Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nowości. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 listopada 2014

"Don Kichot" to książka o sztuce czytania

O tym kim był Cervantes, dlaczego warto czytać "Don Kichota", jakie zagadki kryje tekst tej książki nad książkami oraz o nowym jej przekładzie autorstwa Wojciecha Charchalisa, który właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Rebis, rozmawiają Tomasz Pindel, Emilio Pascual Martin i Wojciech Charchalis. Rozmowę przeprowadził Tomasz Pindel, a ukazała się w serwisie Lubimy Czytać.

Tomasz Pindel (TP): Zacznijmy może od osobistej historii Cervantesa: „Don Kichot” to wielki sukces człowieka przegranego…

Emilio Pascual Martín (EPM): Życiorys Cervantesa można by w streścić tak: jest to historia człowieka, który urodził się w Alcalá de Henares, ale szybko musiał się stamtąd wynieść, bo jego ojciec popadł w poważne finansowe tarapaty. Cervantes nie mógł uczęszczać na uniwersytet, jak czyniła to większość barokowych literatów. I to będzie się za nim zawsze ciągnąć jak balast. W okresie kiedy zaczął układać wiersze, wziął udział w pojedynku – którego powodów w ogóle nie znamy, ale już konsekwencje całkiem dobrze – i został skazany na dziesięć lat wygnania i obcięcie prawej ręki. Cóż za zbieg okoliczności! Cervantes zbiegł wtedy z Hiszpanii do Włoch, trafił na dwór kardynała Acquaviva, potem został żołnierzem, walczył w bitwie pod Lepanto [1571 r., słynna bitwa koalicji, na czele której stała Hiszpania, z imperium osmańskim – przyp. TP] w drodze powrotnej do Hiszpanii został pojmany, przez pięć lat siedział w niewoli w Algierze, o mało nie wysłano go już do Konstantynopola, ale został wykupiony przez braci trynitarzy. Jednym słowem, człowiek o ewidentnym literackim powołaniu, musiał zajmować się czymś innym – żołnierką. Co nie znaczy, że przez cały ten czas zapomniał o literaturze. Wiemy na przykład, że zawsze miał przy sobie w kieszeni tom poezji Garcilasa de la Vegi, zresztą cytuje go kiedy trzeba i kiedy nie trzeba. Nauczył się języka toskańskiego, czytał włoskich autorów, co zresztą widać w jego „Nowelach przykładnych”. Cervantes nie był zatem człowiekiem o uniwersyteckim wykształceniu, tylko samoukiem, ale takim, że, jak sam o sobie mówił, czytał nawet kawałki papieru porozrzucane na ulicach.

TP: Ale w końcu wrócił do Hiszpanii…

EPM: Tak, tyle że ponad dziesięć lat po wyjeździe i kraj znacząco się zmienił. Nikt już nie chciał rozmawiać o zwycięskiej bitwie pod Lepanto i Cervantes nagle zostaje bez zajęcia i źródła dochodów. Jako że nigdy nie wygasło w nim literackie powołanie, zdaje sobie sprawę, że gatunkiem literackim, który aktualnie jest w modzie – mówimy o mniej więcej roku 1585 – jest romans pasterski. Więc sam taki pisze – „Galateę” – ale praktycznie bez żadnego sukcesu. Tak naprawdę powstała tylko pierwsza część „Galatei”, a Cervantes zmarł nie dotrzymawszy obietnicy napisania drugiej.
Jako że nie mógł znaleźć żadnego zajęcia – zabiegał nawet o pozwolenie na wyjazd do Ameryki, na co mu lakonicznie odpowiedziano, żeby się rozejrzał za czymś na miejscu – przez ponad piętnaście lat mieszkał w Andaluzji i pracował jako poborca podatkowy, rekwirował zapasy dla Niezwyciężonej Armady [hiszpańskiej floty wojennej, która miała pokonać Anglię – przyp. TP] i w końcu trafił do więzienia – on sam pisał, że „Don Kichot” począł się w więzieniu, a do Madrytu wrócił około roku 1602, już – jak na epokę – stary. Pamiętajmy, że w roku wydania „Don Kichota” Cervantes miał pięćdziesiąt siedem lat i sam pisze o swoim wyglądzie, że jest człekiem średniego wzrostu, ani wysokim ani małym i że zębów ma tylko sześć, a i te w złych znajdują się miejscach. Między „Galateą” a „Don Kichotem” upłynęło dwadzieścia lat, podczas których niczego nie opublikował: z literackiego punktu widzenia Cervantes był nikim. Pisywał sztuki teatralne, ale on sam stwierdził z podziwu godnym humorem, że jego dzieła przyjęto z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem. Dlaczego? Otóż pojawił się Lope de Vega [wybitny dramaturg Złotego Wieku, autor astronomicznej liczby dramatów – przyp. TP], którego sztuki zerwały z wszystkimi tradycyjnymi formami i klasycznymi normami, a Cervantes, jak mówiłem, nie odbył studiów i miał na tym punkcie kompleks, żył ciągle czując gorący oddech Arystotelesa na karku. I oto, zupełnie na uboczu literatury, wymyśla sobie historię człowieka dokładnie takiego jak on sam, który chce stać się kimś innym. Zaczyna pisać historię w zamierzeniu najpewniej krótką, o człowieku, który oszalał od lektury powieści rycerskich, wyrusza, dostaje w skórę i wraca do domu. I tutaj opowieść się zawiesza, bo nagle sam Cervantes przypomina sobie, co w rozdziale drugim powiedział oberżysta, że jeśli rycerz znów ruszy w drogę, powinien pamiętać o koszulach, pieniądzach i giermku.

TP: I wtedy zaczyna się na dobre!

EPM: Tak, Cervantes miał wtedy dwa przebłyski geniuszu. Pierwszy: co takiego czytał don Kichot, że zwariował? Wejdźmy do jego biblioteki! Wprowadza tam księdza i balwierza, którzy mają zrobić porządek, i wychodzi z tego znakomity rozdział, bo oto widzą, że są tam, rzecz jasna, księgi rycerskie, ale nie brak też innej literatury rozrywkowej, romansów pasterskich, zbiorów poezji, zresztą ostatnią książką, której balwierz i ksiądz nie palą, bo im upada na podłogę, jest tom wierszy. A do tego – i to jest genialne – co znajdują w bibliotece don Kichota? „Galateę” Miguela de Cervantesa. I wtedy ksiądz mówi: Od wielu lat ten Cervantes jest wielkim moim przyjacielem i wiem, że więcej nieszczęść spadło na jego głowę niż napisał wierszy. Jego książki mają niezłe pomysły, proponuje coś, lecz niczego nie kończy. Tym sposobem poznajemy umysłową strukturę don Kichota, bibliotekę, o której on sam powie, że znajdujących się tu trzysta książek to sens jego życia i podstawa. I to jest ten pierwszy przebłysk.
Drugi – to giermek. Don Kichot nie miałby przyszłości, gdyby nie pojawił się przy nim jeszcze ktoś. I tak drugim wielkim wynalazkiem Cervantesa jest Sancho Pansa. Bo stał się zarazem rozmówcą, giermkiem, uczniem, przeciwwagą i drugą stroną medalu wszystkiego, co od tej chwili się dzieje. Od teraz Cervantes jest całkowicie wolny, włącza do powieści teksty napisane w latach dziewięćdziesiątych, jak opowieść jeńca – i tak na dobre zaczyna się historia rycerza i jego giermka.

