Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura rosyjska. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 stycznia 2014

"Nie cmykać"

"Położyłem się na prawym boku, naciągnąłem kołdrę na ucho, zamknąłem oczy i nagle poczułem, że absolutnie nie chce mi się spać, natomiast chce mi się jeść. Ładna historia, pomyślałem. Trzeba było natychmiast czymś się zająć i tak też zrobiłem.

Weźmy, na przykład, system dwóch równań całkowych typu rów­nań statystyki gwiezdnej; obie niewiadome funkcje znajdują się pod całką. Rozwiązywać można, oczywiście, tylko liczbowo, powiedz­my, na BESM... Przypomniałem sobie naszą BESM. Pulpit sterow­niczy koloru budyniu śmietankowego. Żenia kładzie na nim paczuszkę i powoli ją rozpakowuje. “Co masz dzisiaj?" - “Chleb z serem i kieł­basą. Z polską półwędzoną w plasterkach". - “E tam, żony ci braku­je! Ja mam kotlety domowe z czosnkiem. I kiszony ogórek". Nie, dwa ogóreczki... Cztery kotlety i żeby było do pary, cztery twarde kiszone ogóreczki. I cztery kawałki chleba z masłem.

piątek, 18 października 2013

"Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty"


"– Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty. Diabli wiedzą, jak się te kwiatynazywają, ale są to pierwsze kwiaty, jakie się wiosną pokazują w Moskwie. Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor!
Skręciła z Twerskiej w zaułek i wtedy się obejrzała. No, Twerską chyba pan zna? Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie. Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach. Posłuszny owemu żółtemu znakowi losu ja również skręciłem w zaułek i ruszyłem jej śladem. Szliśmy bez słowa tym smutnym, krzywym zaułkiem, ja po jednej jego stronie, ona po drugiej. I proszę sobie wyobrazić, że prócz nas nie było w zaułku żywej duszy. Męczyłem się, ponieważ wydało mi się, że muszę z nią pomówić, i bałem się, że nie powiem ani słowa, a ona tymczasem odejdzie i nigdy już jej więcej nie zobaczę. I proszę sobie wyobrazić, że to właśnie ona, odezwała się nieoczekiwanie:
– Podobają się panu moje kwiaty?
Dokładnie pamiętam dźwięk jej głosu, taki dosyć niski, ale załamujący się niekiedy, i chociaż to głupie, wydało mi się, że żółte, brudne mury uliczki powtarzają echem jej słowa. Spiesznie przeszedłem na tę stronę, po której szła ona, podszedłem do niej i odpowiedziałem:
– Nie.
Popatrzyła na mnie zdziwiona, a ja nagle i najzupełniej nieoczekiwanie zrozumiałem, że przez całe życie kochałem tę właśnie kobietę! To ci dopiero, co? Na pewno powie pan, że jestem niespełna rozumu?
– Niczego takiego nie mówię i nie powiem – gorąco sprzeciwił się Iwan i dodał: – Błagam, niech pan mówi dalej!
Gość ciągnął:
– Tak, popatrzyła na mnie zdziwiona, a potem zapytała:
– Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?
Wydało mi się, że w jej głosie była jakaś wrogość. Szedłem obok niej, starałem się iść w nogę i, ku memu zdziwieniu, zgoła nie czułem zmieszania.
– Lubię kwiaty, ale nie takie – powiedziałem.
– A jakie?
– Lubię róże.
Natychmiast pożałowałem swoich słów, bo ona uśmiechnęła się przepraszająco i cisnęła swoje kwiaty do rynsztoka. Zmieszałem się nieco, ale jednak je podniosłem i podałem jej, ale ona z uśmiechem odsunęła kwiaty, więc musiałem nieść je sam.
Szliśmy tak w milczeniu przez czas pewien, dopóki nie wzięła kwiatów z moich rąk i nie rzuciła ich na jezdnię. Potem wsunęła w moją dłoń swoją dłoń w czarnej rękawiczce z szerokim mankietem i poszliśmy dalej razem.
– Niech pan mówi dalej – powiedział Iwan – i proszę, niech pan nie pomija żadnych szczegółów!
– Dalej? – zapytał gość. – No cóż, tego, co było potem, mógłby się pan sam domyślić. – Prawym rękawem wytarł nagle nieoczekiwaną łzę i mówił dalej: – Miłość napadła na nas tak, jak napada w zaułku wyrastający spod ziemi morderca, i poraziła nas oboje od razu. Tak właśnie razi grom albo nóż bandyty! Ona zresztą utrzymywała później, że to nie było tak, że musieliśmy się kochać już od dawna, jeszcze się nie znając i zanim się jeszcze spotkaliśmy, i że ona żyła z innym mężczyzną... a ja, tam, wtedy... z tą, no, jakże jej...
– Z kim? – zapytał Bezdomny.
– Z tą, no... z tą, no... – odparł gość i pstryknął palcami.
– To pan był żonaty?
– No tak, przecież właśnie w tej sprawie pstrykam... Z tą... Z Warią... Z Manią... nie, z Warią... taka sukienka w paski, muzeum... Zresztą nie pamiętam.
No więc ona mówiła, że wyszła tego dnia z bukietem żółtych kwiatów właśnie po to, bym ją wreszcie odnalazł, i gdyby tak się nie stało, otrułaby się, bo jej życie było pozbawione sensu. Tak, miłość poraziła nas w jednej chwili. Wiedziałem o tym jeszcze tego samego dnia, po godzinie, gdyśmy znaleźli się, sami nie wiedząc jak i kiedy, na nadrzecznym bulwarze pod murami Kremla.
Rozmawialiśmy ze sobą, tak jakbyśmy się rozstali dopiero wczoraj, jakbyśmy się znali od wielu lat. Umówiliśmy się, że się spotkamy nazajutrz w tym samym miejscu, nad brzegiem Moskwy, i spotkaliśmy się tam. Przyświecało nam majowe słońce. I niebawem ta kobieta potajemnie stała się moją żoną. Przychodziła do mnie co dzień w południe, ale czekać na nią zaczynałem już od rana.
Oczekiwanie to wyrażało się w ten sposób, że przestawiałem przedmioty na biurku. Na dziesięć minut przed jej przyjściem siadałem przy okienku i nasłuchiwałem, kiedy stuknie rachityczna furtka. I jak to się dziwnie składa – zanim ją spotkałem, bardzo niewiele osób przychodziło na nasze podwórko, można powiedzieć, że nikt tam nie przychodził, teraz zaś wydawało mi się, że całe miasto podąża na nasze podwórze.
Ona przechodziła przez furtkę tylko raz, ale nie skłamię, jeśli powiem, że zanim weszła, serce zaczynało mi walić przynajmniej z dziesięć razy. A potem, kiedy zbliżała się godzina, o której ona miała przyjść, kiedy wskazówki zegara zbiegały się na dwunastej, serce w ogóle już nie przestawało łomotać, dopóki ona, nawet nie stuknąwszy furtką, niemal bezgłośnie, nie zjawiała się, dopóki nie zobaczyłem za okienkiem jej pantofli z czarnymi kokardkami z zamszu, ściągniętymi przy pomocy stalowych sprzączek.
Niekiedy swawoliła zatrzymując się koło drugiego okienka i stukając w szybę czubkiem bucika. W tejże chwili dopadałem okna, ale pantofelek znikał, znikał czarny jedwab przesłaniający światło, i biegłem, by jej otworzyć drzwi.
Nikt nie wiedział o naszym związku, ręczę panu za to, chociaż to się nigdy nie zdarza. Nie wiedział o nim jej mąż, nie wiedzieli także znajomi. W starym domku, w którym wynajmowałem moją suterenę, wiedziano, oczywiście, że przychodzi do mnie jakaś kobieta, ale nikt nie znał jej imienia.
– A kim ona była? – zapytał Iwan, niezmiernie zaciekawiony tą romansową historią.
Gość uczynił gest, który miał znaczyć, że nie wyjawi tego nikomu, i kontynuował swoją opowieść.
Iwan dowiedział się więc, że mistrz i nieznajoma tak się pokochali, że stali się nierozłączni. Iwan dokładnie już sobie wyobrażał owe dwa pokoje w suterenie domku, w których z powodu płotu i bzów zawsze panował półmrok. Widział podniszczone, niegdyś wykwintne niskie, biurko, na biurku dzwoniący co pół godziny zegar i książki, książki od malowanej podłogi aż po zakopcony sufit i piec.
Iwan dowiedział się, że przybysz i jego potajemna żona już w pierwszych dniach trwania ich związku doszli do wniosku, że wtedy na rogu Twerskiej i owego zaułka, zetknął ich ze sobą sam los i że są stworzeni dla siebie.
Iwan dowiedział się także, jak spędzali dnie zakochani. Ona przychodziła, natychmiast wkładała fartuch i w wąskim korytarzyku, gdzie był zlew, którego obecność tam z taką dumą podkreślał nieszczęsny chory, zapalała na drewnianym stole prymus i przygotowywała śniadanie, które zjadali następnie przy nakrytym owalnym stole w pierwszym pokoju. Kiedy zrywały się majowe burze, a tuż za oślepłymi okienkami z szumem płynęła ku ściekowi woda, grożąc zalaniem ich ostatniej przystani, zakochani rozpalali w piecu i piekli sobie w popielniku kartofle.
Z kartofli buchała para, czarne łupiny ziemniaczane brudziły palce. W suterenie rozlegały się śmiechy, a drzewa w ogródku po przejściu ulewy gubiły złamane przez wiatr gałązki i białe kiście.
Kiedy skończył się okres burz i nadeszło skwarne lato, w wazonie pojawiły się od dawna wyczekiwane i ulubione przez nich oboje róże. Ten, który nazwał się mistrzem, gorączkowo pracował nad swą powieścią i owa powieść pochłonęła również nieznajomą.
– Przyznam, że chwilami zaczynałem już być o to zazdrosny – szeptał do Iwana nocny gość, przybyły z zalanego księżycowym światłem balkonu.
Zanurzywszy we włosach szczupłe palce o ostrych paznokciach, czytała w nieskończoność to, co już napisał, a przeczytawszy zaczynała szyć tę właśnie czapeczkę. Niekiedy siedziała w kucki obok najniższych półek albo stała obok najwyższych i wycierała ściereczką setki zakurzonych grzbietów. Wróżyła mu sławę, ponaglała go i właśnie wtedy zaczęła go nazywać mistrzem. Nie mogła się doczekać przyobiecanych ostatnich słów o piątym procuratorze Judei, śpiewnie, głośno powtarzała poszczególne zdania, które jej się spodobały, i mówiła, że w tej powieści jest całe jej życie".

Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".
 

"A więc siedzimy?"

"Mistrz i Małgorzata" w Teatrze Polskim, fot. Anna Tomczyńska

"– A więc siedzimy? 
– Siedzimy – odpowiedział mu Iwan wpatrując się w piwne, nader niespokojne oczy przybysza.
– Ta–ak... – gość zaniepokoił się nagle. – Mam nadzieję, że jest pan spokojnym pacjentem?
Bo, wie pan, nie znoszę hałasów, awantur, przemocy ani niczego w tym guście. Zwłaszcza nienawidzę, kiedy ludzie krzyczą – wszystko jedno, czy krzyczą z bólu, czy z gniewu, czy z jakiegokolwiek innego powodu. Proszę mi powiedzieć dla mojego świętego spokoju, czy nie miewa pan ataków szału?
– Wczoraj w knajpie przysunąłem w mordę jednemu facetowi – mężnie przyznał się przeobrażony poeta.
– Powody? – surowo zapytał gość.
– Prawdę mówiąc to bez powodu – odpowiedział skonfundowany Iwan.
– Przerażające! – skarcił Iwana gość i dorzucił: – A poza tym cóż to za wyrażenia – przysunąłem w mordę?... Przecież nie wiadomo właściwie, czy człowiek ma mordę, czy twarz.
Myślę zresztą, że mimo wszystko ma twarz. Więc, wie pan, tak, pięściami... Lepiej niech pan skończy z tym raz na zawsze.
Zbesztawszy w ten sposób gospodarza gość zapytał:
– Zawód?
– Poeta – jakoś niechętnie przyznał się Iwan. Przybysz był niepocieszony.
– Ależ mi się nie wiedzie! – zawołał, ale opanował się natychmiast, przeprosił Iwana i
zapytał: – A pana nazwisko?
– Bezdomny.
– Ech, ech... – powiedział gość i skrzywił się.
– Nie podobają się panu moje wiersze? – zapytał zaciekawiony Iwan.
– Strasznie mi się nie podobają.
– A które z nich pan czytał?
– Nie czytałem żadnych pańskich wierszy! – nerwowo wykrzyknął przybysz.
– Więc dlaczego pan tak mówi?
– Cóż w tym dziwnego? – odpowiedział gość. – Albo to nie czytałem innych wierszy? Zresztą, różnie to bywa... Dobrze, gotów jestem uwierzyć na słowo. Proszę mi powiedzieć, czy te pana wiersze są dobre?
– Potworne! – śmiało i szczerze powiedział nagle Iwan.
– Proszę ich więcej nie pisać! – błagalnie poprosił przybysz.
– Przyrzekam to i przysięgam – uroczyście oświadczył Iwan".


Michaił Bułhakow "Mistrz i Małgorzata".

środa, 9 października 2013

"Ubijam tekst, ile się da, przecedzam, wykreślam"



List Antoniego Czechowa do N. Lejkina

Moskwa, 12 stycznia 1883

[...] Sam jestem zażartym zwolennikiem drobnych utworów i gdybym wydawał pismo humorystyczne, wszelkie rozwlekłości wykreślałbym bez pardonu. W moskiewskich redakcjach ja jeden występuję przeciwko dłużyznom (co mi zresztą nie przeszkadza od czasu do czasu komuś je wtrynić... Głową muru nie przebijesz!), ale równocześnie, jeśli mam być szczery, granice „stąd dotąd" są dla mnie wielce kłopotliwe. 

sobota, 28 września 2013

O ludziach dobrze wychowanych



List Antoniego Czechowa do N. Czechowa

Moskwa, marzec 1886

[...] Mówiono mi, że się czujesz dotknięty kpinami zarówno moimi, jak Szechtla... Wrażliwość na zniewagę jest właściwością li tylko szlachetnych dusz, jednakże skoro wolno kpić z Iwanienki, ze mnie, z Miszki, z Nelly, czemu nie wolno z Ciebie? To niesprawiedliwe... Zresztą, jeżeli nie udajesz i rzeczywiście jesteś dotknięty, muszę Cię jak najprędzej przeprosić.
Ludzie śmieją się tylko z tego, co śmieszne, albo dla nich niezrozumiałe... Wybieraj jedno z dwojga.

czwartek, 4 lipca 2013

Civilized people

Antoni Czechow
“Civilized people must, I believe, satisfy the following criteria:

1) They respect human beings as individuals and are therefore always tolerant, gentle, courteous and amenable ... They do not create scenes over a hammer or a mislaid eraser; they do not make you feel they are conferring a great benefit on you when they live with you, and they don't make a scandal when they leave. (...)

