „Niezwykłe osiągnięcie", odpowiedziała. „Nie mieliśmy niczego podobnie wielkiego od niepamiętnych czasów...". ,Wydawało mi się, że książka się pani nie podobała". Stwierdziła wtedy, że mogłaby z niej zdawać egzamin. Czy zechciałabym przyjść i porozmawiać o tym — na lunch — wybieram się więc na lunch. Co jednak oznacza ta recenzja? Tak czy inaczej znów, po raz kolejny i silniej niż kiedykolwiek, odczułam panujące między nami zrozumienie. [3]

______________________

[1] Biografia Virginii Woolf, Quentin Bell, Wydawnictwo Książkowe Twój Styl, Warszawa 2004, s. 301.
[2] Katherine Mansfield "Listy".
[3] Virginia Woolf "Chwile wolności. Dziennik 1915-1941".

piątek, 21 września 2012

Pożar! Pożar!

Christiaan Tonnis Virginia Woolf

Poniedziałek, 11 stycznia 1915

Rano Leonard brał kąpiel, a ja leżałam jeszcze w łóżku, kiedy doszły do mnie odgłosy zamieszania u sąsiadów, a potem ktoś pędem zbiegł ze schodów, krzycząc dziwnym, nienaturalnym głosem: „Pożar! Pożar!". Jako że było oczywiste, iż nie ma pożaru, a w każdym razie nie na jakąś większą skalę, to zanim wyjrzałam przez okno, włożyłam na siebie płaszcz przeciwdeszczowy i kapcie. Potem poczułam zapach palonego papieru. Wyszłam na korytarz i zobaczyłam, jak dym wydobywa się z otwartych drzwi sąsiedniego pokoju. Było oczywiście dosyć czasu na ucieczkę, więc się wycofałam; słyszałam potem, jak Lizzy idzie tam z lokatorem i mówi: „Dałam tylko troszkę papieru, żeby rozniecić ogień...". Później powiedziano mi, że zajął się papier, następnie draperie na kominku, parawan i boazeria. Ponieważ każdy z tutejszych pokoi jest wyłożony starym, suchym drewnem, niestarannie pokrytym tapetą, to po upływie ledwie dziesięciu minut do opanowania ognia nie wystarczyłyby już, jak sądzę, tylko dzbanki z wodą... To, żeśmy do dziś przetrwali, jest, biorąc pod uwagę możliwości Lizzy, cudem. Wczoraj zbiła nam dwie sztuki bardzo delikatnej porcelany. Po południu wybraliśmy się do Londynu: L. miał spotkanie z redaktorem „The New Statesman" na temat swojego artykułu o dyplomacji, a ja oglądałam mieszkanie przy Mecklenburgh Square. Potem ja poszłam do biblioteki Daya, a L. do Biblioteki Londyńskiej. Musi do środy w południe napisać artykuł na tysiąc dwieście słów.

Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007.

wtorek, 11 września 2012

Dzień z życia pisarza - Virginia Woolf


Wtorek, 10 sierpnia 1920 roku


Spędziłam całe popołudnie na malowaniu klozetu polowego na żółto. Teraz mogę podsumować swoje prace: wymalowana i posprzątana jadalnia; poręcze pomalowane na niebiesko; schody na biało; a teraz jeszcze klozet. Kiedy wracaliśmy w niedzielę do domu, a dzień był gorący i bezwietrzny, L. naszkicował swoją wizję przyszłości wydawnictwa. Zaoferujemy Partridge'owi udziały, dodając jako przynętę do tej skromnej propozycji bardziej być może łakomy kąsek, czyli sekretarzowanie Leonardowi. Gdzieś tak w połowie obiadu L. rozwinął te plany dalej: czemu nie kupić pełnego wyposażenia drukarskiego? Czemu nie? Może nawet otworzyć warsztat. Nieustannie z sedna rzeczy wyrastają jakieś nowe rozgałęzienia. Jakie to przyjemne, tak sobie robić plany pod jesień. Nelly wciąż cierpiąca na tajemnicze schorzenia, w związku z czym prosimy, żeby się nie pokazywała...

Ściągnięte z bloga Płaszcz zabójcy, a pochodzi z: Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 156.