TP: No ale skomplikowana historia „Don Kichota” wcale się na tym nie kończy.

EPM: Należy pamiętać, że pierwszy „Don Kichot”, ten, którego nowy przekład pana Charchalisa trzymamy w rękach, to książka zakończona. Jako że Cervantes pisał w poczuciu porażki, kończy książkę i nie zamierza jej dalej ciągnąć. Gdyby z „Don Kichotem” stało się to, co z „Galateą”, czyli gdyby przeszedł niezauważony, nigdy nie dostalibyśmy drugiej części. Na końcu pierwszej pojawiają się nawet epitafia don Kichota, Sancza, Dulcynei – to znaczy, że don Kichot już umarł. Tyle że powodowany tym typowym ludzkim odruchem zobaczmy, co z tego wyniknie, kilka linijek wyżej Cervantes napisał wyruszając po raz trzeci ze swego domu, don Kichot udał się do Saragossy, gdzie wziął udział w słynnych turniejach organizowanych w tym mieście.
I zobaczmy, co dzieje się dalej. Zważywszy na wielki sukces powieści, można by sądzić, że autor rzuci się pisać część drugą. Nic takiego się nie dzieje. Cervantes wierny swojemu umysłowemu konserwatyzmowi, wyciągnął swoje stare papiery: sztukę, której nie był w stanie wystawić, opracował „Nowele przykładne”, „Podróż na Parnas”, dzieło pisane tercyną, które dziś nikogo nie interesuje. I gdzieś tam przy okazji powoli pisał drugą część. I co się dzieje: kiedy doszedł do rozdziału pięćdziesiątego dziewiątego, ukazał się „Don Kichot” niejakiego Avellanedy, który zaczyna swoją opowieść podejmując kilka zdań z oryginalnej pierwszej części. I tu dochodzimy do momentu autentycznie filmowego. Don Kichot i Sanczo jedzą wieczerzę w oberży, widzimy ich w kadrze, i nagle przez przepierzenie słyszą, że ktoś tam rozmawia o jakimś don Kichocie, kamera wciąż ich pokazuje, a oni słyszą, że don Kichot nie jest już zakochany w Dulcynei, i wtedy siedzący tam prawdziwy don Kichot zrywa się krzycząc z gniewem: Ktokolwiek rzeknie, że don Kichot zapomniał albo może zapomnieć o Dulcynei z Toboso, dowiodę mu tego w polu otwartym, że jest daleki od prawdy!. Wówczas panowie przebywający obok wychodzą i pojawiają się w polu widzenia, kamera już ich pokazuje, i to w tym momencie don Kichot odkrywa, że istnieje drugi, fałszywy don Kichot. Tu objawia się geniusz Cervantesa. Pośpiesznie kończy swoją drugą część, z całego serca i duszy oddając się obalaniu tamtej fałszywej części do tego stopnia, że zmienia charakter postaci: ten Sanczo Pansa, który był zwykłym żarłokiem, nagle zaczyna być pokazywany subtelniej, żeby dać odpór tej fałszywej kontynuacji. A już szczytem geniuszu jest to, kiedy Cervantes podkrada postać Avellanedzie, wprowadza ją do swojej książki, spotyka z don Kichotem, a ten prowadzi go do notariusza, żeby poświadczył, że to on jest prawdziwy, a tamten to oszust!

TP: Wojtku, twój wyczyn ma znamiona donkiszoterii: zabrałeś się za przekład „Don Kichota”, zajęło ci to… ile właściwie lat?

Wojciech Charchalis (WCh): Sześć lat roboty.

TP: Sześć, ładnie. Pytanie bardzo proste: dlaczego?

WCh: Pytania z pozoru proste wymagają zawiłych odpowiedzi, jak mówił poeta. Oczywiście złożyły się na to różne zbiegi okoliczności. Nie będę opowiadał, że kiedy się urodziłem, w wózeczku zamiast smoczka miałem „Don Kichota” i zawsze lubiłem go czytać, bo był fantastyczny i cudowny. Zwłaszcza, że jest to książka, do której trzeba dojrzeć, jest to jedna z tych książek, które należy czytać w odpowiednim wieku. Szesnastolatek nie może palić cygar i pić koniaku – tak samo nie powinien czytać „Don Kichota”. Wydaje mi się, że w żadnym razie nie powinna to być lektura szkolna, bo to jest bardzo poważna książką, do której się dojrzewa. Z tych różnych zbiegów okoliczności, których doświadczyłem, i z nowej lektury Don Kichota dokonanej przez pana w średnim wieku, doszedłem do wniosku, że może należy się z tym zmierzyć. Z jednej strony dlatego że kiedy docieramy do tej czterdziestki, zaczynamy wymyślać różne rzeczy: jedni kupują sobie motor, inni zapuszczają włosy, jeszcze inni robią przyłbicę z kartonu i siadają na konia, a jeszcze inni zaczynają tłumaczyć „Don Kichota”. Ja się zajmuję tłumaczeniem już jakieś dwadzieścia pięć lat, to jest takie ukoronowanie.
Z drugiej strony wydaje mi się, że ta książka zasługuje na to, by ją w polszczyźnie odświeżyć. Żeby wyciągnąć ją z szafy nieczytania, żeby ją wytrzepać, wywietrzyć tę naftalinę i przywrócić ją czytelnikowi. Bo ta powieść w Polsce umarła, nie jest czytana, postrzega się ją albo jako infantylną historyjkę o wariacie, który jeździ na koniu, albo wybitną literaturę, której nikt nie czyta i służy tylko za ozdobę półki. Przekłady, które istnieją w polszczyźnie, są moim zdaniem trochę już zwietrzałe, jak by powiedział don Kichot „zjełczałe”, nie bardzo nadają się do czytania, nie ma świeżości w tych tekstach, są raczej nudnawe i przede wszystkim niezrozumiałe przez swój archaizm. Ten tekst należało zatem odświeżyć i korzystając z tego szczególnego momentu życia – jak Dante – w połowie drogi mojego żywota wszedłem w „Don Kichota”. Mam nadzieje, że ku obopólnej korzyści, Cervantesa i mojej.

TP: Tym, co w twoim przekładzie rzuca się od razu w oczy, są nowe wersje znaczących imion postaci: mamy Sancza Brzuchacza zamiast Pansy, Chabettona w miejsce Rosynanta czy Cudenię zamiast Dulcynei. Tyle że to raptem kilka słów. Na czym polega specyfika języka oryginału i nowego przekładu?