2) They have compassion for other people besides beggars and cats. Their hearts suffer the pain of what is hidden to the naked eye. (...)

3) They respect other people's property, and therefore pay their debts.

4) They are not devious, and they fear lies as they fear fire. They don't tell lies even in the most trivial matters. To lie to someone is to insult them, and the liar is diminished in the eyes of the person he lies to. Civilized people don't put on airs; they behave in the street as they would at home, they don't show off to impress their juniors. (...)

5) They don't run themselves down in order to provoke the sympathy of others. They don't play on other people's heartstrings to be sighed over and cosseted ... that sort of thing is just cheap striving for effects, it's vulgar, old hat and false. (...)

6) They are not vain. They don't waste time with the fake jewellery of hobnobbing with celebrities, being permitted to shake the hand of a drunken [judicial orator], the exaggerated bonhomie of the first person they meet at the Salon, being the life and soul of the bar ... They regard prases like 'I am a representative of the Press!!' -- the sort of thing one only hears from [very minor journalists] -- as absurd. If they have done a brass farthing's work they don't pass it off as if it were 100 roubles' by swanking about with their portfolios, and they don't boast of being able to gain admission to places other people aren't allowed in (...) True talent always sits in the shade, mingles with the crowd, avoids the limelight ... As Krylov said, the empty barrel makes more noise than the full one. (...)

7) If they do possess talent, they value it ... They take pride in it ... they know they have a responsibility to exert a civilizing influence on [others] rather than aimlessly hanging out with them. And they are fastidious in their habits. (...)

8. They work at developing their aesthetic sensibility ... Civilized people don't simply obey their baser instincts ... they require mens sana in corpore sano.

And so on. That's what civilized people are like ... Reading Pickwick and learning a speech from Faust by heart is not enough if your aim is to become a truly civilized person and not to sink below the level of your surroundings.

― Anton Chekhov, from a letter to Nikolay Chekhov (March 1886)

czwartek, 23 maja 2013

"Czy te oczy mogą kłamać"

Michaił Bułhakow

 "Zrozumcie, że język może ukryć prawdę, ale oczy - nigdy! Ktoś wam zadaje niespodziewane pytanie, nie zdradzacie się nawet drgnieniem, błyskawicznie bierzecie się w garść i wiecie, co należy powiedzieć, żeby ukryć prawdę, i wygłaszacie to niezmiernie przekonywająco, i nie drgnie na waszej twarzy żaden muskuł, ale - niestety - spłoszona pytaniem prawda na okamgnienie skacze z dna duszy w oczy i już wszystko stracone."
 
Michaił Bułhakow

piątek, 4 stycznia 2013

Dostojewski - poeta, pisarz Petersburga



W lutym 1837 roku umiera matka Dostojewskiego. Wiosną tego roku Dostojewski zachorował na gardło i stracił głos. Choroba ta zostawiła ślad na zawsze, do końca życia będzie mówił gardłowym, cichym głosem. W maju Dostojewski wraz ze swym starszym bratem Michałem wyjeżdżają do Petersburga celem wstąpienia do szkoły inżynierów wojskowych. Na razie umieszczeni są w prywatnym zakładzie Kostomarowa, przygotowującym do tej szkoły. Od tego czasu Dostojewski staje się i pozostaje petersburszczaninem. Będzie później mieszkał po różnych kątach świata, w Syberii, w środkowej Azji, w niemieckim Dreźnie, nad Jeziorem Genewskim, we Florencji, ale genius loci Petersburga towarzyszyć mu będzie zawsze, będzie mu zapalał świece lub lampę naftową przy jego stole do pisania i będzie mu je gasił dopiero nad ranem, gdyż Dostojewski pracował nocami. Jedyny krajobraz, który będzie do Dostojewskiego przemawiał i będzie go wzruszał, to krajobraz prostych, szerokich ulic Petersburga, wiosenną i letnią nocą białych od białego, bezsennego nieba, jesienią i zimą mglistych, ciemnych, z ogniskami palącymi się w śniegu na rogach ulic. Ulice te mają specyficzny zapach, będący mieszaniną zapachu dziegciu, zgniłego błota i powrozów. Petersburg jak magnes pociąga ku sobie mózg Dostojewskiego, białe noce Petersburga wciąż są przedmiotem jego słodkich marzeń. Dostojewski to poeta, pisarz Petersburga.
Oto jest przykład stosunku Dostojewskiego do miasta, którego był synem adoptowanym:

"... uważam petersburski ranek, ten, zdawałoby się, najbardziej prozaiczny ranek na kuli ziemskiej, za nieomal najbardziej fantastyczny na całym świecie. To jest mój osobisty pogląd lub raczej - moje wrażenie, lecz obstaję przy nim. W taki to petersburski ranek, zgniły, wilgotny, mglisty, dziki, pomysł jakiegoś Puszkinowskiego Hermana z Damy Pikowej powinien się jeszcze wzmóc. Ten Herman, cóż za typ kolosalny, całkowicie i niesłychanie petersburski, z petersburskiego okresu. Do mnie ze sto razy podczas tej mgły powracało dziwaczne, lecz dokuczliwe i natrętne pytanie: No i cóż, jeśli rozejdzie się ta cała mgła i pójdzie do góry, czy nie pójdzie z nią razem to zgniłe i oślizłe miasto, czy nie rozejdzie się z mgłą i nie zniknie jak dym, pozostawiając na swoim miejscu dawne fińskie błoto i tylko pośrodku, dla ozdoby, jeźdźca z brązu na gorąco dyszącym, zagnanym koniu? Jednym słowem, nie mogę wyrazić właściwie swoich wrażeń, wszystko to fantazje czy też poezje, to znaczy bzdurstwo, a jednak często zadawałem sobie i wciąż jeszcze zadaję bezmyślne pytanie: Oto wszyscy kręcą się, miotają się, a kto wie, może to wszystko sen i w ogóle nie ma żadnego człowieka prawdziwego, żadnego czynu rzeczywistego? Ktoś się obudzi, komu się to wszystko śni, i wszystko zniknie..."

Stanisław Mackiewicz Cat "Dostojewski", Instytut Wydawniczy PAX, 1979, s. 19-20.

środa, 12 grudnia 2012

Petersburg Gogola, czyli odbicie w zamglonym lustrze

Co fascynowało Gogola w Petersburgu? Liczne szyldy sklepowe. co jeszcze? Fakt, że przechodnie, idąc, mówią do siebie i "przy tym gestykulują". Ci, co lubią badać tego typu kwestie, mogą uznać za interesujące odkrycie, że temat szyldów będzie obficie obecny w późniejszych dziełach pisarza i że mamroczący przechodnie złożą się na postać Akakiusza (Akakija Akakijewicza) z Szynela. Te paralele są nieco zbyt łatwe, a przeto zapewne fałszywe. Wrażenia nie tworzą dobrych pisarzy; dobrzy pisarze sami je wymyślają w młodości, a potem wykorzystują, jakby były wtedy czymś rzeczywistym. Gogol sam namalował i pomnożył w swoich listach petersburskie szyldy sklepowe z końca lat dwudziestych XIX wieku, aby uzmysłowić matce, a może także swojej wyobraźni, symboliczne znaczenie "stolicy" przeciwstawionej "miastom prowincjonalnym", które znał (gdzie szyldy były oczywiście równie fascynujące - niebieskie buty, skrzyżowane bele materiału, złociste bochny chleba albo bardziej wymyślne obrazki, jakie znaleźć można na początku Martwych dusz). Symbolizm przybrał u Gogola wymiar fizjologiczny, w tym wypadku wzrokowy. Mamrotanie przechodniów też miało symboliczny charakter, tym razem związany ze zjawiskiem słuchowym, które dawało odczuć rozpaloną, rozpłomienioną samotność biedaka w tłumie bogatych. To Gogol, i tylko on jeden, idąc, mówił do siebie, ale monolog odbijały echem i zwielokrotniały cienie przebywające w jego umyśle.