Listy pisarzy - Virginia Woolf

Virginia i Leonard w dniu swojego ślubu
 List Virginii Stephen (Woolf) do Leonarda Woolfa

1 maja 1912 roku 

Najdroższy Leonardzie,

Najpierw, co do faktów (moje palce są tak zimne, że ledwie mogę pisać), powinnam wrócić jutro około siódmej, będzie wtedy czas na rozmowę — ale co to zmieni? Przypuszczam, że skoro zamierzasz zrezygnować z pracy, nie możesz wziąć teraz urlopu. Tak czy inaczej, to pokazuje, jaką karierę sobie niszczysz!
Teraz, co do całej reszty. Wydaje mi się, że sprawiam ci wiele bólu — czasami całkiem przypadkowo — i dlatego powinnam być z tobą tak szczera, jak tylko potrafię. Oczywiście nie umiem ci wytłumaczyć, co czuję — oto kilka spraw z tych, co mnie nurtują. Stają mi przed oczami oczywiste korzyści małżeństwa... Nie będę rozważać małżeństwa, jakby chodziło o wybór zawodu... Czasami złości mnie siła twoich pragnień... Poza tym, jestem strasznie zmienna. W jednej chwili przechodzę od obojętności do uniesienia, i to bez żadnego powodu, jednak kiedy jestem z tobą, pomimo tej gonitwy uczuć jest jedno, które trwa i rozwija się. Na pewno chciałbyś wiedzieć, czy kiedykolwiek skłoni mnie ono, by cię poślubić. Cóż mogę powiedzieć? Myślę, że mogłoby... Ale nie wiem, co przyniesie przyszłość. Po części lękam się samej siebie... Czasem myślę, że jeślibym wyszła za ciebie, mogłabym mieć wszystko — a wówczas — czy to, co cielesne, stanie pomiędzy nami? Tak jak ci brutalnie powiedziałam tamtego dnia, nie czuję do ciebie żadnego fizycznego pociągu... Ale potrafiłeś także uczynić mnie szczęśliwą. Oboje pragniemy małżeństwa, które jest istotną sprawą życia, zawsze żywą, pełną żaru, nie zaś martwą. Chcemy pełni życia, czyż nie? Może uda się nam to osiągnąć — a wtedy, jakże będzie wspaniale!

Twoja V.S.

Fragment ukradziony z bloga Płaszcz zabójcy, cyt. za: Frank McLynn, Sławne listy o ludziach i wydarzeniach zmieniających losy świata, Arkona 1995, s. 79.

niedziela, 12 sierpnia 2012

Pisanie jest dla mnie rozkoszą

Piątek, 15 Stycznia 1915


Poszłam do kinematografu, a L. na swój wykład do Fabianów; ostatecznie stwierdził jednak, że jego umysł, dusza i ciało więcej by skorzystały z filmów niż z państwa Webbów i doktorów, którzy rozprawiali o swojej etykiecie. Były trzy lub cztery świetne filmy; ale jak zwykle dramat jest nudny. O, chciałabym lubić to, co lubią inni. Sala była pełna, wybuchy śmiechu, oklaski etc. Dzisiaj po południu poszliśmy spacerem do Hogarth, żeby przekonać się, czy hałas dzieci szkolnych rzeczywiście przeszkadza. Cóż — zastanawiam się, co w końcu zrobimy. Dużo bym dała, żeby móc odwrócić tak ze trzydzieści kartek i przeczytać, co z nami będzie. Obiad jemy wcześnie i idziemy na koncert — niesłychana rozpusta — chociaż były takie czasy, kiedy chodziłam do opery albo na koncerty przynajmniej ze trzy razy w tygodniu. A wiem, że kiedy się skończy, oboje będziemy mieli poczucie, że „tak naprawdę dobra książka byłaby dużo lepsza".


Sobota, 16 stycznia 1915


Uważam, że wczorajszy wieczór w Coliseum był wart zachodu — pomimo różnych niedogodności. W Halach bardzo mi się podobają „sztukmistrze" — śpiewacy komiczni, mężczyźni udający primadonny czy żonglerzy. Nie lubię jednoaktówek. Potrzeba mi całego aktu, żeby wciągnąć się w sztukę, więc jednoaktówki to na ogół czysta nuda. Czułam się zatem zawiedziona, że dają właśnie trzy jednoaktówki. Był jednakże człowiek śpiewający jak primadonna oraz program patriotyczny. Wyszliśmy w momencie, w którym na samym środku sceny wybuchła wschodnia wrzawa w zieleniach i fioletach. Pisaliśmy dziś cały ranek. Wzięłam Maksa na spacer nad rzekę, ale natykaliśmy się na liczne przeszkody: w postaci kości, którą skradł, moich opadających podwiązek oraz psiej bitwy, w której wyniku ucho Maksa zostało naderwane i strasznie krwawiło. Myślałam sobie, jak bardzo jestem szczęśliwa, nie doświadczając już tych wzruszeń, które, jak mi się kiedyś wydawało, składają się na szczęście. L. i ja spieraliśmy się na ten temat przez dłuższą chwilę. Także na temat bezsensu wszelkiej ludzkiej pracy, chyba że uznać ją za sposób na uszczęśliwianie wykonujących ją ludzi. Pisanie jest dla mnie obecnie rozkoszą tylko dlatego, że uwielbiam pisać i, zupełnie szczerze, nie dbam o to, co powiedzą inni, bardziej niż o zeszłoroczny śnieg.



Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007. 

piątek, 25 maja 2012

Dzień z życia pisarza (17) - Virginia Woolf

Virginia Woolf
Sobota, 2 stycznia 1915 roku, The Green 17, RICHMOND

"Oto dzień, który bym wskazała, gdyby dało się wybrać absolutnie przeciętną naszego życia".

8.00- "Jemy śniadanie; rozmawiam z panią Le Grys. Narzeka na straszliwe belgijskie apetyty i zamiłowanie do jedzenia smażonego na maśle. „Skoro tak jadają na wygnaniu, to jak muszą jadać u siebie?" - zastanawia się". 

9.00 - "Potem L. i ja, oboje, zabieramy się do swojej pisaniny". 

13.00 - "Jemy lunch, czytamy gazety, zgadzamy się, że nie ma w nich nic ciekawego".

14.00 - "Dwadzieścia minut czytam na górze Guya Manneringa, a potem idziemy z Maksem na spacer". 

15.00 - "W połowie drogi do Bridge okazuje się, że jesteśmy odcięci przez rzekę - wyraźnie podniósł się poziom wody, która odbija się od brzegu i pulsuje niczym serce. Dziwna rzecz z tymi przedmieściami: najohydniejsze czerwone wille zawsze są wynajęte, a w żadnej z nich nie ma ani jednego otwartego czy odsłoniętego okna. W jednym z domów były zasłony z żółtego jedwabiu z koronkowymi wstawkami. Pokoje wewnątrz wypełnia pewnie półmrok i odór mięsa, i ludzkich ciał. Wydaje mi się, że zasłonięte okna to znak, iż się jest osobą szacowną - Sophie zawsze upierała się przy zasłanianiu".

16.00 - "Potem zakupy. Sobotni wieczór to pora wielkiego kupowania, a niektóre stoiska oblężone są przez trzy rzędy kobiet. Ja zawsze wybieram puste sklepy, gdzie pewnie płaci się o pół pensa więcej za funt".

17.00 - "A potem herbata, z miodem i śmietanką". 

18.00 - "Teraz L. przepisuje na maszynie swój artykuł".

19.00 - "Potem przez cały wieczór czytanie, i do łóżka".

Fragment pochodzi z: Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007. 

sobota, 28 kwietnia 2012

Dzień z życia pisarza (6) - Virginia Woolf

Virginia Woolf
Poniedziałek, 25 stycznia 1915 r, The Green 17, RICHMOND

8.00 -  "Moje urodziny. (...) L. przysiągł, że nic mi nie ofiaruje, a ja, jako dobra żona, uwierzyłam mu bez zastrzeżeń. Tymczasem podkradł się do mojego łóżka z niewielką paczuszką, w której była prześliczna zielona portmonetka. I przyniósł mi śniadanie i gazetę z wiadomością o zwycięstwie na morzu (zatopiliśmy niemiecki okręt wojenny), i prostokątną paczkę owiniętą w szary papier, w której znajdował się Opat — śliczne pierwsze wydanie. Miałam więc bardzo wesoły i przyjemny poranek".

14.00 -  "Zabrano mnie do miasta, zupełnie za darmo. (...) Zdążyliśmy idealnie na bezpośredni pociąg, a ja byłam bardzo szczęśliwa i czytałam szkic ojca o Popie - rzecz dowcipną i błyskotliwą, w której nie ma ani jednego martwego zdania. Naprawdę nie wiem, kiedy miałam tak cudowne urodziny - na pewno nigdy od czasów dzieciństwa".

15.00 - "Zafundowano mi najpierw kinematograf".

16.00 -  "Następnie podwieczorek w herbaciarni u Buszarda".

17.00 -  "Siedząc nad herbatą, podjęliśmy trzy postanowienia: po pierwsze, żeby wziąć, jeśli to tylko możliwe, Hogarth House; po drugie, kupić prasę drukarską; po trzecie, kupić buldoga, który będzie się prawdopodobnie nazywał John. Jestem bardzo przejęta wszystkimi trzema projektami - a szczególnie prasą drukarską. ".

19.00 - "Dostałam także paczuszkę słodyczy na drogę". (...) Podróż pociągiem do domu.

20.00 -  "Chyba od dziesięciu lat nikt nie świętował moich urodzin. A to naprawdę był urodzinowy dzień - ładny, mroźny, wszystko świeże i wesołe, tak jak powinno być, a nigdy nie bywa".

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Virginia Woolf, Chwile wolności: Dziennik 1915-1941, oprac. Anne Olivier Bell, tłum. Magda Heydel, Wydawnictwo Literackie 2007, s. 25-26. Dziękuję:)