WCh: Tak, to czy będzie Dulcynea czy Cudenia, to sprawy tak naprawdę nieistotne, tak jak nieważne jest, czy powiemy Don Kichot, don Kiszot, czy don Kichote. Ta książka jest całym światem, wszechświatem tak naprawdę. Można w niej znaleźć znacznie więcej niż te przysłowiowe wiatraki.
Dwie rzeczy są najistotniejsze. Pierwsza to taka, by nie podchodzić do książki na kolanach. To była powieść napisana dla ludzi, do czytania. Tak jak pan Pascual powiedział, Cervantes był człowiekiem bez wykształcenia, samoukiem, wielkim czytelnikiem, i w pewnym momencie postanowił zająć się gatunkiem literackim, o którym, jak wspomina we wstępie, ani Arystoteles ani święty Bazyli nie pisali. Skorzystał więc z całkowitej wolności, sam tworzył zasady i je przekraczał. Książka została napisana językiem ludowym, pospolitym – oczywiście siedemnastowiecznym, więc nam się dziś może wydawać klasyczny i wybitny, ale to był zwyczajny potoczny język. A tłumaczenia polskie, jakie do tej pory mieliśmy, są robione trochę na kolanie: don Kichot nie może kląć, jak w tych przekładach, nie może żartować sprośnie. Te poprzednie wersje były też bardzo archaizowane. Myślę, że tłumacze wychodzili z założenia, że skoro jest to powieść siedemnastowieczna to trzeba ją przerabiać na język XVII wieku. I to sprawia, że lektura okazuje się ciężka i nudna, a „Don Kichot” był w założeniu powieścią przepełnioną komizmem, humorystyczną, napisaną przystępnym językiem.

TP: Specyfiką tego wydania jest też to, że choć myślisz przede wszystkim o czytelniku, to jest to też edycja krytyczna.

WCh: Nie było takiego wydania po polsku nigdy, a ponieważ ja bardzo długo się tym zajmowałem, bo miałem trochę problemów ze znalezieniem wydawnictwa, które by to chciało wydać, więc miałem trochę czasu, żeby się nad tym zastawiać: czy ma to być „kryminał”, czy książka naukowa. I wyszło coś pomiędzy. Stało się tak dlatego, że rozmawiałem kiedyś z moim znajomym profesorem literatury polskiej z uniwersytetu i on mówi do mnie Wojtek, ale jak to jest z tym „Don Kichotem”: czy te książki, które przeglądają w bibliotece ksiądz z balwierzem, czy one są prawdziwe, naprawdę wydane, czy to fikcja? Skoro profesor polonista zadaje takie pytanie, to znaczy, że trzeba to jednak wyjaśnić. „Don Kichot” jest też traktatem o sztuce czytania – oprócz tych wszystkich innych rzeczy, którymi też jest. Toteż opracowanie krytyczne było potrzebne, a zarazem książka jest przecież śmieszna, więc dobrze by było, żeby się dobrze czytała.

TP: Panuje zgoda co do tego, że nowa epoka powinna mieć nowe tłumaczenia klasyków. Podobnie dzieje się z interpretacjami takich dzieł. Przypadek „Don Kichota” jest w tym sensie niesamowity…
EPM: Jest to zjawisko dotyczące generalnie wszystkich książek, tyle że nie wszystkie znoszą próbę czasu. „Don Kichot” teoretycznie – bo z Cervantesem zawsze trzeba postępować ostrożnie – miał być wyłącznie dziełem humorystycznym wymierzonym w powieści o błędnych rycerzach. Choć skądinąd wiemy, że to wcale nie była prawda, nawet w czasach Cervantesa. Co się jednak dzieje: kiedy książka wychodzi z jego rąk, przejmują ją czytelnicy i zaczynają czytać na inne sposoby. Prawdą jest, że przez pierwsze sto lat „Don Kichot” postrzegany był wyłącznie jako powieść humorystyczna. Przekład francuski pojawił się rzeczywiście szybko, podobnie angielski i włoski, ale Francuzów nie interesował wtedy tak bardzo „Don Kichot”, tylko raczej teatr barokowy, do tego stopnia, że Corneille’owi jeden przyjaciel rodził, że jeśli chce poznać dobry teatr, niech się nauczy hiszpańskiego. Tak więc przez pierwszy wiek jest to nade wszystko książka śmieszna. Francuzi jeszcze na początku XIX wieku uważali, że druga fałszywa część Avellanedy jest lepsza od tych pisanych przez Cervantesa.
Ale w tym mniej więcej czasie Anglicy zawłaszczają sobie tę powieść i zaczynają czytać ją w inny sposób: Fielding, Sterne, a sama Charlotte Lennox pisze powieść pod tytułem „The Female Quixote – Kobiecy don Kichot”. I tak zaczyna się postrzegać Cervantesa już nie tylko jako autora humorystycznego, ale też pisarza ważnego i godnego naśladownictwa. W Londynie ukazuje się monumentalne wydanie po hiszpańsku i zamówiona zostaje do tego biografia autora u pewnego hiszpańskiego specjalisty. I ten nagle odkrywa, że o Cervantesie niczego nie wiadomo: ani kiedy się urodził, ani kiedy dokładnie umarł! Jego losy pozostają praktycznie nieznane, mówi nawet: Wiem, że trafił do algierskiej niewoli, ale nie wiem kiedy, ani na ile. To zdumiewające, mówimy o połowie wieku XVIII. Przychodzi wiek XIX i Heine, wraz z innymi niemieckimi romantykami, zaczyna opłakiwać scenę porażki don Kichota – to rzeczywiście poruszający moment. I od tego pokolenia zaczyna się czytać tę książkę jako – jak powiedział Dostojewski – najsmutniejszą ze wszystkich książek. Don Kichot staje się postacią mesjańską, idealistyczną.
Interesująca okazuje się też architektura tej książki, bo jest to powieść nowoczesna. Jej struktura też bierze się z humorystyczności. Cervantes zaczyna opowiadać na podstawie jakichś zapisków znalezionych w La Manczy i po krótkim czasie oświadcza, że mu się skończyły. I znów jest to czysto filmowy moment, nie wiem, czemu żaden reżyser tego nie wykorzystał: don Kichot walczy z Biskajczykiem i zastygają z mieczami w powietrzu, tu się rzecz urywa. Wtedy Cervantes pojawia się we własnej opowieści, kiedy to szuka w Toledo ewentualnej kontynuacji tej historii. I znajduje ją w arabskim rękopisie, na którego okładce jest ten sam obraz – walczących z mieczami w górze – tyle że tym razem narysowany. Wtedy na scenę wchodzi drugi narrator – arabski pisarz Cide Hamete Benengeli – a Cervantes, choć coś tam z łaciny i arabskiego znał, musi skorzystać z pomocy tłumacza, który za dwa garnce rodzynek i korzec pszenicy podejmuje się przekładu. Tym sposobem mamy papiery z La Manczy, Cide Hamete’a, tłumacza, a na końcu Cervantesa, który bierze przekład i nie przepisuje go wiernie, tylko od czasu do czasu sam też komentuje. A szczytem pomysłowości jest, kiedy na początku drugiej części don Kichot czyta tekst ze swoimi przygodami i wygłasza swoje uwagi: od tego momentu w drugiej części pojawia się krytyka literacka części pierwszej. I to nie tylko don Kichot czytał swoją historię, znają ją także niektóre spotkane po drodze postaci. Dlatego o ile w pierwszej części to błędny rycerz wyobraża sobie na swój sposób świat, to w drugiej dzieje się odwrotnie – inni dopasowują rzeczywistość do jego wyobrażeń, bo czytali pierwszą część. Ta niesamowita architektura „Don Kichota” uwodzi nas dziś swoją nowoczesnością.