W istocie to dopiero przeszedłszy przez osobowość Gogola, Petersburg zyskał opinię dziwnego miejsca, którą zachował niemal przez stulecie, by ją stracić, gdy przestał być stolicą cesarstwa. Genialny tyran zbudował najważniejsze miasto Rosji na mokradłach i na kościach niewolników gnijących w tych mokradłach; to był początek tej dziwności i pierwotna skaza. Wiecznie wylewająca i zalewająca miasto Newa już była swego rodzaju niejasnym odwetem (jak to opisał Puszkin), bóstwa bagna próbowały odebrać to, co do nich należało; wizja ich walki z miedzianym carem wpędziła w obłęd jednego z pierwszych 'drobnych urzędników' w literaturze rosyjskiej, bohatera Puszkinowskiego Jeźdźca miedzianego. Puszkin wyczuł, że z Petersburgiem nie wszystko jest w porządku; zauważył bladozielony odcień nieba nad nim i tajemniczą siłę miedzianego cara, którego koń staje dęba na płynnym tle pośród pustyni szerokich ulic i wielkich placów. Ich prawdziwa dziwność została jednak zgłębiona, dopiero kiedy ktoś taki jak Gogol zaczął spacerować po Newskim Prospekcie. Opowiadanie pod tym tytułem akcentowało dziwność w sposób tak wyrazisty i niemożliwy do zapomnienia, że wiersze Błoka i powieść Biełego Petersburg, powstałe w początku naszego stulecia, zdają się raczej budować dalej miasto Gogola, niż tworzyć nowe obrazy i tajemnice. 

Petersburg nie był całkiem rzeczywisty, ale nie był taki również i Gogol, Gogol-upiór, Gogol-brzuchomówca. Kiedy był uczniem, z perwersyjnym uporem chodził niewłaściwą stroną ulicy, wkładał prawy but na lewą nogę, w środku nocy piał jak kogut, a meble w swoim pokoju układał z logiką przypominającą Alicję po drugiej stronie lustra. Nic dziwnego, że Petersburg w pełni objawił swoją dziwność w czasie, kiedy najosobliwszy z Rosjan spacerował jego ulicami. Bo Petersburg jest właśnie czymś takim: odbiciem w zamglonym lustrze, niesamowitą mieszaniną przedmiotów używanych wbrew ich przeznaczeniom, rzeczy tym bardziej niepohamowanie pędzących wstecz, im szybciej sunęły przedtem do przodu, bladoszarych nocy, zamiast zwykłych czarnych, i czarnych dni - przykładem 'czarny dzień' urzędniczyny w znoszonym ubraniu. Bywa, że otwierają się drzwi prywatnego domu i ni z tego, ni z owego wybiega z nich świnia. Jakiś człowiek wsiada do karety, ale nie jest to grubawy, przebiegły, wielkozady mężczyzna, tylko twój własny nos, mamy tu do czynienia z 'przesunięciem sensu', tak typowym dla snów. Oświetlone okno w mieszkaniu okazuje się dziurą w rozpadającej się ścianie. Twoja pierwsza i jedyna miłość jest bezwstydną kobietą, której cnota jest bajką, a ta bajka to przecież twoje życie".

Vladimir Nabokov, Nikołaj Gogol, tłum. L. Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 16-18.

środa, 24 października 2012

Martwe dusze

Do bramy hotelu w gubernialnym mieście N. wjechała dość ładna, nieduża bryczka na resorach, w rodzaju tych, którymi jeżdżą kawalerowie: dymisjonowani podpułkownicy, sztabskapitanowie, ziemianie posiadający około setki dusz chłopskich, słowem wszyscy ci, których nazywają średnio zamożnymi. W bryczce siedział pan niezbyt przystojny, ale i niebrzydki, ani nazbyt tłusty, ani nazbyt chudy; nie można powiedzieć, żeby stary, jednak niezbyt młody. Przyjazd jego nie zrobił w mieście żadnego hałasu i nie towarzyszyło mu nic szczególnego; tylko dwaj rosyjscy chłopi, stojący u drzwi karczmy naprzeciwko hotelu, poczynili jakieś spostrzeżenia, odnoszące się zresztą bardziej do pojazdu niż do tego, kto w nim siedział. – Patrzaj no – powiedział jeden do drugiego – to ci koło! Jak myślisz, dojechałoby to koło, jakby było trzeba, do Moskwy, czyby nie dojechało? – Dojechałoby – odpowiedział drugi. – A do Kazania, to myślę, że nie dojechałoby? – Do Kazania nie dojechałoby – odpowiedział drugi. Na tym się rozmowa skończyła. I jeszcze, kiedy bryczka podjechała do hotelu, nawinął się młodzieniec w białych dymkowych pantalonach, bardzo wąskich i krótkich, we fraku z pretensjami do mody, spod którego widać było gors spięty tulską spinką z pistoletem z brązu. Młodzieniec odwrócił się, popatrzył na pojazd, przytrzymał ręką czapkę, która mu omal nie zleciała na wietrze, i poszedł w swoją stronę.
Gdy pojazd wjechał w podwórze, pan został przyjęty przez służącego z hotelu albo, jak ich nazywają, numerowego, człowieka żywego i ruchliwego do tego stopnia, że nawet nie można było dostrzec, jaką miał twarz. Wybiegł zwinnie z serwetką w ręku, długi i w długim kortowym surducie, z kołnierzem omal że nie na głowie, potrząsnął włosami i zwinnie poprowadził pana na górę przez całą drewnianą galerię do zesłanego mu przez Boga pokoju. Pokój był wiadomego rodzaju, bo i hotel też był wiadomego rodzaju, to jest właśnie taki, jakie zwykle bywają w miastach gubernialnych, gdzie za dwa ruble na dobę przejezdni otrzymują dogodny pokój z karaluchami jak suszone śliwki, wyglądającymi ze wszystkich kątów, i z drzwiami do sąsiedniego pomieszczenia zawsze zastawionymi komodą, gdzie zagospodarowuje się sąsiad, człowiek małomówny i spokojny, ale nadzwyczaj ciekawy, interesujący się wszystkimi drobiazgami dotyczącymi przyjezdnego. Front hotelu odpowiadał jego wnętrzu: był bardzo długi, jednopiętrowy; parter nie był otynkowany i świecił ciemnoczerwonymi cegiełkami, jeszcze bardziej pociemniałymi skutkiem pogody i z natury brudnymi; pierwsze piętro było pomalowane odwieczną żółtą farbą; na dole były sklepiły z chomątami, powrozami i obwarzankami. W narożnym sklepiku, a właściwie w oknie, tkwił handlarz sbitniem [napój z wrzątku zaprawionego miodem i korzeniami], z samowarem z czerwonej miedzi i o twarzy tak samo czerwonej jak samowar, tak że z daleka można było pomyśleć, że na oknie stoją dwa samowary, gdyby jeden z samowarów nie miał czarnej jak smoła brody.
Podczas gdy przyjezdny pan oglądał swój pokój, wniesiono jego bagaż: przede wszystkim walizę z białej skóry, trochę zniszczoną, co wskazywało, że nie po raz pierwszy była w drodze. Walizkę wniósł stangret Selifan, niziutki mężczyzna w kożuszku, i lokaj Pietrek, chłopisko lat około trzydziestu, w luźnym znoszonym surducie, widocznie po panu, z wyglądu nieco surowy, z bardzo grubymi wargami i nosem. Za walizą wniesiono niewielki mahoniowy sepet wykładany brzeziną karelską, prawidła do butów i pieczoną kurę owiniętą w niebieski papier. Gdy wszystko to przyniesiono, stangret Selifan poszedł do stajni zająć się końmi, a lokaj Pietrek zaczął się urządzać w małym przedpokoiku, bardzo ciemnej norce, dokąd zdążył już przynieść swój szynel, a wraz z nim jakiś własny zapach, który udzielił się i przyniesionemu zaraz potem workowi z różnymi lokajskimi przyborami. W tej norce przysunął do ściany wąziutkie łóżko na trzech nogach, nakrywając je czymś podobnym do małego materaca, zbitym i płaskim jak blin i, być może, tak samo zatłuszczonym jak blin, który udało mu się wydębić od właściciela hotelu.

sobota, 29 września 2012

Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi

Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwu obywateli. Pierwszy z nich, mniej więcej czterdziestoletni, ubrany w szary letni garnitur, był niziutki, ciemnowłosy, zażywny, łysawy, swój zupełnie przyzwoity kapelusz zgniótł wpół i niósł w ręku; jego starannie wygoloną twarz zdobiły nadnaturalnie duże okulary w czarnej rogowej oprawie. Drugi, rudawy, barczysty, kudłaty młody człowiek w zsuniętej na ciemię kraciastej cyklistówce i kraciastej koszuli, szedł w wymiętych białych spodniach i czarnych płóciennych pantoflach.
Ten pierwszy był to Michał Aleksandrowicz Berlioz we własnej osobie, redaktor miesięcznika literackiego i prezes zarządu jednego z największych stowarzyszeń literackich Moskwy, w skrócie Massolitu, towarzyszył mu zaś poeta Iwan Nikołajewicz Ponyriow, drukujący się pod pseudonimem Bezdomny.
Kiedy pisarze znaleźli się w cieniu lip, które zaczynały się już zazieleniać, natychmiast ostro ruszyli ku jaskrawo pomalowanej budce z napisem “Piwo i napoje chłodzące”.
Tu musimy odnotować pierwszą osobliwość tego straszliwego majowego wieczoru. Nie tylko nikogo nie było koło budki, ale i w równoległej do Małej Bronnej alei nie widać było żywego ducha. Choć wydawało się, że nie ma już czym oddychać, choć słońce rozprażywszy Moskwę zapadało w gorącym suchym pyle gdzieś za Sadowoje Kolco – nikt nie przyszedł pod lipy, nikogo nie było na ławkach, aleja była pusta.
– Butelkę mineralnej – poprosił Berlioz.
– Mineralnej nie ma – odpowiedziała kobieta z budki i z niejasnych powodów obraziła się.
– A piwo jest? – ochrypłym głosem zasięgnął informacji Bezdomny.
– Piwo przywiozą wieczorem – odpowiedziała kobieta.
– A co jest? – zapytał Berlioz.
– Napój morelowy, ale ciepły – powiedziała.
– Może być. Niech będzie!
Morelowy napój wyprodukował obfitą żółtą pianę i w powietrzu zapachniało wodą fryzjerską. Literaci wypili, natychmiast dostali czkawki, zapłacili i zasiedli na ławce zwróceni twarzami do stawu, a plecami do Bronnej.