TP: Panowie, trzeba mieć świadomość, że ten wywiad swoim rozmiarem znacząco wykracza poza ramy współczesnych mediów. Mam zatem na koniec prośbę: proszę o krótki blurb, takie okrągłe zdanko na okładkę: dlaczego warto czytać „Don Kichota”.

EPM: Hmm… Hm… No… Trudno to tak wytłumaczyć… Bo to jest bardzo zabawna książka, wciąż taką pozostaje, a zarazem to książka głęboko melancholijna, dająca nam argumenty, dlaczego warto żyć na tym świecie.

WCh: Ja nie umiem tak tego ująć. Można by pójść w patos, że życie jest ciężkie, a lektura może nam dać czasem trochę wytchnienia, albo coś takiego. Ale powiem tylko tyle, że siedziałem nad tłumaczeniem tej książki sześć lat, zacząłem nosić grubsze szkła i strasznie mnie bolą plecy, kiedy siadam do komputera, więc wydaje mi się, że jeżeli potrafiłem sześć lat spędzić nad czymś takim, to może warto sprawdzić, czy nie zwariowałem zupełnie: może rzeczywiście coś tam jest?

Autor: Tomasz Pindel

Źródło: Lubimy Czytać

piątek, 31 października 2014

"Marsjanin" Andy Weir (info)




„Marsjanin” – premiera głośnej powieści już 19 listopada

Mark jest jednym z pierwszych ludzi na Marsie. Jedynym, który został tam porzucony. I prawdopodobnie pierwszym, który tam umrze. Walka o przetrwanie na obcej i wrogiej planecie oraz dojmująca samotność – to czeka pierwszego w historii kosmicznego rozbitka. Premiera głośnego „Marsjanina” już 19 listopada; w 2015 roku na ekrany kin wejdzie film na jego podstawie w reżyserii Ridleya Scotta.

Mark Watney jest najniższym rangą członkiem załogi wyruszającej z misją na Marsa. Stałby się dowódcą tylko wtedy, gdyby wszyscy pozostali zginęli. Tak się składa, że właśnie nim został. Załoga, uciekając przed nagłą burzą piaskową, odleciała w przekonaniu, że zginął. Teraz Mark jest zupełnie sam na czerwonej planecie, bez łączności z Ziemią, z minimalnymi zapasami powietrza, wody i pożywienia. Nikt nie wie, że przeżył, więc nikt nie będzie go ratować, a nawet gdyby chciał to uczynić – nie zdąży. Teraz tylko jego determinacji, specjalistycznej wiedzy oraz wrodzonego sprytu zależy, czy uda mu się przetrwać. Rozpoczyna heroiczną walkę, mierząc się z nieprzychylnym środowiskiem, brakiem podstawowych substancji niezbędnych do życia, a przede wszystkim z własnymi słabościami i lękiem.

„Marsjanin” Andy'ego Weira to wciągająca i poruszająca powieść, w której każdy szczegół został dopracowany w oparciu o rzeczywiste osiągnięcia nauki. Autor dokładnie zbadał możliwości współczesnej inżynierii kosmicznej oraz najnowszych technologii, dzięki czemu opisana przez niego historia człowieka porzuconego na czerwonej planecie jest w stu procentach prawdopodobna. „Marsjanin” ma formę dziennika pisanego ręką astronauty. Wybór takiej formy zapewnia nie tylko wartką akcję, ale również pozwala autorowi oddać zmienne stany psychiczne bohatera – od dystansu i autoironii, przez dogłębne poczucie osamotnienia, po koncentrację i wolę przetrwania silniejszą od strachu. Tytułowy Marsjanin doświadcza obcej przestrzeni niczym bohaterowie książek Stanisława Lema, miarą jego człowieczeństwa jest umiejętność określenia siebie w ekstremalnej sytuacji, w której żadne wartości ani reguły nie mają punktu odniesienia.

„Marsjanin” został pierwotnie opublikowany na stronie internetowej autora. Książka szybko zyskała grono wielbicieli, na prośbę których stworzony został e-book. Popularność elektronicznej wersji rosła w zaskakującym tempie. Wkrótce „Marsjanin” znalazł się na szczytach list bestsellerów serwisu Amazon. Po tym sukcesie do Weira zgłosił się wydawca. Książka ponownie zagościła na listach bestsellerów, tym razem w wersji papierowej. „Marsjanin” zasłużył już sobie na opinie, według których jest „Robinsonem Crusoe” XXI wieku.

„Książka, której po prostu nie mogłem odłożyć! Stanowi bardzo rzadką kombinację dobrej, oryginalnej historii, z interesującymi, realistycznymi postaciami i fascynującą dokładnością techniczną.” – napisał o „Marsjaninie” Chris Hadfield, dowódca Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a także autor „An Astronaut’s Guide to Life on Earth”.  Wytwórnia 20th Century Fox zakupiła prawa do adaptacji filmowej. W 2015 roku na ekrany kin wejdzie film w reżyserii Ridleya Scotta, tytułową rolę zagra w nim Matt Damon.

Andy Weir – w wieku 15 lat został zatrudniony jako programista w narodowym laboratorium, od tego czasu nieprzerwanie pracuje jako inżynier oprogramowania, fascynuje się inżynierią kosmiczną, mechaniką orbitalną, zastosowaniami teorii względności oraz historią lotów kosmicznych. „Marsjanin” to jego książkowy debiut.

Autor: Andy Weir
Tytuł: „Marsjanin”
Tłumaczenie: Marcin Ring
Wydawnictwo: Akurat
Premiera: 19 listopada 2014
 

czwartek, 2 października 2014

Eleanor Catton "Wszystko, co lśni" (info)

Najdłuższa w historii książka wyróżniona Nagrodą Bookera (2013) i najmłodsza laureatka tego wyróżnienia.

Premiera już 9 października

Epicka opowieść z czasów gorączki złota w Nowej Zelandii. Wciągająca opowieść o poszukiwaniu szczęścia, marzeniach i przeznaczeniu zapisanym w gwiazdach. Jest to także popis ogromnego talentu Eleanor Catton. Młoda pisarka niczym zegarmistrz stworzyła ze swej książki doskonale działający mechanizm, w którym każda z kilkudziesięciu postaci ma swoje miejsce i zadanie do wykonania. Mistrzowsko połączyła wątki historyczne i sensacyjne, przygodę rodem z Dzikiego Zachodu i kryminalną zagadkę. Takie książki zdarzają się niezwykle rzadko! Wszelkie laury i pochwały, jakie spływają na pisarkę, są w pełni zasłużone, a porównania choćby do Imienia róży wcale nie przesadzone.

Lata 60. XIX wieku, Nowa Zelandia. Na wyspie wybucha gorączka złota. Szkot Walter Moody to jeden z tych śmiałków, którzy przybywają do miasta Hokitika skuszeni wizją bogactwa. Tuż po zejściu na ląd jest świadkiem dziwnego zgromadzenia. Dwunastu mężczyzn spotyka się w tajemnicy w palarni jednego z hoteli, by przedyskutować sprawę serii niewyjaśnionych zdarzeń.

Kilka dni wcześniej bez śladu zaginął pewien młody bogacz, który zamieniał w złoto wszystko, czego się tknął. Na drodze prowadzącej do Hokitika znaleziono nieprzytomną prostytutkę, która próbowała odebrać sobie życie. A w chacie poszukiwacza złota, który zapił się na śmierć, niespodziewanie odkryto skarb...
 
Wkrótce okaże się, że losy wszystkich mężczyzn, biorących udział w sekretnej naradzie, są ze sobą w dziwny sposób powiązane. Każdy z nich ma swoją opowieść, swoje grzechy i sekrety. Każdy z nich przybył do Nowej Zelandii z innego zakątka globu, aby zdobyć fortunę. Złoto jednak ma to do siebie, że zawsze jest go za mało.

Mapa © Barbara Hilliam

Eleanor Catton (ur. 1985) – urodzona w Kanadzie nowozelandzka pisarka. W 2008 roku zadebiutowała powieścią The Rehearsal. Mieszka w Auckland. Jest najmłodszą laureatką Man Bookers Prize (2013), a Wszystko, co lśni to najdłuższe nagrodzone dzieło w historii tego wyróżnienia.

"Młodziutka, 28-letnia Nowozelandka, Eleanor Catton, napisała powieść magiczną, niezwykłą, z jednej strony bowiem postmodernistyczną, a z drugiej realistyczną, odwołującą się do tradycji powieści wiktoriańskiej. To kolejny dowód na to, że jeszcze całkiem niedawno rozpowszechniane pogłoski o „śmierci powieści” są mocno przesadzone".  

Maciej Świerkocki

Fragmenty recenzji
 
Jurorzy Nagrody Bookera naprawdę trafili na żyłę złota. 

Sunday Express 

Wielowarstwowa, stylowa, oczarowująca historia… Catton umiejętnie łączy elementy wiktoriańskiej powieści przygodowej, opowieści o duchach, kryminału… Thomas Pynchon lub Julio Cortazar byliby z niej dumni. W powieści słychać nawet echa prozy Calvino – bo autorka przecież tak umiejętnie wykorzystuje wiedzę astronomiczną i astrologiczną.  

Kirkus
 
Jednocześnie powieść wiktoriańska i literacki thriller. Ta diabelsko sprytnie skonstruowana, absolutnie wyjątkowa książka potwierdza, że Catton jest jedną z najjaśniejszych gwiazd na współczesnym firmamencie pisarskiego nieba.  

The Bookseller 

Każde zdanie tej intrygującej opowieści zostało mistrzowsko napisane, a trzymające w napięciu zakończenie każdego rozdziału sprawia, że błagamy o więcej.  

The Guardian

Imponująca, urzekająca, potężna, zaskakująca.  

Times Literary Supplement 

Wielkie osiągnięcie. Catton skonstruowała pełną życia parodię powieści rodem z XIX wieku, a czyniąc to, napisała powieść współczesną, całkowicie nową i oryginalną.  

New York Times Book Review
 
Misternej roboty gabinet śmiechu jeśli chodzi o powieściowy gatunek. Bawcie się dobrze. 

The Washington Post
 
Pochłaniasz ją jednym tchem, a gdy już skończysz, pozostaniesz z przekonaniem, że nieprędko przeczytasz powieść o takiej skali i urodzie. 

The Independent
 
Oszałamiająca. Sunday Herald
 
Jeśli nazwiemy ją śmiałą czy ambitną w swoim zamierzeniu, nie oddamy jej całej sprawiedliwości... Mamy tu do czynienia z ludyczną zaraźliwą właściwością tej prozy: udziela nam się twórcza radość autorki tego przedsięwzięcia.  

The Wall Street Journal 

Nawet w oprawie broszurowej jest to tom imponujących rozmiarów. Strona za stroną zatracamy się bez pamięci w cudownie zawiłej fabule tej powieści. Żywe dialogi, humor i wielkoformatowa wizja zostawiają rywali Catton daleko w tyle. 

Daily Telegraph

Eleanor Catton "Wszystko, co lśni" (fragment)