Wtedy wydarzyła się następna osobliwość, tym razem dotycząca tylko Berlioza. Prezes nagle przestał czkać, serce mu zadygotało i na moment gdzieś się zapadło, potem wróciło na miejsce, ale tkwiła w nim tępa igła. Zarazem ogarnął Berlioza strach nieuzasadniony, ale tak okropny, że zapragnął uciec z Patriarszych Prudów, gdzie go oczy poniosą.
Żałośnie rozejrzał się dookoła, nie mógł zrozumieć, co go tak przeraziło. Pobladł, otarł czoło chusteczką i pomyślał: “Co się ze mną dzieje? Nigdy jeszcze to mi się nie zdarzyło. Serce nawala. Jestem przemęczony... chyba czas najwyższy, żeby rzucić wszystko w diabły i pojechać do Kisłowodska...”
I wtedy skwarne powietrze zgęstniało przed Berliozem i wysnuł się z owego powietrza przezroczysty, nad wyraz przedziwny obywatel. Malutka główka, dżokejka, kusa kraciasta marynareczka utkana z powietrza... Miał ze dwa metry wzrostu, ale w ramionach wąski był i chudy niepomiernie, a fizys, proszę zauważyć, miał szydercza.
Życie Berlioza tak się układało, że nie był przyzwyczajony do nadprzyrodzonych zjawisk. Pobladł więc jeszcze bardziej, wytrzeszczył oczy i pomyślał w popłochu: “Nic takiego istnieć nie może...”
Ale coś takiego, niestety, istniało. Wydłużony obywatel, przez którego wszystko było widać, wisiał w powietrzu przed Berliozem chwiejąc się w lewo i w prawo.
Berlioza opanowało takie przerażenie, że aż zamknął oczy. A kiedy je otworzył, zobaczył, że już po wszystkim, widziadło rozpłynęło się, kraciasty zniknął, a jednocześnie tępa igła wyskoczyła z serca.
– Uff, do diabła! – zakrzyknął redaktor. – Wiesz, Iwan, od tego gorąca przed chwilą o mało co nie dostałem udaru! Miałem nawet coś w rodzaju halucynacji. – Spróbował się roześmiać, ale w jego oczach jeszcze ciągle migotało przerażenie, a race mu się trzęsły. Jednak uspokoił się z wolna, otarł twarz chusteczką, dość dziarsko oświadczył: “No więc tak...” i poprowadził dalej wykład przerwany piciem napoju morelowego.
Wykład ów, jak się potem dowiedziano, dotyczył Jezusa Chrystusa. Chodziło o to, że do
kolejnego numeru pisma redaktor zamówił antyreligijny poemat. Iwan Bezdomny poemat ów stworzył, i to nadzwyczaj szybko, ale, niestety, utwór jego ani trochę nie usatysfakcjonował redaktora. Główną osobę poematu, to znaczy Jezusa, Bezdomny odmalował wprawdzie w nad wyraz czarnej tonacji, niemniej jednak cały poemat należało zdaniem redaktora napisać od nowa. I właśnie teraz redaktor wygłaszał wobec poety coś w rodzaju odczytu o Jezusie w tym jedynie celu, aby unaocznić twórcy jego podstawowy błąd.
Trudno powiedzieć, co właściwie zgubiło Iwana – jego niezwykle plastyczny talent czy też całkowita nieznajomość zagadnienia, ale cóż tu ukrywać, Jezus wyszedł mu żywy, Jezus ongiś istniejący rzeczywiście, choć, co prawda, obdarzony wszelakimi najgorszymi cechami charakteru.
Berlioz zaś chciał dowieść poecie, że istota rzeczy zasadza się nie na tym, jaki był Jezus, dobry czy zły, ale na tym, że Jezus jako taki w ogóle nigdy nie istniał i wszystkie opowieści o nim to po prostu zwyczajne mitologiczne wymysły, czyli bujda na resorach.
Dodajmy, że redaktor był człowiekiem oczytanym i z wielką znajomością rzeczy powoływał się w swym przemówieniu na starożytnych historyków, na przykład na sławnego Filona z Aleksandrii i na niezmiernie uczonego Józefa Flawiusza, którzy nigdzie ani słowem nie wspomnieli o istnieniu Jezusa. Wykazując solidną erudycję, Michał Aleksandrowicz oznajmił poecie między innymi również i to, że owo miejsce w księdze piętnastej, w rozdziale czterdziestym czwartym słynnych “Roczników” Tacyta, gdzie wspomina się o straceniu Chrystusa, jest po prostu późniejszą wstawką apokryfistów.
Poeta, dla którego wszystko, o czym go informował redaktor, było nowością, wlepił w Michała Aleksandrowicza swe roztropne zielone oczy i słuchał uważnie, z rzadka tylko czkając i szeptem przeklinając morelowy napój.
– Nie ma takiej wschodniej religii – mówił Berlioz – w której dziewica nie zrodziłaby boga. Chrześcijanie nie wymyślili niczego nowego, stwarzając swojego Jezusa, który w rzeczywistości nigdy nie istniał. I właśnie na to należy położyć nacisk.
Wysoki tenor Berlioza rozlegał się w pustej alei i im dalej Michał Aleksandrowicz zapuszczał się w gąszcz, w który bez ryzyka skręcenia karku zapuścić się może tylko człowiek niezmiernie wykształcony – tym więcej ciekawych i pożytecznych wiadomości zdobywał poeta. Dowiedział się na przykład o łaskawym bogu egipskim Ozyrysie, synu Nieba i Ziemi, o sumeryjskim bogu Tammuzie, o Marduku i nawet o mniej znanym groźnym bogu Huitzilopochtii, którego niegdyś
wielce poważali meksykańscy Aztekowie. I akurat wtedy, kiedy Berlioz opowiadał poecie o tym, jak Aztekowie lepili z ciasta figurki Huitzilopochtii, w alei ukazał się pierwszy człowiek.
Potem, kiedy prawdę mówiąc było już za późno, najróżniejsze instytucje opracowały rysopisy owego człowieka. Porównanie tych rysopisów musi zadziwić każdego. I tak, na przykład, pierwszy z nich stwierdza, że człowiek ów był niskiego wzrostu, miał złote zęby i utykał na prawą nogę. Drugi zaś mówi, że człowiek ten był wręcz olbrzymem, koronki na jego zębach były z platyny, a utykał na lewą nogę. Trzeci oznajmia lakonicznie, że wymieniony osobnik nie miał żadnych znaków szczególnych. Musimy, niestety, przyznać, że wszystkie te rysopisy są do niczego.
Przede wszystkim opisywany nie utykał na żadną nogę, nie był ani mały, ani olbrzymi, tylko po prostu wysoki. Co zaś dotyczy zębów, to z lewej strony były koronki platynowe, a z prawej złote. Miał na sobie drogi szary garnitur i dobrane pod kolor zagraniczne pantofle. Szary beret dziarsko załamał nad uchem, pod pachą niósł laskę z czarną rączka w kształcie głowy pudla. Lat na oko miał ponad czterdzieści. Usta jak gdyby krzywe. Gładko wygolony. Brunet. Prawe oko czarne, lewe nie wiedzieć czemu zielone. Brwi czarne, ale jedna umieszczona wyżej niż druga. Słowem – cudzoziemiec.
Przechodząc obok ławki, na której znajdowali się redaktor i poeta, cudzoziemiec spojrzał na nich, przystanął i nagle usiadł na sąsiedniej ławce, o dwa kroki od naszych przyjaciół.
“Niemiec...” – pomyślał Berlioz. “Anglik...” – pomyślał Bezdomny. – “Taki upał, a ten siedzi w rękawiczkach!”
A cudzoziemiec objął spojrzeniem wysokie domy, z czterech stron okalające staw, przy czym stało się oczywiste, że miejsce to widzi po raz pierwszy i że wzbudziło ono jego zainteresowanie. Zatrzymał wzrok na górnych piętrach, w których oślepiająco połyskiwało w szybach okien potrzaskane i dla Berlioza na zawsze zachodzące słońce, potem przeniósł spojrzenie na dół, gdzie ciemniał w szybach nadciągający wieczór, do czegoś tam uśmiechnął się z politowaniem, zmrużył oczy, wsparł brodę na dłoniach, a dłonie na rączce laski.
– A ty – mówił Berlioz do poety – bardzo dobrze i odpowiednio satyrycznie pokazałeś, na przykład, narodziny Jezusa, syna bożego, ale dowcip polega na tym, że jeszcze przed Jezusem narodziło się całe mnóstwo synów bożych, jak powiedzmy fenicki Adonis, frygijski Attis, perski Mitra. A tymczasem, krótko mówiąc, żaden z nich się w ogóle nie narodził, żaden z nich nie istniał, nie istniał także i Jezus. Musisz koniecznie zamiast narodzin Jezusa czy też, powiedzmy,
hołdu trzech króli, opisać nonsensowne wieści rozpowszechniane o tym hołdzie. Bo z twego poematu wynika, że Jezus narodził się naprawdę!
W tym momencie Bezdomny spróbował opanować nękającą go czkawkę i wstrzymał oddech, na skutek czego czknął jeszcze boleściwiej i głośniej i w tejże chwili Berlioz przerwał swój wykład, ponieważ cudzoziemiec wstał nagle i zbliżył się do pisarzy. Ci spojrzeli nań ze zdumieniem.
– Proszę mi wybaczyć – zaczął nieznajomy. Mówił z cudzoziemskim akcentem, ale słów nie kaleczył – że nie będąc znajomym panów ośmielam się... ale przedmiot naukowej dyskusji panów jest tak interesujący, iż...
Tu nieznajomy uprzejmie zdjął beret i pisarzom nie pozostawało nic innego, jak wstać i ukłonić się.
“Nie, to raczej Francuz...” – pomyślał Berlioz.
“Polak...” – pomyślał Bezdomny.
Należy od razu stwierdzić, że na poecie cudzoziemiec od pierwszego słowa zrobił odpychające wrażenie, natomiast Berliozowi raczej się spodobał, a może nie tyle się spodobał, ile, jak by tu się wyrazić... zainteresował go czy co...
– Panowie pozwolą, że się przysiada? – uprzejmie zapytał cudzoziemiec i przyjaciele jakoś mimo woli się rozsunęli, cudzoziemiec zwinnie wcisnął się pomiędzy nich i natychmiast włączył się do rozmowy. – Jeśli dobrze usłyszałem, to był pan łaskaw stwierdzić, że Jezus w ogóle nie istniał? – zapytał kierując na Berlioza swoje lewe zielone oko.
– Tak jest, nie przesłyszał się pan – grzecznie odpowiedział Berlioz. – To właśnie powiedziałem.
– Ach, jakie to ciekawe! – wykrzyknął cudzoziemiec.
“Czego on tu szuka?” – pomyślał Bezdomny i zasępił się.
– A pan zgodził się z kolegą? – zainteresował się nieznajomy i odwrócił się w prawo, do Bezdomnego.
– Na sto procent! – potwierdził poeta, który lubił wyrażać się zawile i metaforycznie.
– Zdumiewające! – zawołał nieproszony dyskutant, nie wiedzieć czemu rozejrzał się dookoła jak złodziej, ściszył swój niski głos i powiedział: – Proszę mi wybaczyć moje natręctwo, ale, jeśli dobrze zrozumiałem, panowie na dobitkę nie wierzycie w Boga? – w jego oczach pojawiło się przerażenie; dodał: – Przysięgam, że nikomu nie powiem!
– Zgadza się, nie wierzymy – z lekkim uśmiechem, wywołanym przerażeniem zagranicznego turysty, odpowiedział Berlioz – ale o tym można mówić bez obawy.
Cudzoziemiec opadł na oparcie ławki i aż pisnął z ciekawości, pytając:
– Panowie jesteście ateistami?!
– Tak, jesteśmy ateistami – uśmiechając się odpowiedział Berlioz, a Bezdomny rozeźlił się i pomyślał: “Ale się przyczepił, zagraniczny osioł!”
– Och! Jakie to cudowne! – wykrzyknął zdumiewający cudzoziemiec i pokręcił głową wpatrując się to w jednego, to w drugiego literata.
– W naszym kraju ateizm nikogo nie dziwi – z uprzejmością dyplomaty powiedział Berlioz. – Znakomita większość ludności naszego kraju dawno już świadomie przestała wierzyć w bajeczki o Bogu.
Wtedy cudzoziemiec wykonał taki numer: wstał, uścisnął zdumionemu redaktorowi dłoń i powiedział, co następuje:
– Niech pan pozwoli, że mu z całego serca podziękuję.
– Za co mu pan dziękuje? – mrugając oczyma zapytał Bezdomny.
– Za niezmiernie ważną informację, dla mnie, podróżnika, nadzwyczaj interesującą – wieloznacznie wznosząc palec wyjaśnił zagraniczny dziwak.