"Moody zamrugał powiekami i rozejrzał się wokoło. Opowieść Balfoura, chociaż przerywana i chaotyczna, rzeczywiście usprawiedliwiała obecność wszystkich mężczyzn, znajdujących się w sali. Pod oknem siedział Maorys, Te Rau Tauwhare, który za życia Crosbiego był jego wiernym przyjacielem, chociaż w końcu mimo woli go zdradził. W najdalszym kącie palarni zasiadał Charlie Frost, bankowiec, który przeprowadził sprzedaż domu i ziemi Wellsa, a miejsce naprzeciwko niego zajmował dziennikarz i wydawca, Benjamin Löwenthal, który o śmierci samotnika dowiedział się zaledwie kilka godzin później. Edgar Clinch, nabywca posiadłości Wellsa, siedział na kanapie koło stołu bilardowego, gładząc wąs dwoma palcami.
Przy kominku rozparł się Dick Mannering, alfons, właściciel teatru i bliski współpracownik Emery’ego Stainesa, za nim zaś siedział Ah Quee, jego wróg. Agent handlowy, Harald Nilssen, który w domku Crosbiego Wellsa znalazł nie tylko wielki skarb, ale i zakorkowaną, opróżnioną do połowy fiolkę laudanum, zakupioną w aptece Josepha Pritcharda, stał obok z kijem bilardowym w ręku. Pritchard siedział oczywiście najbliżej Moody’ego, a miejsce po jego drugiej ręce zajmował Thomas Balfour, zausznik polityka nazwiskiem Lauderback, którego skrzynia przewozowa niedawno zaginęła. W fotelu obok Balfoura zasiadał Aubert Gascoigne, który wpłacił kaucję za Annę Wetherell i znalazł inny, mniejszy skarb, ukryty w jej pomarańczowej sukni, w jakiej zwykle się prostytuowała. Za nim siedział Ah Sook, handlarz opium, właściciel palarni w Kaniere i dawny znajomy Francisa Carvera, który tego popołudnia odkrył, że Crosbie Wells był kiedyś bogaty. Dalej, oparty o stół bilardowy, stał z rękami skrzyżowanymi na piersi ostatni uczestnik spotkania, kapelan Cowell Devlin, który odprowadził ciało odludka na miejsce ostatniego spoczynku na terasie „Pejzaż Morski”. 
Zdaniem Moody’ego była to diabelnie przypadkowa zbieranina. Tych dwunastu ludzi łączył jedynie ich związek z wydarzeniami z czternastego stycznia, kiedy Anna Wetherell o mało nie rozstała się z tym światem, gdy umarł Crosbie Wells, Emery Staines zniknął, Francis Carver odpłynął w siną dal, a Alistair Lauderback przybył do Hokitika. Moody’ego uderzyło to, że żadnej z tych osób nie było w palarni. Brakowało również strażnika służby więziennej, naczelnika Sheparda, podobnie jak przebiegłej wdowy, Lydii Wells.
Moody’ego zastanowiła jeszcze jedna myśl — że poza tym w nocy czternastego stycznia on sam postawił po raz pierwszy stopę na nowozelandzkiej ziemi. Kiedy opuszczał parowiec, który przywiózł go z Liverpoolu do Dunedin, spojrzał w niebo i po raz pierwszy odczuł, jak obce jest to miejsce, w którym się teraz znajdował. Niebo było tu jakby odwrócone, gwiazdozbiory nieznane, a Gwiazda Polarna znajdowała się pod jego nogami, zupełnie zasłonięta. Z początku szukał jej jak głupi, chcąc ustalić szerokość geograficzną na podstawie nachylenia swojej zesztywniałej ręki, jak kiedy był chłopcem, mieszkającym po drugiej stronie globu. Znalazł Oriona — był odwrócony, kołczan miał pod sobą, a miecz zwisał mu z pasa do góry nogami.
Wielki Pies dyndał niczym martwe zwierzę na rzeźnickim haku. Moody pomyślał, że jest w tym coś bardzo smutnego, jak gdyby starożytne mity nie miały tutaj znaczenia.

Eleanor Catton "Wszystko, co lśni". przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, stron ok. 950

Premiera:9 października

środa, 17 września 2014

Åke Edwardson "Park Marconiego" (info)



Erik Winter znajduje ciało zamordowanego mężczyzny. Trup ma plastikową torbę naciągniętą na głowę. Przy zwłokach leży oddarty kawałek kartonu, a na nim namalowana grubym pędzlem litera.

Ofiar wciąż przybywa. Za każdym razem ciała opatrzone są kawałkiem kartonu z jedną literą. Winter usiłuje poskładać elementy układanki, aby odczytać słowo-przesłanie. Nie ustaje też w poszukiwaniu powiązań między zamordowanymi osobami. Czy zdoła dociec prawdy?

Åke Edwardson jeden z czołowych przedstawicieli szwedzkiej szkoły kryminału, powraca z nową, dwunastą już powieścią serii o komisarzu Winterze.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Kate Atkinson "Zagadki przeszłości" (informacja)



Dzisiaj tylko informacja o nowej książce Kate Atkinson wydanej przez Wydawnictwo Czarna Owca. Właściwie to nie tak nowej, została już kiedyś wydana w Polsce, zdaje się, że przez Rebis, pod innym tytułem "Historie pewnej sprawy". Książka właściwie  nie zwróciła większej uwagi czytelników i krytyków, a jednak to bardzo dobra powieść. Zdarzają się takie książki, np. "Na oślep" Michaela Frayna. Brzydka okładka, nierzucająca się w oczy, zero reklamy. A w środku wyśmienita treść. Dopiero zaczynam "Zagadki przeszłości", ale widać już jedno, Kate Atkinson potrafi opowiadać historie, książka wciąga od pierwszej strony. Czytałem jakiś czas temu dużo dobrego o tej książce, pierwszej z cyklu kryminałów napisanych przez Kate Atkinson, autorkę bestsellerowej powieści "Jej wszystkie życia". Dlatego też uważam, że to znakomita wiadomość dla wszystkich czytelników i miłośników jej talentu, bowiem już wkrótce ukażą się kolejne części serii kryminalnej z detektywem Jacksonem Brodiem.

Trzymający w napięciu kryminał i gorzka opowieść o przemijaniu.

Nadzwyczaj gorące lato w Cambridge, miejscu, w którym Jackson Brodie, były inspektor policji, a dziś prywatny detektyw nigdy nie czuł się dobrze. Właśnie rozpadło się jego małżeństwo, ponadto wszedł w wiek, w którym mężczyźni zaczynają nagle zauważać, że ich także czeka śmierć, oczywista i nieodwracalna. Otoczony intrygą i nieszczęściami innych Jackson snuje refleksje nad własnym życiem. 

Mimo przygnębienia musi znaleźć rozwiązanie kilku zagadek. Zazdrosny mąż podejrzewa żonę o zdradę. Dwie siostry, stare panny, dokonują szokującego odkrycia. Pewien prawnik prowadzi śledztwo w sprawie dawnego morderstwa. Pewna pielęgniarka traci siostrzenicę, a jakaś wdowa swoje koty... 

Ku swojemu zaskoczeniu Brodie szybko dostrzega związek między sprawami! 

Czy w natłoku nieszczęść podoła wyzwaniom?

Nie tylko najciekawsza powieść, jaką przeczytałem w tym roku [2005], ale również najlepszy kryminał ostatnich czasów.
Stephen King

Zadziwiająco złożona i poruszająca powieść detektywistyczna.

The Guardian

wtorek, 22 lipca 2014

"Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia"



Jarosław Iwaszkiewicz  - reaktywacja!

„Spotkać Iwaszkiewicza. Nie-biografia” – pierwsza niebiograficzna, odważna i zaskakująca książka o Jarosławie Iwaszkiewiczu. O jednym z najważniejszych polskich pisarzy XX wieku w nowy sposób opowiadają najbliżsi oraz literaturoznawcy najmłodszego pokolenia. Świeże spojrzenie na biografię „wielkiego Iwaszkiewicza” biegnie w poprzek przyjętym kanonom i schematom.

Książka właśnie trafia do księgarń. Przygotowana pod redakcją Anny Król pokazuje Iwaszkiewicza, jakiego nie znamy. Każda z trzech części przynosi zaskakujące informacje na temat „najbardziej rozpracowanego”, a jednocześnie nieoczywistego i intrygującego twórcy ostatniego stulecia. Znajdują się w niej migawki z życia osobistego, rozmowy o sprawach dotychczas przemilczanych i anegdoty przypominane przez najbliższych.