środa, 12 września 2012

O tym jak należy czytać Gogola


"Zrekapitulujmy więc. Opowiadanie [Szynel] rozwija się w ten oto sposób: bełkot, bełkot, fala liryzmu, bełkot, fala liryzmu, bełkot, fantastyczny punkt kulminacyjny, bełkot, bełkot, i powrót do chaosu, z którego wszystko powstało. Na tym wyjątkowo wysokim poziomie artyzmu literatury nie interesuje oczywiście współczucie dla skrzywdzonych i poniżonych czy przeklinanie uprzywilejowanych. Odwołuje się ona do tajemniczej głębi duszy ludzkiej, gdzie cienie innych światów przesuwają się jak cienie bezimiennych bezszelestnych statków.

Jak jeden czy dwu cierpliwych czytelników zdążyło sobie do tej pory uświadomić, interesuje mnie właśnie i jedynie owo odwołanie. Cel, do którego dążyłem, notując te uwagi o Gogolu, stał się, mam nadzieję, całkiem jasny. Mówiąc wprost, sprowadza się on do tego, co następuje: jeśli spodziewacie się dowiedzieć czegoś o Rosji, jeśli chcielibyście zrozumieć, dlaczego pokryci bliznami spartaczyli swój blitz, jeśli interesują was "idee", "fakty" i "przesłania", trzymajcie się od Gogola z daleka. Za ogromny wysiłek nauczenia się języka rosyjskiego, żeby móc go czytać, nie zostaniecie wynagrodzeni w waszej twardej walucie. Trzymajcie się z daleka, jak najdalej. Nie ma on wam nic do powiedzenia. Nie dotykać. Wysokie napięcie. Wstęp wzbroniony. Unikajcie go, powstrzymajcie się, nie podchodźcie. Nie, nie, nie! Chciałbym tu mieć pełną listę wszelkich możliwych zakazów, sprzeciwów i ostrzeżeń. Oczywiście jest ona raczej nie potrzebna, bo niewłaściwy czytelnik z pewnością nie doszedł w lekturze tej książki tak daleko. Witam jednak tych właściwych, moich braci, moich sobowtórów. Mój brat gra na organkach. Moja siostra czyta. To moja ciotka. Najpierw nauczycie się alfabetu, spółgłosek wargowych, językowych, zębowych, liter, które brzęczą jak truteń, jak trzmiel i jak mucha tse-tse. Na jedną z samogłosek zareagujecie okrzykiem "fuj!". Po dokonaniu pierwszej odmiany zaimków osobowych poczujecie się umysłowo sparaliżowani i zmaltretowani. Nie widzę jednak innego sposobu dotarcia do Gogola (czy też, prawdę powiedziawszy, do jakiegokolwiek pisarza rosyjskiego). Jego dzieło, jak wszystkie wielkie osiągnięcia literackie, jest kwestią języka, a nie idei. Gogol, ostatnia głoska tego nazwiska to miękkie, rozpuszczające się "l", w angielskim nic takiego nie ma. nie można mieć nadziei na zrozumienie danego autora, jeśli nie potrafi się nawet wymówić jego nazwiska. Moje tłumaczenia poszczególnych fragmentów są najlepsze, na jakie potrafiłem się zdobyć przy moim ubogim zasobie leksykalnym, ale nawet gdyby były doskonałe, jak te, które słyszę swym wewnętrznym, głęboko ukrytym uchem, to nie mogąc oddać intonacji, i tak nie jestem w stanie zastąpić Gogola. Próbując przedstawić swój stosunek do jego sztuki, nie zaprezentowałem żadnych dotykalnych dowodów jej specyficznego istnienia. Mogę tylko z ręką na sercu zapewnić czytelników, że nie wymyśliłem sobie Gogola. Gogol naprawdę pisał, naprawdę żył.

Urodził się 1 kwietnia 1809 roku".

Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s. 153-155.

poniedziałek, 10 września 2012

Listy pisarzy - Antoni Czechow


"A więc my, starzy kawalerowie, cuchniemy jak psy? Dobrze, niech będzie. Ale że lekarze chorób kobiecych to w głębi duszy lowelasi i cynicy, z tym się nie mogę zgodzić. [...] Kto ciągle żegluje po morzu, ten lubi ląd; kto wiecznie tkwi w prozie, ten namiętnie tęskni za poezją. Wszyscy ginekolodzy są idealistami. U Pani lekarz czyta wiersze - a więc wyczucie Pani nie zawiodło; dodałbym jeszcze, że to gorący liberał, trochę mistyk, że marzy o żonie w stylu Rosyjskich kobiet Niekrasowa. Słynny Sniegirow inaczej nie mówi o "rosyjskiej kobiecie", jak z drżeniem w głosie. Inny ginekolog, którego znam osobiście, kocha jakąś tajemniczą damę w woalce, którą widział tylko z daleka. Jeszcze inny chodzi na wszystkie premiery i potem głośno klnie w szatni, twierdząc, że autorzy powinni ukazywać wyłącznie idealne kobiety".

Fragment znaleziony i ukradziony z bloga Fragmentarz, a pochodzi [z]: Anton Czechow "Listy", przeł. Natalia Gałczyńska, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1988.

sobota, 11 sierpnia 2012

Dzień z życia pisarza (22) - Mikołaj Gogol


"W jednym z licznych listów do matki Gogol opisuje zwykły dzień:

O dziewiątej rano każdego dnia idę do urzędu i przebywam tam do trzeciej, o wpół do czwartej jem obiad, po obiedzie, o piątej, idę do Akademii Sztuk Pięknych, gdzie uczę się malowania, którego nie jestem w stanie rzucić [dalej pisze, że obcowanie z mniej lub bardziej znakomitymi artystami jest zarówno przyjemne jak i pożyteczne]. Nie mogę nie zachwycać się ich charakterem i sposobem bycia. Co to za ludzie! Poznawszy ich, pragnie się przebywać w ich towarzystwie już zawsze, jakaż skromność przy ogromnym talencie! Na kursie, na który chodzę trzy razy w tygodniu, siedzę dwie godziny; o siódmej przychodzę do domu i idę do kogoś ze swoich znajomych na wieczór - a znajomych mam niemało. Niech mi mama wierzy albo nie, ale jest tu dwudziestu pięciu kolegów z mojej [ukraińskiej] szkoły... O dziewiątej wieczorem zaczynam przechadzkę... o jedenastej kończę spacerować i wracam do domu, piję herbatę, jeśli jej dotąd nigdzie nie piłem... Czasem wracam do domu o dwunastej albo o pierwszej, także w tym czasie widzi się mnóstwo spacerowiczów [na Newskim, ale także na przedmieściach, gdzie ludzie z miasta mieli swoje dacze]. Nocy, jak mama wie, tu nie ma; wszystko jest jasne i wyraźne, brakuje tylko słońca".