Część 1. Migawki, czyli rozmowy z najbliższymi

Z córką pisarza Marią Iwaszkiewicz Anna Król rozmawia o literackim środowisku skupionym w latach 50. I 60. wokół kawiarni „Czytelnik”, zwyczajach pisarskich ojca i chorobie matki. Wiesław Kępiński, przybrany syn Iwaszkiewiczów wraca do miejsc, w których najczęściej bywał z Iwaszkiewiczem, zdradza sekrety mody lat 50. i przypomina ulubione warszawskie ścieżki pisarza. Zofia Dzięcioł, gosposia, która pracowała na Stawisku od 1956 roku do śmierci Iwaszkiewiczów, po raz pierwszy zdecydowała się opowiedzieć o codzienności Anny i Jarosława. Podczas rozmowy w dawnym domu pozwoliła zajrzeć do szuflad i szaf, w których nadal wiszą garnitury pisarza, opowiedziała o przyzwyczajeniach i ulubionych potrawach rodziny. Oni, proszę pani, wszystko zbierali. „Wszystko się przyda” – to było motto tego domu, jedyna odpowiedź na wszystko. To obłęd był. „Przyda się”. Niech pani zobaczy – atrament do pióra, to też jego. I jeszcze ta resztka wody kolońskiej. A tam niżej francuska puderniczka i pędzel do golenia. Tych pierdołów za przeproszeniem to zawsze było pełno. Bo teraz to się wszystko co niepotrzebne wyrzuca. A tutaj się wszystko zbierało, bo się przyda. Taka mania! (fragment tekstu)
Część 2. Wielogłos, czyli eseje i wyznania

Zaproszeni do współtworzenia publikacji, najlepsi literaturoznawcy młodego pokolenia zdradzają powody fascynacji biografią i twórczością pisarza. Prawnuczka Iwaszkiewicza, Ludwika Włodek pisze o tym, jak udało jej się przezwyciężyć rodzinną legendę przytłaczającą słynnego pradziadka. Krytyczka literacka Justyna Sobolewska przypomina  fascynującą lekturę „homoseksualnej love story” pozostawioną przez pisarza w „Dziennikach”, a biograf Radosław Romaniuk zastanawia się nad tym, jak i kiedy pisarz stał się jednym z najbliższych przyjaciół. Iwaszkiewicz, jaki wyłania się z tych portretów to: „Stary” - podjadający słodycze w stawiskiej kuchni, ojciec - wpadający w odwiedziny do kawiarni „Czytelnika” i prezes borykający się z napastliwością literackiego środowiska.  Czasem po prostu kompan, zakochany mężczyzna, mentor i wrażliwy poeta.

środa, 16 lipca 2014

Neal Stephenson "Zamęt" - Cykl barokowy - Tom II (fragment)


Księga czwarta

Bonanza

Tak wielka jest godność i doskonałość ludzkiej natury, tak żywe te cząstki niebiańskiego ognia, które przypadły jej w udziale, że należy nazwać podłymi i uznać za niegodnych miana człowieka tych, którzy przez swoje tchórzostwo, woląc nazywać je ostrożnością, lub przez lenistwo, w ich ustach stające się umiarem, bądź też wreszcie przez chciwość, której nadają miano oszczędności, rezygnują z wielkich i szlachetnych dokonań.
Giovanni Francesco Gemelli Carreri, Podróż dookoła świata


Wybrzeże Berberii
Październik 1689

To nie było zwykłe przebudzenie: ogłuszający łoskot wybuchu wyrwał go przemocą z niezwykle długiego i zapętlonego snu. Mara się rozwiała, jej szczegóły rozpłynęły się we mgle niepamięci i pozostało po niej tylko niejasne wspomnienie długiego wiosłowania i skrobania, nie miał więc nic przeciwko temu, żeby się ocknąć. Zresztą, nawet gdyby mu to przeszkadzało, zachował dość zdrowego rozsądku, by się z tym nie zdradzać i pokryć rozdrażnienie pewnym siebie, wesołym uśmiechem wagabundy a to dlatego, że takiego piekielnego hałasu jeszcze w życiu nie słyszał. Grzmot przywodził na myśl jakąś na wpół boską siłę, na którą nie wypada ani krzyczeć, ani tym bardziej się skarżyć. A już z pewnością nie tak od razu.
Strzelały armaty. Nigdy przedtem nie słyszał ani tak ogromnych, ani tylu naraz. Całe baterie nabrzeżnej artylerii odpalano salwami; forteczne działa, rozstawione rzędem na murach, strzelały falą, jedno po drugim. Wyturlał się spod wywleczonego na piasek i obrośniętego pąklami kadłuba statku, gdzie najwyraźniej zapadł w popołudniową drzemkę, i dał się przyszpilić do ziemi bijącym z nieba promieniom bladego słońca. Na jego miejscu każdy rozsądny człowiek, zwłaszcza z doświadczeniem wojskowym, przeczołgałby się do pierwszego z brzegu dogodnego schronienia. Na plaży roiło się jednak od kosmatych łydek i obutych w sandały stóp. Tylko on jeden się wylegiwał.
Leżąc na wznak, zmrużył oczy i spojrzał w górę, pod ubrudzony piaskiem skraj męskiej szaty luźnej i ażurowej, otulającej ciało właściciela jak złota poświata, dzięki czemu leżącemu udało się spojrzeć wprost w ślepe oczko męskiego penisa, który został poddany intrygującej modyfikacji.
Nie mógł wygrać tego pojedynku na spojrzenia. Przeturlał się pod górę, robiąc półtora obrotu, i rozeźlony dźwignął się z ziemi. Zapomniał jednak o krzywiźnie kadłuba i wyrżnął głową prosto w kolonię pąkli. Wrzasnął ile sił w płucach, ale nikt go nie usłyszał nawet on sam. Zatkał sobie na próbę uszy i wydarł się wniebogłosy, lecz i tym razem dudnienie dział zagłuszyło wszelkie inne dźwięki.
Nadszedł czas, żeby ogarnąć sytuację i ocenić perspektywy. Kadłub zasłaniał mu widok na ląd, widział więc tylko migoczące wody zatoki i kamienny falochron. Wszedł do morza, nie zwracając uwagi na zaciekawione spojrzenie mężczyzny z grzybkowato zakończonym wackiem, i stanąwszy po kolana w wodzie, odwrócił się. Po tym, co w tym momencie zobaczył, nie pozostało mu nic innego, jak z impetem klapnąć na tyłek.
W pobliżu brzegu z wód zatoki wystawały niezliczone skaliste wysepki. Na jednej z nich wznosiła się przysadzista okrągła twierdza, zbudowana (o ile mógł zaufać swojej architektonicznej wiedzy) wielkim nakładem sił i środków przez Hiszpanów trzęsących się ze strachu o swoje życie. Lęk ten najwyraźniej nie był bezpodstawny, skoro w tej chwili na murach powiewały zielone chorągwie ze srebrnymi półksiężycami. Fort jeżył się ustawionymi na trzech poziomach działami (chociaż należałoby raczej powiedzieć: składał się z ustawionych na trzech poziomach dział), każde z nich wyglądało i hałasowało jak sześćdziesięciofuntówka, co oznaczało, że miota kule wielkości arbuzów na odległość ładnych kilku mil. Warownię otulały kłęby prochowego dymu, od czasu do czasu przeszywane długimi jęzorami ognia. Ten widok przywodził na myśl burzę, którą siłą stłamszono i przemocą zamknięto w beczułce.
Falochron z białego kamienia łączył fort ze stałym lądem. Na pierwszy rzut oka prezentował się imponująco: pionowa ściana o wysokości dobrych czterdziestu stóp wyrastała z wąskiego pasa podmokłej plaży, a z ziejących w niej otworów wyzierały nieprzeliczone olbrzymie armaty, strzelające tak szybko, jak tylko artylerzyści byli w stanie czyścić je wyciorami i ponownie ładować.
Mężczyzna z niezwykłą kuśką (śniady, z intrygującą fryzurą, w szydełkowej czapeczce) podkasał szatę i brodząc w wodzie, zbliżył się, żeby sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku trzymał się bowiem oburącz za głowę, po części po to, by powstrzymać upływ krwi z ran zadanych przez pąkle, po części zaś z obawy, że hałas rozsadzi mu czaszkę. Tamten stanął nad nim, zajrzał mu w oczy i poruszył ustami. Minę miał poważną i zarazem lekko rozbawioną.