[w]: Vladimir Nabokov "Nikołaj Gogol", przełożył i posłowiem opatrzył Leszek Engelking, Muza, Warszawa 2012, s.33-34.

Pamiętnik szaleńca

"Nie mam już sił cierpieć! Boże, co oni ze mną wyprawiają! Leją mi na głowę zimną wodę. Nie widzą, nie słuchają mnie, głusi są na moje błagania. Co im zrobiłem? Za co mnie męczą? Czego chcą ode mnie, biednego człowieka? Cóż ja im mogę dać? Nic nie mam. Jestem już bez sił, nie mogę wytrzymać tych wszystkich katuszy; głowa mi płonie, w oczach wszystko wiruje. Ratujcie mnie! Zabierzcie stąd! Dajcie mi trójkę lotnych jak wicher koni! Siadaj, mój woźnico, dzwońcie, moje dzwoneczki! Pomknijcie, konie, unieście mnie z tego świata! Dalej a dalej, żebym nic a nic tutaj nie widział... Hen, przede mną, kłębi się niebo; gwiazdka migocze w dali; ucieka ciemny las, posrebrzony ksieżycem; siwa mgła ściele się do stóp; we mgle dźwięczy melodia; po jednej stronie — morze; po drugiej — Włochy... Ale oto widnieją chaty rosyjskie. Czy to mój dom majaczeje w dali? Mojaż to matka siedzi pod oknem? Matko, ratuj swego biednego syna! Uroń łzę na jego chorą głowę! Spójrz, jak oni go męczą! Przytul do piersi swego biednego sieroteńkę! Nie ma dla niego miejsca na świecie! Pędzą go precz! Matko, użal się nad swym chorym dzieckiem!... A czy wiecie, że dej algierski ma guza pod samym nosem?".

Mikołaj Gogol "Pamiętnik szaleńca", przekład Jerzego Wyszomirskiego, za wydaniem: M.Gogol "Opowieści", oprac. B.Galster, Wrocław 1972.

środa, 11 lipca 2012

Czy pisarz powinien czytać?

Antoni Czechow i Lew Tołstoj
"Drogi przyjacielu, odpowiadam Ci na to, co w twoim liście jest najistotniejsze: dlaczego my tak rzadko prowadzimy poważne rozmowy. Kiedy ludzie milczą, oznacza to, że nie mają o czym mówić albo że się krępują. Bo i o czym mówić? Nie mamy polityki, nie mamy życia społecznego ani towarzyskiego, ani nawet ulicznego; nasza miejska egzystencja jest uboga, jednostajna, szara, nieciekawa - i rozmowy o niej są nudne, jak korespondencja z Ługowojem. Powiesz, że jesteśmy pisarzami i że to samo przez się wzbogaca nasze życie. Czy istotnie? Ugrzęźliśmy po uszy w pracy zawodowej, ona nas stopniowo odizolowała od świata zewnętrznego - w rezultacie mamy mało czasu, mało pieniędzy, mało książek, mało i niezbyt chętnie czytamy, mało słyszymy, rzadko porównujemy... Mówić o literaturze? Przecież tyle już mówiliśmy o niej... Każdego roku to samo, a wszystko, co zazwyczaj mówimy o literaturze sprowadza się do jednego: kto napisał lepiej, a kto gorzej, rozmowy zaś bardziej ogólne, na szersze tematy nigdy się nie kleją, bo gdy ma się wokół tundrę i Eskimosów, to idee ogólne, jako nie pasujące do naszej rzeczywistości, równie szybko rozpływają się i znikają, jak marzenia o raju. Mówić o swoim życiu osobistym? tak, czasami to ciekawe, o tym pomówilibyśmy nawet chętnie, ale tu się już krępujemy, bo jesteśmy skryci, brak nam szczerości, powstrzymuje nas instynkt samozachowawczy, boimy się! Boimy się, że naszą rozmowę podsłucha jakiś niekulturalny Eskimos, który nas nie lubi i którego my też nie lubimy; ja na przykład boję się, że mój przyjaciel Siergiejenko, którego uważasz za człowieka mądrego, będzie we wszystkich domach i przedziałach kolejowych głośno rozstrzygać kwestię: dlaczego romansuję z panią N, skoro mnie kocha pani Z. Boimy się naszej etyki, boimy się naszych dam... A więc za milczenie, za brak powagi, za jałowość naszych rozmów nie czyń odpowiedzialnym siebie ani mnie, tylko - jak powiada krytyka - "epokę", klimat, terytorium, co chcesz, i pozostaw całą sprawę jej własnym nieuniknionym losom, w nadziei na lepszą przyszłość".

Anton Czechow "Listy", przeł. Natalia Gałczyńska, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1988.

"Czechow czytał bardzo mało. W ogóle trzeba byłoby kiedyś ułożyć tablicę wielkich pisarzy i podzielić ich na czytających dużo, jak np. uczony Turgieniew lub samouk Gorki, czytających za dużo, jak Mereżkowski; nic prawie nie czytających, jak Dostojewski, który czytał ciągle w sobie, którego myśl pracowała tak intensywnie i w takim nerwowym pośpiechu, że czytanie cudzych myśli przeszkadzałoby mu, i wreszcie nie biorących książki do ręki z wrodzonej niechęci do czytania, jak Andriejew".

Stanisław Mackiewicz, Odeszli w zmierzch. Wybór pism 1916-1966, Instytut Wydawniczy Pax 1968.

poniedziałek, 14 maja 2012

Dzień z życia pisarza (12) - Antoni Czechow

Antoni Czechow
Sobota, 20 listopad 1896, MOSKWA

Plany na ten dzień:

7.15 - Kiedy pociąg pośpieszny zatrzyma się przy rampie, przekona się, że nikt go nie wita, weźmie za 20 kop. dorożkę i pojedzie do Wielkiego Hotelu Moskiewskiego.

8.00 -  Rozlokuje się w wynajętym pokoju.

9.00 -  Weźmie dorożkę za 10 kop. i pojedzie do Teodora, który go ostrzyże za 15 kop.

10.00 -  Odmłodzony i piękny po zabiegach fryzjerskich, powróci do hotelu.

22.00 - Pójdzie do restauracji na pół porcji omletu z szynką. Jeśli zechce mu towarzyszyć Pani Lidia, odstąpi jej kawałek omletu, a w razie uporczywych nalegań zafunduje jej butelkę piwa.

23.00 -   Po kolacji wróci do swojego pokoju i położy się spać ciesząc się, że nareszcie jest sam.

Niedziela, 8.00 -   Po przebudzeniu, umyje się, ubierze i pojedzie na Suchariewkę kupować książki.

Wtorek, 9.00 -  Wyjedzie z Moskwy dumny, że oparł się wszelkim pokusom i nikomu nie pozwolił na poufałość mimo uporczywych nalegań.

Notkę napisałem dzięki uprzejmości redaktorów bloga  "Płaszcz zabójcy". Wykorzystałem zamieszczony tam fragment z: Antoni Czechow, Listy, t. 2, oprac. Natalia Modzelewska, tłum. Natalia Gałczyńska, Ałła Sarachanowa, Wydawnictwo Literackie 1988, s. 150-151.