wtorek, 15 lipca 2014

Neal Stephenson "Zamęt" - Wydawnictwo MAG

"Zamęt” wyd. 2 

  Neal Stephenson
Od 1 sierpnia
 
 
Drugi tom “Cyklu barokowego”

Jest rok 1689. Grupa galerników - wśród nich Jack Shaftoe, znany również jako król wagabundów, Jack Półkuśka - więzionych przez Berberów opracowuje szatański plan, który ma im pozwolić odzyskać wolność i zdobyć fortunę. W ten sposób rozpoczyna się ciąg niezwykłych przygód, bitew, pościgów, ryzykownych ucieczek i krwawych pojedynków; niebezpieczny wyścig po srebro… po złoto… nie, to też mało powiedziane: wyścig po legendarny skarb, który narazi nieustraszonych awanturników na gniew możnych i szalonych tego świata, na złość alchemików, jezuitów, flot wojennych, pirackich królowych i mściwych despotów na wszystkich morzach i oceanach naszego globu.
A w Europie…
Śliczna i przedsiębiorcza Eliza, hrabina de la Zeur, królowa handlu, pionek i powiernica królów, dawna turecka nałożnica-dziewica, traci całą fortunę na rzecz zuchowatego francuskiego korsarza. Bez grosza przy duszy, otoczona przez ludzi, którzy pragną albo jej samej, albo jej głowy (jeśli nie jednego i drugiego), wpada w sieć międzynarodowych intryg, rozpaczliwie próbując odzyskać to, co straciła najcenniejszego: dziecko.
Tymczasem…
Newton i Leibniz nadal przedstawiają światu swoje wspaniałe teorie. Ich wzajemna wrogość narasta, uparta alchemia walczy o prymat z filozofią naturalną, arystokraci tracą głowy, powstają nikczemne spiski, we wrogich twierdzach bije się nowe monety (albo i nie), w odległych krajach ojcowie spotykają dawno nie widzianych synów, kapłani wstają z martwych… A Daniel Waterhouse usiłuje dostać się do Massachusetts, aby uciec przed obłędem, który ogarnia cały świat.

Oto drugi brawurowy tom Cyklu Barokowego, kontynuacja bestsellerowego "Żywego srebra". Cykl Barokowy wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Trudno określić jego przynależność gatunkową, wskazać poprzedników czy nadać mu etykietkę - poza etykietką powieści absolutnie genialnej. Stephenson ma niepowtarzalny dar: skomplikowane idee przedstawia w sposób zarazem prosty, zabawny, rozczulający i przyprawiający o dreszcze.

Autor:  Neal stephenson
Tytuł oryginału: Confusion
Seria: Cykl barokowy
ISBN: 978-83-7480-436-3
Tłumaczenie: Wojciech Szypuła
Oprawa: twarda
Format: książka
Ilość stron: 980
Rok wydania:  1 sierpnia 2014
Cena detaliczna: 69,00

wtorek, 28 stycznia 2014

"To nie jest kraj dla starych ludzi" Cormaca McCarthy'ego w nowym przekładzie

"To nie jest kraj dla starych ludzi", jedna z najsłynniejszych powieści McCarthy’ego w nowym tłumaczeniu.

Rok 1980, granica Stanów Zjednoczonych i Meksyku. Llewelyn Moss poluje na antylopy w okolicach Rio Grande. Niespodziewanie dokonuje makabrycznego odkrycia: ciała zamordowanych mężczyzn, obok paczka heroiny i walizka z dwoma milionami dolarów. Moss zabiera gotówkę, choć doskonale wie, że w ten sposób zmienia swoje życie na zawsze – i z myśliwego staje się zwierzyną…

Doskonały thriller, niezapomniana podróż przez amerykańską „ziemię jałową”, czarny humor i mistrzowski język – piękny, a jednocześnie precyzyjny. Cormac McCarthy w najwyższej formie.

Ktoś może zadawać sobie pytanie, po co nowe tłumaczenie tej książki. Ktoś może powiedzieć, że czytał ją poprzednio i głowy mu nie urwało. Moim zdaniem warto było przetłumaczyć tę książkę na nowo. Po zapoznaniu się z fragmentami oryginału oraz dwóch tłumaczeń, wybieram zdecydowanie tłumaczenie Roberta Sudóła.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Nowości Fantasy (1): K.J. Parker "Młot"

 "MŁOT" K.J. Parker
 
  Od 24 stycznia


Gignomai jest najmłodszym z braci w obecnym pokoleniu rodziny met'Oc, arystokratycznego rodu zaliczanego niegdyś do najbardziej wpływowych, obecnie zesłanego na odległą wyspę za udział w niemal zapomnianej wojnie domowej.
 
Siedemdziesiąt lat temu, na tym dalekim skrawku lądu założono kolonię. Wedle planów, jej mieszkańcy mieli parać się wydobyciem srebra. Niestety, kruszcu nie znaleziono.
 
Teraz pomiędzy met'Ocami a kolonistami panuje niepewny pokój. Wygnani arystokraci są tolerowani,  jako że jedynie oni posiadają broń – w powszechnej opinii konieczną do obrony przed dzikimi, pierwotnymi mieszkańcami wyspy.